Zaiste z refleksem szachisty zabrałem się za czytanie Conana od Hachette. W latach 90-ych nie trafił w moje ręce żaden zeszyt komiksowy z jego udziałem. Skojarzenia jakie budził to niezbyt rozgarnięty osiłek rąbiący mieczem na lewo i prawo w krainie fantasy luźno czerpiącej z tradycji Bliskiego Wschodu. Ponieważ jednak co i rusz trafiałem na pochwały jego komiksów, więc pod wpływem impulsu sięgnąłem w końcu po kilka tomów. I od razu mam parę refleksji.
Po pierwsze nie wiedzieć czemu trudno rozeznać się, które komiksy z Conanem to te najlepsze, najważniejsze. Jak na najdłuższą serię Marvela mającą rzeszę fanów wydaje się to dosyć dziwne. Nie trudno odnaleźć w internecie wybór list najlepszych Spiderów, Punisherów, Strange'ów, ale z Conanami jest ciężko. Tu na forum również inne kolekcje zakończyły się plebiscytami, albo w wątkach powracają wyjaśnienia, które Transformery były najciekawsze. Przejrzałem wątek Conana i jeśli pojawiły się pytania o najlepsze tomy to pozostały bez odpowiedzi. Dokonując więc swojego wyboru na podstawie szczątkowych informacji nie wiem, czy nie pominąłem czegoś istotnego.
Jak na początek lat 70-ych jest to komiks zaskakująco dobrze napisany i narysowany. Chyba jeden z najlepszych komiksów Marvela tego okresu i jeden z lepszych w ogóle. Rysunki nadzwyczaj staranne, realistyczne, szczegółowe. Scenariusz nie przytłacza natłokiem tekstu, nie wyjaśnia wszystkiego łopatologicznie, nie razi głupotą zachowań bohaterów byle wciągnąć ich w jakąś aferę, za to większość historii skupia się na tworzeniu dosyć gęstego klimatu. Zestarzało się to bardzo dobrze i wciąż czyta się przyjemnie.
Nikt chyba o tym nie wspomniał, ale tom pierwszy i "Córka lodowego olbrzyma" wydaje się wyraźną inspiracją dla pierwszych Thorgali ("Zdradzona czarodziejka" i "Wyspa wśród lodów"). Samotny wojownik na śnieżnym pustkowiu północy, wikingowie, piękna kobieta wiodąca w górską pułapkę, ukrywający się w głębi lądu tajemniczy "olbrzymi". Miałem wrażenie jakbym znów trafił do świata Thorgala.