Pośród zapowiedzi pozwolę sobie jeszcze odnieść się do wcześniejszej dyskusji o licencjodawcach.
Nie zmusić ale wynegocjować. Ostatecznie takiemu licencjonodawcy nie tyle zależy na jakimś logo tylko głównie na kasie.
skoro dla licenjodawcy kasa z Polski to jakies grosze i generalnie ma to w dupie to tym bardziej powinien mieć w dupie czy w takiej zasciankowej Polsce będzie na grzbiecie jego logo czy nie.
Disney utrzymuje prawa do Kaczora Donalda, a Paramount Skydance (dawniej Viacom, właściciel Nickelodeona) kupił prawa do Garfielda nie po to, żeby móc zarabiać na wydawaniu komiksów. Prawdziwą wartością tych franczyz jest dla tak wielkich spółek to, że otwierają pole do zgarniania zysków w znacznie bardziej rentownych obszarach, takich jak parki rozrywki, filmy, streaming czy sprzedaż ubrań i innych gadżetów z bohaterami i motywami danej franczyzy (w przypadku Disneya dochodzą też kwestie prestiżowe, bo gdyby jakimś cudem wypuściliby z rąk Kaczora, jednego ze swoich najstarszych bohaterów, to reputacja studia by ucierpiała).
Wpływy z licencji na sprzedaż komiksów to tylko dodatkowy strumyk przychodów, mile widziany, bo nie wymaga zbyt wiele wysiłku po stronie licencjodawcy, ale mimo wszystko niewielki w porównaniu.
Przy czym korporacje nie patrzą na kwestię zysków i strat z takiej działalności w kategoriach czysto finansowych (to w odniesieniu do tego "licencjonodawcy nie tyle zależy na jakimś logo tylko głównie na kasie"). Gdyby tak było, Disney nigdy nie zbanowałby "ŻiCSM", bo to zapewne jeden z najlepiej sprzedających się komiksów Disneya w skali światowej. Jednak, jak każda duża korporacja, wielki "D" w swojej działalności stosuje coś, co nazywa się "zarządzaniem ryzykiem" i podejmuje działania tylko wtedy, gdy uzna, że potencjalne zyski są dość duże, by uzasadnić wiążące się z danym działaniem ryzyko.
W tym wypadku zapewne uznano, że jest ryzyko, że jakiś internetowy aktywista czy inny troll wrzuci do sieci wyrwane z kontekstu kadry z Zombiem Bombiem czy Sknerusem palącym afrykańską wioskę i rozpęta się burza wiadomo czego. Po analizie stwierdzono, że potencjalne straty reputacyjne z tego tytułu i wiążący się z nimi ewentualny spadek sprzedaży towarów i usług Disneya, także tych bardziej rentownych, przeważyłyby nad stosunkowo skromnymi zyskami z licencji na "ŻiCSM", więc podjęto decyzję o minimalizacji ryzyka przez wyłączenie z obiegu "ŻiCSM". Dla nas to się wydaje absurdalne, ale tak wygląda chłodna, korporacyjna logika.
Podobnie Nickelodeon: najwyraźniej uznano tam, że korzyści niematerialne płynące ze wzmożonej ekspozycji loga Nickelodeonu na grzbietach "Garfielda" są na tyle duże, że warto dla nich podjąć ryzyko i zażądać od licencjobiorcy zmiany projektu grzbietów. Ryzyko to, dodajmy, było niewielkie, bo w tej relacji to Nickelodeon (czyli dawniej Viacom, obecnie Paramount, a właściwie Skydance - wiecie, o co chodzi) jest na dominującej pozycji - to on ma coś (licencję), czego chce Egmont, a nie odwrotnie. Tym bardziej, że skoro Egmont wydał już kilkanaście tomów, to Nick może słusznie założyć, że wydawca jest zainteresowany kontynuacją, więc można to rozegrać na swoją korzyść. A przy okazji zabezpieczyć się prawnie, dorzucając "TM" po słowie "Garfield" na grzbiecie, żeby nikt nie miał wątpliwości, czyj to jest znak towarowy.
A korzyść z tego jest: w zasadzie darmowa dodatkowa reklama, która zwiększa tzw. "widoczność marki" - np. wśród ludzi w księgarniach czy wśród wszystkich, którzy mają "Garfieldy" na półce. Dodatkowo, co bardzo cenione przez korporacje, takie sparowanie przyczynia się do nasilania pozytywnych skojarzeń z marką "Nickelodeon", bo ludziom utrwala się w głowie, że Garfield to Nickelodeon, a Nickelodeon to Garfield. To może pomóc we wzroście sprzedaży w innych, bardziej rentownych segmentach niż komiksy, więc decyzja też jest z korporacyjnego punktu widzenia zrozumiała, mimo że przez to długie logo grzbiety zauważalnie tracą estetycznie. Najwyraźniej jednak potencjalne korzyści z takiej sytuacji oszacowano na dość istotne, by postawić ten wymóg w rozmowach.
I jeszcze parę uwag pobocznych: zarzucano tu Egmontowi, że nie potrafi się postawić w negocjacjach, żeby te grzbiety ładniej wyglądały. Przyznaję szczerze, nie mam pojęcia, jak te negocjacje wyglądały, ale jeśli popatrzymy na wydania "Garfielda" z tej serii, to można teoretyzować, że coś tam jednak mogło się dziać za kulisami. Bo Nickelodeon pojawił się jako właściciel praw już od tomu ósmego. I aż do tomu piętnastego udawało się opędzić Nicka tylko zmianą czcionki tytułu "Garfield" na okładce na nowy wzór i dodaniem loga Nickelodeonu na przednią i tylną okładkę. Takie wyjście działało przez siedem tomów, ale jednak w końcu przestało działać - od szesnastego mamy już logo na grzbiecie. Może zmieniła się dyrekcja w Paramouncie, może zmieniła się strategia firmy, może dotychczasowa umowa wygasła i trzeba było uzgodnić nową, może stało się tam coś innego - tego się nie dowiemy.
Na koniec: nie zakładajmy też, że firmy będą zachowywać się logicznie w naszym tego słowa rozumieniu. Dla nich logiką jest zwykle to, co pozwala im osiągać zyski i unikać strat, i kierując się taką biznesową logiką, firmy są w stanie podejmować decyzje, które ludziom z ulicy wydają się dziwaczne, ale w rozumieniu rzeczy przez korporacje są całkowicie uzasadnione, bo tworzą dla nich dodatkowe korzyści lub dodatkowo zabezpieczają je przed różnymi przykrościami. Dlatego mamy te dziwne grzbiety "Garfielda".
Dlatego też np. Disney kazał, żeby
zestaw LEGO dla dorosłych kolekcjonerów, który kosztuje grube pieniądze, nazywał się "statek kosmiczny Jango Fetta, model Firespray", bo boi się, że użycie nazwy statku, "Slave I", byłoby zbyt ryzykowne (to jest też swoją drogą przykład na nachalny amerykocentryzm: korporacja zakłada widać, że jak "niewolnik", to to od razu musi być odniesienie do amerykańskich niewolników z Południa). Choć to tak zgrabne, jak gdyby nazwać zestaw "Sokół Millenium" mianem "Lekki frachtowiec YT-1300 Hana Solo i Chewbacki".
Także dlatego Disney kazał, by na figurce Sknerusa wiernie odwzorowującej pozę z okładki "Króla Klondike" Dona Rosy zastąpić kilof łopatą. Bo kilof jest zbyt niebezpiecznym narzędziem. Ma to sens? Nie. Ale chroni przed ryzykiem, i dla korporacji to się liczy, a nie, co sobie pomyśli garstka najzagorzalszych fanów...