Autor Wątek: Bo chodzi o to, żeby plusy nie przesłaniały nam minusów - sezon drugi  (Przeczytany 26892 razy)

0 użytkowników i 1 Gość przegląda ten wątek.

Odp: Bo chodzi o to, żeby plusy nie przesłaniały nam minusów - sezon drugi
« Odpowiedź #150 dnia: So, 11 Styczeń 2020, 18:15:01 »
Aaaaaa no tak, Altered Carbon nie skojarzyłem. Widziałem serial, był strasznie średni. Dzięki za polecenie, ale ja już "czytaną" fantastykę odpuściłem.

Online Kadet

Odp: Bo chodzi o to, żeby plusy nie przesłaniały nam minusów - sezon drugi
« Odpowiedź #151 dnia: So, 11 Styczeń 2020, 18:50:39 »
"James Bond 07 Eidolon" - drugi tom, od NSC i przyznam szczerze bardziej mi się spodobał niż pierwszy. Za to rysunki mimo że tego samego artysty nieco mniej staranne. Kilka problemów z tłumaczeniem chyba (dwa razy pogubiłem się w dialogu no i mogli zostawić to SPECTRE zamiast tłumaczyć na WIDMO). A tak poza tym w cięższym stylu Iana Fleminga i obecnych filmów z Danielem Craigiem (świetna scena tortur przez MI6) za to z Bondem wyglądającym jak Bond a nie szpion KGB.

Nie robiłem porównania tłumaczenia, ale sama korekta w tym komiksie pozostawia chyba trochę do życzenia. Parę razy pojawiają się niepotrzebne wielkie litery ("Przed sobą ma Pan dowody, raporty, transkrypcje i wszystkie dane, Panie Komisarzu"), albo przeciwnie - coś, co było pisane wcześniej wielką literą, nagle zaczyna się małą. Kilkakrotnie dostrzegłem też problemy z kropkami czy przecinkami. W połączeniu z - jeśli się nie mylę - Comic Sansem i dużą liczbą słów w dymkach dzielonych myślnikami wygląda to trochę nieprofesjonalnie (choć czcionka akurat jest chyba wzięta z oryginalnego wydania), co akurat w imprincie Soni Dragi mnie zdziwiło.

Fajnie byłoby jednak, jakby jakiś forumowy spec od składu i typografii rzucił okiem na polskie plansze i wydał bardziej kompetentną opinię, bo ja w aspektach wlewania tekstu w dymki jestem kompletnym laikiem :)

A w kwestii Bonda - może zechcesz zwrócić uwagę na "Agenta Imperium: Żelazne Zaćmienie" Ostrandera. Zasadniczo Bond w świecie Gwiezdnych Wojen, ale raczej taki filmowy z ery przed Craigiem niż powieściowy. Jedyny problem jest taki, że zawiera znaczące spojlery dla starszej historii, "The Stark Hyperspace War" z numerów 36-39 serii Republic (nie było jej w kolekcji DeAgostini; wydał to kiedyś Egmont).
« Ostatnia zmiana: So, 11 Styczeń 2020, 18:53:25 wysłana przez Kadet »
Będę wdzięczny za wsparcie:
Majci: https://tiny.pl/t828d
i Franka: https://tiny.pl/7h4k8

Życzę wszystkim zdrowia! Zostańmy w domu.

Odp: Bo chodzi o to, żeby plusy nie przesłaniały nam minusów - sezon drugi
« Odpowiedź #152 dnia: So, 11 Styczeń 2020, 18:59:29 »
  Pan Komisarz w oryginale jest również pisany z dużej litery. Możliwe że po prostu wszyscy myślą że to jego prawdziwe imię i nazwisko coś jak Porucznik Brunner ;)  Ogólnie błędy interpunkcyjne raczej rzadko zauważam, bo sam na bakier z interpunkcją jestem. Nieeeee, jak mówiłem powieści sf i fantasy już od dawna nie ruszam. A już powieści w uniwersach z filmów, komiksów itp. to odstawiłem jako dziecko.

Online Kadet

Odp: Bo chodzi o to, żeby plusy nie przesłaniały nam minusów - sezon drugi
« Odpowiedź #153 dnia: So, 11 Styczeń 2020, 19:02:53 »
  Pan Komisarz w oryginale jest również pisany z dużej litery. Możliwe że po prostu wszyscy myślą że to jego prawdziwe imię i nazwisko coś jak Porucznik Brunner ;)


Być może, ale polska ortografia tak nie działa :) To robota korekty, żeby takie rzeczy zauważać.

Nieeeee, jak mówiłem powieści sf i fantasy już od dawna nie ruszam. A już powieści w uniwersach z filmów, komiksów itp. to odstawiłem jako dziecko.

"Agent Imperium" to komiks :)

« Ostatnia zmiana: So, 11 Styczeń 2020, 19:05:39 wysłana przez Kadet »
Będę wdzięczny za wsparcie:
Majci: https://tiny.pl/t828d
i Franka: https://tiny.pl/7h4k8

Życzę wszystkim zdrowia! Zostańmy w domu.

Odp: Bo chodzi o to, żeby plusy nie przesłaniały nam minusów - sezon drugi
« Odpowiedź #154 dnia: Pn, 13 Styczeń 2020, 00:09:04 »
 A to będzie, lub było wydane u nas?


Odp: Bo chodzi o to, żeby plusy nie przesłaniały nam minusów - sezon drugi
« Odpowiedź #156 dnia: Cz, 13 Luty 2020, 14:38:56 »
  Podsumowanie stycznia, tym razem w zmienionej formie, bo praktycznie tylko kolekcje Conana i Star Wars w tym miesiącu czytałem, starając się nadrobić kolekcyjny stos komiksów. UWAGA UWAGA jak zwykle mogą pojawić się SPOILERY!!!


Polecam:
 
  "Star Wars Legendy Kolekcja Komiksów 32-38". Jako pierwszy poleciał wycinek kolekcji nazywający się "Imperium", całość jest zbiorem kilkunastu komiksów o objętości raczej nie większej niż dwa zeszyty oraz z reguły nie powiązanych ze sobą, dzieje się okolicach Nowej Nadziei i wbrew tytułowi tyczy się nie tylko Imperium, ale również Rebelii. Pierwsza historia Scotta Alliego opowiada o spisku mającym na celu pozbawienie życia Palpatina uknutym w najwyższych kręgach Imperium, pomimo tego że mniej więcej w środkowej części autor traci chyba kontrolę nad scenariuszem i całość robi się nieco chaotyczna to po wzięciu rozszalałego długopisu w karby, komiks jest naprawdę niezły, rysunki Ryana Benjamina całkiem w porządku z gatunku tych co są "brzydkie na tyle żeby być fajne". Drugim komiksem jest Biggs Darklighter co do którego mam mieszane uczucia. Z jednej strony jeżeli chodzi o samą fabułę to jest całkiem wciągający, porusza kilka dosyć ciekawych kwestii (np. dlaczego Imperium lata w wuj gorszymi myśliwcami niż Rebelianci, a wnioski dosyć rozsądne i podobne do możliwości które rozważałem) i może się pochwalić naprawdę śliczną oprawą graficzną Douga Wheatleya i Tomasa Giorello, a z drugiej pociska takie bzdury jak to, że w momencie rozpoczynania się Star Wars Luke z Biggsem stali właśnie na wydmie, Biggs na kilka dni przed zniszczeniem Gwiazdy Śmierci sprowadził pierwsze X-Wingi dla Sojuszu i ogólnie jest facetem który był prymusem w Imperialnej Akademii, dowódcą klucza który wykonał kilka legendarnych akcji a skończył jako skrzydłowy wieśniaka z Tatooine. Uświadomionego politycznie Biggsa, który się zaciąga do Imperialnej Floty też trochę nie kupuję, ale powiedzmy że całość raczej plusik dostanie. Kolejnym komiksem jest "Krótki szczęśliwy Żywot Roonsa Sewella" Paula Chadwicka i tu niestety wyszło słabo, pierwszy zeszyt zapowiada całkiem intrygującą historię, zaczyna się od wspomnień Jana Dodonny na pogrzebie tytułowego Roonsa, który okazał się najlepszym generałem Rebelii. Dostaniemy tutaj historię z młodości rzeczonego generała i dowiemy się czym Imperium go tak wkurzyło, że chwycił za broń. W drugim zeszycie zgodnie z oczekiwaniami powinniśmy przeczytać kolejny etap jego "biografii" czyli historię przyłączenia się do Sojuszu, ale seria dostała z nieznanych przyczyn wyraźnego cancela i dostaniemy garść jakichś niekonkretnych wyrywków z których w żaden sposób nie dowiemy się dlaczego Roons Sewell był taki legendarny oraz scenę jego dosyć idiotycznej śmierci. Szkoda potencjał był całkiem spory. Kolejnym komiksem jest naprawdę niezła "Waleczna Księżniczka" opowiadająca o Leii pobierającej lekcję odpowiedzialności oraz ceny posyłania ludzi na śmierć Randy Stradleya a następnym po nim stosunkowo niedługa ale z pewnością perełka tego zbioru "Czy lojalność to grzech?" Jeremy Barlowa i Patricka Blaine o jednym z ostatnich klonów TK-622, który bezgranicznie wiernie służy swojemu dowódcy batalionu cierpiącemu przez wyrzuty sumienia z powodu omyłkowego spowodowania zbrodni wojennej. Jeżeli dodam, że punkt kulminacyjny w którym weźmie udział rebeliancki szpieg nastąpi na Gwieździe Śmierci właśnie wchodzącej na orbitę Yavina 4, to raczej tylko zachęcę potencjalnego czytelnika. Napewno w mojej pamięci na stałe już zadokował kadr w którym TK który obiecuje sobie samemu że sprawiedliwość i tak zwycięży i Imperium zaprowadzi w końcu pokój w galaktyce stoi przy wielkim oknie i widzi w nim X-Winga przelatującego tak blisko, że widać głowę pilota. Rewelacja. Dalej jest adaptacja "Nowej Nadziei" cierpiąca poprzez wyraźną kompresję materiału. Kolejny tom otwiera króciutkie "Dzikie Serce" Paula Alvino przedstawiające co się przydarzyło Vaderowi po tym jak w "Nowej Nadziei" jego Tie ustrzelił Han Solo, naprawdę interesujący szorcik nie tylko ze względu na dosyć zaskakującą obecność czarnego (w sumie a jakże) humoru ale też i na intrygujące i dosyć nietypowe rysunki Raula Trevino. Kolejnym komiks to jest już nawet nie perełka ale jeden z brylantów tej kolekcji wzorowany na wojennych filmach (zwłaszcza tych o Wietnamie) "Do Ostatniego Żołnierza" Wellesa Heartleya. Pełnokrwista wojenna opowieść bez podziału na dobrych i złych o młodym imperialnym poruczniku Janeku Sunberze, o tym jak machina wojny i samej armii miele wszystkich (nie)równo, oraz o tym jak bardzo przerypane ma szara piechota. Jasne można narzekać na pewne uproszczenia, ale trzeba by być marudnym malkontentem zwłaszcza, biorąc pod uwagę, że oryginał również na uproszczeniach się opierał. Rewelacyjny komiks biorąc również pod uwagę grafikę Davide Fabbriego momentami nawiązującego stylistyką do plakatów propagandowych. Po tym wszystkim przeczytamy kolejny,tym razem niezapadający w pamięć short z Darthem Vaderem oraz kilka rozdzielnych zeszytów o przygodach głównie Hana i Leii w których będziemy mieli okazję zaobserwować rodzący się pomiędzy nimi romans, właściwie wszystkie są fajne ale mi najbardziej przypadło również ze względu na świetne rysunki Paula Chadwicka, pięknie pokolorowane przez Kena Stacy, mocno intymne dziejące się na Hoth "Przełamując Lody". Na plusik z pewnością też akcyjniak "Z dala od wszystkich" w którym dowiemy się, że Rebelianci to nie lepsi potrafią być niż Imperialni, historyjka o Luke'u który do swojej wesołej ferajny dokoptuje przypadkiem odnalezionego kloniego rozbitka BL 1702 oraz o Vaderze wplątanym w polityczne gierki na planecie obłudnych Velociraptorów. Kolejna tym razem kilkuzeszytowa historia w której Luke jako ambasador trafi na Jabiim planetę, z której niegdyś umknął jego ojciec zostawiając mieszkańców na pastwę Federacji Handlowej również jest co najmniej przyzwoita.Po niej wpadnie w nasze ręce bardzo dobry i przewrotny w sposób nieco kojarzący się nieco z braćmi Coen "Wzorowy oficer" JJ Millera i Briana Chinga, którego głównym bohaterem po raz kolejny zostanie Vader. A dalej zapoznamy się ze "Złą Stroną Wojny" czyli kontynuację przygód porucznika Sunbera przygotowaną przez tych samych artystów. Sam komiks jest dobry, tyle że "Do ostatniego żołnierza" rewelacyjnie się broniło jako samodzielne dzieło, tutaj nie dość, że dostajemy sequel to jeszcze Janek okazuje się mieszkańcem Tatooine i "oczywiście" starym kumplem Luke'a. Bez jaj, w tej historii absolutnie nic nie zmieniłoby gdyby ta postać była całkowicie nowa, no ale skoro czytelnikom zapewno się spodobało wcześniej to trzeba krowę doić dopóki mleko daje. Nie cierpię takich zagrywek. Tutaj kończy się seria pięciotomowa "Imperium" a zaczyna dwutomowa "Rebelia", rozróżnienie nie było koniecznie specjalnie gdyż będziemy mieli ciągnięte wątki rozpoczęte wcześniej. Tom pierwszy rozpocznie komiks Roba Williamsa "Mój brat, mój wróg" będący trzecią i ostatnią częścią perypetii Janeka Sunbera, który przyciąga oko rysunkami Brandona Badeaux który twarze potrafi narysować naprawdę kiepsko za to sceny batalistyczne mu wychodzą świetnie. Drugą połowę tomu oraz pierwszą połowę kolejnego zajmie kolejna dobra dłuższa historia nawiązująca do filmów w stylu "heist" takich jak  "Parszywa Dwunastka" czy "Ocean 11", "Rozgrywka na Ahakiście" która potrafi oczarować lekko nawiązującymi do stylu Jae Lee rysunkami Michaela Lacombe. Cały cykl zamkną porządne "Drobne Zwycięstwa" Jeremyego Barlowa których bohaterką jest Deena Shan wcześniej poznana rebeliancka mechanik zadurzona w Hanie Solo, obecnie przechodząca kryzys tożsamości, oraz głupiutki "Wektor" kontynuujący ten absurdalny pomysł zapoczątkowany jeszcze w Kotorze o sithijskim artefakcie przemieniającym ludzi w jakieś potwory. Podsumowując, całość zawarta w 7 tomach naprawdę przypadła mi do gustu. Muszę przyznać że wcześniej momentami zastanawiałem się czy ta kolekcja to był dobry sposób na wydanie pieniędzy, ale teraz przekraczając już jej połowę, czytając komiksy takie jak wyżej wymienione jestem naprawdę zadowolony. W tym przypadku spodobała mi się forma krótszych raczej odosobnionych od siebie opowiadań przygotowanych przez wielu autorów, które bywa że bronią się nie tylko jako komiksy Star Wars, ale i jako komiksy wogóle. Podoba mi się także, że większość z nich jest raczej kameralna, albo tyczą się całkowicie pobocznych postaci albo jeżeli głównych bohaterów trylogii to nie stawiający przed nimi żadnych niewiarygodnych zadań i nie wplątujący ich w niesamowicie wielkie wydarzenia które będą miały wpływ na całą Galaktykę i kolidowałby z tym co było w filmach. Ocena zbiorcza dla całości 7+/10.

 
  "Conan Barbarzyńca Kolekcja" - nr 37-42 W zeszłym miesiącu coś marudziłem o tym, że lekko jestem zmęczony kolekcją, na dodatek powaliłem numerki. W tym miesiącu już mi przeszło i bawiłem się równie dobrze jak na początku. Dobrą decyzją Marvela było odsunięcie od funkcji scenarzysty Michaela Fleishera i pozostawienie mu roli wyłącznie redaktora, skończyły się nareszcie te dziwaczne wątki nie pasujące do konwencji z równie odjechanymi bohaterami, które na dodatek miały tendencję powracania jak bumerang. Pałeczkę po nim przejęli rewelacyjny Don Kraar i nieco mniej rewelacyjny ale i tak naprawdę niezły Jim Owsley a same komiksy powróciły do formy tej znanej z początku kolekcji, czyli jeden zeszyt - jedna historia. Kraar nie tylko świetnie czuje klimat howardiańskiego Conana, ale dodatkowo urealnia wprowadzając elementy dramatyczne i ubrutalnia świat Hyborii przez co momentami zbacza w kierunku dark fantasy, aczkolwiek zdarza mu się od czasu do czasu błysnąć dosyć czarnym humorem. U Owsleya piszącego również pod pseudonimem Larry Yakata jest różnie, zdarzają mu się bardzo dobre historie, zdarzają się i przyjemne ale raczej głupiutkie, ogólnie rzecz biorąc i tak wychodzi to na plus. Za rysunki odpowiadają głównie Gary Kwapisz, Ernie Chan i Rudy Nebres i o tyle o ile dwaj pierwsi są świetni to ja osobiście zakochałem się w naturalistycznym świetnie pasującym do mroczniejszych, cięższych fragmentów stylu Nebresa. Od czasu do czasu dostaniemy miłą odmianę w postaci gościnnych występów innych rysowników (scenarzystów w sumie też) i żaden z nich nie zawodzi, zresztą cała seria stoi pod względem wyglądu na niezwykle wysokim poziomie. Brakuje może trochę golizny z poprzednich tomów, ale trzeba przyznać, że artyści starają się nagiąć cenzurę jak tylko mogą i niewiele pozostawiają wyobraźni. Ta kolekcja to zdecydowanie jedna z najlepszych regularnych serii wydanych w naszym kraju. Ocena 8+/10.


  "Opowieści Makabryczne" - Stephen King, Bernie Wrightson. Komiks legendarnych autorów który na ekrany przeniósł jako "Creepshow" równie legendarny George Romero. Nie ma co wymyślać nic w tym temacie, film jest pewnie bardziej znany w naszym kraju i jest dokładną ekranizacją tego co jest w komiksie czyli pięć krótkich horrorowo-komediowych nowelek (w filmie humor był nieco bardziej uwypuklony, tutaj jest nieco bardziej horrowo). Po krótce bardzo znana pozycja, totalnie klasyczny komiks, niedużo stron z wydawnictwa Albatros w miękkiej oprawie za śmieszne pieniądze. Brać, czytać, oglądać i nie marudzić. Ocena 7/10.



Poleciłbym w sumie, ale nie chcę się narażać:

  "Star Wars Legendy - Cienie Imperium" John Wagner, Kilian Plunkett, John Nadeau. Shadows of the Empire, chyba pierwsza wielka wewnętrzna franczyza w świecie Star Wars składająca się z powieści, komiksu, gry video (pamiętam jak pierwszy raz siadłem za sterami Snow Speedera, ach cóż za powalająca realizmem grafika to wtedy była, lepiej tego już włączać nie będę) a także serii zabawek, albumów z naklejkami i tym podobnych pierdoletów. Cóż, komiks jest nienajgorszy ale dotknęła go typowa zwłaszcza dla Marvela przypadłość, która niestety rozwinęła się właśnie w latach 90-tych (czyli dacie wydania) i potrafi straszyć do dzisiaj. A mianowicie porażająca wręcz "eventowość". Aby wyciągnąć max z tego komiksu to wydaje się, że trzeba znać wszystkie elementy składające się na Cienie Imperium a ja ani książki nie czytałem, ani fabuły gry już nie pamiętam. Te sto-kilkadziesiąt stron jest tak zapchane różnymi fabularnymi odnogami, że czyni to lekturę straszliwie chaotyczną. Na dobrą sprawę jedynym wątkiem który wydaje się nie pocięty jest Boba Fett holujący bryłę karbonitu z Hanem Solo dla Jabby (swoją drogą świetny występ, ale Bobba strasznie się rozgadał jak na siebie chyba poza kadrami popija). Cała reszta Luke, Leia et censortes wyskakują co jakiś czas na kilka stron aby się zaraz schować i zrobić coś czego nie widzimy, do tego nie wiadomo po co jakiś agent Jix. Za dużo tego a i tak w niewystarczającej ilości, gdzieś tam w tle dowiadujemy się że Darth Vader i główny czarny charakter Książę Xizor strasznie się nie lubią, ale dlaczego? Nie mam pojęcia. O Czarnym Słońcu, gdzie Xizor jest jednym z bossów też nic się nie dowiemy. Pod względem rysunków, album wygląda przyzwoicie, nie sprawdzałem który z panów odpowiada za którą stronę, ale wygląda na to że jeden jest lepszy od drugiego niektóre strony są wyraźnie ciekawsze. Oko radują plansze zajmujące całą stronę i żywe, wesołe kolory nałożone przez samego P.Craiga Russela. Aha, na dokładkę otrzymamy (nareszcie) komiksową adaptację Powrotu Jedi autorstwa Archiego Goodwina i Ala Williamsona i to jedna z najlepszych adaptacji do tej pory, najmniej pocięta. Cóż, gdyby ktoś tak to napisał żeby dało się to czytać nie sięgając do innych mediów mogłoby być świetnie bo fabularnie zdaje się to ciekawe, ale przez sposób w jaki zostało to zaprezentowane to mocno naciągane 6/10.


  "Suicide Squad - Rebirth" - pierwsze cztery tomy, Rob Williams i inni. Dla mnie całkiem przyjemne zaskoczenie. Dwa pierwsze tomy to proste jak kołek akcyjniaki z czego drugi jest na dodatek strasznie głupkowaty, w trzecim tomie autorowi ktoś chyba zwrócił uwagę, że bohaterowie dotychczas nic nie robią tylko biegają, strzelają i rzucają one-linerami i od trzeciego tomu postanowił na szybko zacząć nadpisywać relacje i zamieszać fabułę nieco "głębszymi" intrygami co wyszło mu momentami strasznie sztucznie (np dowiemy się ni z gruchy ni z pietruchy że Rick Flagg i Harley mają się ku sobie, co może łączyć komandosa i potatuowaną, pomalowaną na biało wariatkę? Bo chyba nic), ale w sumie jakby nie patrzeć  koniec, końców jest to na plus. Na minus np. obsadzenie w roli antagonisty Generała Zoda, sorry ale koleś rzucający bumerangami, facet pokryty łuskami i dziewczyna z młotkiem to wogóle nie ta liga, albo Amanda Weller, która jest jeszcze bardziej przekoksowana niż Superman - wszystko wie, wszystko widzi, ma ukryty plan w ukrytym planie, który znajduje się wewnątrz tajnego planu, Nick Fury to przy niej totalny amator ale mimo wszystko jest kochającą matką (jasne). Na plusik napewno szorty na temat przeszłości postaci. Tak jak w filmie głównymi ulubieńcami dla mnie w tym komiksie tutaj są Harley Quinn i Kapitan Bumerang. Za rysunki odpowiadają nazwiska takie jak Jim Lee, Tony Daniel czy Jason Fabok także możemy się spodziewać pewnego niezłego poziomu. Jak ktoś ma ochotę na zjadliwy komiksowy fastfood to może śmiało sięgać, miałem się tych czterech tomów pozbyć na allegro i być może to uczynię kiedyś, ale póki co zostają a ja dokupuję pozostałe dwa tomy. Cały tytuł jest naprawdę ok chociaż tak sobie myślę, że Suicide Squad to byłby świetny materiał na poważniejszy dramatyczny komiks a cała bitka powinna zostać przepchana do Ligi Sprawiedliwości. Ocena 6/10.

Offline bibliotekarz

Odp: Bo chodzi o to, żeby plusy nie przesłaniały nam minusów - sezon drugi
« Odpowiedź #157 dnia: Wt, 18 Luty 2020, 14:18:50 »
Zdecydowałem się na podsumowanie tutaj dwóch miesięcy łącznie ze względu na to, iż raczej co miesiąc dokonuję zakupów tematycznych a grudzień i styczeń upłynęły pod znakiem średniowiecza. Jakie komiksy najlepiej oddają klimat i realia tej epoki? Na czym skupiają się poszczególni twórcy?

Na początek - co przez ten czas przeczytałem i uwzględniłem w tym zestawieniu: Wieże Bois-Maury (tomy 2-10), Bois-Maury t. 2 - Rodrigo, Ira Dei. Złoto Khaidów, Vasco. Księga I, Towarzysze zmierzchu, Mieszko. Dziedzictwo. W tym czasie przeczytałem też Slaine. Skarby Brytanii i Rogaty Bóg oraz zacząłem Armie zdobywcy, ale to wszystko raczej fantasy odnosząca się starożytności, więc ich tutaj nie uwzględnię. Nie uwzględniam też Thorgala, gdyż miesiąc z nim miałem w sierpniu. Natomiast Thorgal mimo wszystko zasługuje chyba i tak na krótką uwagę - najlepszy album oddający klimat średniowiecza to Łucznicy.

Best of the best: Towarzysze zmierzchu. To trzy historie zachowujące niby ciągłość, ale w pewnym momencie przeżywające zwrot koncepcyjno-jakościowy. Dwie pierwsze są krótkie i to raczej fantasy ze średniowieczem w głębokim tle. Natomiast trzecia to opowieść bardzo długa, rozbudowana fabularnie, gęsta, wielowątkowa, spychająca motyw fantastyczny do głębokiej defensywy. Zagęszczają się nie tylko wątki, ale i rysunek - staje się bardziej szczegółowy, artysta wnika w przeróżne detale. Akcja co prawda wciąż jest osadzona w fikcyjnym miejscu, ale realia średniowiecza oddawane są z dużą pieczołowitością. Wnętrze zamku, klasztor, domy i miejskie ulice, wyposażenie i stroje podziwiamy tak jak mogłyby istnieć naprawdę, zbudowane są według wszelkiej naszej najlepszej wiedzy na ten temat. Główna oś fabuły to intryga pałacowa, w której ważną rolę, choć nieodgadnioną niemal do ostatnich stron ma odgrywać pewien błędny rycerz. Jego towarzysze to blondynka w opałach i samolubny cwaniaczek. Tworząc wspólnie grupę typowych dla średniowiecza tzw. "ludzi gościńca" pozwalają poznać nam nie tylko zamkowe zakamarki, ale i problemy trapiące pospólstwo - bezdomność, głód, zabobony. Burgeon lubi ponadto wplatać akcenty erotyczne. Nie jest to jednak komiks dla każdego. Lektura wymaga ciągłego skupienia (ja sam przeczytam go jeszcze raz, żeby lepiej wszystko ogarnąć) i nie każdego mogą interesować detale epoki, które Burgeon postanowił nam zaprezentować. Usatysfakcjonowany powinien być czytelnik "Imienia róży" Umberto Eco, gdzie podobnie autor często marginalizuje wątek detektywistyczny, by zająć się szczegółami dysput filozoficzno-teologicznych epoki, erudycyjnym tropieniem herezji i łowieniem wynalazków, które wtedy powstały.

O włos od podium: Wieże Bois-Maury. 10 tomów znów o pewnym błędnym rycerzu, który tym razem przemierza Europę i Bliski Wschód by odzyskać tytułowy zamek Bois-Maury. Każdy tom to inne miejsce akcji, inny naród lub grupa społeczna, z której dramatami się mierzymy. I to właśnie stanowi największą wartość serii - Hermann wnikliwie oddaje codzienne troski różnych warstw społeczeństwa średniowiecznego, przez co często każe głównemu bohaterowi ustąpić miejsca na głównym planie. Spotykamy więc nie tylko dumnego rycerza dbałego o swój honor i maniery, ale i rycerza cynicznego rabusia, złodziejaszka z ambicjami i tchórzliwych wieśniaków kurczowo trzymających się nadziei (niezapomniany staruszek z kurczakiem). Wszyscy oni co i rusz muszą skonfrontować swoje zasady i widzenie świata z zagrożeniem egzystencji bądź to przez głód, bądź przez agresorów. To taki szeroki pejzaż epoki. Opowiadana historia w każdym tomie zawsze meandruje i nie jest oczywista do samego końca. Rysunki nie są przesadnie szczegółowe, ale Hermann potrafi być świetnym rysownikiem i zrobić wrażenie niejednym kadrem. Niestety starsze albumy zachowały się chyba w gorszej jakości przez co tusz nie zawsze bywa wyraźny. Cała seria nie schodzi poniżej pewnego poziomu (nieco słabszy, choć wciąż dobry jest t. 6 Sigurd), ale szczególnie pierwsza połowa jest godna uwagi ze względu na sposób wykonania ogólnej koncepcji.

Pozotywne zaskoczenie: Mieszko. Dziedzictwo. Wyśmienity debiut polskiego twórcy na łamach komiksu historycznego. Zarazem akcja umieszczona w okresie szczególnie bliskim mojemu sercu - pogańskie czasy powstawania państwa polskiego. Szukałem różnych komiksów krążących wokół tej tematyki i to jest najlepsze, co do tej pory dostałem, zarazem to właśnie to, czego oczekiwałem. Stary władca Polan, Siemomysł, zostaje ranny w bitwie z Wieletami i zmuszony do przyśpieszenia decyzji o sukcesji, co do której nadzieje żywią jego dwaj synowie - Zdziebor i Mieszko. Tematykę tę łatwo spieprzyć - oświetlają ją ledwie zdawkowo wzmianki źródłowe, gdzie dodatkowo trzeba odnaleźć się w gąszczu najnowszych ich naukowych interpretacji i trudnej literaturze archeologicznej, by nie popaść nieświadomie z historii w fantastykę. Graphos wyszedł z tego znakomicie. Trzymając się dokładnie wiedzy historycznej uzupełnia liczne luki nowymi postaciami i wątkami wplatanymi w intrygującą fabułę nie naruszając przy tym naukowego fundamentu. Do tego dochodzi oprawa graficzna. Przemyślany malarski styl szczególnie pięknie prezentuje się w ujęciach przyrody. Czekam niecierpliwie na kolejne tomy.

Vasco, tom I. Ćwierć wieku po lekturze "Więźnia Szatana" wracam do postaci Vasca, tym razem w zbiorczym wydaniu Kurca. To dobry komiks, który posiada swoje mocne strony, ale nie każdego musi wciągnąć. Szczególnie cenne są ujęcia architektury, do której Chaillet ma zamiłowanie. Momentami to jakby ilustracja do podróży po zabytkach południa Europy - stajemy przed jakimś zamkiem lub murem i wyobrażamy sobie jak mógł wyglądać w średniowieczu i jakie sceny mogły się tam rozgrywać. I najlepiej rysownikowi wychodzą właśnie sceny statyczne, na planie pełnym, mogące zilustrować takie wyobrażenie. Bliskie ujęcia twarzy, czy sceny pojedynków często szwankują. Scenariusz ma nam przybliżać miejsca i postacie w oprawie przygodowej. Oprawa ta jest jednak nieco sztywna i momentami trąci myszką. Widać jak w tym początkowym okresie, zawartych tam trzech pierwszych przygód, autor z historii na historię się rozwija. Rysunek, nie do końca, ale jednak, stopniowo wytraca swoje wady. Zachowawcza i konserwatywna fabuła przypominająca komiksy z innej epoki a la Prince Valiant nieco nabiera pazura (w trzeciej historii mamy już nawet gołe cycki). Ciekaw jestem jak to dalej Chaillet pociągnął, aczkolwiek nie jakoś nadzwyczajnie.

Ira Dei. W tym zestawieniu pozycji wybitnych i co najmniej dobrych wreszcie komiks najwyżej średni. Rzecz dzieje się na Sycylii zajętej przez muzułmanów, a którą próbuje zdobyć cesarz bizantyjski włączając do walk wojowników z gwardii wareskiej. To właściwie tyle jeśli chodzi o realia historyczne. Dalej dominuje akcja, w której bohaterowie zachowują się jak postacie gry komputerowej. Mamy w tle walk zarysowaną jakąś intrygę, momentami nawet ciekawą, psutą jednak przez nieprzekonujące postacie a rozwiązania tajemnic będących motorem akcji, w założeniu chyba całkowicie nieprzewidywalnych, możemy się jednak w ogólnym kształcie domyślać. Rysunki przeciętne, dobrze oddające dynamikę, pozbawione jednak detali, pomysłowych ujęć czy historycznych smaczków. Na szczęście cykl pierwszy to tylko dwa tomy, ale i tak nie wiem czy dam szanse tomowi drugiemu.

Odp: Bo chodzi o to, żeby plusy nie przesłaniały nam minusów - sezon drugi
« Odpowiedź #158 dnia: Wt, 18 Luty 2020, 23:49:39 »
  Jak lubisz klimaty to koniecznie chociaż zapewne już dawno masz "Doman" i zbiorczy "Relax 2" gdzie jest kilka historyjek o początkach Polski rysowanych przez Rosińskiego razem z "Relaxem 3" gdzie jest komiks Kobylińskiego o podobnej tematyce.

Offline misiokles

Odp: Bo chodzi o to, żeby plusy nie przesłaniały nam minusów - sezon drugi
« Odpowiedź #159 dnia: Śr, 19 Luty 2020, 07:08:58 »
A przy okazji następnych zakupów na Gildii warto do koszyka dołożyć Endorfa Moroza - mocno w klimatach Wież Bois Maury.

Offline bibliotekarz

Odp: Bo chodzi o to, żeby plusy nie przesłaniały nam minusów - sezon drugi
« Odpowiedź #160 dnia: Śr, 19 Luty 2020, 09:09:12 »
Doman zbiorczy już za mną, bo za mną też miesiące na klimaty słowiańskie (razem z Kokoszami, Legendarną historią Polski, Przebudzonymi legendami, Odmieńcem, Lux in tenebris czy Mikoszką). Na razie luty zacząłem z Aliens, w marcu planuję powrót do X-Men, więc Relax musi trochę zaczekać na kolejny miesiąc ze Słowianami.

Komiksy Moroza czekają na jakiś miesiąc z Bałtami (razem z Łaumą i Legendami warmińskimi).

W planach mam oczywiście też jakiś dodatkowy miesiąc ze średniowieczem. Vasco t. 2, Ramiro, Rodryk, Wszechksięga i Uzbrojony ogród nie zmieściły mi się w ostatnim budżecie.

Odp: Bo chodzi o to, żeby plusy nie przesłaniały nam minusów - sezon drugi
« Odpowiedź #161 dnia: Nd, 01 Marzec 2020, 14:14:36 »
Najlepszy komiks przeczytany:
Pierwsze tomy Donżonu i Profesora Bella - nie mogę powiedzieć, że się nie spodziewałem, że to będzie aż tak dobre. Sfar i Trondheim to jednak klasa sama w sobie, ich wyczucie komiksowego medium i talent do tworzenia światów lekkich i bezpretensjonalnie wciągających czytającego, ale jednocześnie będących złożonymi w strukturze i dalekimi od trywialności jeśli chodzi o zawarty przekaz, sprawia, że kupuję ich komiksy w ciemno. Czytając P. Bella miałem wrażenie powrotu do słodkiego dzieciństwa i oglądania Scooby Doo, zmieszanego z Kotem rabina, Donżon zaś to rzecz z typu tych co siedzą w tobie od zawsze nawet jeśli jeszcze nie trafiłeś na tego fizyczny egzemplarz. Szkoda, że seria nie jest nieco szybciej wydawana, ale przy zaległościach liczonych setkami jakoś może to przeżyję.
Złodziej wszystkich czasów - kupiłem to lata temu w podobnym czasie co Koralinę N. Gaimana i w istocie komiks C. Barkera jest bardzo podobny do wspomnianego, to baśń o dzieciach z elementami horroru i fantastyki, podana w ciekawym i niewtórnym anturażu. Nie wymyślono tu oczywiście drugiego koła, ale biorąc pod uwagę, że Barkera u nas bardzo mało wydano dla jego fanów rzecz nie do przeoczenia (choć łańcuchów i rwanego mięsa się tu nie spodziewajcie).
Mister Miracle Kinga - zastanawiałem się jak wypadnie na tle świetnego Visiona i nie rozczarowałem się. Historia jest ciekawa, oparta na konkretnym pomyśle z odpowiednią równowagą akcji, charakterystyką postaci i świetnymi rysunkami. Właśnie takie historie czytane za młodu automatycznie przywiązywały mnie do ich bohatera na zawsze.

Bez zaskoczeń:
30 dni nocy Nilesa - po świetnym, lekko niedocenianym Detektywie Fellu i mocno rozczarowującym Abra Makabra byłem bardzo ciekaw tego komiksu z rysunkami Templesmitha, gdyż to one są tutaj główną osią napędową, generują mrok i uczucie martwoty świata, niezależnie czy akcja dzieje się w śnieżnej Alasce czy słonecznym Los Angeles. Mimo wszystko chciałoby się, żeby fabuła była nieco bardziej dającą okazję do przyzwyczajenia się do bohaterów i zgłębienia ich psychologii jak i poznanie historii miejsc akcji i mieszkających tam społeczności. Zamiast tego pędzi ona na złamanie karku i w efekcie mało czuć tutaj horroru, niepokoju czy suspensu, ale w komiksach rzadko zdarzyło mi się dostać pod tym względem pełny produkt  (jak np. Severed, Saga o potworze z bagien czy Wiedźmy).
Green Arrow Lemire'a - to przyzwoity akcyjniak z naprawdę świetnymi rysunkami i kadrowaniem, Queen jest tu osadzony faktycznie w klimatach Ironfistowych tj. klany, symbole, ścieżka samokształcenia itp. Miałem tylko wrażenie, że niestety nie pozwolono autorowi zaprezentować tego co potrafi, wzbogacić historię głębszą psychologią, jakimś faktycznym kontekstem, czymś co zakotwiczyłoby historię w świadomości czytelnika jako dzieło uniwersalne. Zamiast tego mamy bardzo dobre czytadło i podobnie jak w przypadku drugiego słynnego Zielonego chciałoby się więcej komiksów z tą postacią. 
Neonomicon A. Moore'a - jako fanowi Lovecrafta i Moore'a w zasadzie ten komiks nie mógł mi się nie podobać. Jest tutaj uchwycony ten ciężko uchwytny weirdowy klimat: historia skromnej jednostki przeczuwającej istnienie czegoś niepojętego i niewytłumaczalnego. Powiedziałbym, że szkoda, że Moore nie pisał książek w czasach Derletha, bo pewnie by zrobił to lepiej niż sam Lovecraft, ale szkoda by było świetnych rysunków, jest coś w tej kresce, jakiś pseudofotorealizm, który idealnie wkomponowuje się w świat Ameryki czasów Hoovera itp.   

Lekkie zaskoczenie na minus:
Planetary Ellisa - w zasadzie komiks mi się podobał, ale daleko mi było do spodziewanego zachwytu. Męczyła mnie ta gonitwa fabuły na złamanie karku, coraz bardziej brakowało dozy "twardości" SF, gdyż nawet jak na standardy popularnonaukowe odniesienia do fizyki zaczynały przypominać, zwłaszcza w drugim tomie, okrutny bełkot. Na plus na pewno zapadające w pamięć postaci, rysunki z dużym rozmachem i jednak mimo wszystko spójność koncepcyjna dzieła.
Klatki McKeana - tutaj również miałem duże oczekiwania a wg mnie to dzieło tylko poprawne. Rysunki i kolaże u tego pana to wiadomo, że najwyższa półka, ale podobnie jak w przypadku Stwórcy McClouda czegoś tutaj zabrakło. Niesprawiedliwie byłoby oceniać to dzieło jako pretensjonalne i stworzone tylko do pokazania możliwości warsztatowych, tak na pewno nie jest, po prostu brakuje tu tej iskierki magii, która oddziela rzeczy bardzo dobre od tych tylko dobrych.

Dziwna rzecz:
Księga Genesis R. Crumba - nie wiem do końca co o tym myśleć, sam Crumb jako ateista traktuje ten komiks jako próbę zobrazowania pewnych pierwotnych instynktów, które są racjonalizowane poprzez wiarę i dogmaty religii. Komiks nie jest kpiną z religii, chyba, że na jakimś nieuświadomionym, komórkowym poziomie.  Dziwnie się to czytało, tekst jest niezmodyfikowany, bardzo męczący zarówno jeśli chodzi o formę i treść i okraszony tymi dzikimi rysunkami ludzi. Patrząc przez kilka godzin na te wszystkie prymitywne, śliniące się twarze i zwierzęce sylwetki chyba można sie dobrze wczuć jak Crumb odbiera religię i chyba po to ten komiks powstał. 

Online Kadet

Odp: Bo chodzi o to, żeby plusy nie przesłaniały nam minusów - sezon drugi
« Odpowiedź #162 dnia: Nd, 01 Marzec 2020, 20:10:40 »
Z pewnym opóźnieniem, ale pozwolę sobie dorzucić kilka komentarzy do recenzji Skandalisty:

Pierwsza historia Scotta Alliego opowiada o spisku mającym na celu pozbawienie życia Palpatina uknutym w najwyższych kręgach Imperium, pomimo tego że mniej więcej w środkowej części autor traci chyba kontrolę nad scenariuszem i całość robi się nieco chaotyczna to po wzięciu rozszalałego długopisu w karby, komiks jest naprawdę niezły, rysunki Ryana Benjamina całkiem w porządku z gatunku tych co są "brzydkie na tyle żeby być fajne".

U mnie właśnie rysunki zdecydowały o złym odbiorze komiksu. Rozumiem, nie zawsze styl musi być w moim guście, ale te maziaje są chyba często nieanatomiczne... a w pewnym momencie zacząłem mylić ze sobą tych imperialnych spiskowców, bo niektórzy byli narysowani niemal identycznie (mówię o tych paru ostrzyżonych na jeża typkach bez żadnych znaków szczególnych typu cybernetyczne oczy czy metalowy kaftan).

Drugim komiksem jest Biggs Darklighter co do którego mam mieszane uczucia. (...)  z drugiej pociska takie bzdury jak to, że w momencie rozpoczynania się Star Wars Luke z Biggsem stali właśnie na wydmie,

To jest jedna z kilku scen nakręconych, ale usuniętych z pierwszej kinowej wersji "Nowej nadziei". Lucas wyrzucił ją, bo zakłócała płynność akcji. W opowieści z Biggsem jest jeszcze parę tych usuniętych scen, np. ta, gdzie uprzedza Luke'a, że będzie starał się zdezerterować. (tu w sekcji "New Hope" jest dokładniejszy opis) I nawet trudno się dziwić, że do nich sięgnęli, skoro w filmie samego Biggsa to nie za dużo ogólnie jest - każdy materiał na wagę złota :)

Tam jest w pewnym momencie scena, gdzie Biggs i jego kumple dezerterzy gadają sobie w TIE - problem jest taki, że widać ich twarze, a przecież pilot TIE musiał zawsze nosić hełm, bo te myśliwce nie miały systemów podtrzymywania życia. W późniejszych wydaniach dorzucono przypis, że to "licencja artystyczna" w celu lepszego ukazania emocji postaci :) Ale ogólnie bardzo lubię ten zręczny i sprawny story-arc - bardzo fajne rysunki i moim zdaniem jedna z lepszych fabuł w "Empire".

Kolejnym komiksem jest "Krótki szczęśliwy Żywot Roonsa Sewella" Paula Chadwicka i tu niestety wyszło słabo, pierwszy zeszyt zapowiada całkiem intrygującą historię, zaczyna się od wspomnień Jana Dodonny na pogrzebie tytułowego Roonsa, który okazał się najlepszym generałem Rebelii. Dostaniemy tutaj historię z młodości rzeczonego generała i dowiemy się czym Imperium go tak wkurzyło, że chwycił za broń. W drugim zeszycie zgodnie z oczekiwaniami powinniśmy przeczytać kolejny etap jego "biografii" czyli historię przyłączenia się do Sojuszu, ale seria dostała z nieznanych przyczyn wyraźnego cancela i dostaniemy garść jakichś niekonkretnych wyrywków z których w żaden sposób nie dowiemy się dlaczego Roons Sewell był taki legendarny oraz scenę jego dosyć idiotycznej śmierci. Szkoda potencjał był całkiem spory.

Mnie się wydaje, że głównym zadaniem tej historii było swego rodzaju "odbrązowienie" Rebelii i pokazanie, że nie składała się ona wyłącznie z harcerzyków, którzy zjednoczeni świętym celem walczyli zawsze wspólnie ramię w ramię i ani myśl o kłótni im w głowie nie postała :) Te tarcia między Sewellem a Dodonną, ta ich dynamika z wzajemnym szacunkiem, ale też i niechęcią, niedopasowaniem charakterologicznym, te sugestie w przekazach od Mon Mothmy, które wskazują, że władzom Rebelii nie do końca było po drodze z Roonsem, no i wreszcie ten niejednoznaczny portret Sewella, który wygłasza wzniosłe hasła o walce z tyranią (czy to nie kolejne teatralne kwestie?), ale jest napędzany co najmniej w takim samym stopniu przez żądzę zemsty - to moim zdaniem atuty tego komiksu (choć też za arcydzieło go nie uważam).

Kolejnym komiks to jest już nawet nie perełka ale jeden z brylantów tej kolekcji wzorowany na wojennych filmach (zwłaszcza tych o Wietnamie) "Do Ostatniego Żołnierza" Wellesa Heartleya. Pełnokrwista wojenna opowieść bez podziału na dobrych i złych o młodym imperialnym poruczniku Janeku Sunberze, o tym jak machina wojny i samej armii miele wszystkich (nie)równo, oraz o tym jak bardzo przerypane ma szara piechota. Jasne można narzekać na pewne uproszczenia, ale trzeba by być marudnym malkontentem zwłaszcza, biorąc pod uwagę, że oryginał również na uproszczeniach się opierał. Rewelacyjny komiks biorąc również pod uwagę grafikę Davide Fabbriego momentami nawiązującego stylistyką do plakatów propagandowych.

Tak, też uważam, że to genialna rzecz. Myślę, że to jeden z tych komiksów SW, który ma duże szanse spodobać się nawet osobom nieprzepadającym za tym uniwersum. Oderwana, samodzielna opowieść w sam raz dla fanów historii wojennych. Bardzo solidne rzemiosło - polecam wszystkim zainteresowanym.

Na plusik z pewnością też akcyjniak "Z dala od wszystkich" w którym dowiemy się, że Rebelianci to nie lepsi potrafią być niż Imperialni,

Nie wiem, czy zauważyłeś, ale główny bohater to epizodyczna postać z "Nowej nadziei" - to on w kantynie kieruje szukającego statku Bena Kenobiego do Chewbacki. Ten komiks kontynuuje historię BoSheka z opowiadania o nim zamieszczonego w książce "Opowieści z Kantyny Mos Eisley"

Po niej wpadnie w nasze ręce bardzo dobry i przewrotny w sposób nieco kojarzący się nieco z braćmi Coen "Wzorowy oficer" JJ Millera i Briana Chinga, którego głównym bohaterem po raz kolejny zostanie Vader. A dalej zapoznamy się ze "Złą Stroną Wojny" czyli kontynuację przygód porucznika Sunbera przygotowaną przez tych samych artystów. Sam komiks jest dobry, tyle że "Do ostatniego żołnierza" rewelacyjnie się broniło jako samodzielne dzieło, tutaj nie dość, że dostajemy sequel to jeszcze Janek okazuje się mieszkańcem Tatooine i "oczywiście" starym kumplem Luke'a. Bez jaj, w tej historii absolutnie nic nie zmieniłoby gdyby ta postać była całkowicie nowa, no ale skoro czytelnikom zapewno się spodobało wcześniej to trzeba krowę doić dopóki mleko daje.

"Wzorowego oficera" bardzo lubię od czasu publikacji w "Star Wars Komiks". Zgrabny one-shot i nastrojowe rysunki Chinga. Natomiast w kwestii Janka... No cóż. W "Nowej nadziei" jest fragment, w którym Luke wspomina o swoich dwóch kumplach, którzy odeszli z Tatooine do Akademii Imperialnej - Biggsie i właśnie jakimś "Tanku"/ "Czołgu". O tej postaci nie było potem żadnych wzmianek - aż do tych komiksów. Autorzy twierdzą, że Janek miał być "Czołgiem" od pierwszego występu - w "Do ostatniego żołnierza" wspomina mimochodem o tym, że pochodzi z zapadłej planety i ma przyjaciół pilotów.

Cały cykl zamkną porządne "Drobne Zwycięstwa" Jeremyego Barlowa których bohaterką jest Deena Shan wcześniej poznana rebeliancka mechanik zadurzona w Hanie Solo, obecnie przechodząca kryzys tożsamości, oraz głupiutki "Wektor" kontynuujący ten absurdalny pomysł zapoczątkowany jeszcze w Kotorze o sithijskim artefakcie przemieniającym ludzi w jakieś potwory.

"Drobne zwycięstwa" też mi się całkiem podobały. Niestety "Rebelia" została po tych komiksach zawieszona, żeby zrobić miejsce na inne tytuły (DH starał się wydawać naraz tylko kilka serii, żeby sobie nawzajem nie odbierały klientów), a potem dostała cancela i przez utratę praw na rzecz Marvela nie poznamy już kontynuacji. Na szczęście nie ma wrażenia, że historia została drastycznie urwana.

Co do potworów-rakguli - one w ogóle pochodzą z cenionej gry komputerowej "Knights of the Old Republic" z 2003, gdzie były takim ekwiwalentem zombie w świecie SW. Komiksowy prequel "KoTORa" wyjaśnił, skąd się wzięły, co miało nawet jaki-taki sens, bo pierwsi lordowie Sithów byli znani w uniwersum z eksperymentów z tworzeniem różnych kreatur przy pomocy Mocy.

Nie wiem, czy zacząłeś już czytać kolejne tomy kolekcji, ale jeśli nie, to radzę przejść do serii "X-Wing" (tomy 55-59) i dopiero potem iść od tomu 40 wzwyż. Ktoś coś poplątał w DeAgostini i nie wydali tego zgodnie z chronologią zdarzeń wewnątrz uniwersum.

Co do "Suicide Squadu" - nie czytałem, ale wiem, że znany Ci z komiksów SW Ostrander miał ładnych parę lat temu swój run w tym tytule i podobno był to właśnie komiks uderzający w poważniejsze tony.
Będę wdzięczny za wsparcie:
Majci: https://tiny.pl/t828d
i Franka: https://tiny.pl/7h4k8

Życzę wszystkim zdrowia! Zostańmy w domu.

Offline Nawimar III

Odp: Bo chodzi o to, żeby plusy nie przesłaniały nam minusów - sezon drugi
« Odpowiedź #163 dnia: Nd, 01 Marzec 2020, 22:39:18 »
Luty
 
Gideon Falls t.2 – jest coraz lepiej. Tak się powinno robić komiksowe horrory.
 
Superbohaterowie Marvela: Akademia Avengers
– wydawać się mogło, że to jeszcze jedna (obok „Runeways” i „Young Avengers”), na dłuższą metę nieudana próba wkupienia się w łaski nastoletnich czytelników przy równoczesnym poszerzeniu grona młodocianych herosów Domu Pomysłów. Tymczasem rzecz okazała się zaskakująco sensownie prowadzoną realizacją. Aż żal, że nie ma szans na polskie edycje kolejnych zbiorów tej serii.
 
Superbohaterowie Marvela: Quasar
– nadspodziewanie udane przedsięwzięcie z wszelkimi, pozytywnymi stronami marvelowskich produkcji schyłku lat 80.XX w. Bezpretensjonalna rozrywka z protagonistą, który z miejsca da się lubić.
 
Nemezis – w ostatnich latach Mark Millar miewa wpadki i do przesady upraszcza swoje scenariusze (vide „Huck”). W tym jednak przypadku poszło mu zdecydowanie lepiej dzięki czemu otrzymaliśmy przemyślaną, energetyczną i sprawnie zakomponowaną fabułę.
 
Lonesome t.2 – Yves Swolfs w tradycyjnej dlań świetnej formie. Gęsta, dosycona fabularnie i jak zwykle skrupulatnie rozrysowana opowieść osadzona w realiach Dzikiego Zachodu. Tym razem jednak z domieszką motywów paranormalnych.
 
Liga Niezwykłych Dżentelmenów: Burza – pożegnanie Alana Moore’a z komiksowym medium wypadło jak niemal wszystkie jego realizacje: błyskotliwie, erudycyjnie i z domieszką rozbrajającego humoru. Wprost wyśmienita lektura.

Superbohaterowie Marvela: Thunderbolts
– w fabułach Kurta Busiaka tkwi trudna do pełnego zdefiniowania magia, która sprawia, że nawet pozornie sztampowe zagrywki mają moc uwieść czytelnika. Do tego bez silenia się na domniemaną wybitność, dekonstrukcje mitu i inne „takie tam”. Tak też sprawy mają się w przypadku drużyny Thnderbolts, który to koncept okazał się nadspodziewanie żywotny. Do tego fani dokonań Marka Bagleya zdecydowanie nie powinni odpuszczać tego tytułu.   
 
W Imieniu Polski Walczącej t.2
– jeszcze jeden przejaw niezmiennie od lat znakomitej formy twórczego duetu w osobach Sławomira Zajączkowskiego i Krzysztofa Wyrzykowskiego.
 
Descender t.5 – droga do wielkiego finału w autentycznie udanym stylu.
 
Hrabstwo Harrow t.7 – fabuła zwyżkuje; choćby z racji zdynamizowania dramaturgii w efekcie przełomowej dla serii konfrontacji. Stąd atmosfera przed przysłowiowym wielkim finałem została stosownie podsycona.
 
New X-Men t.1 – mocne uderzenie z początku XXI w. de facto nic nie straciło na swojej pierwotnej silę rażenia. Fabuła może nie ponadczasowa, ale najwyraźniej długowieczna.
 
Jeremiah t.20
– mistrz znowu to zrobił! I nie da się ukryć, że ta okoliczność bardzo cieszy. Krótko pisząc: komiksowa postapokaliptyka wszechczasów ma się dobrze.
 
Zakon – po przeszło połowie dekady od zaistnienia pomysłu przybliżenia dziejów Zakonu Krzyżackiego i dwóch pełnowymiarowych albumach duetowi Robert Zaręba/Zygmunt Similak udało się zaprezentować swoje pierwotne założenie. Efekt jest bardzo dobry, a co więcej na tym nie koniec. Kolejne epizody z dziejów teutońskich zakonników już się rysują.
 
The Wicked+ The Divine t.4
– konkluzja nieprzesadnie porywającego konfliktu w ramach równie pretensjonalnej i niecharyzmatycznej społeczności quasi-bożków. Jeśli kogoś przekonała warstwa plastyczna poprzednich tomów to być może czeka tę osobę odrobina czytelniczej satysfakcji. Jeśli nie to raczej lepiej zdecydować się na inną lekturę.
 
Era Conana: Bêlit – kompletne nieporozumienie. Omijać szerokim łukiem.
« Ostatnia zmiana: Nd, 01 Marzec 2020, 22:40:50 wysłana przez Nawimar III »

Odp: Bo chodzi o to, żeby plusy nie przesłaniały nam minusów - sezon drugi
« Odpowiedź #164 dnia: Pn, 02 Marzec 2020, 13:59:51 »
nadęta waltornia:

"Genesis" Crumba to właściwie przeniesienie żywcem Księgi Rodzaju na karty komiksu. W/g mnie Crumb chciał pokazać ten fragment Starego Testamentu dosłownie takim jakim on jest. Większość ludzi tak naprawdę nie zna Biblii, czytała ją wyrywkowo i widzi przez pryzmat kina "sandałowego" z lat 50-tych. Wszyscy wiedzą, że Mojżesz przeprowadził przez Morze Czerwone swój lud do Ziemi Obiecanej a prawie nikt nie wie, że robił za rajfura dla swojej własnej żony. Stary Testament to jedna wielka księga przychodów i rozchodów tam przez cały czas Izraelici handlują wszystkim i wszystkimi z każdym z kim się da, a w przerwach między tą czynnością zabijają się wzajemnie w im bliższym kręgu tym lepiej. Nawet to czczenie Boga wygląda bardziej na próbę przekręcenia go na jakimś "dealu", wiecznie przeczytać można o próbach wymuszenia na Nim jakichś obietnic zysku we wszelkiej postaci. Dla człowieka wychowanego w zachodniej kulturze, Stary Testament to dosyć odrażająca lektura o bandzie zwyrodniałych psycholi. Myślę, że Crumb tak dosłownie obrazujący te pismo, mógł mieć na celu zwrócenie uwagi czytelnikowi "Patrz do czego się modlisz".


Kadet

  Jak zwykle kopalnia (na Kessel) wiedzy z zakresu Star Wars.
1. Dla mnie osobiście rysunki wcale nie muszą być zgodne z anatomią, ale fakt przez te facjaty miał momentami problem z ogarnięciem kto co kombinuje, mógł to bardziej zróżnicować artysta.
2. A to nie wiedziałem, ale koniec końców go nie było i to się po prostu nie zgadza z filmem. Fakt brak hełmów dosyć zauważalny i z oczywistych powodów. Czyta się to dosyć fajnie, ale cała ta historia jest po prostu niewiarygodna jeszcze bardziej niż sztuczny księżyc rozwalony jedną "torpedą".
3. Nie oceniam "co autor miał na myśli", ale to co jest. Pierwszy zeszyt dosyć dokładnie opowiada tyle ile trzeba na temat przyszłości Roonsa a w drugim czytamy ramki z napisem "Roons i Dodonna czasami się nie zgadzali" i do tego jakieś dwa obrazki wyjęte z czapki. Całość wygląda jakby była rozpisana na 6 zeszytów a do druku dali pierwszy i konspekt z pozostałych pięciu.
4.
5. Nie zauważyłem, gratuluję spostrzegawczości. Ogólnie nie czytam tego typu książek, ale akurat dla "Opowieści z kantyny Mos Eisley" zrobiłbym wyjątek, niestety z tego co wiem jest tylko to wydanie Amberu w dosyć srogich cenach.
6. Oczywiście że mógł istniał bardzo znikoma szansa, że jest akurat kumplem Luke'a. Ale spójrzmy prawdzie w oczy, to taki "syndrom wyciskania cytrynki".
7. Tak dawno temu przeszedłem Kotor, że już dawno zapomniałem. Problem w tym, że to widać że to taki pomysł z gierki video i na jej potrzeby, który nijak nie pasuje do innych mediów. Przerabianie ludzi na potworki w 5 sekund, to jest do kitu i jak dla mnie niezbyt w duchu Star Wars. Nie jestem jakimś fanatykiem "continuity" nie muszą być po kolei.


Nawimar III

  "Gideon Falls" ostatecznie trafia na listę "do zakupu" a "The Wicked+ The Divine" ostatecznie traci szansę aby na nią trafić.