Autor Wątek: Bo chodzi o to, żeby plusy nie przesłaniały nam minusów - sezon drugi  (Przeczytany 26897 razy)

0 użytkowników i 1 Gość przegląda ten wątek.

Odp: Bo chodzi o to, żeby plusy nie przesłaniały nam minusów - sezon drugi
« Odpowiedź #135 dnia: Nd, 24 Listopad 2019, 22:13:09 »
Tylko jeden? Panie, tak to my socjalizmu nie zbudujemy.

Offline asx76

Odp: Bo chodzi o to, żeby plusy nie przesłaniały nam minusów - sezon drugi
« Odpowiedź #136 dnia: Pn, 25 Listopad 2019, 00:49:55 »
Od czegoś trzeba zacząć, więc dobra i jedna cegła na dobry początek ;)

Offline Nesumi

Odp: Bo chodzi o to, żeby plusy nie przesłaniały nam minusów - sezon drugi
« Odpowiedź #137 dnia: Pn, 25 Listopad 2019, 07:01:07 »
Nie przypominam sobie czy widziałem inne prace tego rysownika, ale jak tytuł akcji są bardzo w porządku. Tak ogólnie to opuszczasz się Lordzie, gdzie podsumowania?
Widziałeś choćby w Hellboyu
Jeśli jesteś w czymś konsekwentny, przynajmniej nie grozi ci połowiczny sukces.

Odp: Bo chodzi o to, żeby plusy nie przesłaniały nam minusów - sezon drugi
« Odpowiedź #138 dnia: Pt, 20 Grudzień 2019, 16:27:34 »
Podsumowanie listopada, sporo nadganiania kolekcji, nareszcie udało mi się zakończyć WKKM (170 numerów i tyle lat, aż trudno uwierzyć). Jak zwykle mogą pojawić się SPOILERY!!!


1. Najlepszy:
 
   "WKKM - Avengers:Operacja Galaktyczna Burza" - twórców bardzo wielu, autorami głównie Mark Gruenwald i Bob Harras. Jeden z pierwszych wielkich eventów Marvela a właściwie rzecz biorąc crossoverów i to chyba pomiędzy siedmioma czy ośmioma seriami (czytelnicy niewątpliwie byli zachwyceni). Swego czasu niewątpliwie spore wydarzenie w świecie komiksu, które odbiło się echem nawet w naszym kraju (stał pamiętam w moim mieście w tzw. "salonie gier" automat z bijatyką Avengers in Galactic Storm, raczej średnio dobrą, ale niewątpliwą prekursorką gier Capcomu) do tego serie zabawek itp, jednym słowem spora marka. Fabuła tyczy się kosmicznej wojny, która wybuchła pomiędzy imperiami Kree i Shi'ar. W pobliżu Ziemi przypadkiem znajduje się portal stanowiący punkt przerzutowy dla wojsk to jednej to drugiej strony, tyle że korzystanie z niego powoduje destabilizację naszego słońca co może skutkować zniszczeniem całej planety. W takiej sytuacji zrobić porządek w tym burdelu może zrobić wyłącznie grupa najpotężniejszych ziemskich bohaterów. A grupa ta jest tutaj dosyć spora, na dodatek targana wewnętrznymi konfliktami (czyli jak prawie zawsze) i tarciami pomiędzy dwoma duchowymi i nie tylko przywódcami, Kapitanem Ameryką i Iron Manem (czyli też jak prawie zawsze). W każdym razie grupa dzieli się na trzy drużyny z których jedna udaje się z misją na terytorium Shi'ar, druga nawiedza Halę - stolicę Kree, trzecia zostaje na miejscu by bronić Ziemi. Przygody tych trzech drużyn będziemy śledzić naprzemiennie przeplatane jeszcze zeszytami Quasara, który na własną rękę będzie się starał przywrócić sytuację do normalności. Zasadniczo rzecz biorąc jak większość crossoverów to jedna wielka nawalanka, biją się właściwie wszyscy ze wszystkimi łącznie ze obowiązkowymi nawalankami pomiędzy członkami Avengers. Marvel sięgnął w tym momencie chyba po prawie wszystko co miał w kosmosie z wyjątkiem Galactusa, Fantastycznej Czwórki, oraz około-kamienio-nieskończonych postaci  a na czele z moimi ulubieńcami Strażą Imperialną. Kolejni przeciwnicy wyskakują niczym klauni z garbusa, sojusze zmieniają się jak w najlepszej kolumbijskiej telenoweli i mimo to czyta się to całkiem płynnie a scenarzystom udało się naprawdę nieźle ukazać dramatyzm sytuacji. Przyznam szczerze, że kompletnie zaskoczył mnie ostatni tom, nie dość że zakończenia nie da się w żadnej mierze uznać za happyend to na dodatek porusza on naprawdę zaskakująco ciekawe dylematy moralne krążące wokół tego, czy Avengers to tylko szyld czy nazwa ma jednak swoje głębsze znaczenie. Nad rysunkami nie ma się za bardzo co rozwodzić, przy takich historiach wydawnictwa nie pozwalają sobie raczej na eksperymenty i nie znajdziemy tu niczego innego niż mainstreamowe rysunki superbohaterszczyzny z tamtego okresu, w niektórych wypadkach jest lepiej w innych gorzej ale ogólnie przyzwoicie. Wiadomo nie jest to komiks bez wad (dla niektórych będą to zalety), czuć tu jednak sporą "oldskulowość" - tekstu jest sporo i to nie zawsze sensownego czy potrzebnego, postacie co chwilę przedstawiają się z imienia bądź pseudo, tych postaci jest ogólnie rzecz biorąc bardzo dużo i przydałoby się naprawdę nieźle ogarniać uniwersum aby czerpać pełnię przyjemności z lektury a na dodatek poszczególne zeszyty są częściami regularnych serii a więc natkniemy się na wątki które nie mają ani początku ani końca. Nic to jednak, ja miałem mnóstwo radochy z tej lektury na dodatek bardzo miło zaskoczyłem się naprawdę odważnym i niegłupim zakończeniem. To godne zamknięcie jednej z najdłuższych serii wydawniczych w naszym kraju. Ocena końcowa 8/10.



2. Zaskoczenie na plus:

   "WKKM - Superman/Batman:Udręka" - Alan Burnett, Dustin Nguyen. Część serii zapoczątkowanej przez Josepha Loeba i której początkowe tomy ukazały się wydane przez Egmont oraz kolekcję Eaglemossu a także w zeszytach w ramach Dobrego Komiksu i nigdy nie udało się jej dojechać do końca (a wydaje się, że szkoda). Już pierwszy tom stanowił dla mnie naprawdę pozytywne zaskoczenie, owszem był jakby skierowany do nieco młodszego czytelnika, ale historia była sensowna, ciekawa a na dodatek bardzo fajnie przedstawiała wzajemne relacja Bruce'a i Clarka. Tom drugi skupił się bardziej na Supermanie i szczerze mówiąc o wiele mniej przypadł mi do gustu. Tutaj mamy do czynienia z tomem trzecim, który zgodnie z logiką przypada Batmanowi. Żebyśmy się dobrze zrozumieli, fabuła nie jest jakoś specjalnie rewelacyjna, powiem więcej jest dosyć absurdalna, ale całość zmierza do całkiem ciekawych konkluzji. Zaczynamy w momencie w którym Killer Croc kradnie z wieży Lexcorpu jakieś dziwaczny kryształ, dalej przeskakujemy na Supermana, który zostaje postawiony w drastycznej sytuacji w której Ziemia zaczyna się zamieniać w Krypton co na szczęście okazuje się koszmarnym snem. Mimo wszystko kłopoty Clarka się nie kończą, dalej dostaje on jakichś dziwacznych wizji co doprowadza go do obłędu a później do zniknięcia w niewyjaśnionych okolicznościach. Na sceną wkracza w tym momencie Batman, który próbuje odnaleźć swojego przyjaciela, dowiemy się że za zniknięcie przybysza z Kryptona odpowiada jeden ze sługusów Darkseida, Desaad który za pomocą Stracha na Wróble i skradzionych fantów wysyłał koszmary prosto do głowy Supermana. Cała ta intryga po to, aby przejąć kontrolę na największym bohaterem ludzkości (podobno jest to nie do odkręcenia już) i pomóc Darkseidowi zdobyć jakieś tam kosmiczne berło, które ma przywrócić mu moce, których aktualnie jest pozbawiony. Batman w pogoni za porywaczami trafia na obcą planetę, na której przyjdzie mu zmierzyć się z odmóżdżonym już Supermanem, co stanowi solidne nawiązanie do PMR. Tym razem jednak Kryptończyk nie będzie się w żaden sposób hamował co sprawia, że wynik tego pojedynku jest dosyć oczywisty. Batman zostaje nieomal zabity a przed ostatecznym ciosem ratuje go niejaka Bekka jedna z boginek Nowego Genesis, synowa Darkseida. Posiada ona dosyć specyficzne moce, sprawia że mężczyźni wokół niej szaleją z pożądania, na dodatek ona sama dopóki "nie skonsumuje" znajomości odczuwa dokładnie to samo (tak na zdrowy rozsądek to dosyć kiepski materiał na żonę). W każdym razie dwójka ta uda się w pościg za złoczyńcami, którzy w międzyczasie wysłali Supermana poza granice kosmosu do jakiegoś źródła co ma stanowić chyba zaświaty dla DC, gdzie spotka on kogoś w rodzaju testamentowego Boga (?) i skąd się niby już nie wraca, ale Supkowi dzięki superprędkości się to uda. Na sam koniec Bruce na chwilę wbrew sobie wypadnie z roli zimnego nieczułego Batmana a my w scenie stanowiącej odwrócenie zakończenia filmowego "Ogniem i Mieczem" przekonamy się, że parka chwilowych sojuszników nie była chyba sobie obojętna nawet uwzględniając "zdolności" Bekki (czy doszło do seksu to chyba jednak nie, mimo to Batman zachował się jak prawdziwy "pleja"). Rysunki Nguyena zdają się potwierdzać teorię o czytelniku docelowym są raczej w stylu cartoon z lekkimi deformacjami, ogląda się to to w sumie przyjemnie i nie ma się czego czepić. Uwagę moją zwrócił rewelacyjny wygląd Batmana, taki podchodzący nieco pod styl Mignoli, sprawdza się to wyśmienicie moim zdaniem realistyczne rysunki średnio służą tej postaci akurat. Ogólnie rzecz biorąc historyjka nie należy do najmądrzejszych i można się czepić takich szczegółów jak zbędna obecność Scarecrowa chociaż czyta się ją dobrze. Największą zaletą tego albumu jest to, że porusza on temat seksualności Bruce Wayne'a. Zawsze mnie zastanawiało (problemy mieszkańca Europy) czy Batman zabiera te wszystkie dziewczyny z którymi się prowadza bierze do łóżka nigdy to nie było wyjaśnione a przecież byłoby bez sensu gdyby tego nie robił, jego opinia playboya raczej nie dałaby się utrzymać. Tutaj zgodnie ze zdrowym rozsądkiem wychodzi na to, że owszem co więcej odczuwa spore wyrzuty sumienia z powodu tego, że traktuje je tak przedmiotowo. Dowiemy się też, że w głębi ducha ciąży mu to że jego krucjata wyklucza go z reszty społeczeństwa, zazdrości nieco Clarkowi związku z Lois, wbrew sobie nie jest do końca odporny na platoniczne uczucia ani aż tak zimny jak sam o sobie myśli. Można się z tym zgadzać lub nie, kilka tekstów jest chyba jednak mocno nie w bat-stylu, ale ja się zawsze cieszę się jak dostanę nieco inny punkt widzenia na daną postać, tym bardziej że seria sprawia wrażenie lekko alternatywnej. Gratis dostaniemy kilka rewelacyjnych momentów jak wizyta Batka u Lexa czy przybycie na Ziemię męża Bekki, Oriona. Zadziwiająco sympatyczna seria 7+/10.


Drugie pozytywne zaskoczenie:

   "Starlight - Gwiezdny Blask" - Mark Millar, Goran Parlov. Najbardziej chyba pozytywne zaskoczenie tego miesiąca, komiks Millara jednym wielkim listem miłosnym do SF z lat 50-tych komiksów w stylu "Dan Dare" czy filmów ala "Flash Gordon". Pokrótce protagonista Duke McQueen to wielki bohater o dokładniej rzecz biorąc wielki bohater na planecie zwącej się Tantalus. Bo na planecie Ziemia to schorowany emerytowany mechanik, ex-pilot wojskowy, któremu właśnie zmarła ukochana żona. Duke uważany jest za starego dziwaka z wybujałą wyobraźnią, samotny, snujący się bez celu po domu, opuszczony przez własne dzieci nawet nie z powodu tego że go nie kochają, co raczej wolą zapomnieć o jego wariackich opowieściach o kosmicznych przygodach rodem z taniej fantastyki a które co do joty są prawdziwe i w które wierzyła jedynie jego żona. A przygód miał co niemiara i to według kanonu gatunku, pojedynki na szpady z kosmicznymi niemilcami, walki z potworami, robotami i innymi takimi bestiami, pokonanie złego dyktatora a nawet zdobycie serca pięknej księżniczki wraz z propozycją objęcia tronu, obydwie te rzeczy Duke oczywiście odrzuca, bo przecież w końcu żona. W każdym razie w momencie jak poznajemy dzielnego byłego kosmicznego awanturnika sprawia on wrażenie pogodzonego ze swoim losem i czekającego już tylko na wiadomo co. Tak się dzieje do momentu kiedy pod jego domem nie wyląduje rakieta pilotowana przez fioletowłosego chłopaka prosto z Tantalusa, który oznajmia zaskoczonemu weteranowi, że obca planeta wpadła w łapska kosmicznych najeźdźców i po raz kolejny potrzebuje swojego największego bohatera, Duke w sumie i tak nie mający nic do zrobienia więcej na tym świecie nie zastanawia się długo i rusza na swoją ostatnią misję. I ku swojemu i mojemu zdziwieniu mimo, że już nie jest w stanie czytać bez okularów, podstawą śniadania są leki nasercowe a w krzyżu łupie, okaże się na miejscu, że w starym piecu diabeł pali. A dalej to już wiadomo, zgodnie z regułami, wybuchy, strzelaniny, pościgi, ruch oporu itd, itp. Innych prac Gorana Parlova nie znam, wiem że pojawił się w naszym Punisherze, ale tego jeszcze nie czytałem, natomiast tutaj wypadają wręcz znakomicie. Prosta, przejrzysta lekko wykoślawiona kreska świetnie oddaje retro-klimat, całość kojarzyła mi się nieco z niektórymi pracami Moebiusa i wygląda naprawdę fajnie, również dzięki pastelowym kolorom nałożonym przez Ive Svorcina, dobrze że Mucha wydała to w powiększonym formacie. Największą wadą tego komiksu, zresztą to nie pierwszy raz u tego autora jest to, że jest on nieco zbyt krótki. Całość składa się z 6 zeszytów z czego ponad połowa to czysta akcja, patrząc na to jak rewelacyjnie wyszły Millarowi momenty przestoju aż chciałoby się więcej tych obyczajowo-dramatycznych momentów, dodania jakichś wątków pobocznych, czy rozwinięcia niektórych postaci. Szczerze mówiąc to chyba najmniej millarowski komiks Millara jaki miałem w rękach, spodziewałem się chyba tego co ten autor serwuje najczęściej a co z reguły mu też świetnie wychodzi, czyli kolejnej krwawej dekonstrukcji jakiegoś motywu a tu jednak figa z makiem. Dostałem ciepłe, słodko-gorzkie klasyczne sf w nowoczesnym wydaniu z bohaterem którego nie da się nie polubić po dwóch minutach znajomości i poruszające w sumie dosyć ważny społeczny problem. Przyznam szczerze przed lekturą byłem prawie pewien, że po przeczytaniu ten komiks wyląduje tam gdzie poprzednie trzy komiksy Marka Millara wylądowały czyli na allegro, ale ten jednak zostawię sobie na półce. Ocena 8/10



Trzecie zaskoczenie:

  "Boże Działo" - po raz kolejny Mark Millar, Kek-W, Chris Weston. Powodów dla którego kupiłem ten komiks było cztery. Raz cenię Millara, dwa spodobały mi się okładki, trzy lubię komiksy 2000AD, cztery dawno nic nie kupowałem od Studia Lain. Komiks to wydanie zbiorcze wszystkich dwóch (coś mało) tomów przygód tytułowego bohatera. Realia świata wymyślonego przez Marka i Chrisa trzeba przyznać, że dziś może nie jakoś szczególnie nowatorskie, ale jakby nie patrzeć ciekawe. Akcja dzieje się w futurystycznym Nowym Londynie 2004 roku, na całym świecie przyszedł czas na Sąd Ostateczny, zgodnie z obietnicą wszyscy zmarli wstali z grobów i dalej coś poszło nie tak bo nie zjawił się Bóg i wszyscy tak jak ożyli, tak zostali na tym łez padole, co powoduje oczywiście dosyć spore przeludnienie a także spore naprężenia społeczne. Aby zaradzić sytuacji czwórka księży zakłada Księżą Kompanię, która ma za zadanie strzec porządku na ulicach za pomocą sporej ilości broni palnej oraz prowadzić misję ewangelizacyjną (skojarzenia z Sędzią Dreddem jak najbardziej na miejscu). Historia zaczyna się w momencie kiedy w łóżku znalezione zostają zwłoki Sherlocka Holmesa i dr. Moriartyego, którzy wgląda na to mieli o wiele bliższy związek ze sobą niż to się powszechnie mówi. Przerażony sytuacją dr. Watson udaje się z prośbą o pomoc do tytułowego księdza Canona który jest ostatnim żywym członkiem Kompanii, a który stanowi skrzyżowanie wcześniej wspomnianego Dredda z Inkwizytorem z książek Piekary a jego wygląd bez wątpienia wzięli sobie za wzór twórcy postaci Duke Nukema a także detektyw Rutkowski. Otóż śmierć Sherlocka i jego największego antagonisty to nie było zwykłe samobójstwo, wymyślili oni sobie, że udadzą się do samego Nieba i zabiją tam Boga, zajmą jego miejsce i posprzątają bałagan który zapanował na świecie. Canon wraz z Watsonem oraz wyciągniętym ze szpitala psychiatrycznego socjopatycznym zabójcą, bratem jednego z denatów Mycroftem Holmsem, będą się musieli udać za nimi w pościg aż do Nieba bram a nawet jeszcze dalej. W tomie drugim bohaterski kaznodzieja, po załamaniu nerwowym spowodowanym nieudaną próbą uratowania trzech zakonnic schwytanych przez terrorystów, ląduje na leczeniu tradycyjnymi metodami (czyt. elektrowstrząsami) u doktora Freuda. W tym momencie z pomocą przychodzi mu Diakon Blue kolejny członek Księżej Kompanii, okazało się że pozostała trójka wcale nie zginęła, tylko w czasie jednej z misji trafiła prosto do piekła gdzie się zagubiła i tylko Diakonowi udało się odnaleźć drogę z powrotem. Teraz ksiądz Canon w towarzystwie Diakona i Zygmunta Freuda będzie musiał  wydostać pozostałych dwóch nieszczęśników czyli Kardynała Syn i Ojca O'Bliviona z piekła zbudowanego z ciemnej materii. Pod względem rysunków ten album to absolutne mistrzostwo, jestem wielkim fanem tego stylu którym posługuje się tutaj Weston. To stara dobra szkoła, gdzie tła nie stanowią plam jednolitego koloru a obłąkańczo szczegółowe scenografie. Rysunek ma dosyć realistyczną manierę co stanowi świetną kontrę do odrealnionych wizji obydwóch (w sumie obytrzech) autorów a szalonych wizji jest tutaj co niemiara (projekt Lucefera to skondensowany czad), tak samo jak i poukrywanych (albo i nie) na obrazkach dowcipów. Wiecznie wkur...zona mina Canona bawi do łez i mocno kojarzy się z Maczetą Dannego Trejo. Nie gorsze od samej kreski są te soczyste, pięknie nałożone kolory, warto wydać te kilkadziesiąt złotych, dla samych choćby rysunków. W swoich czasach zapewne ten komiks miał być mocno obrazoburczy i jednocześnie pełen czarnego humoru. Dzisiaj po ponad dwudziestu latach jego siła rażenia chyba nieco się zmniejszyła. Wyjątkiem jest raczej przedstawienie Boga, nie należę do osób specjalnie religijnych, powiedziałbym że wręcz przeciwnie ale niezbyt mi się to podobało, chociaż z drugiej strony nie jest specjalnie niezgodne ze starotestamentową jego wizją. Takie rzeczy jak opaska z krzyżem jednoznacznie kojarząca się ze swastyką, jeżdżący opancerzony konfesjonał teraz są już tylko wyłącznie całkiem udanymi dowcipami. Ogólnie całość sprawia wrażenie młodzieńczej głupawki w stylu Tank Girl, tyle że bardziej skupionej na fabule. Wydanie przez Studio Lain, wygląda naprawdę nieźle, czepię się jedynie tłumaczenia, w dwóch bodajże miejscach teksty w dymkach brzmią cokolwiek bełkotliwie i nie wygląda na to, żeby wynikało to z akcji, na dodatek nazywanie tej postaci Canonem jakoś tak średnio brzmi, chyba lepiej było go zmienić jednak w Kanonika, choćby to i nie było specjalnie wierne, ale w mojej opinii jakoś tak pasowałoby doskonale i do postaci i do nieco oficjalnego tonu w jakim się zwracają inne postacie do tytułowego bohatera. No cóż, chyba gdyby nie ten Bóg dałbym minimalnie wyższą ocenę, ale czy skopiemy jakieś pogańskie tyłki? A czy Papież kima w lesie? 7+/10.




3. Najgorszy przeczytany:

   "WKKM - Deadpool kontra Gambit" - Ben Blacker, Ben Acker, Danilo Beyruth (te nazwiska to chyba jakiś żart). Nie znam specjalnie postaci Deadpoola, z wyjątkiem 3-4 wcześniej przeczytanych komiksów (całkiem dobrych), filmu (bardzo dobry) i jakichś okazjonalnych występów w grach video, myślałem że ten conajmniej niezły poziom zostanie w tym komiksie utrzymany. Niestety nic z tego. Na początku w ramach retrospekcji obserwujemy jak tytułowi (anty)bohaterowie demolują miasto w kostiumach Spidermana i Daredevila, po czym dowiadujemy się na złodziejskiej melinie że na zlecenie ukradli właśnie sporo diamentów, korzystając z ich kłótni, mózg tej operacji niejaki pan Chalmers czyli o ile dobrze pamiętam z czasów Tm-Semic Czarny Lis ulatnia się i z towarem i z zapłatą. Wracamy do rzeczywistości poobrażani na siebie Deadpool i Gambit natykają się ponownie na tego samego Chalmersa i zamiast zedrzeć z niego swoje niespłacone należności przyjmują od niego kolejne podobno jeszcze bardziej intratne zadanie. Tym razem mają ukraść jednemu z hongkońskich biznesmenów (tym biznesmenem okaże się jeden z bosów Kun'Lun) tajemniczą statuetkę. Zaczyna się fragment z planowaniem więc biorąc pod uwagę, że słowo "praworządność" nie jest na pierwszym miejscu w słowniku wszystkich zainteresowanych postaci jesteśmy pewni, że otrzymamy historię w stylu "heist" (w posłowiu autorzy wręcz o tym zapewniają). Nic z tego jeszcze pierwszy etap ze zdobyciem odcisków palców do otwarcia zamka można z trudem podciągnąć pod komedię tego gatunku, ale dalej robi się wręcz absurdalnie głupio. Autorzy nawciskali strasznie dużo postaci oraz strasznie dużo wątków w ten cienki tomik, tyle że nic tam się nie trzyma przysłowiowej kupy. Bohaterowie gdzieś poruszają się po różnych miejscach nie wiadomo po co i dlaczego, na pierwszy plan wyskakuje jakiś mechanik - były przestępca tylko nie bardzo wiadomo jaką funkcję ma pełnić w tej historii i tak dalej i tak dalej, historia się po prostu rozjeżdża na naszych oczach (a już na starcie nie jest szczególnie klarowna). Zgodnie z zasadami sztuki na koniec okaże się, że nic nie było tym czym się wydawało (czytaj otrzymamy fabularny twist wyciągnięty kompletnie wiadomo skąd). Widząc słabe wyniki pracy scenarzystów rysownik postanowił wziąć się w garść i spróbować przebić ich dokonania. Od strony graficznej album wygląda bardzo słabo, styl ma mieć kreskówkowy sznyt, ale jest tak nieatrakcyjny że zastanawiając się w jakim przypadku mógłby wyglądać gorzej to wyszło mi że chyba tylko wtedy jakbym osobiście go narysował, na dodatek kolorysta stwierdził, że pójdzie w klimaty czasów minionych i w teorii kreskówkową komedię, najbardziej jak to możliwe wypierze z barw, aby kojarzyła się ze zdjęciem w sepii, no rewelacyjny pomysł na ożywienie nudnej historii. Zastanawiałem się czy mogę jakiś komplement puścić w kierunku tego komiksu i wyszło mi na to, że kilka dowcipów jest od biedy udanych, ale to już naprawdę wszystko. Mamy do czynienia z poplątanym aż do momentu wprowadzenia w całkowitą konfuzję, nudnym i kiepsko narysowanym opowiadankiem. Jeden z najbardziej niepotrzebnych tomów w całej kolekcji. Ocena 3+/10.


4.   Zaskoczenie na minus:

   "WKKM Kapitan Ameryka:Steve Rogers - Hail Hydra" - Nick Spencer, Jesus Saiz, Javier Pina. Żebym nie został źle zrozumiany, to nie jest zły komiks. Ba jest szczerze mówiąc całkiem niezły, tyle że kompletnie rozczarowujące jest to, że po tak kompleksowym pompowaniu balonu z napisem "Kapitan Ameryka wymawia słowo na H", cała tajemnica zostaje takiego zachowania zostaje kompleksowo szybciutko już w kolejnym zeszycie wyjaśniona. Więcej, unikałem jakichkolwiek spoilerów aby nie psuć sobie ewentualnej lektury i szczerze mówiąc już przed jakoby już legendarnym (akurat) kadrem, komiks wyraźnie daje nam już wcześniej znaki, że ktoś lub coś grzebało w rzeczywistości przez co komiks traci sporo ze swojej wagi. Za wewnętrzną przemianę Steve'a odpowiada żyjąca Kosmiczna Kostka (całkiem niezły komediowy ficzer tutaj mamy), co sprawia że bez jakichś szczególnie gorących emocji obserwujemy kolejne egzekucje wykonywane przez Kapitana na zlecenie Red Skulla. Z pewnością na plus jest to, że autor zachował charakter byłego amerykańskiego bohatera, Steve mimo przejścia na drugą stronę dalej pozostaje ideowcem, co możemy zaobserwować gdy planuje zabójstwo Skulla, aby zając jego miejsca gdyż uważa że ten sprzeniewierza się ideałom Hydry. Prace Saiza i Piny wyglądają przyzwoicie, zachwycać się nie ma czym bo tego typu rysowanie obejrzymy w większości komiksów superhero co z jednej strony nadaje mocno generyczny charakter komiksowi i sprawia że nie odróżniamy jednego rysownika od drugiego, z drugiej jest czysto, ładnie i schludnie. Ot solidna rzemieślnicza robota, trochę średnio wypada praca kolorysty, mocno tu momentami jedzie komputerówką, naprawdę zdolni potrafią to całkiem nieźle ukryć, Saiz w tej dziedzinie taki uzdolniony nie jest. Mimo wszystko trzeba jednak przyznać, że sama fabuła jest dosyć wciągająca, sceny akcji są rozpisane nieźle a podwójna gra Kapitana jest przedstawiona w interesujący sposób. Minusem jest napewno dosyć duża ilość rozwijających się nici fabularnych z czego widać, że część będzie wplatana w "Tajne Imperium" a część w "II Wojnę Domową" i średnio funkcjonuje jako osobna historia. Z tego co wiem reszta serii ma zostać wydana w całości łącznie z eventem więc w zależności od formy wydania być może to zakupię. Narazie to co jest oceniam na 6+/10.



5. Suplement

Należałoby przeczytać:

"Dracula" - Roy Thomas, Mike Mignola, John Nyberg. Byłem przekonany, że jest to wierna adaptacja filmu Coppoli, który o ile dobrze pamiętam (czytałem to ze trzy razy ale to było bardzo dawno temu) był bardzo wierną adaptacją powieści Brama Stokera. Wygląd postaci jest zdecydowanie wzorowany na żywych aktorach, natomiast w samej fabule dokonano kilku zmian. Mignola jest wprost stworzony do rysowania horroru a tusz Nyberga rozlewający się wielkimi plamami po całych stronach potęguje jedynie wrażenie (chociaż w dwóch czy trzech przypadkach sprawia to, że kadry są średnio czytelne). Jakość wydania zwłaszcza biorąc pod uwagę, że to praktycznie debiut zawstydza sporo innych debiutantów a i starych graczy również. Ocena 7+/10

"Star Wars - Mroczne Czasy" głównie Randy Stradley. Kolejna fajna seria Gwiezdnowojenna, nie tak dobra jak Wojny Klonów, ale o niebo lepsza niż KotOR. Fragmenty dotyczące upadającego Jedi Dassa Jennira (zwłaszcza ten segment z luźną adaptacją "Straży Przybocznej" Kurosawy) zdecydowanie lepsze niż te z pseudo-triceratopsem. Chociaż i tak najlepsze dwa pierwsze zeszyty Ostrandera. Ten facet zdecydowanie wie o co kaman w Star Warsach. 7/10


Można przeczytać:

"SM War Machine" - Kaminsky, Hopgood, Pak, Manco. Nieczęsto się zdarzające w tej kolekcji dwie równorzędne historie. Z przykrością stwierdzam, że ta nowsza historia wcale się specjalnie nie broni na tle starszej. To zwykłe exploitation, które ma szokować czytelnika z początku udające, że będzie miało coś ważnego do powiedzenia a zmieniające się w zwykłą rąbankę. Obydwa tytuły są tak samo kiczowate, ale ten klasyczny jest zdecydowanie bardziej czarujący. Tym niemniej całkiem solidna lektura. 6/10.


Najlepiej odpuścić:

"Star Wars - Moc Wyzwolona" - Haden Blackman i inni. Komiksowa wersja dwóch gier komputerowych Force Unleashed. Sama gra była wciągająca a postacie budzące sympatię, ale nigdy nie kupiłem pomysłu na Imperatora i Vadera jako siły sprawczej Rebelii. Tym bardziej nie kupuję tego w formie komiksu. Scenarzysta fatalnie skroił całą opowieść w pierwszej części na dobrą sprawę nie bardzo wiadomo o co chodzi, bohaterowie gdzieś tam latają po kosmosie, nie wiadomo gdzie i po co, strasznie rwane to jest. Część druga ma jeszcze mniej sensu niż pierwsza i na dobrą sprawę jest opowieścią o Bobbie Fett a nie o klonie Starkillera. Dowiemy się co nieco o charakterze Łowcy Nagród i to z pewnością najmocniejsza strona tego tworu, no pochwalić od biedy można rysunki jeszcze. 4+/10.

Offline maxim1987

Odp: Bo chodzi o to, żeby plusy nie przesłaniały nam minusów - sezon drugi
« Odpowiedź #139 dnia: Pt, 20 Grudzień 2019, 18:08:41 »
Ciekawe polecajki. Dla mnie Boże działo to jeden z najgorszych przeczytanych w tym roku komiksów.

Odp: Bo chodzi o to, żeby plusy nie przesłaniały nam minusów - sezon drugi
« Odpowiedź #140 dnia: Pt, 20 Grudzień 2019, 20:09:39 »
To musisz mieć niezłe szczęście do zakupów. Oczywiście o wiele bardziej doceniam ten komiks ze względu na rysunki niż na fabułę, ale i ta nie jest jakaś straszna. Lubię od czasu do czasu przeczytać taką głupawkę.

Offline Kadet

Odp: Bo chodzi o to, żeby plusy nie przesłaniały nam minusów - sezon drugi
« Odpowiedź #141 dnia: Pn, 23 Grudzień 2019, 21:16:39 »
Takie rzeczy jak opaska z krzyżem jednoznacznie kojarząca się ze swastyką, jeżdżący opancerzony konfesjonał teraz są już tylko wyłącznie całkiem udanymi dowcipami.

Szczerze mówiąc, trudno wyobrazić mi sobie sytuację, w której uznałbym to pierwsze za całkiem udany dowcip, zważywszy np. na to, ile księży, zakonników i zakonnic hitlerowcy zabili albo zesłali do obozów.

"Star Wars - Mroczne Czasy" głównie Randy Stradley. Kolejna fajna seria Gwiezdnowojenna, nie tak dobra jak Wojny Klonów, ale o niebo lepsza niż KotOR. Fragmenty dotyczące upadającego Jedi Dassa Jennira (zwłaszcza ten segment z luźną adaptacją "Straży Przybocznej" Kurosawy) zdecydowanie lepsze niż te z pseudo-triceratopsem.

Jestem dużym zwolennikiem serii „Mroczne czasy”. Przemawiają do mnie zwłaszcza bardzo szczegółowe i wysmakowane rysunki Wheatleya – prawdziwa uczta dla oczu. Kiedy zastępują go inni rysownicy, poziom spada dla mnie o co najmniej jedno oczko.

Zgadzam się, że arc „Niebieskie żniwa” jest bardzo fajny i zrobiony z głową jako wariacja na temat „Straży przybocznej”. Swoją drogą to ciekawe, jak ta historia przyciąga hołdy, przeróbki i nawiązania. Oprócz – rzecz jasna – westernowej wersji filmowej przychodzi mi jeszcze tak bez namyślania się np. hołd w jednej z opowieści o Usagim. A pewnie jest tego znacznie więcej. Inna rzecz, że skoro Lucas czerpał pełnymi garściami z kultury Japonii i filmów Kurosawy, tutaj adaptacja ma siłą rzeczy dodatkowy smaczek.

Osobiście jednak „Niebieskie żniwa” stawiam minimalnie niżej niż pierwszą historię z tej serii, „Ścieżkę donikąd” (tu na przykład o tym pisałem), do której osobiście włączam jako prolog też dwa zeszyty z „Republic”, 79-80, które były w 26 tomie kolekcji. W każdym razie oba komiksy to naprawdę dobra rzecz i żal tylko bierze, że po zakupie SW przez Disneya serię trzeba było pospiesznie zakończyć. Może gdyby twórcy mieli szansę pracować w swoim tempie i rozwijać dalej wątki, dorównaliby bogactwem wątków „Republic”.

Chociaż i tak najlepsze dwa pierwsze zeszyty Ostrandera. Ten facet zdecydowanie wie o co kaman w Star Warsach.

Gwoli ścisłości: wszystkie historie z serii „Mroczne czasy”, a także Republic 79-80, napisał Randy Stradley (pod różnymi pseudonimami). W pierwszym kolekcyjnym tomie „Mrocznych czasów” są jeszcze dwa komiksy z serii „Czystka”/ „Purge”: „Seconds to Die” Ostrandera i „Hidden Blade” Blackmana. W kolekcji nie znalazła się ostatnia opowieść z serii, „The Tyrant’s Fist” Freeda. Ale tak, w pełni zgadzam się, że Ostrander to jeden z najwprawniejszych scenarzystów starego Expanded Universe.
Będę wdzięczny za wsparcie:
Majci: https://tiny.pl/t828d
i Franka: https://tiny.pl/7h4k8

Życzę wszystkim zdrowia! Zostańmy w domu.

Odp: Bo chodzi o to, żeby plusy nie przesłaniały nam minusów - sezon drugi
« Odpowiedź #142 dnia: Pn, 23 Grudzień 2019, 23:37:46 »
   A ja, biorąc pod uwagę, że Pius XII nigdy nie potępił nazistowskich Niemiec i to jak wielu hitlerowcom Watykan później pomógł uciec do Ameryki Południowej, uznaję to za całkiem zabawne. Kościół w Polsce nie został zaatakowany ze względu na to że był Kościołem, tylko że został potraktowany jako jeden z ośrodków inteligencji oraz z racji tego, że bardzo wielu księży pochodziło ze szlachty zwłaszcza drobnej i było ściśle powiązanych ze środowiskami narodowymi. Ale to chyba nie miejsce na takie dyskusje.
   Nie sprawdziłem, myślałem że obydwie napisał. Wielka szkoda, że cała seria nie składała się z takich one-shotów. Chłopie jesteś prawdziwą kopalnią wiedzy o tych komiksowych Star Warsach. Będzie tam w tej kolekcji jeszcze coś ciekawego dalej (z wyjątkiem Dark Empire, kocham ten komiks)?

Offline Kadet

Odp: Bo chodzi o to, żeby plusy nie przesłaniały nam minusów - sezon drugi
« Odpowiedź #143 dnia: Wt, 24 Grudzień 2019, 01:14:03 »
Cóż, można się o to spierać, ale czy w jakimś kontekście to może być zabawne? Nie jestem pewien. Faktycznie to chyba nie miejsce na takie dyskusje, a ja nie jestem historykiem, wydaje mi się jednak choćby z licznych polemik, że sprawa Piusa XII jest bardziej złożona niż jednowymiarowa. Natomiast jestem przekonany, że nazizm walczył z Kościołem także z uwagi na swoją wrogość wobec idei chrześcijańskich w ogóle, które dla ideologów hitlerowskich były zbyt "miękkie" i współczujące, a także skażone semickością z racji korzeni w judaizmie. Może jednak przed Świętami nie rozpętujmy tu off-topu, bo zaraz Mateusz będzie musiał zaliczać nadgodziny w Boże Narodzenie :)

Wracając do tematu: dziękuję za miłe słowa, ale to po prostu kilka faktów, które podłapałem tu i ówdzie :) Myślę, że skoro lubisz Ostrandera, to są spore szanse, że zaciekawi Cię "Dziedzictwo" - monumentalna seria tego scenarzysty i znanej z "Republic" Duursemy umieszczona ponad 100 lat po "Powrocie Jedi" i budująca całkiem nowy układ sił w Galaktyce, wierny jednak duchowi wcześniejszych utworów. W zasadzie od zera twórcy zbudowali nową erę w historii Galaktyki. Seria zawiera liczne nawiązania do innych dzieł z "Expanded Universe", w tym do "Republic" (przygotuj się na kilka znajomych twarzy). I radzę nie szukać zbyt wiele o niej na sieci, bo można się natknąć na bolesne spojlery, zwłaszcza co do prawdziwej tożsamości co poniektórych postaci :)

« Ostatnia zmiana: Wt, 24 Grudzień 2019, 01:15:44 wysłana przez Kadet »
Będę wdzięczny za wsparcie:
Majci: https://tiny.pl/t828d
i Franka: https://tiny.pl/7h4k8

Życzę wszystkim zdrowia! Zostańmy w domu.

Offline laf

Odp: Bo chodzi o to, żeby plusy nie przesłaniały nam minusów - sezon drugi
« Odpowiedź #144 dnia: Wt, 24 Grudzień 2019, 07:02:24 »
@Skandalisto, dzięki za comiesięczne podsumowania i wytrwałość. Obiecuję, że dołączę do Ciebie w nowym roku  :)

Odp: Bo chodzi o to, żeby plusy nie przesłaniały nam minusów - sezon drugi
« Odpowiedź #145 dnia: So, 11 Styczeń 2020, 14:00:00 »
Czas na podsumowanie grudnia, głównie dalej próby podganiania nieco kolekcji, Batman z Rebirth plus kilka komiksów "luzem". UWAGA UWAGA jak zwykle mogą pojawić się SPOILERY!!!



1. Najlepszy:
 
  "Invincible" tom 1 i 2 - Robert Kirkman, Cory Walker, Ryan Ottley. Sporo się nasłuchałem o tym że Niezwyciężony to "prawdopodobnie najlepsza superbohaterska seria komiksowa we wszechświecie", samego autora specjalnie nie znam, przeczytałem kilka tomów pożyczonych od kolegi "Żywych Trupów" i Marvel Zombies wydane w ramach WKKM szczerze mówiąc i to i to przypadło mi nawet do gustu, ale jakbym powiedział że Robert Kirkman został moim autorem z półki "oooo nowy ******* to trzeba sprawdzić" to bym skłamał. W każdym razie wobec tylu pochwał błąkających się w czeluściach internetu i po pobieżnym rzucie oka na przykładowe ilustracje stwierdziłem "podoba mi się, biorę". No i tak kupowałem, kupowałem nie kontrolując tego specjalnie, aż spojrzałem ostatnio na półkę i odkryłem, że kupiłem już 5 tomów komiksu o którym właściwie nic nie wiem, więc wypadałoby się w końcu zorientować czy nie wkładam pieniędzy w coś, czego po pierwszym tomie chciałbym się pozbyć. No i wyprzedzając nieco fakty, absolutnie się nie zawiodłem. "Invincible" to typowa-nietypowa opowieść z gatunku "majtki na rajtuzach", typowa ponieważ znajdziemy tutaj chyba absolutnie wszystkie klasyczne gatunkowe motywy a nietypowa właściwie rzecz biorąc dokładnie z tego samego powodu, na pewnym metapoziomie ta seria stanowi nie tylko całość gatunku w pigułce, ale i swoistą jego autoparodię. Streszczać tego nie będę bo i sensu to nie ma, tak więc pokrótce na początku poznajemy Marka Greysona, całkowicie przeciętnego ucznia, przeciętnego amerykańskiego liceum u którego właśnie objawiają się supermoce. Nie jest on tym faktem specjalnie zaskoczony, gdyż jest synem Omni-mana najpotężniejszego superbohatera tego uniwersum, postaci mocno wzorowanej na Supermanie (bardziej chyba jednak na Jor-Elu). Ojciec Marka nie jest człowiekiem, lecz przybyszem z planety Viltrum, której mieszkańcy osiągnęli szczyt już szczyt rozwoju i rozsyłają po znanym kosmosie swoich emisariuszy, którzy pomagają mniej rozwiniętym cywilizacjom w dalszym wdrapywaniu się po drabinie ewolucji, jednocześnie chroniąc je przed wszelkimi zagrożeniami. Na Ziemi Grayson Senior, który wiedzie żywot największego obrońcy planety (w tajemnicy współpracujący z rządem USA) i ukrywający prawdziwą tożsamość pod przebraniem zwykłego pisarza zakochał się w ziemskiej kobiecie i ot stąd mamy głównego bohatera. Czy z takim pochodzeniem Mark może obrać inną ścieżkę kariery niżta  superherosa? No nie może (zresztą przy pełnej aprobacie ojca), zakłada więc kostium, wyrabia sobie pierwszych osobistych meta-przeciwników, dołącza do młodzieżowej grupy superbohaterów czyli zaczyna wspinać na kolejne szczeble kariery zawodowej, poznaje dziewczynę...i więcej nic nie mówię. W kilku pierwszych zeszytach za rysunki odpowiada Walker, później serię przejmuje Ottley. Rysunki tego pierwszego minimalnie bardziej mi się podobały, ale stylem są tak do siebie podobni że starty żadnej nie ma a seria zachowuje spójność pod względem graficznym. Kreska z gatunku "lekko, łatwo i przyjemnie" po tych wszystkich komiksach Marvela z ostatnich kilku lat, szczerze mówiąc mam już nieco takiego czegoś dosyć, ale w tym przypadku przypadła mi do gustu. Jest, gustownie, przejrzyście, dynamicznie i z przysłowiowym "jajem". Jak wcześniej wspomniałem, "Invincible" to jedna wielka encyklopedia gatunku superhero (przemieszana z teendramą i wydaje się, że dalej będzie się rozwijała mocniej w kierunku hard sf). Kirkman wraz z rysownikami zżynają każdy motyw jakikolwiek im się spodobał, każdą kliszę jaka wydała im się ciekawa lub wręcz przeciwnie, przerabiają na swoją modłę a często i bezlitośnie wyśmiewają. Postacie bez jakiegokolwiek skrępowania są z drobnymi zmianami przerysowywane i nawet nazywane podobnie co ma pokazać rzeczywistość superbohaterów w nieco krzywym zwierciadle. Ilość odniesień do znanych motywów czy postaci a wręcz konkretnych zeszytów serii DC czy Marvel, jest olbrzymia, niejednokrotnie łapałem się na myśli "ja już to gdzieś czytałem". Podejrzewam, że po przeczytaniu całości, czytelnik będzie mógł stwierdzić, że przeczytał już wszystko na temat klasycznego superhero co istnieje. Seria stanowi w/g mnie przede wszystkim pastisz całego gatunku, chociaż żeby ktoś się nie pomylił oprócz sporej ilości humoru (często naprawdę zabawnego), znajdzie się tu wiele wątków naprawdę dramatycznych. A najlepsze w tym wszystkim jest to, że seria jest naprawdę ciekawa, trzeba przyznać że Kirkman to jednak talent jest, przeczytałem te dwa jakby nie patrzeć sporej grubości tomy w niewielkim okresie czasu i ani przez sekundę nie czułem się znużony. Naprawdę ciężko wyczuć co ten facet wymyśli na następnej stronie, może nastąpi inwazja kosmitów? A może spadnie meteoryt? Może Markowi rozjadą psa? A może nauczyciel odkryje jego tajną tożsamość? Syndrom jeszcze jednej strony jest tu bardzo silny, a mimo że pojedyncze elementy są strasznie ograne to zbite w całość stanowią naprawdę odświeżające doznanie. Cóż, przekonamy się kiedy konwencja się nieco wyczerpie, w każdym razie polecam, istna rewelacja. Na marginesie jeszcze wydanie Egmontowe bardzo fajne, spora ilość dodatków wraz z autorskimi komentarzami, to się często nie zdarza. Całość to istna nawet nie petarda a prawdziwy dynamit na naszym rynku Ocena 8+/10.



2. Zaskoczenie na plus:

   "SM Czarna Wdowa" - Richard Morgan, Bill Sienkiewicz, Goran Parlov. Pierwszy zeszyt - pierwszy występ Czarnej Wdowy, drugi jej debiut jako superbohaterki w czarnej skórze. Wiadomo jak kto lubi wykopaliska to polubi, jak nie to nie. Tak czy inaczej daniem głównym jest sześciozeszytowa miniseria "Powrót do Domu" rozpoczynająca vol 3 dla "Black Widow" a napisana przez faceta, w/g wstępniaka będącego pisarzem sf i nie zajmującego się wcześniej komiksem. I przyznaję, że jako debiutant poradził sobie on nad wyraz przyzwoicie. Zgodnie z przewidywaniami opowieść o tajnej agentce będzie opowieścią szpiegowską. Oczywiście jeżeli ktoś oczekuje realizmu w stylu Johna LeCarre (tutaj zabójcy noszą sygnety żeby ich rozpoznać a Wdowa pogina w czarnym prochowcu i kapeluszu) to się zawiedzie, natomiast biorąc pod uwagę że to produkcja Marvela to zaskakująco fajnie całość stawia raczej na scenariusz a nie na akcję. Skrótowo, Natasza która aktualnie wypoczywa na zasłużonej emeryturze (trochę za szybko chyba?) wplącze się w sprawę morderstw feministycznych działaczek (które oczywiście będą zupełnie kim innym niż się wydaje - a jakże), a która zaprowadzi ją prosto do miejsca skąd pochodzi czyli Czerwonej Komnaty i rozjaśni nieco mroki jej przeszłości oraz zmusi do konfrontacji z potężną korporacją. Żeby jej nie było smutno do towarzystwa dostanie starego znajomego z SHIELD, obecnie totalnie archetypicznego wymiętolonego prywatnego detektywa oraz uratowaną przypadkiem znajdę. Równocześnie historię będzie można obserwować z punktu widzenia dwójki agentów NORTH (zdaje się są źli). Siła tego komiksu nie leży w tym że jest nadzwyczajnie oryginalna, stosuje sporo ogranych elementów jakich moglibyśmy się spodziewać w historii tego typu, ale mimo wszystko intryga wciąga i bardzo fajnie że autor wykorzystał swoje powieściopisarskie doświadczenie aby konkretne wydarzenia były logicznymi następstwami poprzednich wydarzeń a strzelaniny i pościgi były tylko przerywnikami. Nazwiska artystów odpowiadających za rysunki mówią same za siebie i raczej nie trzeba ich polecać. Uwielbiam ten obłąkany styl Sienkiewicza a jak ktoś go nie lubi to powinien mieć świadomość, że większość roboty wykonał Parlov a Bill zajmował się głównie wykończeniem. Dzięki czemu album trzymany jest w ryzach bez kwaswoych odjazdów (prawie), ale mimo czego efekt jest rewelacyjny. Nie będę ukrywał, ale takie rysunki idealnie trafiają w mój gust. Nerwowe, szarpane kreskowanie oraz nieco zdeformowane twarze mają uświadomić czytelnikowi jak bardzo niepiękny jest świat w którym żyje nasza rosyjska superbohaterka i jak brzydcy są ludzie którzy w nim przebywają razem z nią (sama Romanoff też często zniekształcona od czasu do czasu jest rysowana jako piękność, ażeby przypomnieć że to jednak jest piękność). Ohydne zapuszczone scenografie i spora doza rysowanej przemocy mają jedynie podkręcić klimat (ach, żeby ta dwójka dobrała się do Batmana, to moje małe marzenie). Znaczy się, rysunki na najwyższym poziomie. Nie przedłużając, dobry, intrygujący skierowany do nieco starszego niż przeciętny marvel czytelnika komiks. Nie Druciarz, nie James Bond tylko powiedzmy po środku, Jason Bourne w spódnicy. Następny komiks o Czarnej Wdowie jaki ukaże się na naszym rynku już wiem, że kupuję. Ocena 7+/10.


Drugie pozytywne zaskoczenie:

   "SM Zimowy Żołnierz" - Rick Remender, Roland Boschi. Kolejna po Czarnej Wdowie szpiegowska opowieść prosto z marvelowskiej fabryki marzeń, tym razem 100% w jamesbondowym klimacie. W pierwszym zeszycie napisanym przez Brubakera, Kapitan Ameryka dowiaduje się że Bucky Barnes żyje. Zeszyt ten nie ma nic wspólnego z resztą, ani też nie jest specjalnie potrzebny, szczerze mówiąc o wiele bardziej wolałbym cokolwiek wydanego jeszcze przez Timely ale cóż, jest jak jest. 5/6 albumu to "Gorzki Pochód" autorstwa Remendera, którego akcja dzieje się w latach 60-tych a głównym bohaterem jest wbrew tytułowi, Shen agent SHIELD, który wraz z Nickiem Fury będzie starał się wyrwać z jednego z zamków Hydry małżeństwo nazistowskich naukowców, które wynalazło "STRASZLIWIE PRZERAŻAJĄCĄ TECHNOLOGIĘ MOGĄCĄ ZNISZCZYĆ ŚWIAT" ™ i jest gotowe ją oddać w zamian za azyl w krainie wiecznej szczęśliwości i dobrobytu. Rzecz jasna Hydra nie jest zachwycona wizją pozbycia się dwójki swoich najbardziej utalentowanych naukowców a i ZSRR wietrzy w tym swoją szansę na technologiczne odskoczenie reszcie świata i wysyła swojego zabójcę czyli oczywista Zimowego Żołnierza (który pod koniec na chwilę przełamie skutki ruskiego prania mózgu i dołączy do drużyny "tych dobrych"). Shenowi mimo utraty kontaktu z Nickiem udaje się oswobodzić w/w parkę i dostać do pociągu, który ma ich wywieźć poza granice kraju (nie pamiętam jakiego), a tam wiadomo co się będzie działo. Nie oszukujmy się w co trzecim filmie z Jamesem Bondem jest akcja w pociągu, więc nie zostaniemy w żaden sposób zaskoczeni. Ba nawet aby było bliżej do oryginału okaże się Shen i piękna Brunhilda mocno przypadli sobie do gustu (nie muszę dodawać, że małżeństwo nie jest specjalnie udane? Jakby było udane to by wyszło że blondwłosy nazistowski aniołek się puszcza na lewo a tak wszystko jest w porządku, zresztą obydwoje są tak sympatyczni że im kibicujemy), więc jest i wątek romansowy. A poza nim? Akcja, akcja, akcja. Są bijatyki, pościgi i strzelaniny. Gadżety prosto z fabryki Q, wybuchy i jeszcze większe wybuchy, naziści na nartach, naziści rażący prądem, naziści wysysający mózgi wyglądający jak David Bowie, naziści w skórzanych płaszczach, naziści ginący w jeszcze większych niż te wcześniejsze wybuchach i do tego jeszcze więcej nazistów. Co dosyć ciekawe pomimo naprawdę olbrzymiego tempa, Remenderowi udało naprawdę nieźle nakreślić osobowości i relacje pomiędzy wszystkimi aktorami tego przedstawienia. Rysunki Boschiego przyzwoite, nie żeby jakieś arcydzieło ale ogląda się je całkiem przyjemnie. Niespecjalnie realistyczne, odstające wyraźnie od tego co zaprezentował w pierwszym zeszycie Epting, ale i nie w popularnym w ostatnich latach stylu "dowcipnej kreskówki" (co w sumie bywa fajne, ale Marvel używa tego do pożygu), momentami kojarzyły mi się ze stylem Tima Sale. Aha na dokładkę garść naprawdę rewelacyjnych okładek. Cóż najbardziej z całego komiksu spodobało mi się zakończenie w którym agentowi Shenowi otwierają się oczy i przekonuje się, że praca która wcześniej wydawała mu się świetną zabawą, tak naprawdę jest podłym, okropnym zajęciem. Do tego momentu sądziłem, że tytuł nawiązuje do ciernistej drogi jaką musiał przebyć Bucky z roli radzieckiej kukły do roli bohatera, ale wydaje mi się że równie dobrze może pić do drogi jaką musi przejść cała Ameryka, aby zasłużyć na miano państwa w którym ceni się wolność. Podsumowując, to akcyjniak i tylko akcyjniak. Ale jeżeli już ma być akcyjniak od Marvela to niech będzie fajny. A ten komiks jest naprawdę fajny. Ocena 7+/10.


Trzecie zaskoczenie:

  "SM Marvel Boy" - Grant Morrison, JG Jones. Wspominałem jakiś czas temu, że wielkim fanem Morrisona nigdy nie byłem. Ostatnio dzięki "Doom Patrolowi" polubiliśmy się nieco bardziej, a tu proszę kolejny komiks który bardziej przekonuje mnie do tego autora. Rzadki przypadek w tej kolekcji, że w komiksie mamy tylko jedno opowiadanie, zresztą akurat tutaj jest do dosyć logiczne bo całość to pierwszy występ tego bohatera. Marvel Boy to Noh-Varr dyplomata i podróżnik w jednej osobie pochodzący z imperium Kree. Podczas rutynowego lotu pomiędzy uniwersami statek, którym leci zostaje zestrzelony tuż nad Ziemią. Sprawcą okazuje się dr. Midas (tak ten wariat w pierwszym pancerzu Iron Mana i jest to również jego debiut), który kolekcjonuje pozaziemskie stworzenia oraz technologie i który chwyta w swoje łapska Noh-varra jedynego członka załogi, któremu udało się przeżyć katastrofę. Temu udaje się uciec i wrócić na swój statek kosmiczny który na chwilę przed złapaniem udało mu się ukryć po czym zorientowawszy się w realiach w jakich się znalazł postanawia wypowiedzieć wojnę całej Ziemi i pokazując wyższość cywilizacji Kree nad prymitywną ziemską naprowadzić tę naszą na właściwe tory. W tym postanowieniu pomoże mu kosmiczna technologia, owadzie DNA w jego genach znacznie zwiększające możliwości oraz Plex okrętowa SI stanowiąca peryferia samej Najwyższej Inteligencji. Najpierw jednak oczywiście sprawa wyrównania rachunków z Midasem. W czasie wykonywania tej misji na drodze naszego bohatera, który w tym momencie stanowi bardziej superzłoczyńcę staną po raz pierwszy ziemskie siły porządkowe w postaci SHIELD oraz ONZ i ich klonowani superżołnierze, a później kosmiczna żywa korporacja Hexus (tak wiem Morrison wykorzystał już takie motywy w Doom Patrol, ale to dalej jest fajne i świeże), która pasożytuje na całych światach a skrywa się pod skrótem COK-1 (Cyfrowy Obóz Koncentracyjny 1 - rewelka) i co jest doskonałą okazją dla Granta do wsadzenia złośliwej szpili w amerykańskie społeczeństwo. Po uratowaniu całego świata Noh-Varr dalej ściagany jako przestępca przez każdego kto ma na to ochotę po raz kolejny zmierzy się z Dr. Midasem, który przekonał w międzyczasie władze że przybysz jest zagrażającym bezpieczeństwu kosmicznym pół-karaluchem rodem z Gatunku czy innego sf horroru i nie dość, że dostaje od nich pełne wsparcie materiałowe i ludzkie to jeszcze całkowicie wolną rękę. Tutaj do akcji wkracza córka Midas Exterminatrix (również znana u nas i również wariatka w masce) i przyznam się, że w tym momencie lekko się zdziwiłem. Zdziwiłem się ponieważ ten komiks w taki naprawdę mocno niekojarzący się z Marvelem sposób jest wyraźnie perwersyjny. Owszem postać Oubliette znana w naszym kraju wygląda jak wygląda, ale to nawet pomimo tego całość chociaż bez skrawka tego co powszechnie uważa się za nagość, ma taki dziwacznie zboczony charakter, ciekawe że wydawnictwo puściło coś takiego i to nawet nie w ramach jakichś imprintów "dla dorosłych" pokroju Max, tylko jako normalną serię. Rysunki Jonesa na spory plus, stoją tak pomiędzy typowym dla gatunku rysunkiem sięgającym mocno w kierunku lat dziewięćdziesiątych a tendencją do sporego dodawania realizmu rysunkom twarzy. Artysta świetnie radzi sobie z nadawaniem dynamiki scenom akcji (a jest jej sporo) a zwłaszcza dobrze wychodzą mu momenty w których Noh-Varr wbiega na budynki w lekko wykrzywionej perspektywie i zaczyna wyglądać faktycznie jak hmm...karaluch. Na plus również wszelkie autorskie projekty postaci czy urządzeń. Koniec końców, znajdziemy tu nieco charakterystycznego dla Granta Morrisona bełkotu no i również w typowy dla niego sposób zostaniemy zasypania sporą ilością dziwnych pomysłów czy oryginalnych koncepcji. Ale z której strony by nie patrzeć to dalej wyluzowany komiks akcji ze sporą ilością oryginalnego i inteligentnego humoru. To po prostu czuć, że Morrison i Jones dobrze się bawili tworząc ten komiks a ja niemal 20 lat później bawiłem się równie dobrze przy lekturze. Ocena 7/10.



3. Najgorszy przeczytany:

   "Batman" - Tom King i inni. Budząca sporo kontrowersji najnowsza regularna seria Batmana. Przeczytałem już kiedyś pierwszy tom i nie oceniłem go zbyt dobrze, tym razem postanowiłem przeczytać jednym ciurkiem wszystko  co dostępne jest na naszym rynku i spodobał mi się nieco bardziej (a na tle kolejnych tomów, stwierdzam że jest właściwie rzecz biorąc dobry) a czytając te komiksy, pamiętając jak bardzo nie polubiłem runu Snydera, wiedząc że ten będzie całkowicie odmienny próbowałem go polubić, naprawdę próbowałem. Ale nie dałem rady, ten run jest spierdolony po całości tak samo jak nawet nie bardziej niż poprzedni, tyle że na zupełnie inny sposób. Pokrótce spróbuję streścić całość, może łatwiej mi będzie zebrać myśli i wyartykułować czego się właściwie czepiam. W pierwszym tomie "Jestem Gotham", Batmanowi przyjdzie się spotkać z nową parą bohaterów w mieście Gothamem i Gotham Girl. Okaże się, że kupili oni swoje moce na bazarze, tylko że one ich wypalają wewnętrznie. Im mocniej biją, tym bardziej skraca im to życie, mimo wszystko są gotowi się poświęcić dla ogólnego dobra. Pod wpływem Psychopirata obydwoje wariują i zaczynają mordować. Gotham tak się nakręci że powali całą Ligę Sprawiedliwości (ten pomysł jest megagówniany szczerze mówiąc, skoro naukowcy są w stanie zapewnić taką siłę nawet kosztem życia, to znalazłoby się wielu wariatów którzy skróciliby swoje żywoty nawet do 5 sekund aby tylko się zapisać w historii jako ktoś kto zabił dajmy na to Supermana). Tym niemniej historia trzyma w napięciu, a ostatni zeszyt z Batmanem i Gotham Girl jest naprawdę dobry. Tom 2 "Jestem Samobójcą" to już konkretny nonsens. Gotham Girl po poprzednich wydarzeniach jest w kiepskim stanie psychicznym, pomóc może jej tylko kolejna "hipnoza" dokonana przez Psychopirata, tyle że ten znajduje się na Santa Prisca w łapach Bane'a który potrzebuje go by robił mu dobrze (bez skojarzeń) swoimi mocami, bo ten cierpi na syndrom odstawienia prochów (kolejny bieda-koncept). Batman organizuje wśród przestępców swoją własną wersję Suicide Squad, której skład jest tak dziwaczny i pomimo prób jego tłumaczeń nonsensowny, że to aż boli. Dalej będzie mnóstwo akcji na wyspie, kilkuset najemników do pokonania i sporo gróźb na temat łamania kręgosłupów. Koniec, końców to kręgosłup Bane'a zostanie złamany a ekipa wróci cało i zdrowo ze swoim celem do Gotham. Czy wspominałem, że Bane przez cały komiks siedzi nago na jakiejś kupie czaszek? Nie? Może to i lepiej. Dalej są dwa zeszyty o Batmanie i Catwoman mocno nawiązujące do klasycznych komiksów i te mi się naprawdę bardzo spodobały. Czas na trzeci tom "Jestem Bane" w którym tytułowy villain (któremu już się zrósł kręgosłup, technologia poszła do przodu strasznie) postanowi odwiedzić Gotham, aby odzyskać Psychopirata i uwaga, uwaga połamać Batmanowi kręgosłup. Kur...ka przerzuciłem w tym momencie kartki w kalendarzu, ale nie, nie znalazłem się w 1997 roku tylko dalej byłem w 2019. Na litość boską on nawet przywiezie ze sobą tych samych trzech paziów, prawie cały tom to ogłupiająca szamotanina pośród chrzęstu łamanych kręgosłupów. Na koniec kilka fajnych kilkustronicowych historyjek, aaaa jeszcze Batman oświadczy się Catwoman. Przeszedłem do czwartego tomu "Wojna Żartów z Zagadkami", nareszcie pomyślałem, w/g plotek ten podobno już jest całkiem przyzwoity. Historia zawarta w tym tomie, jest powrotem do przeszłości, Bruce zwierza się Selinie w łóżku ze swojej największej tajemnicy "...musisz wiedzieć co zrobiłem, co musiałem zrobić...podczas wojny żartów z zagadkami" (wyobraziłem sobie jak on to mówi tym absurdalnym barytonem Bale'a i śmiać mi się zachciało, "no zaczyna się tandetnie, ale może dalej będzie lepiej" pomyślałem). I nie, wcale nie było lepiej, wbrew niektórym opiniom ten tom wcale nie jest specjalnie mądrzejszy niż te poprzednie jest chyba wręcz jeszcze durniejszy. Tak więc Joker i Riddler zaczynają drzeć koty i każdy tworzy własny gang a na terenie Gotham rozpoczyna się wojna. Brzmi w teorii ciekawie, ale to jest tak nędznie napisane że szok. Fabuły jako takiej nie ma właściwie wcale, jakieś rwane scenki z których połowa jest bez sensu i kompletnie wyciągnięta z czapy (np. Poison Ivy), nie wiem można by to podciągnąć pod próbę metaforycznego ukazania chaosu wojny, ale to by była potężna nadinterpretacja. Ogólnie sam pomysł, żeby galeria złoczyńców (zwłaszcza tych pierwszoligowych) z których 3/4 to na maksa ześwirowani egocentrycy, robiła za sługusów i lokajów dla kogoś z parki Joker/Riddler jest niepoważny (scena obiadu w Wayne Manor była niczym z Monty Pythona). Aha wielką tajemnicą Bruce'a jest to, że chciał zabić Riddlera, ale Joker go powstrzymał, pełne rozczarowanie "to, to?" zapytałem? Każdy normalny człowiek, marzyłby żeby coś takiego zrobić. On powinien mieć wyrzuty sumienia z powodu tego, że jeszcze ich nie pozabijał wszystkich. Kolejna strata czasu, czułem się jakbym czytał "scenariusz" jakiejś gry komputerowej a nie normalną historię. Tom 5 "Zaręczeni", tym razem Batman z Catwoman polecą na jakąś pustynię do Talii Al-Ghul (nie mam pojęcia po co? prosić ją o błogosławieństwo?), gdzie obydwie panie stoczą ze sobą pojedynek (ciekawe to to nie było, za to dialog pomiędzy nimi był zadziwiająco żenujący), w dalszej części otrzymamy chyba jeden z najjaśniejszych momentów całego runu czyli podwójną randkę Bruce'a i Seliny oraz Clarka wraz z Lois, fajne z jajem i sporo mówiące jak dwaj superbohaterowie traktują siebie nawzajem, naprawdę świetna robota. Na koniec kolejna porcja wspominek z początków znajomości Batmana i Catwoman, spójrzmy prawdzie w oczy to już kilka zeszytów wcześniej było. Przechodzimy do kolejnego tomu "Narzeczona czy włamywaczka" pierwsza historia to "kryminalny thriller" na poziomie "ujdzie w tłoku", dalej totalnie absurdalna historia o tym jak Batman z Wonderwoman zastępują jakiegoś Czarnego Rycerza w jakimś piekielnym wymiarze i mimo, że w ich rzeczywistości mija doba to tam gdzie są spędzają ze sobą prawie 40 lat (jasne kurka) i kolejna jeszcze chyba głupsza opowiastka o tym jak Poison Ivy przejmuje kontrolę nad całym światem (jeszcze bardziej jasne kurka), na deser kolejna porcja wspominek z przeszłości bo w końcu strasznie dawno ich nie było. No i tak doszliśmy do creme de la creme czyli tomu 7 "Ślub", jako pierwsza wjedzie historia  z Booster Goldem, który przeniesie się do alternatywnej rzeczywistości zastanawiałem się co wogóle on ma do Batmana, ale okaże się że ma to pewien sens, ogólnie mówiąc nie przeszkadza ten fragment bo jest całkiem ok, a samego Boostera który jest prosty jak trzonek od łopaty, ale za to pełen dobrych chęci nie sposób nie polubić. Później dostaniemy kilka tie-inów do "wiekopomnego" wydarzenia napisanych przez znanego z "Nightwinga" Tima Seeleya, poziom ich jest różny, ale na tle sporej ilości zeszytów tego runu większość wygląda jak zdobywcy nagrody Eisnera, największą uwagę zwraca rewelacyjny w nieco oldschoolowym stylu zeszyt z Batgirl oraz Riddlerem gdzie autor przypomniał sobie, wydawnictwu i czytelnikom, że Riddler zostawia zagadki i jest kompletnie pie...przenięty. Dalej dwuzeszytowy wstępniak do samego ślubu czyli pojedynek w katedrze pomiędzy Batmanem, Catwoman a Jokerem i z tego co się orientowałem na temat tego fragmentu są opinie bardzo różne, natomiast mi osobiście bardzo się podobał. King ma wielki talent do pisania dialogów i tutaj bardzo to widać. Powiem więcej uznałbym tę część jego Batmana za genialny, gdyby nie pewien "szczegół", ale o tym za chwilę. Ostatni rozdział to sam ślub (nie będzie chyba wielkim spoilerem jeżeli powiem, że do niego nie dojdzie?). I tutaj jest naprawdę dobrze otrzymujemy na przemian mocno intymne przemyślenia Catwoman i Batmana o samych sobie (niby to już było, ale tutaj jest chyba najlepiej napisane) na dodatek rysowane przez wielu artystów z których każdy dostaje jedną stronę a że wśród nich są nazwiska tak zasłużonych dla Nietoperza gości jak Frank Miller, Tim Sale czy Paul Pope to napewno jest to warte sprawdzenia. Powiem to w ten sposób, ja całkowicie rozumiem powód dla którego oni tego ślubu nie wzięli, King napisał to jasno i logicznie i trudno tego się czepić, tyle że tak naprawdę...nic się nie stało. Całe te kilkadziesiąt wcześniejszych zeszytów zdało się psu na budę i nie zmieniło się absolutnie nic. Ok rozumiem, ślubu Batman nie wziął, ale w takim razie autor powinien w tym momencie zrobić coś są wstrząśnie całym światem i jak dla mnie powinien zabić któreś z dwójki Catwoman/Joker do czego doskonała okazja była właśnie w "Drużbie". Ja osobiście wolałbym aby to był Joker, to by był naprawdę niezły materiał do rozwijania dalej Człowieka Nietoperza, jak on się zachowa bez swojego nemesis? Kolejnym i ostatnim dostępnym w momencie czytania był tom 8 "Zimne Dni", jako pierwszą historię dostaniemy tę tytułową, która stanowi zmodyfikowaną wersję "12 Gniewnych Ludzi", na początku myślałem że to może być naprawdę niezłe, dopóki okazało się, że Bruce Wayne nie będzie tutaj adwokatem diabła, tylko bardziej dyskusję nad werdyktem potraktuje jako okazję do rozpaczliwych okrzyków o tym że Batman nie jest bogiem. Mniej więcej pod koniec miałem wrażenie, że wyciągnie chusteczkę i zacznie płakać a później odwiozą go do Arkham i miałem ochotę już tylko zamknąć ten tom. W drugiej części, Batman będzie ścigał KGBeasta, który wygląda na to, że zastrzelił Dicka Graysona (mam nadzieję że nie) a sam bohater zacznie w końcu przypominać Batmana. Uff, nareszcie finisz. Jeżeli chodzi o rysunki to musze przyznać że seria wygląda całkiem pozytywnie. Głównymi rysownikami którzy za nią odpowiadają są David Finch, Mikel Janin, Tony S. Daniel oraz Joelle Jones. Będę szczery, do mnie ten styl rysowanie będący wypadkową standardowego rysunku dla superbohaterów z realizmem średnio pasuje do Batmana, ale ogólnie wygląda to tutaj od strony technicznej w porządku, jak ktoś uznaje takie rysunki w Batmanie to powinien być zadowolony. Dla mnie szkoda że pok azujący się tutaj od czasu do czasu rysownicy z bardziej "autorskim" stylem jak Mitch Gerads, Lee Weeks czy Michael Lark nie dostali tutaj więcej szans, ale pod względem strony wizualnej naprawdę nie ma się ten komiks czego wstydzić. Cóż mogę o tym Batmanie powiedzieć. Tak naprawdę widać po tej całej serii, że Tom King nie miał kompletnie żadnego pomysłu na to o czym ma pisać. Ja rozumiem, że propozycja pisania Batmana jest w światku komiksowym propozycją w stylu transferu do Realu Madryt, ścigania się w F1 w bolidzie Ferrari, grania jako kolejny basista w Metallice czy kolacji z Cameron Diaz czyli z gatunku tych nie do odrzucenia, ale naprawdę w DC nikt się nie skapnął że gość nie wie co robi (tak naprawdę to pamiętając ten koszmarek od T. Daniela to myślę, że mogą nawet nie czytać tych zeszytów przed drukiem)? Po pierwszych trzech tomach historia zostaje wyraźnie ucięta siekierą, boleśnie widać że ktoś "z góry" oznajmił mu, żeby nie pisał już o Gotham Girl bo to się do czytania nie nadaje i więcej już o tej postaci ani słowo nie pada. Czwarty tom jest wyraźnie napisanym na kolanie zapychaczem a dalej dostajemy story-arc z Catwoman, który cały czas drepcze w miejscu. Kolejnym kamyczkiem w ogródku jest to, że King kompletnie nie potrafi pisać scen akcji, postacje są albo przepakowane (Catwoman powala kopnięciem biegnącego Flasha, Riddler przyjmuje strzał z rewolweru w brzuch), albo wyraźnie osłabione w stosunku do oryginałów. Praktycznie każdy zeszyt, który w założeniu miał być sensacyjny jest głupkowaty i oparty na jakimś wyraźnie nie pasującym do uniwersum pomyśle. Ogólnie rzecz biorąc, ja odniosłem wrażenie że King przed przystąpieniem do pisania serii kompletnie nie znał Batmana. Tzn. znał na poziomie przeciętnego człowieka, pewnie obejrzał filmy, być może z racji zawodowej ciekawości przeczytał kilka najbardziej znanych tytułów, ale to widać, że on nie zna ani Batmana, ani jego przyjaciół, ani jego wrogów ani nawet konwencji nie kuma. Ale tak naprawdę w tym wszystkim nie mogę przecierpieć jednego. To, że zrobił on z Batmana taką straszną pizdę. Batmana leje kto chce i wała z niego robi też kto chce, nic dziwnego że w Gotham tak szaleje przestępczość skoro mają takiego lamusa za obrońcę. Żeby nie było ten komiks ma swoje mocne strony i to szczerze mówiąc całkiem sporo, zeszyty z Supermanem, zeszyty z randką na dachu, zeszyt z Alfredem i psem. Pomysł na pojedynek snajperski Deadshota i Deathstroke'a, rewelacyjny pomysł na Kite Mana i jest tego więcej do tego dialogi potrafią być naprawdę świetnie napisane a elementy humorystyczne bywają zabawne. Tylko co z tego skoro na te niemalże 60 zeszytów mamy 5 rewelacyjnych i 5 dobrych a reszta to średnie bądź kiepskie zapychacze mające nieudolnie maskować brak twórczej weny. Poważnie ten cały run można by na spokojnie zmieścić w 2 tomach. Na dodatek, nie wiem czy to jest bardziej śmieszne czy żałosne ale ten komiks za każdym razem robi się fajny jak znika z niego Batman. Mamy fajnie pisanego Supermana, fajnego Alfreda, super pisaną relację Dicka i Damiana, przyzwoicie scharakteryzowaną Catwoman, do tego naprawdę dobrze pisanego Jokera, tylko co z tego skoro jak tylko pojawia się Batman to wszystko klapie? Na dodatek do teraz zastanawiam się dlaczego główna parka zwraca się do siebie pre Gacku i per Kotko. Powiem szczerze, wcale a wcale nie jestem zdziwiony, że DC odebrało ten run Kingowi on już nie ma w tym temacie nic do dodania a na dodatek na początku nie miał nic do powiedzenia. No w sumie po stronie plusów można dołożyć to, że jednak nie przynudza. Ocena 5/10.



4.   Zaskoczenie na minus:

   "Spider-Girl" - Tom DeFalco, Pat Olliffe. Pierwszy zeszyt jest z cyklu "What if...?", siedem następnych z regularnej serii odpalonej natychmiast później kiedy okazało się, że pomysł wypalił. Pomysł "co by było gdyby?" tyczy się tego, co by się stało gdyby córka Spider-Mana przeżyła (domyślam się, że chodzi o tę zmarłą przy porodzie po Sadze Klonów, tę którą później wymazano całkowicie). Akcja komiksu dzieje się kilkanaście lat później, Peter Parker w ostatecznym pojedynku z Goblinem stracił nogę i odmawiając przyjęcia hiperzaawansowanej protezy oferowanej mu przez Reeda odwiesił strój na kołek i wspólnie z Mary Jane przemienionej w kurę domową (wygląda niezwykle uroczo) zajął się wychowaniem córki (nie uwierzyłem, nie wierzę i wierzyć nie będę no ale to w końcu elseworld). Tę rodzinną sielankę przerwą w dobiegającej powoli 18 roku życia pannie May Parker budzące się pajęcze moce. Nie będzie raczej wielkim spoilerem jeżeli wyjawię, że prawie pierwszym co zrobi dorastająca pannica jest założenie kostiumu pająka (wcześniej o tym co robił kiedyś ojciec nie miała zielonego pojęcia) i co spowoduje, że na głowę zwalą się jej starzy przeciwnicy ojca, jak i jej własna talia superzłoczyńców. Dodawać też oczywiście nie muszę, o absolutnym zakazie skakania po budynkach wydanym przez Petera (zrzędliwy odpowiednik Cioci May) i wparciu jakiejkolwiek podjętej decyzji przez MJ (to chyba reinkarnowany Wujek Ben). Treningiem May zajmą się Phil Urich, przyjaciel rodziny który jest świadom pajęczej tajemnicy oraz Daredevil który wygląda na to, że jest opętany przez jakiegoś demona lub po prostu martwy i ożywiony tym niemniej ciągle jeszcze po stronie tych dobrych. Będę szczery, ale rysunki raczej nie przypadły mi do gustu. O ile pierwszy zeszyt rysowany przez Frenza i wykańczany przez Sienkiewicza ma ten fajny drapieżny styl i nawiązuje nieco stylistyką do Sala Buscemy to już reszta rysowana jest przez Olliffa, który ma momentami wyraźne kłopoty z perspektywą i rysowaniem twarzy pod kątem nie bardzo.  Na dodatek raczej trudno ukryć, że to raczej wyrobnik średniej jakości bez własnego stylu, na plus całkiem nieźle oddana dynamika sytuacji. No i nie wiedzieć, dlaczego sama May zamiast wyglądać jak 16-latka z wyglądu kojarzy się z 30-letnią prostytutką, naprawdę nikt wtedy nie potrafił narysować normalnej małolaty? To nie jest zły komiks, jest całkiem ok. Nie przynudza, kusi powrotem starych postaci i kontynuacją ich wątków a i nowo wprowadzone charaktery wydają się w porządku. Jego największym problemem jest to, że nie posiada jakiejkolwiek własnej tożsamości. To jest dosłowna kopia oryginalnego Spider-Mana. May niczym się nie różni Petera, wygląda identycznie (tak w kostiumie jak i bez niego) i zachowuje się identycznie. Wcale bym się nie zdziwił jakby twórcy po prostu kopiowali stare zeszyty Kirbyego i Lee zmieniając tylko imiona, pseudonimy i miejscówki. To nie jest styl w jakim rewelacyjnie z tematem Pająka zatańczył Latour w "Spider-Gwen" czy bendisowy Miles Morales, który mimo podobnych sytuacji w jakich jest stawiany jest całkowicie autonomiczną postacią. May Parker, to praktycznie pozbawione oryginalności ksero z Petera Parkera. Ocena 6/10.



5. Suplement

Koniecznie przeczytać:

   "SM Sentry" - Paul Jenkins, Jae Lee + kilka znanych nazwisk. Marvelowski komiks, który ma zadatki na komiks genialny, ale to są tylko zadatki. Jak dla mnie problemy są trzy. Raz nie lubię, aż tak głębokiego grzebania w uniwersum - łatwiej byłoby mi przełknąć to w formie elseworldu, a tak trochę nie kupuję tego pomysłu (ok nie dla wszystkich może być to wada). Dwa zwłaszcza w pierwszej części jest to kopia "Miraclemana" (ok to też nie musi być wada, jak ściągać to od najlepszych). Trzy ten komiks jest o jakiś zeszyt zbyt długi, po pewnym czasie te stękanie superbohaterów zaczyna męczyć bułę. No jeszcze tak na siłę to jeszcze tajemnica Voida to też nie jest raczej jakieś wielkie zaskoczenie. No dobra, dobra tyle już tu ponarzekałem, że zaraz wyjdzie, że to słaby tytuł. Ale wszystkie powyższe minusy są do wybaczenia biorąc pod uwagę, że całość mimo pewnej przewidywalności trzyma prawie cały czas w napięciu, ma srogi horrowaty klimat, patenty w stylu kadrów z Robertem z przyczepionym za pomocą klamerek do prania kocem naśladującym superbohaterską pelerynę, podczas gdy kilka stron dalej klamerki są już złotymi spinkami, rewelacyjnie oddane charaktery i dopisanie kilku nowości na temat kilku znanych superbohaterów z Marvela. No i szatę graficzną za którą odpowiada po częsci Jae Lee którego styl uwielbiam a po części takie tuzy jak Sienkiewicz czy Texeira. Ogólnie cały album wygląda obłędnie dobrze i rewelacyjnie bawi się swoją formą. Miało być nieco słabiej, ale co tam. 8/10

   "Corto Maltese - Przygody Etiopskie" - Uwielbiam tę serię, koniec kropka. Ocena 8/10.
 
   "Kolekcja Conan" - tomy 40, 41. Kolejna seria, którą uwielbiam ale powiem szczerze zaczynam już być nieco zmęczony tą formułą. To cały czas są świetne, pięknie narysowane komiksy, tylko praktycznie non stop o tym samym, trzeba jednak robić potężne przerwy w czytaniu. Tym niemniej serce mi nie pozwala dać mniej niż 8/10


Można przeczytać:

"James Bond 07 Eidolon" - drugi tom, od NSC i przyznam szczerze bardziej mi się spodobał niż pierwszy. Za to rysunki mimo że tego samego artysty nieco mniej staranne. Kilka problemów z tłumaczeniem chyba (dwa razy pogubiłem się w dialogu no i mogli zostawić to SPECTRE zamiast tłumaczyć na WIDMO). A tak poza tym w cięższym stylu Iana Fleminga i obecnych filmów z Danielem Craigiem (świetna scena tortur przez MI6) za to z Bondem wyglądającym jak Bond a nie szpion KGB. Porządna chociaż w stylu poprzednika o jeden dwa zeszyty za krótka seria. Ocena całkowicie nieobiektywna bo fanowska 7/10.

"SM Generation X" - Scott Lobdell, Chris Bachalo. Kolejna generacja X-men, która nie oszukujmy się absolutnie się nie przyjęła. Dla mnie raczej rozczarowanie pokroju Spider-Dziewczyny mimo, że lubię lata 90-te. Akcja jest strasznie chaotyczna, komiks ani nie stanowi dobrego rozpoczęcia, ani nie ma żadnego zakończenia ot zostajemy wrzuceni na głęboką wodę, bez żadnego koła ratunkowego. Rysunki Bachalo (zupełnie inne niż to co teraz on rysuje) fajne, ale często straszliwie nieczytelne. Ot takie czytadełko 5+/10.

"SM Nova" - Marv Wolfman, John Buscema, Dan Abnett, Andy Lanning. Jeden z albumów z serii pół na pół. Pierwsze pojawienie się Richarda Ridera, który stanowi prawie dokładną kopię Spider-Mana, a które już w momencie ukazania się musiało być strasznie archaiczne. Nowsza część to spin-off Anihilacji, całkiem niezły ale też bez głębszego sensu ot "latają i szczelają". Całość ok, ale raczej do przeczytania i zapomnienia 5+/10.


Można całkowicie odpuścić:

"SM Young Avengers" - autorów dużo w tym kilku znanych i utalentowanych (ale nikomu się chyba nie chciało). Rozczarowanie tym bardziej że "Dziecięca Krucjata" i "Styl>Treść" były całkiem niezłe. Nie bardzo nawet mogę powiedzieć co mi się nie podobało lub nie podobało w tym komiksie bo przy przewracaniu strony właściwie zapominałem co się na niej działo. Jedyne co zapamiętałem to to, że dziadek tego czarnego był zdaje się pierwszym Kapitanem Ameryką tylko nikt o tym nie mówi bo był czarny XD i całkiem przyzwoity zeszyt z Kate Hawkeye. Z drugiej strony nie pamiętam, niczego strasznie złego, więc tragedii chyba też nie ma. 4+/10.

Offline parsom

Odp: Bo chodzi o to, żeby plusy nie przesłaniały nam minusów - sezon drugi
« Odpowiedź #146 dnia: So, 11 Styczeń 2020, 14:19:41 »
   A ja, biorąc pod uwagę, że Pius XII nigdy nie potępił nazistowskich Niemiec i to jak wielu hitlerowcom Watykan później pomógł uciec do Ameryki Południowej, uznaję to za całkiem zabawne.

Na temat tego, jak tworzono legendę "papieża Hitlera" polecam książkę "Dezinformacja" Pacepy i Rychlaka.
Głosuj na mój projekt Lego Ideas: link.do/56xyk

Offline KukiOktopus

Odp: Bo chodzi o to, żeby plusy nie przesłaniały nam minusów - sezon drugi
« Odpowiedź #147 dnia: So, 11 Styczeń 2020, 17:44:17 »
Larry, zdradzisz dlaczego to, ze "Czarna wdowa" by R. Morgan et al. jest dobra, było dla Ciebie zaskoczniem? Przeciez biorac pod uwagę chocby perpetie Takeshiego Kovacsa jego autorstwa wrecz nalezalo sie tego spodziewac. Zatem jesli juz ten komiks mialby potencjalnie celowac w "zaskoczenia", to tylko gdyby był do bani, czyli w zaskoczenia in minus (tak jak np. dla niektorych osob zaskoczeniem byla miernosc Alien 3 by Gibson, choc akurat mnie to nie zdziwilo), co oczywiscie nie ma miejsca przypadku "Czarnej Wdowy". Jaka jest wiec przyczyna tego zaskoczenia? - pytam.

Odp: Bo chodzi o to, żeby plusy nie przesłaniały nam minusów - sezon drugi
« Odpowiedź #148 dnia: So, 11 Styczeń 2020, 17:46:55 »
Może dlatego, że nie znam perypetii Takeshiego Kovacsa?

Offline KukiOktopus

Odp: Bo chodzi o to, żeby plusy nie przesłaniały nam minusów - sezon drugi
« Odpowiedź #149 dnia: So, 11 Styczeń 2020, 18:05:36 »
Oj, to koniecznie musisz poznać, bo myślę, że Ci się co najmniej spodobają.  Mowa oczywiście o "Modyfikowanym węglu" i 2 kolejnych częściach. Pomijajac dziwne inklinacje Morgana do zamieszczania od czasu do czasu żenujących scen pornograficznych, zarowno same perypetie Kovacsa, jak i w ogole swiat przedstawiony w tych książkach zasluguja na najwieksza uwage. (Zrobili nawet serial, ale nie ogladalem). Inne jego ksiazki tez (Sily rynku i Trzynastka), choc moze troche mniej.