Autor Wątek: Bo chodzi o to, żeby plusy nie przesłaniały nam minusów - sezon drugi  (Przeczytany 31397 razy)

0 użytkowników i 1 Gość przegląda ten wątek.

Offline laf

Odp: Bo chodzi o to, żeby plusy nie przesłaniały nam minusów - sezon drugi
« Odpowiedź #120 dnia: So, 31 Sierpień 2019, 00:25:51 »
@Skandalisto, piąteczka co do oceny Kapitan Marvel i Spider-Woman. Sam kiedyś takie opinie popełniłem o tych komiksach
Najgorszy Carol Danvers. Jeden z tych komiksu po lekturze którego zadaję sobie pytanie „Co ja właściwie czytałem?”. I nadal nie wiem czy wizja autora była tak bezdennie głupia, czy ja jej po prostu nie zakumałem (Przeniesienie do realiów II wojny światowej? Walka z żołnierzami posiadającymi dostęp do technologii Kree? Żeński oddział Rambo? WTF?). Koniec końców lektura tej historii była czasem totalnie zmarnowanym. Na szczęście w jakimś tam stopniu cały tom ratują zeszyty archiwalne, które przydały mi się przed kinową wersją Kapitan Marvel.

Zaskoczenie na plusSpider Woman. Bendis nie raz, nie dwa, nie dziesięć udowodnił, że pisanie przygód solowych bohaterów wychodzi mu najlepiej i w tej kameralnej historii tylko udowadnia tę tezę. Całość stanowi pewnego rodzaju tie-in (tudzież raczej aftermath) do Tajnej Inwazji i pokazuje dalsze losy największej przegranej osoby tego eventu. Po powrocie do świata żywych Jessica musi odnaleźć się w aktualnej rzeczywistości i tak naprawdę poukładać sobie życie od nowa. Nie jest to łatwe, bo w obecnej sytuacji nikt jej nie ufa (a przynajmniej tak to sobie wyobraża nasza bohaterka). Z nieoczekiwaną „pomocą” przychodzi jej niejaka Abigail Brand, przywódczyni agencji SWORD, znana polskiemu czytelnikowi przede wszystkich z występów w Astonishing X-Men czy Erze Ultrona i proponuje odegranie się na Skrullach, a konkretnie zapolowanie na pozostałości po kosmicznej armii. Bendis z wielką maestrią pokazuje to, do czego nas już przyzwyczaił w seriach Daredevil czy Alias – wyszukane dialogi, realistycznie ukazana kwestia wyobcowania i klasyczne sceny akcji, które nie dominują nad komiksem. Całość utrzymana jest w klimatach zbliżonych do Daredevila, ponieważ mamy ten sam duet autorów, Bendis/Maleev, ale jednak sama historia nie stanowi odcinania kuponów od tej znakomitej serii, gdyż ukazuje inną osobę w odrębnej sytuacji. Nie miałem żadnych oczekiwań do tego komiksu, a ostatecznie otrzymałem naprawdę niebanalną, nader realistyczną opowieść, choć utrzymaną w konwencji superhero.

Czarną Panterę kupiłem, ale ostatecznie nie przeczytałem (i nie przeczytam, bo mam już wystawione na OLX). Decyzja H. o wydaniu tylko połowy tej historii jest beznadziejna, a ja nienawidzę niedokończonych serii (z tego powodu odpuściłem sobie również Spider-Mana Millara).
Zaskakuje mnie natomiast ogólna ocena Karnaka, bo jeszcze nie spotkałem się aby ktokolwiek wypowiadał się źle na temat tego komiksu, a wręcz przeciwnie - przez cały czas słyszę peany na jego temat. Że też ja to sobie odpuściłem  >:(

P.S. Co w tym zestawieniu robi Spider-Woman?

Sporo w tym było komiksów dla młodzieży właściwie dzieci a jeszcze wkłaściwiej to dziewczynek Squirrel Girl, Spider-Woman, A-Force, Moon Girl, Patsy Walker wszystko podobnie rysowane i z podobnymi dowcipami.


Odp: Bo chodzi o to, żeby plusy nie przesłaniały nam minusów - sezon drugi
« Odpowiedź #121 dnia: So, 31 Sierpień 2019, 15:46:56 »
Było brać Karnaka przecież to Ellis, jemu raczej rzadko przytrafiają się słabe komiksy.

Ta druga Spider-Woman z WKKM nie ta z Superbohaterów.

Offline laf

Odp: Bo chodzi o to, żeby plusy nie przesłaniały nam minusów - sezon drugi
« Odpowiedź #122 dnia: So, 31 Sierpień 2019, 15:52:00 »
Było brać Karnaka przecież to Ellis, jemu raczej rzadko przytrafiają się słabe komiksy.
No było, było. Też sobie pluję w brodę  >:(

Ta druga Spider-Woman z WKKM nie ta z Superbohaterów.
A, racja. Zupełnie zapomniałem o tej Spiderce w zaawansowanej ciąży na okładce. A to faktycznie też uznałem to za kolejny potworek dla młodocianych i bez żalu sobie odpuściłem.

Offline death_bird

Odp: Bo chodzi o to, żeby plusy nie przesłaniały nam minusów - sezon drugi
« Odpowiedź #123 dnia: So, 31 Sierpień 2019, 18:04:23 »
@laf - Karnaka bierz choćby z rynku wtórnego i to dopłacając. Warto.
"Właśnie załatwiliśmy Avengers i to bez kiwnięcia palcem."

Odp: Bo chodzi o to, żeby plusy nie przesłaniały nam minusów - sezon drugi
« Odpowiedź #124 dnia: So, 05 Październik 2019, 12:04:26 »
  Podsumowanie września. Wrzesień u mnie tradycyjnie miesiącem czytania polskich komiksów, raczej rzadko je kupuję i z reguły są to komiksy znanych twórców, po jakieś nieznane mi tytuły praktycznie rzecz biorąc nie sięgam, toteż do czytania nie mam zbyt dużo. Żaden polski komiks nie znalazł się na podium w tym miesiącu, ale przegrały one z mistrzami wagi superciężkiej, więc powodów do wstydu nie ma. UWAGA!!! Standardowo mogą pojawić się pewne spoilery.



1. Najlepszy:
 
   "Vision" - Tom King, Gabriel Walta, Michael Walsh. Sporo już o tym komiksie na tym forum napisano i z reguły były to same pochwały. Jednak jak każdy PP (Prawdziwy Polak) z wrodzoną sobie przekorą im bardziej ktoś mi coś poleca tym z reguły jestem bardziej podejrzliwy. Tym razem obiegowe opinie nie tylko okazały się prawdziwe, ale chyba nawet nie oddały w całości kwestii poziomu tego komiksu. Szczerze mówiąc, mocno mnie ten komiks zaskoczył, po opiniach i recenzjach spodziewałem się czegoś raczej w stylu obyczajówki z lekką dozą rodzinnej komedii ukazującej robocią rodzinę, ale to nic z tych rzeczy. Dostałem pełnokrwisty horroro-thriller psychologiczny umieszczony w znanym uniwersum. Historia dosyć szybko uderza czytelnika obuchem w głowę. O ile sam wstęp był dosyć zgodny z moimi wyobrażeniami, oto znany robotyczny członek Avengers próbuje wraz z trójką innych robotów, zresztą wykonanych przez siebie stworzyć swoją własną wersję atomowej rodziny rodem z "Cudownych Lat" , z dziećmi chodzącymi do szkoły, żoną gospodynią domową i pracującym panem domu (właściwie to chwilowo poszukującym pracy). Owszem znajdzie się tu nawet miejsce dla kilku drobnych żartów, ale te żarty bardzo szybko się kończą. Pada pierwszy trup a my jako czytelnik doskonale zdajemy sobie sprawę, że na tym jednym się nie skończy. Akcja toczy się jakby dwutorowo na przemian widzimy sceny w których robotyczni bohaterowie usiłują stać się normalną rodziną z przedmieść oraz wydarzenia po których wiemy, że marzenie (?) Visiona rozsypie się jak domek z kart a Visionowie będą ulegać coraz większej degeneracji. Jak na komiks o superbohaterach przystało mimo wszystko nie zabraknie sceny wielkiej zadymy. Walta przy rysunkach wykonał kapitalną robotę, rysunki są proste aczkolwiek eleganckie, twarze robotów nie grzeszą nadmierną ekspresją, ale jednocześnie da się z nich bez problemu odczytać targające nimi w danej chwili "emocje", barwy raczej przygaszone w zimnych tonacjach, na dodatek rysownik stara się unikać "obłych" kształtów często wypełniając kadry wszelkiego rodzaju pochodnymi kwadratów, widać że rysowanie albumu poprzedziła solidna praca koncepcyjna. Na większą dozę szaleństwa pozwala sobie Walsh rysujący w stylu kojarzącym się z Kevinem O'Neillem jeden zeszyt będący jedną wielką retrospekcją, więc absolutnie nie burząc tutaj konstrukcji całości. Nie bardzo mi za to przypadły do gustu okładki, niektóre zdradzają zbyt wiele fabuły, a większość jest raczej "nudnawa", za to absolutnie rewelacyjna jest ta z mirażami Scarlet Witch. Nie, nie jest to komiks bez wad, momentami można zarzucić mu tanią filozofię, koncepcja dzieci robotów wydaje się nieco dziwna, zachowanie całej rodziny momentami jest niekonsekwentne, poziom mocy Visiona chyba jednak nieco przesadzony, zakończenie nie do końca przypadło mi do gustu a możliwość konstruowania kiedy się chce podobnych sobie istot wydaje się trochę absurdalna. Na dodatek całość wymaga jednak dosyć dobrej znajomości tytułowej postaci, King zdaje sobie z tego sprawę i umieszcza kiedy może "przypominajki" do czego właśnie pije, ale zdecydowanie lepiej byłoby znać rzeczone komiksy osobiście. Trochę tytułów z Visionem, lub komiksów w których odgrywał on znaczącą rolę ukazało się już w naszym kraju i właściwie do każdego z nich znajdziemy w tym tomie odniesienia a przecież są jeszcze takie, których nie było (np. Victor Sancha "brat" Visiona, nawet nie wiedziałem o istnieniu takiej postaci). Owszem da się to przeczytać absolutnie z marszu, ale w przypadku posiadania odpowiedniego "podkładu" przyjemność będzie chyba jednak odrobinę większa. Jakby nie patrzeć wielka pochwała dla Kinga, że udało mu się uniknąć przemiany swojej opowieści w wielce hołubiony w Marvelu, jeden wielki rzyg o tolerancji i akceptacji (o co tutaj byłoby bardzo łatwo), problematyka ta oczywiście jest tutaj obecna, ale absolutnie nie dominuje wśród reszty za to doskonale z nią współgra. Podstawą będzie raczej zadawanie pytań o istotę i kondycję współczesnego człowieka, nie jest to może filozoficzny traktat na poziomie Philipa Kindreda, ale przegrać z mistrzem to jak wygrać. Na dodatek to wszystko jest nie tylko niegłupie ale i opakowane w bardzo atrakcyjną fabułę, dzięki której ja jako czytelnik nie tylko miałem okazję się chwilę zastanowić nad różnymi zagadnieniami, ale i z niepowstrzymaną ciekawością obserwowałem co wyprawiają te biedne stwory (dziewczyna jako jedyna zdaje się  podejrzewa jak bardzo nieludzkie jest to co robi cała czwórka). Najlepszy komiks Marvela ostatnich lat? Nie wiem, wielu nie czytałem a za innych nie będę się wypowiadał, ale osobiście dla mnie na ten moment bez wątpienia tak. Najlepszy z tych w miarę świeżych i jeden z najlepszych wogóle. Czy ktoś ma ochotę przeczytać jeden z najmniej "marvelowskich" komiksów Marvela o robocie-mordercy? Bo ja odkąd zobaczyłem na ekranie mechaniczny szkielet czołgający się przez prasę, to zawsze. Jakość wydania to typowe Marvel Now by Egmont, tyle że dwa tomy w jednym. Okładki są, kilka szkicy jest, więc wszystko ok. Osobiście żałuję, że akurat ten komiks nie ukazał się wydany w jakiś inny sposób, bo zasługuje jednak na lepsze wydanie. Ocena 9/10.


Drugi najlepszy

   "Sandman - Noce Nieskończone" - Neil Gaiman + różni artyści. Jakoś nigdy nie stałem się wielkim fanem Neila Gaimana, jego dorobek komiksowy znam raczej słabo, za to całkiem nieźle znam jego książki.  Żadna z jego podobno opus magnum ("Amerykańscy Bogowie", "Nigdziebądź", "Chłopaki Anansiego") mnie nie zachwyciła (prędzej nudziła) za to całkiem niezłe okazały się te skierowane do teoretycznie młodszego czytelnika ("Koralina", "Gwiezdny Pył"). Komiksy również mnie specjalnie nie zachwyciły, całkiem fajne marvelowskie 1602 i Przedwieczni, Hellraiser, momentami dobry Sygnał do Szumu i mocno średnia Czarna Orchidea ot i wszystko co znam i o ile przy części bawiłem się naprawdę nieźle to o żadnym efekcie "ŁAŁ" nie ma mowy. Kiedyś dawno temu czytałem jednego Sandmana, ale nie mam pojęcia który to był i tyle pamiętam, że mi się podobał. W każdym razie, nawet te hurra-optymistyczne forumowe opinie na temat tej serii jakoś specjalnie nie przekonywały mnie do zakupienia Sandmana, ale pojawił się ten powyższy w ramach egmontowskiej serii Mistrzowie Komiksu, której jestem stałym odbiorca więc chcąc nie chcąc i ten komiks kupiłem. I okazało się dobrze zrobiłem pozwalając w swoim lenistwie, aby ktoś inny za mnie dobierał lektury. Album to zbiór krótkich opowiadań z których każde przedstawia jeden epizod z życia jednego z rodzeństwa Nieskończonych. Standardowo w przypadku takich antologii poziom historyjek bywa różny, natomiast w tym przypadku zaskoczenie, mimo że ich wachlarz jest dosyć szeroki to podobały mi się właściwie wszystkie (może z wyjątkiem ostatniej o Losie, raczej takiej sobie), Każde z opowiadań ilustruje inny artysta a nazwiska to gracze z pierwszej ligi, na dodatek wyraźnie dobierani tak, aby swoim stylem oddać nastrój danej historii. Śmierć dostaje uwielbiany przez ze mnie P. Craig Russel, którego kreskówkowy sznyt doskonale oddaje klimat XVII (?) -wiecznej dekadenckiej zabawy, Pożądanie nie mogło przypaść nikomu innemu niż Milo Manarze, Sen dostał się nie znanemu mi Miquelanxo Prado, który przepięknie bardziej namalował niż narysował romantyczną kosmiczną baśń, Rozpacz trafiła do Storreya i McKeana (nie przepadam za nim, dla mnie jego twórczość to tak trochę "...jako miedź brzęcząca albo cymbał brzmiący... " natomiast tutaj do spisanych jakby wspomnień różnych ludzi grafiki pasują wprost idealnie (ten fragment to nie jest komiks w typowym tego słowa znaczeniu), Maligna z którą wybierzemy się w głąb świata pogrążonej w katatonii dziewczyny trafiła do Billa Sienkiewicza, a Zniszczenie do niemal fotorealistycznego na tle pozostałych Glenna Fabryego. Ostatni Los, przypadnie Frankowi Quitely. Nic dodać, nic ująć od strony graficznej komiks to absolutna rewelacja. O autorze już od dosyć dawna miałem wyrobioną opinię, że to gość który pisze raczej efekciarsko niż ciekawie, te jego pomysły na fabuły w teorii oryginalne jakoś sprawiały na mnie wrażenie bardziej obliczonych na wywarcie wrażenia na czytelniku niż na wciągnięcie go do swojego świata. Momentami wyczuwałem tutaj podobne postępowanie, ale jakoś w o wiele mniejszym stopniu niż w gaimanowych powieściach, owszem jest to nieco gaimanowo pretensjolnalne, ale mieści się w granicach mojej tolerancji . Egmontowe wydanie przyzwoite, twarda okładka, dodatków niewiele, jeżeli miałbym się czegoś przyczepić to formatu, który jest standardem dla amerykańskiego komiksu. Naprawdę nie było jakiejś powiększonej edycji? Ci graficy i ten komiks zasługują na coś takiego. Tak czy inaczej po lekturze postanowiłem spróbować podstawowej serii i pierwszy tom Sandmana wyląduje w koszyku przy następnym egmontowym zamówieniu. Very good job mr. Gaiman. Ocena 8+/10



2. Zaskoczenie na plus:

   "Blankets" - Craig Thompson. Kolejny komiks po który sięgnąłem w zeszłym miesiącu a którego sława znacznie wyprzedza jego samego. No, ale jak wspomniałem już niewierny Tomasz ze mnie, nie zobaczę - nie uwierzę. Po krótce, autobiograficzna powieść autora skupiająca się na jego dzieciństwie i czasach młodzieńczych, w którym clou programu stanowią jego pierwsza miłość i kwestie wiary. Dosyć znamienne jest to, że Thompsona dosyć ciężko jest wogóle polubić, mi przynajmniej się to raczej nie udało. Mamy tu do czynienia z dziwakiem gnębionym przez szkolnych "kolegów", ale nie takiego w stylu amerykańskich filmów czyli za grubego, ubierającego się zbyt dziwnie czy słuchającego innej muzyki buntownika aby wpasować się w towarzystwo, tylko antypatycznego, zakompleksionego, chłopaka, który przeczytał biblię o jeden raz za dużo. Czy to wychowanie przez purytańską (?) rodzinę ma wpływ na jego drażniący charakter, czy może z natury jest on statycznym typem osobowości do rozsądzenia pozostaje czytelnikowi. W każdym razie w czasie corocznego pobytu na katolickim zimowisku, bohater poznaje swoją pierwszą miłość, dziewczynę będącą po części podobną do niego autsajderką z artystyczną duszą a po części w zupełnym przeciwieństwie, wyraźnie lubianą i popularną w środowisku młodzieżowej "kontrkultury". Historia znajomości tej dwójki będzie ciągnęła się praktycznie do końca tego jakby nie patrzeć obszernego komiksu. Od strony rysunkowej album (raczej wielka kniga) wygląda po prostu pięknie, czarno-białe rysunki wspaniale oddają klimaty zimowych stanów Wisconsin i Michigan (fani Fargo poczują się jak w domu), postaci są w stylu znanym z kreskówek mocno uproszczone a jednocześnie nie mamy absolutnie żadnego kłopotu w odczytaniu z ich twarzy emocji jakie nimi w danym momencie targają. Z czystej ludzkiej ciekawości, zerknąłem do internetu zobaczyć jak Craig i Raina wyglądają w rzeczywistości i ich komiksowe wersje faktycznie mogą kojarzyć się z tym co jest na zdjęciach. Aby za pomocą kilku kresek i kropek narysować podobiznę, która faktycznie będzie przypominać to co ma przedstawiać to trzeba mieć spory talent. Drobne zarzuty mam do tych ilustracji, które mają przedstawiać oniryczne skojarzenia autora, niektóre są rewelacyjne, ale niektóre przynajmniej dla mnie średnio udane, ale ta łyżka dziegciu absolutnie nie psuje smaku całej beczki miodu. Nie jest to komiks oryginalny w żaden sposób, większość tego co w nim przeczytamy, każdy z nas (no powiedzmy 99%) przeżyło na własnej skórze, ale to chyba właśnie w tym leży największa siła tej powieści.W którymś momencie zdajemy sobie sprawę, że nawet jeżeli nie polubiliśmy się z autorem to razem z nim cieszymy się i razem z nimi smucimy, czytamy tę historię która jest identyczna z milionem innych podobnych historii i zdajemy sobie sprawę, że po części czytamy o samym sobie. I sam siebie zresztą przyłapałem w czasie lektury, że włączają mi się wspomnienia podobnych sytuacji sięgające daleko w przeszłość i zapewne właśnie jako mentalny wehikuł czasu to miało działać. Dla mnie momentami ten komiks był wręcz zbyt intymny, czułem się niewygodnie jak jakiś podglądacz, Thompson to albo bardzo odważny człowiek albo obsceniczny ekshibicjonista. Ot taka to słodko-gorzka historia o rodzinie, wierze, o tym jak bardzo potrafimy się zmienić, o tym jak zwykła szara rzeczywistość potrafi zabijać nawet najwznioślejsze uczucia i o tym jak to w fitzgeraldowskim stylu cały czas "kierujemy łodzie pod prąd", jeżeli poruszyła takiego cynika jak ja to i innym powinna się podobać. Wydanie przez Timofa porządne, czernie są czarne a biele są białe (tutaj jest bardzo ważne), troszeczkę szkoda że miękka oprawa i całość klejona, można by to chyba było zrobić bardziej solidnie, z drugiej strony może oddam to komuś w prezencie, ten komiks wydaje się wprost stworzony do tego celu. Tak się patrzę teraz w okno i po raz pierwszy od bardzo dawna zatęskniłem za śniegiem. Aha plus dla Rainy za gust muzyczny. Ocena 8+/10.


Drugie pozytywne zaskoczenie:


   "Będziesz smażyć się w piekle" - Krzysztof Owedyk. Owedyk vel Prosiak, kolejna postać podobno wielce zasłużona dla polskiej sceny komiksowej. Podobno bo polska scena jest mi nie bardzo znajoma, pamiętam że czytałem któregoś "Prosiacka" a także któreś "AQQ", ale żebym miał powiedzieć że wiele pamiętam to bym skłamał. W każdym razie ten 300-stronicowy komiks opowiada nam historię utalentowanego gitarzysty Tarantula, który właśnie został przyjęty do metalowej kapeli Deathstar, której to jest jednym z największych fanów. Tarantulowi wydaje się, że złapał właśnie Pana Boga za nogi, jego nowy zespół to megagwiazdy światowej sceny muzyki ciężkiej, także bohaterowi natychmiast przychodzą na myśl oczywiste w tej sytuacji status króla gitary, wielka forsa z którą u niego bardzo krucho i mnóstwo panienek (to akurat nie, Tarantul to kochający mąż i ojciec). Niestety rzeczywistość dosyć szybko leczy go ze złudzeń. Deathstar to nie jest kapela metalowa, ale bardziej doskonale zorganizowane i zarabiające przedsiębiorstwo, tyle że te przedsiębiorstwo należy tylko i wyłącznie do jednego człowieka, wokalisty Lorda Solo. Solo to z jednej strony człowiek niewątpliwie obdarzony swego rodzaju muzycznym geniuszem, ale jednocześnie jako w/w człowiek to bardzo marna postać. W każdym razie zamiast spodziewanych pieniędzy Tarantul przekonuje się nagle, że tak naprawdę dokłada tylko do biznesu, zespół jest zespołem tylko na papierze a wszystko i wszystkich wokół kontroluje wszechmocny coraz bardziej tracący kontakt z rzeczywistością Lord Solo korzystając z pomocy swojego cynicznego menedżera Satanisława, gdy tymczasem w myśl przysłowia "nieszczęścia chodzą dziesiątkami" wokół Tarantula i jego rodziny coraz bardziej zaciska się pętla pecha. Graficznie komiks prezentuje się bardzo przyjemnie, prosta w stylu kreskówek natychmiast wpadająca w oko, mi się całość momentami kojarzyła z Harley Story narysowanym przez Parzydłę, wielki plus za "dyskografię" Deathstar, te okładki i tytuły płyt brzmią i wyglądają jakby wypadły z generatora nazw dla małego deathmetalowaca. W rysunki niemalże napewno wpleciono mnóstwo żartów i odniesień, nawet mi się udało kilka wyłapać a klimatów za bardzo nie znam, jak ktoś orientuje się w temacie pewnie miał o wiele więcej radochy z przeglądania rysunków. Wielkim plusem, napewno jest nakreślenie bohaterów, te postacie są po prostu jak żywe, czy to jest sam Tarantul czy jego żona Daga, córka Gabi, czy gitarzysta Deathstar melancholijny anemik Bogey, czy wiecznie wkurzony karypel mówiący wyłącznie w śląskiej gwarze perkusista Dworf, czy demoniczny Lord Solo, czy nawet postacie z trzeciego planu, mamy wrażenie że to czujące, autonomiczne istoty z własnymi marzeniami i planami, robi to wrażenie. Jedynym konkretnym zarzutem, jest to że komiks jest jakby minimalnie zbyt długi, w pewnym momencie autor się na moment zaciął a ja poczułem się już odrobinę znużony. bo fabuła zaczęła wyraźnie kręcić się w kółko. Na szczęście Prosiakowi udało się w końcu podjechać pod tą górę i dalej wszystko poszło błyskawicznie aż do samego końca. Jasne można się jeszcze czepić, że komiks nie jest do końca realistyczny, że Lord jest dwuwymiarowo zły do bólu a ilość nieszczęść spadających na bohaterów wystarczyłaby na 100 lat. Ale też i raczej nie celem tego komiksu miał być stuprocentowy realizm, mamy komedio-dramat w nieco przerysowany sposób ukazujący warunki życia młodych niezamożnych małżeństw, drobną filozoficzną dysputę z czytelnikiem na temat "gdzie leży granica spełniania własnych marzeń", a także drobne podglądnięcie za kulisy sceny metalowej. Wydanie przez Kulturę Gniewu, przyzwoite miękka klejona okładka, dobrej jakości papier, dodatków jakikchkolwiek z wyjątkiem "dyskografii" brak, ale raz że nie są tu potrzebne, dwa pozwala to na zachowanie rewelacyjnie niskiej ceny. Poważnie te około 30 złotych za ten komiks jak za darmo, z wyjątkiem dwóch Kilkenny's i małej coli ostatnio na urlopie nie przypominam sobie kiedy ostatnio wydałem tak dobrze taką sumę. Tak wogóle Deathstar i Lord Solo, to jakieś przytyk do Vadera? Ktoś się orientuje w temacie? Podsumowując, bawiłem się doskonale a zwłaszcza jeżeli wziąć pod uwagę, że historia ma szczęśliwe zakończenie, nie to że bym nie lubił ponurych "realistycznych" zakończeń, ale miałem ostatnio ochotę na coś o pozytywnym wydźwięku i takie coś dostałem. Ot komiks "ku pokrzepieniu" serc. Ocena 8/10.



3. Najgorszy przeczytany:

   "Wiedźmin - Córka Płomienia" - Aleksandra Motyka, Marianna Strychowska. Czwarty tom komiksowej wersji przygód naszego eksportowego zabójcy potworów opartej na grze CDP, wydany przez Dark Horse, na dodatek autorkami tym razem są dwie nasze rodaczki. Pierwsze trzy tomy nie były może jakoś szczególnie genialne, ale czytało się je dobrze i nienajgorzej oddawały klimat wiedźminskiego uniwersum. Niestety tom czwarty jest zdecydowanie najgorszym z teraz już tetralogii. Komiks, gdyby nie pierwsza kartka, która właściwie nie wiadomo jaką funkcję pełni (prawdopodobnie ma zwiększać ich ilość) przygoda zaczęła by się w najklasyczniejszy dla wszelakich powieści fantasy i gier typu RPG sposób, a mianowicie Geralt dostaje w karczmie zadanie do wykonania. Zlecającym jest jego stary przyjaciel, który ma problem z swoją piękną córką, coś lub ktoś nocami zakrada się do absolutnie niedostępnej wieży w której ona przebywa i wysysa z niej witalne siły. Rozwiązanie było oczywiste a mimo to kompletnie na nie wpadłem (musiałem mieć słabszy dzień), żaden to wąpierz, mamun, nietopyrz czy nawet inny wiedźmak chutliwy a Jaskier, który przypadkiem wszedł w posiadanie latającego kufra. Z powodu niewyparzonego jaskrowego jęzora, kufer zabierze obydwu do swojego poprzedniego właściciela. Poprzednim właścicielem okaże się ofirska czarodziejka zresztą znajoma Yennefer, a Geralt z Jaskrem wpadną w wir pałacowych intryg w których znajdzie się miejsce dla dżinów, eunuchów, ghuli, zabójców, szachów tudzież wezyrów i innego barachła zgodnego z konwencją arabskiej baśni, a na arabskich krajach jest tutaj Ofir wzorowany. Rysunki pani (lub panny) Marianny, są mocno średnie że się tak wyrażę. Raczej nie można ich uznać za nieudane, ale to co widziałem w tym Wiedźminie można obejrzeć w co drugim marvelowym komiksie skierowanym do młodszego czytelnika, brak w nich jakiegokolwiek pazura czy oryginalności, na dodatek ten styl  nie pasuje do (moich wyobrażeń) o wiedźmińskiej opowieści. Kojarzy mi się prędzej z Kaczorem Donaldem, zdecydowanie bardziej mi podeszła ta bazgranina Joe Queiro. Tak naprawdę problemy tego komiksu są dwa, jeżeli nie liczyć grafiki. Raz jest on po prostu zbyt krótki, intryga nie jest specjalnie skomplikowana, ale zdecydowanie przydałoby się jej sporo więcej "podbudowy", akcja jest wyraźnie szarpana a autorka wiedząc, że główny wątek nie jest nadmiernie rozbudowany próbuje jeszcze wcisnąć wątki poboczne i wyraźnie ma problem z narzuconą z góry objętością historii. Drugim, że ten komiks nie bardzo chyba wie, czym sam miałby być czy horrorowatą opowieścią z pałacowymi intrygami rodem z "Baśni 1000 i 1 nocy" czy luźną historyjką z humorem (w większości takim sobie). Na plusik, napewno występ znanego i kochanego trubadura. Wydanie, standardowe dla Egmontu, twarda oprawa, zwykły "amerykański" format, dodatków z wyjątkiem jednej okładki (specyficznej) brak. Sam komiks czyta się szybciutko niestety, objętość niewielka, tekstu niewiele a podziwiać rysunków też nie bardzo jest co. Podsumowując, tomik słabszy niż jego poprzednicy, mam nadzieję że Dark Horse wymieni ekipę pracującą nad kolejnym storyarkiem a przede wszystkim ściągnie z niej presję objętości i czasu który będzie miała na przygotowanie. No i co dziwne, wcześniejsi zagraniczni autorzy, jakby trochę lepiej wyczuli klimat oryginalnego "Wiedźmina" Sapkowskiego, co trochę słabo świadczy o naszych artystkach. Jak ktoś fan Wiedźmina (jako i ja) to i tak kupi, jak ktoś nie zna a chciałby spróbować to raczej odradzam. Ocena 4+/10.



4.   Zaskoczenie na minus:

   "Briggs Land" - obydwa tomy, Brian Wood, Mack Chater i inni. Miałem mocno mieszane uczucia, czy umieścić ten tom w tym podpunkcie, jednocześnie i mi się podobał i nie, no ale coś musiało tu wylądować, więc niech będzie. Mocno ucieszyłem się po zapowiedzi przez Egmont zamiaru wydania Briggs Land tuż po wydaniu Skalpu. Nie dość, że sam Skalp uwielbiam to jeszcze kocham ogólnie klimaty fabuł dziejących się na amerkańskich zadupiach. Oczekiwanie wzmagały jeszcze opinie jednego czy dwóch forumowiczów, oraz z reguły bardzo dobre oceny na zagranicznych portalach. Entuzjazm mój opadł, kiedy dowiedziałem się, że w komiksie będziemy mieli grupę białych ekstremistów-rasistów i silną kobiecą postać, która ma zamiar zaprowadzić wszędzie wolność-równość-braterstwo (bleeeee pomyślałem, po raz milion osiemset setny, zaraz chyba puszczę pawia). W sporym skrócie tytułowa Kraina Brigssów to spory kawałek ziemi leżący w stanie Nowy Jork, na którym wybudowano miasteczko w którym pragnący tego Amerykanie mieli poczuć ponownie całkowitą wolność przynależną ich przodkom i wyzwolić się spod rządów korpo-kracji. Tak było w zamysłach, w rzeczywistości to miejsce to zapadła dziura upstrzona fabrykami meta-amfetaminy rządzona przez białych potatuowanych w swastyki, głosujących na Trumpa yokels tłukących swoje żony i każący im chodzić bez butów (bo coś tam - wiadomo niczego dobrego po wsioku-naziolu spodziewać się nie można, terroryzowanie rodziny to max na co go stać). Ten stan rzeczy właśnie się kończy, w więzieniu po 20 latach głowa rodziny Jim Briggs skazany na dożywocie posiadacz najbardziej kozacko wytatuowanych swastyk postanawia się ni stąd ni zowąd wyspowiadać przed prokuratorem (dlaczego akurat teraz?) a ceną jego uwolnienia ma być ziemia rodziny, która od dawna jest solą w oku rządu. Jego żona Grace przejmuje wobec tego całkowitą władzę w swoje ręce, rozpoczynając prywatny przewrót mający uczynić z tego terytorium coś czym miało być na początku, a do pomocy przekona swoich trzech synów wcale nie tak mocno zainteresowanych akurat pomocą swojej kochanej mamusi. Mack Chater odpowiadający w głównej mierze radzi sobie naprawdę przyzwoicie, jego kreska dosyć mocno nawiązuje do wyglądu Skalpu czy komiksów będących wynikiem kolaboracji Brubaker/Phillips czyli tak jednocześnie realistyczny i nieco niechlujny styl rysowania doskonale pasujący do nastroju podobnych dramatyczno-sensacyjnych komiksów. Na wielki plus napewno to, że praktycznie nie uświadczymy tutaj kadrów w których jeden kolor służy za tło, Chater rysuje tła wystarczająco bogate w szczegóły, mając świadomość, że w tym przypadku nie tylko bohaterowie, ale i scenografia budują opowieść. Drażni w tym komiksie dosyć spora ilość niekonsekwencji, niby rodzina Briggsów zarabia miliardy dolarów na prawach do odwiertów, ale ogólnie wszyscy wyglądają jakby byli bez grosza przy duszy. W jednej chwili kupują za milion centrum handlowe a 5 stron dalej po zapłaceniu 30-tysięcznej łapówki mają problemy z "płynnością finansową". Grace kręci się po terenie "rezerwatu" i wygląda jakby była zszokowana poziomem życia, mimo że przez ostatnich 20 lat nie wystawiła stamtąd nosa na zewnątrz, jest takich nieścisłości dużo i wybija to momentami z rytmu. Owszem komiks jest (czasami dosyć mocno) lewoskrętny, znajdziemy tu chyba wszystkie stereotypy na temat ludzi popierających prawą stronę, łącznie z dobrymi sąsiadami noszącymi głęboko w ukryciu hasło "Bij Żyda", natomiast ma jedną niezaprzeczalną wadę, jest po prostu dobrze napisany. Wood bardzo zręcznie żongluje wszelkimi wątkami aby utrzymać czytelnika w napięciu. Akcja wciąga a bohaterowie mimo że raczej stereotypowi, to na tyle umiejętnie wykreowani że autentycznie przejmujemy się ich losami. Natomiast ciężko mi komukolwiek polecić ten komiks a to z powodu tego, że na rynku naszym obecne są dwa tomy i to właściwie wszystko co z tej serii wydano. A tak naprawdę w momencie w którym kończymy czytać, mamy wrażenie że nie jesteśmy nawet w połowie. Splatających się ze sobą wątków jest dużo, a postaci drugoplanowych, które wyraźnie czekają aby spełnić mniej lub bardziej ważną w historii rolę jest sporo. Z ciekawości sprawdziłem i zeszyty z tej serii wychodziły pod koniec 2017 roku, przeszukałem internet (chociaż nie bardzo wnikliwie szczerze mówiąc) i nie natrafiłem na żadne świeże informacje na temat jakiejkolwiek kontynuacji. Dosyć dziwne ze strony Egmontu, że wydał ten tytuł, oni raczej nie lubią wchodzić w aktualnie trwające historie i to na dodatek takie, które wyraźnie stanęły w miejscu, może to był jakiś dil powiązany z Northlanders i DMZ? Wydanie przypominające miękkookładkowe Marvel i DC, podobna objętość, podobny format, brak skrzydełek i dodatków z wyjątkiem okładek. Nie wiem, jak ktoś kocha klimaty obyczajowo-gangsterskie klimaty rodem z Rodziny Soprano, Synów Anarchii, sensację w stylu Banshee i szekspirowskich klimatów z podgrupy "kto komu wbije nóż w plecy?" to może spróbować bo to naprawdę niezły komiks, ale z racji tego że seria póki co jest martwa polecać go nikomu nie będę. Sam miałem się go pozbyć, ale póki co zostawiam na półce i poczekam jeszcze trochę. Ot z początku chyba myślałem, że to będzie trochę lepsze. Ocena 6+/10.



5. Suplement

Doczytać można:

"Relax tom 3" - chyba ostatni i najsłabszy z całej trójki. Spora dawka socrealizmu spod znaku Wróblewskiego łącznie z biografią czerwonego szpiona Sorgego. Rewelacyjne quasi-erotyczne dowcipy Christy, jak zwykle wielki Rosiński, idiotyczna fabularnie, ale intrygująca wizualnie Bionik Jaga, fajne młodzieżowe "Niezwykłe Wakacje" i ciekawie wyglądający historyczne komiks Kobylińskiego. Brawa dla Egmontu, że to wydał, może by tak "Pilota Śmigłowca" lub "Tajemnicę Złotej Maczety"? 6+/10


"Doman" - Prawdziwa klasyka, czyli "Conan po polsku". Momentami bardzo dobrze, momentami niedorzecznie, ale za to pokazuje bardzo rzadko eksploatowany motyw przedchrześcijańskiej Polski. Na dodatek świetnie wydany. To nie tylko dobry komiks, ale i śliczny przedmiot. 7/10


"Wehikuł Czasu i inne opowieści" Andzejewskiego. Naprawdę ciekawy pod względem graficznym a i czyta się nie najgorzej. Szkoda, że galeria pod koniec nie jest obszerniejsza 7/10

"Morze po kolana" -  Podolec, Kołodziejczyk. Mocno depresyjny i dosyć dobrze oddający klimat nadmorskich miejscowości poza sezonem. Sporo anegdotek z życia wziętych. Jednak z wyjątkiem Śledzińskiego istnieją ludzie którzy potrafią napisać porządny komiks w Polsce po Rosińskim, Chriście, Polchu etc. 7/10.

Offline bibliotekarz

Odp: Bo chodzi o to, żeby plusy nie przesłaniały nam minusów - sezon drugi
« Odpowiedź #125 dnia: So, 05 Październik 2019, 15:16:59 »
Wrzesień upłynął na odrabianiu zaległości z tematyki słowiańskiej i WKKDC.

Najlepszy komiks: Batman - Zagłada Gotham.
Nie spodziewałem się czegoś nadzwyczajnego skoro Mignola powierzył swoją robotę komuś innemu. Może historia nie do końca mu się spodobała jeśli nie chciał jej sam narysować? Okazuje się jednak, że ten komiks to nie są wcale resztki z pańskiego stołu. Mamy do czynienia z elseworldem osadzonym w drugiej ćwierci XX wieku, gdzie Bruce Wayne jest podróżnikiem, który przywozi do Gotham tajemnicę odkrytą w lodach Arktyki. Autorzy łączą i przetwarzają wątki i postacie ze znanych komiksów o Batmanie oraz z książek HP Lovecrafta. Ich pomysły są ciekawe, umiejętnie podkręcają nastrój mitologii Cthulhu, potrafią w niebanalny sposób wykorzystać znane postacie w nowych realiach, a wszystko ostatecznie układa się w przemyślaną i wciągającą czytelnika opowieść. Rysunki też wcale nie okazują się jakąś tanią podróbą Mignoli. Jeśli ktoś lubi i Batmana i Cthulhu - must have.

Drugie miejsce na podium: Kajko i Kokosz - Na wczasach (Janusz Christa)
Wrażenia z powrotu po latach do serii KiK. Większość przeczytałem dawno temu a teraz je sobie odświeżyłem i dokupiłem brakujące. Dużo tego i wrażenie robi to, jak długo Christa potrafił ciągnąć serię zachowując wysoki poziom. Ostatecznie do najlepszych tomów wypada mi chyba zaliczyć historię, którą znam od dawien dawna, czyli "Na wczasach". Znakomite rysunki i poczucie humoru. Do tego tym razem autor oprowadza nas po świecie, w którym żyją tytułowi bohaterowie. Tak więc odwiedzamy połabskie bóstwa i poznajemy pogańskie obrzędy ku ich czci czy też poznajemy Wolin i zamieszkujących go wikingów. Ten komiks nic się nie starzeje.

Najgorszy komiks: Woje Mieszka (Zygmunt Similak)
Realia historyczne czasów Mieszka I Similak zna chyba tylko i wyłącznie z innych komiksów. Przy tym zupełnie bezrefleksyjnie powtarza popkulturowe klisze, czego najlepszym przykładem są ogromne rogi na hełmie każdego wikinga. Scenariusz nie tylko mocno pretekstowy, ale również zuchwale rżnący od innych np. z serii Doman. Rysunki na poziomie nastolatka. Brak koloru też jest nie pełniącym jakiś cel zabiegiem artystycznym. Nie czytać, nie kupować.

Zaskoczenie na plus: Leśne Licho (Adam Święcki), Przebudzone legendy, akt V
Poznałem kilka tomów serii Święckiego (Dziewanna, Szeptucha, Oczy dla kruka). Podąża niestrudzenie swą autorską drogą, którą wyznaczają głównie inspiracje legendami wtłaczane w mroczną i ponurą atmosferę podkreślaną plamami czerni wypełniającej kadry. Ogólnie poziom opowieści bywa różny, ale oscyluje wokół średniodobrego. Dlatego sięgając po "Leśne Licho" nie spodziewałem się czegoś nadzwyczajnego. Tymczasem Święcki jakby niespodziewanie dojrzał i stał się Artystą przez duże "A". Jego rysunki nie są już tylko dobre - one tutaj stają się dopracowane, wysmakowane, pełne pomysłowości i finezji (pomimo iż wciąż pozostają czarno-białe). Scenariusz też nie jest jedynie realizacją pojedynczego pomysłu - on meandruje, przeplata wątki, bawi się postaciami uwypuklając ich charaktery. I do samego końca nie wiemy jak to się skończy. Wisienką na torcie jest również lepsza jakość wydania - większy format i śliski papier.

Zaskoczenie na minus: Konungahela 1136. Słowiańska wyprawa (Igor D. Górewicz, Bartłomiej Baranowski)
Wejście w komiks wydawnictwa Triglav nie było zbyt udane (jeśli ktoś zna serię Mikoszka, ten wie o co chodzi). Niemniej wydaje ono sporo wartościowych książek, dlatego kiedy na okładce ich najnowszego komiksu ujrzałem nieznane nazwisko rysownika znów dałem im szansę. Scenariusz to streszczenie pewnej sagi opisującej najazd pomorskich wojowników na skandynawski gród. To wrażenie streszczania jakiejś książki trwa niestety do samego końca, bo nie mamy tutaj zarysowanej jakiejkolwiek postaci, której losy byśmy śledzili z uwagą, trzymali jej stronę, wczuwali się w jej położenie. Poznajemy poszczególne etapy jakiejś wyprawy i tyle. Jedna z postaci ma twarz Górewicza, co niestety trąci już o jakiś niezdrowy narcyzm, bo w jego wydawnictwie niemal każda książka z ilustracjami musi jego twarz wykorzystywać. Mam wrażenie, że tym razem pozostałe postacie mają też fizjonomie zapożyczone od krewnych i znajomych Górewicza. Byłby to smaczek, gdybyśmy obcowali z jakimś znakomitym dziełem, ale w czymś tak mdłym i niedopracowanym budzi jedynie niesmak. Rysunki tragiczne, niczym jakieś szkolne wprawki i to jeszcze robione na szybko.

Cykl rozwojowy i dobrze rokujący: Lux in tenebris (Sławomir Zajączkowski, Hubert Czajkowski)
Na razie otrzymaliśmy trzy tomy (Romowe, Wilcza gontyna i Jellinge), w których widać rozwój i ciekawe rozwiązania. W pierwszym tomie rysunki były niezłe stylistycznie, ale niedopracowane. Scenariusz raził miejscami pretekstowością np. dosyć topornie gloryfikując chrześcijaństwo. Niemniej twórczość ewoluuje. W kolejnych tomach autorzy jakby bardziej skupili się na swym dziele. Kiedy rysownik skupił się na niektórych kadrach okazują się one po prostu piękne i przykuwają oko na dłużej (szczególnie w Jellinge). Scenarzysta też jakby bardziej świadomy materii, w której tworzy pokazuje sytuacje mniej jednoznaczne i bawi się opowiadaniem z różnych perspektyw. Jeśli nie spoczną na laurach to czwarty tom może się okaże jakąś małą perełką.

Odp: Bo chodzi o to, żeby plusy nie przesłaniały nam minusów - sezon drugi
« Odpowiedź #126 dnia: So, 05 Październik 2019, 18:07:32 »
Ja byłem raczej zawiedziony Zagładą Gotham. Uwielbiam Batmana, uwielbiam Lovecrafta i myślałem że będę uwielbiać ich wypadkową, a to ot porządny komiks i tyle. Teraz już nie pamiętam wogóle o co tam chodziło. Lux Tenebris mam gdzieś na mocno rezerwowej liście do sprawdzenia, może kiedyś się w końcu zdecyduję.

Offline Death

Odp: Bo chodzi o to, żeby plusy nie przesłaniały nam minusów - sezon drugi
« Odpowiedź #127 dnia: So, 05 Październik 2019, 18:26:13 »
Zagłada Gotham to przyjemny średniaczek. A Lux in Tenebris w swojej najlepszego odsłonie czyli Wilczej Gontynie dorównuje najlepszy tomom Bois-Maury. Ode mnie 10 na 10. Jestem fanem.

Odp: Bo chodzi o to, żeby plusy nie przesłaniały nam minusów - sezon drugi
« Odpowiedź #128 dnia: So, 05 Październik 2019, 18:52:48 »
No to wychodzi na to, że prędzej czy później po ten tytuł w końcu sięgnę. W sam raz będzie na następny wrzesień.

Offline bibliotekarz

Odp: Bo chodzi o to, żeby plusy nie przesłaniały nam minusów - sezon drugi
« Odpowiedź #129 dnia: So, 05 Październik 2019, 22:38:52 »
We wrześniu nie trafiło mi się nic, co uznałbym za rewelacyjne, ale jednak "Zagłada Gotham" wypada powyżej średniej, głównie ze względu scenariusz dostarczający mnóstwa lovecraftowskich smaczków w nazewnictwie, rekwizytach, rozwiązaniach fabularnych, które jednak nie przesłaniają samej opowieści a znakomicie się z nią komponują (i również z mitologią Batmana).

Offline LordDisneyland

Odp: Bo chodzi o to, żeby plusy nie przesłaniały nam minusów - sezon drugi
« Odpowiedź #130 dnia: Wt, 22 Październik 2019, 04:31:52 »
Słuszne słowa. To jest elseworld , co się zowie- może nie fajerwerki wstrząsające światem, ale porządna lektura, w której i scenarzysta, i rysownik mogą się wykazać.


Aha, bibliotekarzu- współczuję kontaktu z twórczością Similaka. Z tego co piszesz wnioskuję, że tomik jest na podobnym poziomie, co pozostałe :D

Odp: Bo chodzi o to, żeby plusy nie przesłaniały nam minusów - sezon drugi
« Odpowiedź #131 dnia: Pt, 22 Listopad 2019, 13:56:09 »
  Nieco spóźnione podsumowanie października. W tym miesiącu odpuszczę sobie podpunkt najlepszy, bo przeczytałem kilka komisów na tym samym poziomie i ciężko mi wybrać jeden spośród nich, na dodatek właściwie wszystkie z nich są pewnego rodzaju zaskoczeniem. UWAGA!!! Standardowo mogą pojawić się pewne spoilery.


2. Zaskoczenie na plus:

   "Ogar i inne opowiadania" , "Kolor z innego Wszechświata" - Tanabe Gou. Dosyć często się tu powtarzam, ale o tym to nie pamiętam czy wspominałem. Nie cierpię mangi. Drażnią mnie te klimaty, nie lubię tych wielkich oczu a najbardziej wku...rza mnie to przewracanie stron od tyłu. Co dosyć ciekawe bardzo lubię japońską animację, ale komiksów wprost nie trawię. Z racji jednak tego, że wielkim fanem H.P. jestem a i cena raczej zachęcająca, postanowiłem wypróbować zjapońszczoną wersję opowiadań ojca nowożytnego horroru. No i muszę przyznać, że autor wyszedł z tej próby obronną ręką, a zadanie miał przecież niełatwe. Proza Lovecrafta pozbawiona jest dialogów, więc Tanabe musiał napisać swoje własne, nie nadużywa ich specjalnie za co mu chwała i umieszcza je tylko tam gdzie to naprawdę konieczne a ciężar przekazania rozwlekłych opisów Samotnika z Providence przekładając na rysunki. I właśnie rysunki są tutaj clou programu a te absolutnie nie zawodzą. Dosyć typowa zdaje się dla mangi maniera rysowania obłędnie szczegółowych teł przydaje się tutaj niezwykle. Projekty stworów, opuszczonych budowli czy prastarych przerażających artefaktów są wprost przepyszne i jakby żywcem przeniesione z wnętrza koszmarów. Należy też dodać że styl rysunków nie jest jednorodny w takiej "Świątyni" postacie są dosyć realistyczne, gdybym nie znał nazwiska autora mógłbym przypuszczać, że komiks powstał w Europie co najwyżej lekko się stylizując na komiks z Japonii, w innych rysunki są nieco bardziej stereotypowe. Jedyne co mnie drażniło, to fakt iż podług wyobrażeń rysownika 9/10 mieszkańców krajów Zachodu ma jasne oczy i rysuje on umieszczając małe czarne kółka w białych obwódkach co wygląda niespecjalnie, poza tym jest naprawdę fajnie. Jakości wydania oceniać nie będę, bo nie znam standardów gatunku, jak na moje amatorskie oko jest wszystko w porządku. Podsumowując naprawdę przyzwoita adaptacja opowiadań Mistrza, Tanabe Gou na szczęście nie starał się wymyślać koło na nowo i w miarę możliwości wiernie przełożył na język komiksu, język lovecraftowskiej prozy. Mangowej wersji "W Górach Szaleństwa" kupować już raczej nie będę, raz że nie jestem wielkim fanem tej powieści, dwa są to dwa tomy w cenie 60 złotych za sztukę a więc już całkiem sporo, ale "Nawiedziciel Mroku" wylądował w koszyku zamówień z Gildii. Także skoro antyfanowi mangi takiemu jak ja się podobało to i każdemu innemu też powinno, a dla fanów Lovecrafta to "musiszmieć". Jest dobrze jest mrocznie, jest ponuro i jest straszno więc czego chcieć więcej? Aha strony trzeba przewracać kur...de "od tyłu". Ocena 7/10.


Drugie pozytywne zaskoczenie:

  "Doom Patrol" - Grant Morrison, John Nyberg, Richard Case i inni. Największa zagadka wśród lektur z zeszłego miesiąca, jak już wspominałem największym fanem szkockiego autora to ja nie jestem, raczej wręcz przeciwnie. Owszem cenię kilka jego komiksów, ale sporo wśród reszty twórczości uznałem za średnio nadające się do czytania. Obawiałem się tego tytułu wysłuchując i wyczytując w internecie opinie o jego odjechaniu i absurdalności, a znając możliwości Morrisona. Niepotrzebnie się zamartwiałem ten komiks na pewnym poziomie oczywiście jest o wiele bardziej przystępny i ma o wiele więcej (zwichrowanego) sensu niż niektóre z tytułów Granta, które mi nie podeszły. Nie wiem, być może na łatwość wczucia się w klimat komiksu wpłynęło obejrzenie wcześniej rewelacyjnego serialu, skład drużyny jest prawie identyczny jak ten z ekranu tv czy ten który pojawił się przelotnie w dwóch czy trzech numerach WKKDC, brakuje Elasti-Girl w zamian za to (bardziej w roli rezerwowego) jest Joshua Clay. Zaznaczyć w tym miejscu trzeba, że postacie te nieco się różnią charakterem od tych serialowych a i w samym komiksie inaczej rozłożono ciężar pomiędzy komedią a dramatem, ale telewizyjna produkcja dosyć dobrze przygotowała mnie do tego co w komiksie zobaczę. A zobaczyć można bardzo dużo, Morrison strzela swoimi dziwacznymi pomysłami z prędkością karabinu maszynowego. Naszej grupie (bardziej chyba rodzinie) dziwolągów przyjdzie się zmierzyć z koncepcją pozawymiarowego wyimaginowanego miasta, obrazem który zjadł Paryż, piątym Jeźdźcem Apokalipsy, wykoślawioną wersją Bractwa Złych Mutantów - Bractwem Dada, Kubą Rozpruwaczem obdarzonym boskimi mocami i tym podobnym (lub wcale nie) zagrożeniom. Wszędzie gdzie w świecie DC kończy się sens, laserowy wzrok Supermana staje się bezużyteczny a intelekt Batmana zbyt logiczny tam wkroczyć musi Doom Patrol. Obydwaj rysownicy doskonale nadążają za pomysłami scenarzysty wszelkie projekty postaci, kostiumów czy scenerii są odpowiednio surrealistyczne, jedyny drobny minusik to taki, że sama kreska jest fajna ale dosyć typowa dla amerykańskiego komiksu z lat 90-tych, sporo okładek cudownie namalował tutaj Simon Bisley, to byłby dopiero czad jakby same komiksy tak wyglądały. Jak wspomniałem wyżej bałem się nieco, że będę musiał się wkurzać jak przy lekturze Ziemi 2 czy Człowieka ze Stali, że czytam stos nawiązań do jakichś komiksów sprzed 50 lat, które nie składają się w jakąkolwiek sensowną historię. Autor wbrew pozorom dosyć mocno trzyma się stalowej logiki (bardziej może jednak logiki snu) balansując między klasyczną opowieścią superbohaterską, surrealistycznym koszmarem a absurdalnym humorem w ten sposób, że ja jako czytelnik bardziej się zastanawiałem co jeszcze dziwnego przydarzy się naszym nieszczęśnikom niż nad tym o co tu wogóle chodzi. Owszem można zarzucić Morrisonowi pewną dozę efekciarstwa tudzież szpanerstwa, ale to jest tak fajne, ze bez problemu wybaczam. Na dodatek Szkot pozazdrościł tutaj nieco Alanowi Moore, ilość symboliki, alegorii, wykorzystanych motywów czy zwykłych nawiązań (sporo w dziedzinie sztuki) jest wprost przerażająca, a ile z tego nie zauważyłem to wolę się nad tym nawet nie zastanawiać. Jak kto lubi takie zagadki a na dodatek ma bardzo duże przygotowanie merytoryczne napewno będzie kontent. Wydanie przez Egmont takie jak każde inne ichnie Vertigo czyli dużo, tanio i dobrze, teksty są raczej nieco bardziej skomplikowane niż w przeciętnym X-men czy Green Lantern a nie miałem z ich zrozumieniem żadnego problemu, więc pan Drewnowski jako tłumacz sprawił się na moje oko bardzo dzielnie. Przyznaję bez bicia, dla mnie ten komiks jest fajniejszy niż Azyl Arkham i leży o lata świetlne od reszty tego co Granta Morrisona dotychczas czytałem, drugi tom natychmiast wylądował w koszyku. Ocena 8+/10.


Trzecie zaskoczenie:

   "Kruk" - James O'Barr. Kolejny komiks co do którego nie byłem przekonany. Z jednej strony zawsze lubiłem filmową wersję tego komiksu z drugiej aż tak strasznie zachwycony jak koło fanatycznych fanów produkcji Proyasa nie byłem. Na dodatek obawiałem się pewnej formy emocjonalnego szantażu, już dawno temu gdzieś w tv przed projekcją słyszałem historię o nieżyjącej dziewczynie autora oryginału i traumie przy jakiej pisał on ten komiks i jakoś tak podświadomie przyjąłem, że została ona zgwałcona i zabita (w tym momencie przez chwilę wcisnął mi się zwrot "na szczęście", na szczęście jednak przyszło mi do głowy jak bardzo byłoby to nie na miejscu), okazało się jednak iż nie spotkał jej taki właśnie los, tylko zginęła w wypadku. Na lekturę nie wpłynęła też za bardzo świadomość śmierci Brandona Lee na planie, także mogę ocenić ten komiks jako zupełnie autonomiczne dzieło. Tak czy inaczej, historia idzie dwoma torami z jednej strony mamy historię wielkiej miłości Erica Dravena i kobiety jego życia Shelley, którą poznajemy na podstawie jego wspomnień i wizji, z drugiej historię krwawej zemsty zza grobu dokonywanej przez Erica na gangu ulicznych śmieci, którzy rok wcześniej zabili wcześniej wymienioną parę. Część tycząca się zemsty wielu czytelnikom zwłaszcza takim lubiącym filmy z Charlsem Bronsonem czy Clintem Eastwoodem  przypadnie do gustu, jest mrocznie brutalnie i krwawo. Syf i brud ulic w dzielnicach biedoty ukazany niezwykle realistycznie a syf i brud na duszach ich mieszkańców jest chyba jeszcze bardziej wstrząsający (tekst o piekle podczas rozmowy Erica z dziewczynką, córką narkomanki jest genialny). Nie do końca mnie przekonały mnie do siebie segmenty romantyczne, owszem są momenty chwytające za serce, ale jako całość to chyba zbyt wyidealizowane jest, zbyt przesłodzone. Jednakże mimo moich wcześniejszych złożeń i zapewnień gdzieś z tyłu głowy cały czas siedziała mi historia dziewczyny Jamesa O'Barra i chyba dlatego podczas lektury nie byłem zbyt surowy. Nie da się także rozłączyć tych dwóch ciągów fabularnych z rysunkami. To wydanie tego komiksu jest jakoby wydaniem ostatecznym poprawianym kilkukrotnie przez autora, zmieniane lub wręcz dołożone są pojedyncze kadry i całe plansze, nie będę się bawił w zgadywanie w których fragmentach, zresztą widać różnice w stylu. Ogólnie rzecz biorąc sensacyjne elementy są rysowane w dosyć karykaturalnym stylu łączącym zinową drapieżność z niemalże mangową stylistyką w tonacji mocno kontrastujących czerni, a fragmenty romantyczne o wiele realistyczniejsze (momentami wpadające w zakres portretów) często szkicowane ołówkiem i zaznaczane delikatnymi szarościami. Owszem momentami wygląda to nieco nieporadnie, czasami widać, że z powodów braku warsztatu u autora, a czasami w pełni świadomej stylizacji, ale ja tę konwencję kupuję w całości. To jeden z najciekawszych graficznie albumów jaki widziałem w tym roku. Owszem mógłbym się jeszcze czepić gotyckiego nastroju całości (nie trawię tych klimatów), nieco idiotycznego wyglądu bohatera, okazjonalnie wtrącanych wierszy Artura Rimbaud i jakichś innych (może sto lat temu robiło to wrażenie) i jakiegoś takiego ogólnego przerostu formy nad treścią, ale robić tego nie będę bo komiks złożony do kupy ze wszystkimi swoimi plusami i minusami zrobił na mnie bardzo pozytywne wrażenie. Niemniej pozytywne wrażenie, zrobiła jakość wydania przez Planetę Komiksów, twarda płócienna oprawa z obwolutą, tasiemka do zaznaczania stron, format nieco powiększony w stosunku do przeciętnego komiksu, nieco dodatkowych grafik a także kilka wstępów i posłowi (w których najczęściej dowiemy się, że należy słuchać Joy Divison i Bauhausu aby się odpowiednio wkręcić). Podsumowując kupiłem ten komiks raczej z myślą o późniejszej odsprzedaży, chciałem w założeniu zapoznać się ze swego rodzaju fenomenem popkulturowym, a i opinie na tym forum były różne, ale po lekturze postanowiłem go zatrzymać na półce. Naprawdę zaskakująco dobra lektura i szczerze mówiąc intensywniejsza i agresywniejsza niż filmowy odpowiednik. Ocena 8/10



3. Najgorszy przeczytany:

   "Wolfram" - Marcello Quintanilha. Usiłuję sobie przypomnieć dlaczego kupiłem ten komiks, chyba dlatego, że był tani, miał fajną okładkę i dosyć egzotyczne nazwisko autora. W każdym razie mamy tu do czynienia z komiksem brazylijskim na dodatek mocno słabym, aby zrozumieć dlaczego ten komiks jest tak zły muszę go właściwie całego streścić. Na początku obserwujemy jakiegoś czarnego grubasa popijającego drinki na plaży, dalej mamy dwóch facetów kłusujących na ryby za pomocą ładunków wybuchowych, dalej białego dziadka-emerytowanego sierżanta i czarnego młodzieńca z dredami którzy najwyraźniej są kolegami (?) aby na końcu poznać dziewczynę jadącą autobusem, która oznajmia swojej przyjaciółce że zamierza rozwieść się z mężem. Dziadek z chłopakiem biegną do pobliskiego fortu pod którym dwaj "rybacy" uprawiają swój proceder, pełniący służbę żołnierz stwierdza, że faceci rzucający bombami tuż pod wojskowymi koszarami to wogóle nie sprawa wojska tylko policji i on ogólnie ma to w dupie. Obydwaj wracają ponownie w kierunku plaży, gdzie młody stwierdza, że ta sprawa też go nie interesuje i tak zresztą nie mogą nic z tym zrobić. Wtedy stary wpada w szał, zaczyna go tłuc i mówi mu, że wie iż ten handluje narkotykami i go zabije jak on nic w tej sprawie nie zacznie działać. Młodemu pod wpływem stresu wpada do głowy koncept taki, że zna policjanta dla którego działa on w charakterze kapusia i jak zadzwoni to on z pewnością coś z tym zrobi. Policjantem okazuje się grubas popijający na początku drinki, w try miga odrywa on się od stolika i wykonuje kilkukilometrowy bieg plażą niczym w Miami Vice i zaczyna strzelać do dwóch facetów na łódce ci pod wpływem tych gróźb dopływają do plaży i atakują wręcz policjanta. Po dosyć długiej scenie walki, jeden z napastników zostaje postrzelony. W międzyczasie dowiadujemy się, że dziewczyna w autobusie jest żoną policjanta i zamierza go zostawić bo ten nieustannie ją zdradza. Pokonani napastnicy orientują się, że w czasie szamotaniny policyjny pistolet został uszkodzony i ponownie zaczynają się bić z grubasem (ten postrzelony też), przewaga zaczyna być po ich stronie, na plaży zbiera się tłum, który bezczynnie przypatruje się tej scenie. W tłumie stoją dziadek z chłopakiem, chłopak ucieka. W ostatniej chwili nadjeżdża kawaleria w postaci kolegów grubasa i aresztują dwóch zbirów, z tłumu wybiega dziewczyna z autobusu i ostatecznie przebacza po raz kolejny swojemu mężowi. Wieczorem chłopak, udaje się do knajpy do której uczęszcza dziadek. Zamierza się na nim zemścić podrzucając mu narkotyki i wskazując go policjantom jako dilera. Na miejsce przyjeżdża znany już grubas (wolnego nie dostał po wcześniejszej akcji) z kolegą, w międzyczasie chłopak przez przypadek dowiaduje się, że dziadek spotyka się z jego matką i dlatego był dla niego taki ostry (czytaj spuścił mu ostry wpier...) bo uważa, że to nie jest zły chłopak, ale potrzebuje on dyscypliny. Chłopak zdjęty wyrzutami sumienia oznajmia grubasowi, że jednak się pomylił i dilera tam nie ma, po czym dostaje ostre wciry. Koniec. Absurd, absurdem, absurd pogania. Historia jest idiotyczna i nonsensowna Quintanilha wyraźnie chciał napisać scenariusz rodem z 11:14 czy Amores Perros w którym losy wszystkich bohaterów są ze sobą powiązane i na koniec czytelnik/widz uchwyci całość zamysłu, tyle że mu to wyszło mniej więcej jak Jerzemu Skolimowskiemu w 11 minutach czyli wcale, losy bohaterów owszem, może i się splatają, pytanie tylko po co? O wiele cieplej mogę się wypowiedź o stronie graficznej tego komiksu. Owszem nie jest to jakoś szczególnie genialne dzieło, ale rysunki są naprawdę przyjemne, szczegółowe, realistyczne, ze świetnie oddaną dynamiką scen. Patrząc się na okładkę można tylko żałować, że nie kolorowe bo wtedy jeszcze lepiej by oddały klimat brazylijskich plaż i faweli, jakkolwiek pod tym względem naprawdę nie ma na co narzekać. Timof wydał to po taniości, miękka okładka, niewielki format, słabej jakości papier. We wnętrzu znajdziemy informację, że wydano ten komiks przy wsparciu brazylijskiego Ministerstwa Kultury, więc podejrzewam że to był jedyny sensowny powód dla którego ktoś chciałby to u nas wydrukować, dopłata z podmiotu zewnętrznego. Nie jest to najgorszy komiks jaki w życiu czytałem, jak mówiłem graficznie wygląda bardzo pozytywnie, na dodatek Quinthilhii udało się zarysować ciekawe ze względu na charakter i na dodatek sprawiające wrażenie żywych postaci, ale nie udało mu się to opakować w jakąkolwiek sensowną fabułę. Bohaterowie zachowują się absurdalnie a sytuacje w jakich są stawiani absurdalnie niewiarygodne. Nie jestem pewien co autor miał na myśli, zapewne pokazać, że nawet źli ludzie są w stanie zrobić coś dobrego, lub na odwrót w zależności czy dla czytelnika szklanka jest w połowie pusta czy pełna. Nie wiem, następnym razem niech sobie poszuka lepiej scenarzysty co będzie potrafił opakować jego przemyślenia w jakąkolwiek rozsądną fabułę. Ocena 3+/10.



4.   Zaskoczenie na minus:

   "Proces Jean Grey" - Brian Michael Bendis, Sara Pichelli. Crossover pomiędzy seriami All New X-men i Guardians of the Galaxy, nie czytałem ani jednej serii ani drugiej i zresztą nie zamierzam tego robić, ale raczej nie sprawia to tutaj problemu. Wystarczy wiedzieć, że Strażnicy Galaktyki to ci dobrzy co pilnują Galaktyki a All New X-men to oryginalni X-Men przeniesieni z przeszłości (powiedziałbym z chęcią, że recykling pomysłów zaczyna sięgać zenitu, ale dobrze wiem że bym się pomylił). Otóż patentem na którym jedzie ten komiks, jest to że Jean Grey zostanie oskarżona za zbrodnie, które popełniła jako Dark Phoenix. Na pierwszy rzut oka ma to sens, dopóki nie pomyślimy że ta Jean Grey została porwana z okresu początków swojej kariery i z samej racji podróży w czasie jest już zupełnie inną osobą (no chyba, że ktoś wpadnie na ten tani patent, że ich odeślą w dokładnie ten sam moment z którego zostali wyrwani z wyczyszczoną pamięcią, tyle że wtedy musieliby wymazać też pamięć wszystkim innym w teraźniejszości a w domu wytłumaczyć dlaczego się postarzeli w ciągu kilku chwil), zresztą przecież ta Jean Grey, która zamordowała całą planetę, już poniosła karę bo została zabita. Na ten genialny pomysł wpadł Gladiator, który najwyraźniej z funkcji imperialnego goryla awansował na króla Shi'ar, w sumie jakoś nie jestem zdziwiony facet dostał tyle razy w łeb, że musi mieć poważne dysfunkcje tego fragmentu i jego zawartości. Jak ktoś spodziewał się komiksowej wersji "12 gniewnych ludzi" to nie ma na co liczyć, sam proces praktycznie się nie odbywa bo zaraz dochodzi do bijatyki, zresztą trudno by tu było o jakieś przerzucanie się argumentami skoro strona oskarżająca nie ma nawet najmniej rozsądnego argumentu, Bendis jest tego świadomy, tak samo jak i wszystkie postaci występujące w tym komiksie z wyjątkiem biednego Gladiatora. Rysunki Pichelli są naprawdę przyjemne, ja specjalnie fanem takiego stylu nawiązującego do animacji i kojarzącego się raczej z młodszym czytelnikiem to nie jestem, ale trzeba przyznać że w tym wypadku całkiem nieźle pasują, jest kolorowo, jest dynamicznie do czasu do czasu dorysowuje coś Imonen, ale on ma dosyć podobną "stylówę" więc wszystko pasuje. Nie jest to jakiś zupełnie zły komiks jest sporo akcji, postacie nawiązują ze sobą przeróżne interakcje, jest trochę czerstwych żartów dla fanów a wszystko opakowane jest w całkiem fajne rysunki. Tyle, tylko że całość bardzo miałko wypada, zwłaszcza w świetle głównego motywu tego scenariusza. Nie wiem można było może wysłać po cichu jakąś grupę zabójców aby nie dopuścili już nigdy do przemiany Jean w Fenixa czy coś w tym stylu, miałoby to o wiele więcej sensu niż porywanie jej na oczach X-Men i Strażników a później stawianie jej absurdalnych zwłaszcza w świecie w którym co chwila ktoś przenosi się w czasie lub pomiędzy wymiarami zarzutów. Niewiele z całości zapamiętałem szczerze mówiąc, ot mam wrażenie, że marnuję trochę czas i zasoby na takie lektury 5+/10.



5. Suplement


Należałoby przeczytać:

"Sędzia Dredd Kompletne Akta tom 2" - "Rety Red...to wygląda jak piekło...wichry o prędkości 800 kilometrów na godzinę, potwory i zdziczali mutanci..." jeżeli ktoś ma wątpliwości po takim tekście na początku, że historia będzie pełna patologicznej przemocy to powinien skupić się na Kaczogrodzie. Całość to połączenie absurdalnych pomysłów rodem z Doom Patrol z brytyjskim anarcho-punkiem prosto ze stron Tank Girl, rysują głównie McMahon i Bolland, więc tu komentarzy nie trzeba. Dredd jeszcze jako chuderlak w zbyt dużym kasku i wcale nie tak surowy w swoich wyrokach, sporo dosyć czarnego humoru a wstęp Wagnera mówi smutną prawdę o czasach w jakich żyjemy. Wydanie Ongrysu, jak to u nich świetne ("Bóldożer"). Ocena 8/10.

"Chrononauci" -  Mark Millar, Sean Murphy. Tak rzadko spotykane w ostatnich latach podejście Millara do zagadnień kontinuum czasoprzestrzennego i paradoksów czasowych. że wręcz pachnące świeżością. Jak ktoś nie widział samurajów w czołgu szarżujących na rycerzy Króla Ryszarda to ma okazję. Praktyczny brak fabuły to okazja do przedstawienia nieustającego ciągu odjechanych przygód,  oraz gagów a to wszystko okraszone rewelacyjnymi rysunkami Murphyego. Jak ktoś ma ochotę na klimaty "Fantastycznych przygód Billa i Teda" doprawione sporą dawką brutalności to będzie zadowolony. Czysta, bezpretensjonalna rozrywka za niewielkie w sumie pieniądze. Brać, nie samym Beckettem człowiek żyje 8/10.


Można przeczytać:

"Axis - Carnage i Hobgoblin" - Jakiś tie-in do eventu Axis. Samego eventu nie czytałem, zresztą jak większości innych ale same założenia są dosyć jasne, z powodu zaklęcia Dr.Strange dobrzy i źli zamieniają się miejscami. Bohaterem pierwszej historii jest Carnage, który wygląda niewiarygodnie uroczo z tymi swoimi zębiskami i przyjaznym uśmiechem. Chłopina chciałby być dobrym superbohaterem, ale nie wie jak, bo i skąd? Trzeba mu przyznać jednak, że się stara, nawet kobiety bije tak aby im oczy z czaszek nie wypadły. Na swoją partnerkę wybiera telewizyjną dziennikarkę i nie jest to szczęśliwy wybór, na pewnym poziomie ona jest gorsza niż on oryginalnie. W drugiej części, pragmatyczny jak zawsze Roderick Kingsley dochodzi do wniosku, że skoro już musi być dobry to dlaczego nie zarobić by na tym jakichś pieniędzy? Po czym zaczyna rozwijać swoją własną markę pod nazwą "Hobgoblin". Fajne, z jajem i przyjemnie narysowane, dobrze, że w Marvelu potrafią jeszcze wykrzesać z siebie coś oryginalnego. 7/10.


Niekoniecznie trzeba czytać:

"Olimpia de Gouges" - José-Louis Bocquet,Catel. Łyk wielkiej historii z dosyć intymną biografią jednej z ikon feminizmu. Nie wydaje się, żeby podszedł mi bardziej niż "Kiki z Montparnasse" a i tamtym nie byłem zachwycony. Wadą może być to, że potrzebuje choćby pobieżnej orientacji w realiach oraz układach sił tamtych czasów. Wszystko co prawda jest wytłumaczone dosyć sensownie na końcu, ale jak zaczniemy od dodatków to nam zdradzi całą fabułę. No i nie należy tego brać zbyt dosłownie, widziałem kiedyś program o Marie Gouze, wcale nie taka z niej libertynka była jak ją tu malują. Następny komiks tej dwójki po prostu odpuszczam, jak już biorą się za biografie to niech to zrobią możlwie uczciwie a nie "łubudubu, łubudubu...", za to dobrze odwzorowane realia (chyba oczywiście, bo przecież tam nie byłem wtedy).  6+/10.

"Km/H" - Mark Millar, Duncan Fegredo. Grupka przyjaciół z biednej dzielnicy przez przypadek (nie do końca) dostaje w swoje ręce pigułki obdarzające nadludzką szybkością. Sam komiks jest naprawdę niezły, ale ktoś tu już na forum wspomniał, że Millar zaczyna swoje komiksy pisać po to aby tylko trafiły na ekran. I faktycznie ta historia wygląda jakby była ledwie szkicem, który czeka na zdolnego scenarzystę aby przełożył go na język filmowy. Dwa razy więcej stron z pewnością by tej historii nie zaszkodziło. Rysunki na bardzo ok, zwiększony format jeszcze bardziej, tyle że idzie się z tym rozprawić spokojnie w pół godziny. Wolałbym, żeby Mucha wydała to wszystko hurtem w jakichś zbiorczych wydaniach. 6/10


Offline LordDisneyland

Odp: Bo chodzi o to, żeby plusy nie przesłaniały nam minusów - sezon drugi
« Odpowiedź #132 dnia: So, 23 Listopad 2019, 23:42:46 »
Za każdym razem cieszy mnie , gdy komuś się DoomPatrol podoba...co  najmniej tak, jakbym na tym zarabiał :)

A co do Km/H- Fegredo to jeden z artystów, którzy kiedyś świetnie - moim zdaniem- rysowali,a teraz z bólem patrzę na ich nowe dokonania. Nie wiem, czy można nazwać to regresem, ale wyjątkowo mi nie pasują jego nowsze prace.

Odp: Bo chodzi o to, żeby plusy nie przesłaniały nam minusów - sezon drugi
« Odpowiedź #133 dnia: Nd, 24 Listopad 2019, 15:49:07 »
Nie przypominam sobie czy widziałem inne prace tego rysownika, ale jak tytuł akcji są bardzo w porządku. Tak ogólnie to opuszczasz się Lordzie, gdzie podsumowania?

Offline LordDisneyland

Odp: Bo chodzi o to, żeby plusy nie przesłaniały nam minusów - sezon drugi
« Odpowiedź #134 dnia: Nd, 24 Listopad 2019, 18:08:44 »
Kryzys trwa, praktycznie nie czytam, to i podsumować nie ma za bardzo czego :( W tym miesiącu tylko jeden [JEDEN!!!] komiks przeczytałem, "Wrzatkun" Sieńczyka, który zresztą mogę polecić wielbicielom absurdu i - chyba- new weird.
No bida straszna, panie Skandalisto :(