Nieco opóźnione podsumowanie lutego, ale miałem ostatnio wyjątkowo dużo pracy, obiecuję poprawę. Właściwie na mocno superbohatersko, ale ja już od jakiegoś czasu rzadko kiedy inne komiksy kupuję. UWAGA JAK ZAWSZE MOGĄ POJAWIĆ SIĘ SPOILERY!!!
"Local Man tom 1" - Tom Seeley, Tony Fleecs. Połączenie superbohaterszczyzny, kryminału i komedio-dramatu, wydaje się że powinno to być całkiem smaczne komiksowe danie. Oto główna postać tego przedstawienia Jack Xaver, były superbohater znany niegdyś pod pseudonimem Crossjack, były członek największej (?) superbohaterskiej grupy występującej pod nazwą "Trzecia Generacja". Jack powraca do Farmington stereotypowego małego amerykańskiego miasteczka gdzieś tam w czarnej dupie Ameryki w kompletnej niesławie, znienawidzony przez dosłownie wszystkich (jego tożsamość jest powszechnie znana), obarczony wszelkiego rodzaju sądowymi zakazami na wykonywanie jakichkolwiek czynności, wykazujących choćby cień prawdopodobieństwa iż będzie się parać znowu gromieniem przestępczości. Z tego co zrozumiałem te wszystkie kłopoty spotkały go dlatego iż zabawiał się żoną przywódcy Trzeciej Generacji Camo Crusadera. Z jednej strony, brzmi to nieco sensownie bo pewnie kochasia żony Kapitana Ameryki też by (prawie) wszyscy nienawidzili, z drugiej nie do końca mnie to przekonuje a sam Crusader o ile faktycznie nieco przypomina Kapitana Amerykę to gruntownie przemieszanego z Punisherem i religijnym fanatykiem, toteż nie chce mi się wierzyć aby społeczeństwo obdarzyło go aż taką miłością jak pierwszego patriotę Marvela. No w każdym razie były ulubieniec telewizji śniadaniowych oraz kobiet i barmanów (o tym będzie później) wróci do domu z podkulonym ogonem na dodatek prosto do piwnicy swoich rodziców, znaczy się tryb przegryw #mocno. Na domiar złego spotka swoją byłą szkolną miłość (od której sam uciekł superbohaterować) teraz już dzieciatą żonę miejscowego szeryfa i najważniejszą figurę w całym miasteczku. Z szeryfem można się domyślić, żadną miarą nie zostaną przyjaciółmi a to się akurat trochę źle składa bo na starcie zostanie zamordowany jeden z jego starych aczkolwiek od dawna niegroźnych superwrogów, który również był mieszkańcem Farmington czyli w/w mieściny. Jack oczywiście szybciutko wyląduje w pudle, ale z braku jakichkolwiek dowodów zostanie równie szybko wypuszczony. No, cóż nie ma rady, tak czy inaczej czas przestać chować się w piwnicy, przywdziać maskę (kominiarkę) i jako zupełnie nowy obrońca sprawiedliwości Local Man (i tak wszyscy wiedzą, że to on) oczyścić się z podejrzeń, rozwikłać sprawę a razem z nią niczym w Twin Peaks rozerwać osnuwającą Farmington pajęczynę zupełnie niespodziewanych tajemnic.
Rysunki Fleecsa w stylu, właściwie nawet nie wiem czy to można nazwać w stylu bo są niemalże identyczne jak etatowego rysownika kryminałów Eda Brubakera, Seana Phillipsa. Trochę Michael Lark czy Paul Azaceta też będą dobrym tropem. Problem w tym, że nie są to tak dobre rysunki jak wymienionych właśnie. Jest w porządku, ale bywa niechlujnie i jednak chyba nie tak wprawnie. Oko przyciąga bardzo stonowana, często pastelowa kolorystyka opierająca się głównie na czerwieniach, żółciach, fioletach i różach jako, że akcja bardzo często toczy się o zmierzchu. To tyle jeżeli chodzi o grafikę głównego ciągu fabularnego, bo mamy też sceny retrospekcji z czasów Trzeciej Generacji i Crossjacka kiedy rysownik przeskakuje na coś bardziej przystającego do komiksu superbohaterskiego lat 90-tych, robi się bardziej kolorowo i przaśnie, aczkolwiek wolałbym chyba aby autor naśladował któregoś z bardziej znanych rysowników tamtych czasów, bo szczerze mówiąc nie do końca udatnie te rysunki symulują te, tamte. Za to z pewnością kiczowate projekty różnych bohaterów doskonale oddają ducha minionych czasów. No, ale dwa różne style to mało, dostaniemy jeszcze trochę wspomnień Ingi, czyli byłej sympatii Jacka, które są jednokolorowe i w stylistyce nie wiem "Archiego"? No w każdym bądź razie szata graficzna jest urozmaicona i na zadowalającym poziomie, aczkolwiek wątpię aby u kogokolwiek spowodowała westchnienie zachwytu.
Tak się zastanawiając, mógłbym się nazwać fanem Toma Seeleya. Nie jest on jakoś szczególnie często pojawiającym się na naszym rynku scenarzystą i jeżeli już to raczej jako autor pojedynczych zeszytów, ale wydany w ramach DC Rebirth "Nightwing" naprawdę mi się podobał i jak dla mnie był najlepszą serią spośród tych wypuszczonych przez Egmont, toteż oczekiwania miałem szczerze mówiąc spore. Z przykrością muszę stwierdzić iż "Local Man" nie do końca im sprostał. Najprościej aby określić ten komiks, byłoby chyba użycie słów bardzo wyluzowany "Watchmen". Może zacznę od mocnych stron, z pewnością autorowi znakomicie udało się odtworzyć klimat małego amerykańskiego miasteczka, tutaj jest celująco. Bardzo podoba mi się kreacja postaci w tym komiksie. Już samego Jacka da się polubić, z samych jego wspomnień wynika iż jako Crossjack był zarozumiałym dupkiem. Teraz starszy i doświadczony przez los, stara się, ba nawet często mu to wychodzi być po prostu lepszym człowiekiem. Natomiast niewiele rzadziej zdarza mu się powielanie dokładnie tych samych błędów. Nie tylko zresztą postać tytułowa jest porządnie skonstruowana, autor potrafi zaskoczyć czytelnika pewnymi faktami, niby wiemy co myśleć o jakimś tam bohaterze, ale wystarczy ukazanie historii z jej perspektywy i wszystko nabiera nowego wymiaru. Jasne niby umieszczenie wszystkich w sferze pewnej szarości, czyli dobrzy nie są wcale tacy dobrzy a źli nie są do końca źli wydaje się dosyć prostym zabiegiem, ale to jak wszystko inne trzeba potrafić zrobić a Seeley zdecydowanie potrafi. Animacja bohaterów wychodzi mu naprawdę dobrze, to nie są narysowane na kartkach postacie, ale żywi ludzie. Problematyczne jest to że komiks wygląda, że byłby zdecydowanie lepszy gdyby powstał jako autonomiczna powieść graficzna. Wydanie w odcinkach zeszytowych zdecydowanie mu się nie przysłużyło, nie jestem pewien jak to w rzeczywistości wyglądało, ale cały czas miałem wrażenie, że scenarzysta nie bardzo na starcie wiedział jak ta historia będzie wyglądać, może ewentualnie miał jakiś ogólny zarys. Fabuła jest strasznie chaotyczna, w czasie pisania chyba mocno zmieniały się koncepcje, bo zakończenia niektórych wątków są dosłownie wyjęte z tyłka a większości kompletnie bez znaczenia. I szczerze? Główny wątek fabularny dla mnie jest jakby niedorzeczny, nie bardzo go "łyknąłem". Humor obecny, czasem śmieszy, częściej nie. Co prawda Image działa na innych zasadach niż pierwsza dwójka, ale to jednak co prawda bardzo luźno, ale powiązane ze sobą uniwersum, także dostaniemy cameos różnych znanych postaci z ichnich serii (tak sam ON wskrzeszony ostatnio przez Studio Lain też się pojawi). Kurka muszę chyba wrócić do starych obyczajów, kupować po prostu całą serię i dopiero wtedy czytać, bo tak z jednej strony z chęcią bym przeczytał zakończenie, z drugiej wiem że na moich półkach ten komiks nie zostanie na 100% więc nie bardzo mam ochotę wydawać pieniądze. Nie jest źle, ale naprawdę myślałem że będzie lepiej. Ocena 6/10.
"Astonishing X-Men tomy 1,2 Życie X, Człowiek zwany X" - Charles Soule i inni. Co prawda vol.4 Astonishing składa się z siedemnastu zeszytów, ale można by powiedzieć, że pierwsze dwa tomy to osobna dwunastozeszytowa mini-seria. Pod dwoma nieco enigmatycznymi tytułami wydań zbiorczych czyli "Życie X" oraz "Człowiek zwany X" kryje się ni mniej ni więcej historia powrotu do życia Charlesa Xaviera (martwego jak na gatunek w sumie dosyć długo, bo od czasu gdy zabił go Cyclops w AvX). Skład X-Men odmienny od tego, który hasał w poprzedniej serii. Postacie z wyjątkiem Fantomexa i Beasta święcące triumfy bardziej w latach 90-tych, znane i lubiane chociaż raczej z drugiego szeregu (no może z wyjątkiem Gambita, który miał swój moment w świetle reflektorów gdy robił za mega-gwiazdę i Wolviego chociaż tutaj w postaci Old Man Logana). Akcja zaczyna się w Londynie i w sumie tam się kończy jak zwykle trzeba będzie ocalić świat a przynajmniej to jedno miasto. Zagrożenie dosyć spore bo Shadow King a później Proteus, czyli w sumie raczej standard.
Rysunki też standard u Marvela, czyli co zeszyt kto inny (wbrew temu, co stoi w spisie treści mam wrażenie, że artyści wymieniają się częściej) czego specjalnie nie lubię, żeby nie rzec nie cierpię. Chociaż tym razem dla odmiany dali nazwiska przynajmniej przyzwoite bo mierny poziom rysowników w tej stajni to raczej standard niż wypadek. No dobra z tymi przyzwoitymi może trochę przesadziłem, bo jest tu tego cały przekrój. Od Jima Cheung którego zawsze lubiłem za wpadający lekko w manierę Romity Jr. styl (podoba mi się też jak rysuje dziewczyny, atrakcyjniejsze zdecydowanie niż faceci i zawsze z takimi a la smutnymi minami), czy znanego i raczej lubianego Mike Del Mundo, poprzez anonimów pokroju Matteo Buffagniego (który poradził sobie całkiem przyzwoicie) po gości których organicznie wręcz nie trawię takich jak Ed McGuiness. Oczywiście stylistycznie od sasa do lasa, aby oglądający nie poczuł się zbyt komfortowo. Jednym słowem, no powiedzmy że jak na Marvel to jest znośnie i lepiej nie drążyć już tematu.
Soule za cel postawił sobie chyba, aby czytelnik ani przez sekundę się nie nudził umieszczając na co drugiej stronie eksplozję albo cios w ryj. Paradoksalnie istnieje całkiem spora grupa czytelników, dla której im więcej akcji tym jest nudniej i szczerze mówiąc niespecjalnie się im dziwię. Natomiast muszę przyznać iż jak na akcyjniak jest to naprawdę sprawnie napisane. Postacie zachowują się zgodnie z charakterami (tutaj chyba złoty medal dla Xaviera, ciało inne ale to ciągle ten sam wiecznie knujący wujek, który się nikomu nie tłumaczy bo i po co?), każdy dostanie swój czas antenowy i spełni jakąś rolę w historii, będzie kilka fabularnych zwrotów a niektóre prawie zaskakujące, sama fabuła jest naprawdę nieźle rozplanowana i w sumie interesująca a całość potrafi o dziwo przytrzymać czasami w napięciu mimo iż wiemy że przecież na końcu i tak musi być happy-end. Autor nie starał się napisać jakiejś serii, która przejdzie do legendy i odciśnie swój ślad w historii mutantów na wieki wieków, ale dostał konkretne zadanie do którego podszedł jak typowy zadaniowiec...i mam wrażenie, że wyszło to na dobre komiksowi bo wg mnie jest wyraźnie lepszy niż nie oszukujmy się kiepska seria Jeffa Lemire. Jeszcze drobna uwaga, specjalnie zwróciłem uwagę i nie jestem pewien pierwszy raz widzę nazwisko (chociaż to niewiele znaczy bo rzadko kiedy sprawdzam), ale wydaje się że do Egmontu dołączyła nowa pani tłumaczka. Szczerze mówiąc, całkiem nieźle jej wyszła robota zdaje się (nowa jest to pewnie jeszcze się stara a nie jak stare wygi DeepL Premium czy co tam się używa na profesjonalnym poziomie i laska), ale rozśmieszyła mnie nazwa "jasnowidze" (chyba nie muszę mówić o kogo chodzi) podczas gdy w oryginale występuje "psychics" i określenie to powtarzane jest konsekwentnie przez wszystkie zeszyty. Jako konsultant merytoryczny fuchę tam załapał znany raczej w środowisku Kamil Śmiałkowski. Nie mam pojęcia czy do jego zadań należy tylko tłumaczenie ksyw i nazw własnych czy może powinien przeglądać całość, ale jak na moje to, no chyba częścią pracy do której najbardziej się przykłada jest wyprawa do redakcji po czek (o ile redakcja Egmontu działa tak jak ta w Daily Bugle). Nie będę rąk załamywał z tego powodu bo to żaden grzech śmiertelny po prostu jak oglądałem tych jasnowidzów to mi się śmiać trochę chciało. A tak w ogóle to robotę robi Shadow King, jeden z moich ulubionych przeciwników X-Men. Ocena 6+/10.
"Brusel"- Benoît Peeters, Francois Schuiten. No i następny tom, tym razem muszę przyznać że już sam początek okazał się zaskakujący, bowiem zaczynamy od wstępniaka, który tłumaczy nam o czym dokładnie jest komiks (w sensie nie fabuły tylko tematyki). Praktyka raczej nieczęsta, co dosyć zabawne akurat trafiło na komiks, którego "morał" jest najzupełniej jasny, wolałbym żeby obydwaj panowie wytłumaczyli mi na ten przykład "Wieżę", no ale pewnie jako architektów (czy tam architekta) pewnie dla nich los ich miasta bo mamy do czynienia oczywiście z mroczną wersją Brukseli jest bolesny (mi się podoba, ale ja nie jestem architektem). W każdym razie wszyscy twierdzą, że seria ta mocno się opiera na tematyce miejskiej architektury, poniekąd jest to faktycznie prawda, ale nie zawsze ta architektura pełni wyraźną fabularną rolę, czasem sprowadzając się jedynie do roli tła. Natomiast akurat w tym komiksie okazuje się ona clou programu. Bohaterem tym razem będzie Constant Abeels - kwiaciarz, ale kwiaciarz nie taki zwykły, bo dokonał on właśnie odkrycia które całkowicie zmieni obraz jego branży, udało mu się wyprodukować bowiem kwiaty z plastiku, które w jego mniemaniu wkrótce podbiją wszystkie rynki. Póki co start jest skromny, Constant w małej kwiaciarni pracuje nad ulepszeniem swojego wynalazku. No, ale czasy niespokojne, takie które nie pozwolą drobnemu przedsiębiorcy rozwijać w spokoju swojego plastikowego imperium, otóż rada miasta uznała Brusel za twór kompletnie przestarzały i ciągle tracący na znaczeniu więc zapadnie decyzja o jego gruntownej przebudowie w celu przywrócenia do roli stolicy świata. W tym samym czasie Constant zapadnie na tajemniczą chorobę a jego wizyta u lekarza przemieni się w groteskową epopeję która skontaktuje go ludźmi na samym szczycie piramidy społecznej i doprowadzi do zawarcia znajomości z różnymi również (a właściwie najczęściej) groteskowymi personami.
Ten akurat tom spodobał mi się, nie wiem możliwe dlatego iż jest stosunkowo łatwy do interpretacji i dotykający problemów dosyć przyziemnych. Mamy ścierające się frakcje polityczne z których jedni pełni zapału twierdzą o konieczności przebudowy całego miasta niezależnie od kosztów inni się temu pomysłowi sprzeciwiają. Nawet pośród popierających jedną lub drugą stronę nie ma żadnej jednomyślności, czy może zrobić to w ramach "terapii szokowej" czy może drogą ewolucji, czy wyburzyć wszystko stare, czy może tylko cześć? Co z mieszkańcami, przecież wiadomo że dla wielu będzie to ciężar (finansowy dajmy na to) nie do udźwignięcia a po tyłku dostanie jak zawsze zresztą najbardziej biedota. Zresztą nie wszystkich zaangażowanie w projekt będzie zupełnie bezinteresowne, część widzi w wielkim projekcie okazję do napchania własnych kieszeni Dostanie się, także i systemowi ochrony zdrowia. Constant trafi do olbrzymiego najnowocześniejszego na kontynencie szpitala wizytówki nowego Brusel, który w rzeczywistości okaże się olbrzymim niedokończonym na wpół pustym pudłem, w którym pacjenta szybciej się wykończy niż wyleczy. O tak, w tym mieście nie tylko na polu architektury trwa walka innowatorów z tradycjonalistami. Nauka to również pole bitwy na którym ścierają się różne, często mocno niedorzeczne koncepcje i wynalazki. Nie trzeba chyba wspominać iż cała ta sytuacja powoduje iż przeszły-przyszły urbanistyczny klejnot mrocznego świata w skutek wszelkich szalonych często kompletnie niewykonalnych pomysłów, niekompetencji urzędniczej oraz kompletnego chaosu zarówno w warstwie decyzyjnej jak i wykonawczej przemienia się w dokładną odwrotność tego czym miał się stać, obrazek niestety nader często znany z ekranów tv. Całość ogólnie bardzo mi się kojarzyła z "Procesem" Franza Kafki, nie chciałbym w tym momencie wyjść na członka jakiegoś Ahnenerbe, ale Constant wygląda jak Żyd, co w sumie doskonale pasuje. Bohater w swojej surrealistycznej podróży przez zdewastowane ulice oraz zimne szpitalne korytarze obije się dokładnie o ten sam mur niechęci, niezrozumienia, obojętności a czasem źle ukierunkowanej gorliwości co Józef K. Zupełne nowum dla serii, komiks wydał mi się całkiem zabawny. O ile "Proces" jest dramatem zawierającym pewne elementy humorystyczne, tak "Brusel" odniosłem wrażenie jest czarną komedią tyczącą się w sumie dosyć poważnej tematyki. Ogólnie całkiem przyjemnie to wyszło, nie wiem może hardkorom Miast nie bardzo podejdzie takiej jasne wyłożenie kawy na ławę i brak tej "aury tajemnicy" i niedopowiedzeń. Mi się akurat to podobało plus fajny dieselpunkowy klimacik. Ocena 7/10.
"Liga Sprawiedliwości tom 3 - Planeta Jastrzębi" - Scott Snyder i inni. Ten tom zaczniemy od Jokera, najpierw kilka stron retrospekcji o tym jak Luthor go zwerbował do swoich planów i o tym jaki był jeden, jedyny warunek klauna. Ogólnie mam wrażenie, że mogło to nastąpić pod wpływem czytelników, którzy zwrócili uwagę że Joker pasuje do tej serii jak siodło do świni. Snyder jak już wspomniałem wcześniej bawi się w nowej Lidze Sprawiedliwości w Granta Morrisona a sam zamysł na Legion Zagłady czyli drużyna złożona z nemesis największych superbohaterów prosto z wesołych lat 60-tych, jest takim bardzo morrisonowym patentem. W każdym bądź razie tak jak większość autorów prześciga się w robieniu z Jokera coraz większego czubka tak Snyder postąpił odwrotnie i zrobił z niego całkiem zdroworozsądkowo myślącego gościa. Książę Gotham wymiksowuje się z Legionu i całej historii z powodu tego iż obawia się Batmana Który Się Śmieje a jak to ma w zwyczaju robi to z przytupem, naprawdę niezły pomysł i dobry zeszyt. Dalej przechodzimy do tytułowej historii w której Hawkgirl, J'onn J'onzz oraz John Stewart odwiedzają Thanagar i ku mojemu zdziwieniu...również jest naprawdę nieźle. W końcu przestają młócić pięściami i strzelać laserami na prawo i lewo a dostajemy jakąś tajemnicę i suspens, jastrzębio-ludzie przyjmują ich z pozoru z otwartymi ramionami, ale od początku widzimy, że kryje się za tym coś niejasnego. W końcu autorzy postanowili odsłonić przed nami główny punkt programu. Za Ścianą Źródła pochowana była Perpetua (wyglądająca nieco jak główna zła wróżka z Diablo 4) członkini jakiejś rasy superbogów którzy zajmują się tworzeniem multiwersów i matką Monitora, Antymonitora i Kowala Światów. Perpetua, po cichu stworzyła uniwersum z ciemności a nie ze światła, ale gdy synowie zorientowali się, że postępuje wbrew zwyczajom pokonali ją i wezwali resztę jej ziomków, którzy naprawili spapraną robotę a renegatkę wtrącili na wieczność do mamra. To właśnie ją chce wskrzesić Luthor za pomocą Totalności. Cóż nie oszukujmy się, po raz kolejny nie jest to szczyt kreatywnego pisarstwa, ale ma chociaż ręce i nogi co nie zawsze jest oczywistością w tym gatunku. Drugą częścią albumu jest próba załatania dziury w Ścianie za pomocą Tytanów Omega (jednak się na coś przydali), która zakończy się prawie-powodzeniem, czyli kompletnym fiaskiem i która niestety powraca do formuły standardowego łubu-dubu, aczkolwiek uzupełni nieco informacji o Perpetui. Ostatni zeszyt to jakiś powrót do przyszłości w którym okaże się, że Lex i Marsjański Łowca znali się jako dzieci, nic specjalnie ciekawego.
Rysunki po raz kolejny na poziomie niezły z wyłączeniem pierwszego zeszytu, którym zajmował się Guillem March, który to postanowił wyróżnić się z tłumu nawiązując stylistyką do prac autora jednego z klasycznych komiksów o Jokerze "Człowieka który się śmieje" czyli Douga Mahnke, naprawdę niezła robota. Cóż mogę powiedzieć? No podobało mi się, nie jest to z pewnością Bóg wie jak dobry czy jakkolwiek oryginalny komiks, ale raz cała seria nabrała już kształtów, dwa poziom z tomu na tom naprawdę rośnie (chociaż może nie w sposób geometryczny) a w porównaniu do katastrofy Bryana Hitcha to niebo a ziemia. Ocena 6+/10.
"Bohaterowie i Złoczyńcy tom 5 Co się stało z Krzyżowcem w Pelerynie? i inne opowieści o Batmanie" - Neil Gaiman i inni. Tytuł wyraźnie przypominający ten z tomu o Supermanie, zresztą sam komiks powstał z założenia jako batmanowy odpowiednik legendarnej historii o Supermanie. Jak to się udało autorowi, którego może nie tyle nie cenię co po prostu nie lubię? Tytułowa historia (kolejna powtórka) nie jest specjalnie obszerna, ot dwa zeszyty aczkolwiek ponadstandardowej objętości. Zaczyna się dosyć zaskakująco a mianowicie...pogrzebem Batmana. Nasz ukochany superbohater, leży sobie spokojnie w trumnie a na uroczystość zjeżdżają się wszyscy jego sprzymierzeńcy i wrogowie, na dodatek robi on za narratora zza grobu dla całości. Trzeba przyznać iż punkt wyjściowy jest całkiem interesujący a dalej robi się tylko ciekawiej. Przemowy nad drewnianą skrzynką rozpoczyna Catwoman, która opowiada w jaki sposób Nietoperz spotkał swój koniec (nie do końca sensowny) a po niej na scenę wchodzi Alfred, który przedstawia całkowicie inną wersję tego wydarzenia, ba nawet całkowicie inną wersję (doprawdy zadziwiającą) całej kariery Obrońcy Gotham. Tyle z ilustrowanych opowieści, wypowie się jeszcze kilka osób, ale zostaną te wypowiedzi skrócone do niezbyt długich monologów, lub wręcz kilku zdań. Dosyć szybko się zorientujemy, że oni wszyscy nie mogą mówić o tej samej osobie, ba chyba nawet nie należą do tych samych światów, muszę przyznać że przykuł moją uwagę autor w tym momencie. Dalej przejdziemy do ducha Batmana który czuwał nad całym ceremoniałem i jego spotkania z duchem matki i w tym momencie Gaiman trochę chyba zbyt szybko wyskoczył z rozwiązaniem zagadki, bo jeżeli jesteśmy cokolwiek domyślni to wyczaimy wielki finał zanim on nastąpi, tym niemniej muszę przyznać że ostatni splash-page rozbawił mnie chociaż pewnie to nie zasługa scenarzysty a bardziej inwencja rysownika, którym jest Andy Kubert (więc wiadomo, że pod względem grafiki jest dobrze). Muszę przyznać, że spodobał mi się ten komiks, fabularnie był zaskakujący a to już od dawna raczej rzadko mi się zdarza, no i to zakończenie, samo się na usta ciśnie Batman Forever. Zresztą nie o fabułę przecież tu chodzi a o samą meta-zabawę postacią Batmana a ja do takich zabiegó mam, muszę przyznać słabość. Tytułowa historia zajmuje nawet nie połowę tomu, oprócz niej "w gratisie" dostaniemy najpierw klasykę wydaną u nas już któryś tam raz czyli klasyczny "Czarno-biały świat" duetu Gaiman/Bisley oraz kilka zeszytów (lub ich fragmentów) "Secret Origins" autorstwa w większości po raz kolejny Neila Gaimana (chociaż pojawią się tam również Alan Grant i Mark Verheiden). Pierwsza w kolejności oczywiście dama czyli Pamela Isley no i oprócz zgodnie z tytułem serii przedstawionej po krótce historii jej życia, przeboje które z nią przechodzi nowy terapeuta w Arkham. Króciutka historyjka, bardzo dobra (oczywiście abstrahując od faktu, że w wariatkowie nie ma żadnych zabezpieczeń przeciwdziałających zdolnościom Ivy), czuć tą duszną, rozerotyzowaną (oczywiście w dozwolonych czyli mocno purytańskich granicach) paranoję która zaczyna ogarniać biednego frajera wokół, którego owija się trujący bluszcz. Uznałbym ten fragment nawet za znakomity (oczywiście w granicach rozsądku te kilkanaście stron to trochę zbyt mało żeby to wystarczająco rozpisać), gdyby nie bardzo słabe rysunki naprawdę dobrego zresztą Marka Buckinghama (nie wiem co tam się stało, wprawiał się dopiero?) na których najbardziej traci sama Poison Ivy, obarczona naprawdę nieatrakcyjną fizjonomią (aczkolwiek jeden czy dwa kadry znajdą się naprawdę udane). Następnym w kolejce będzie król podziemia Pingwin, jego segment napisany przez Granta a zilustrowany przez Sama Kietha jest naprawdę niezły, aczkolwiek sprowadza się koniec, końców do dosyć banalnej historyjki o nękanym słabeuszu. Dalej miejsce na scenie dostanie Riddler, ale tę część pominąć można milczeniem ze względu na równie słabą treść autorstwa Gaimana jak i nieudane grafiki Berniego Mireault. Last but not least wyskoczy Harvey Dent w kryminalno/romansowej interpretacji Verheidena i tutaj znowu wracamy na poziom "bardzo dobry". Wszystkie opowiastki połączy fabularnie ekipa skandalizującego programu telewizyjnego, którego mądra inaczej gwiazda postanowiła pokazać ludzkie oblicza najbardziej znanych szaleńców w Gotham a na zakończenie wisienką na torcie ma być wywiad z Jokerem (który wiadomo jak się skończy). Na sam koniec albumu, dostaniemy Annual, obok którego żaden czytelnik nie powinien przejść a mianowicie "Śmiertelną Glinę" samego Alana Moore. Kolejny dobry komiks w tym zbiorze, aczkolwiek raz że czytam to właśnie w Batman Prey, to sama historia nie wydaje mi się jakoś oryginalna, mam wrażenie że gdzieś tam kiedyś już widziałem coś takiego. Dwie ciekawostki, jeden fabuła opiera się na postaci Clayface'a, tych było kilku plus jedna kobieta, ale ta wersja tej postaci na 99% jestem pewien w żadnym komiksie w Polsce się wcześniej nie pojawiła. Dwa Clayface to jeden z najstarszych wrogów Batmana. Podsumowując naprawdę dobry zbiór "Co się stało z Krzyżowcem w Pelerynie?" to może nie jest żelazny klasyk pokroju "Powrotu Mrocznego Rycerza" czy "Roku Pierwszego" i nie stoi jakąś wyjątkowo misterną fabułą, ale to naprawdę oryginalna impresja na temat mitu Batmana a dopakowana naprawdę dobrymi dodatkami sprawia iż ten tom kolekcji to coś czego nie powinien odpuścić żaden fan Człowieka Nietoperza. Ocena 7+/10.