Jedna z najgorszych rzeczy w tłumaczeniach to próba znalezienia lokalnego odpowiednika dla danej gwary lub dialektu. Nie wiem, co trzeba mieć w głowie, żeby w ogóle próbować przełożyć na nasz język dialekty z drugiego końca świata używając do tego mowy śląskiej czy kaszubskiej.
Ale lokalizacja to dość często używana strategia tłumaczeniowa, która nie jest niczym szczególnie oryginalnym. Przezroczyste tłumaczenie na współczesną polszczyznę również nie jest dobrym podejściem, jeśli autor oryginału archaizuje język, bo wtedy tłumacz faktycznie dokonuje daleko posuniętej ingerencji, istotnie zmieniając wydźwięk tekstu. Stylizacja na język sienkiewiczowski wydaje mi się dość standardowym posunięciem, bo jest to łatwy do odkodowania, znajomy większości czytelników punkt odniesienia, choć rzeczywiście o tyle kłopotliwy, że już Sienkiewicz stylizował swe teksty na staropolszczyznę przez użycie gwary podhalańskiej, więc tutaj mamy stylizację stylizacji.
Z drugiej strony jasne, że takie strategie niosą zagrożenie, że tłumaczenie będzie trudniejsze w lekturze niż oryginał, jak w przypadku Masona i Dixona Pynchona, gdzie polski tekst jest stylizowany do granic możliwości, a przez angielski oryginał przy całym jego skomplikowaniu się ponoć płynie (ale nie wiem, nie porwałem się jeszcze na to wyzwanie). Przykładem skutecznego wykorzystania takiej strategii byłoby tłumaczenie Krzysztofa Bartnickiego Portu hwjezdnego Topjo, gdzie tłumacz przełożył orkadzki, szkocki i angielski na gwary pomorskie (w przypisie umieszczając przekład na bardziej klasyczną polszczyznę).
Nie mam jednak pomysłu, jak lepiej oddać realia językowe feudalnej Japonii przy zachowaniu stopnia archaizacji tekstu. Ja kupię na pewno pierwszy tom, bo jestem ciekaw, jak to wypada całościowo, a poza tym Mandioce jednak ufam i byłoby mi żal, gdyby wtopili na tych mangach.