Saga Winlandzka 1–15, Makoto Yukimura (Hanami)
Żeby to odpowiednio wybrzmiało, muszę użyć caps locka: SAGA WINLANDZKA TO NAJLEPSZA MANGA, JAKĄ KIEDYKOLWIEK PRZECZYTAŁEM. Rzecz jest wybitna i bliska arcydziełu. To tylko moja subiektywna opinia, ale uważam ją za lepszą od Berserka, FMA i mang Urasawy. Nie mogłem się oderwać od lektury. Szybko doszedłem do momentu, w którym, idąc do pracy, myślałem już tylko o tym, kiedy wrócę do domu i będę mógł dalej czytać.
Makoto Yukimura stworzył genialne postacie. Niektóre są niejednoznaczne i trudne w ocenie (Askeladd, Thorkell, Halfdan, Kanut). Potrafią popełniać bestialskie czyny i mordować bez mrugnięcia okiem, ale jednocześnie imponują inteligencją, przebiegłością, charyzmą albo po prostu szczerością i prostolinijnością. Inne od samego początku budzą dużą sympatię (Gudrid, Einar). Największe wrażenie zrobił jednak na mnie Thorfinn. Jego droga i rozwój, to jak z osoby pochłoniętej obsesją zemsty staje się prawdziwym wojownikiem, który wyrzeka się przemocy, należą do najlepszych przemian bohatera, jakie spotkałem w popkulturze, i sprawiły, że obecnie jest jednym z moich ulubionych bohaterów.
Uważam, że w Hollywood powinni uczyć się od Yukimury, jak pisać silne kobiece postacie, które nie boją się spełniać swoich marzeń, są odważne, ambitne, pełne determinacji i wewnętrznej siły. Przykładem mogą być Arnheid, Hild, Gudrid czy... Cordelia (kto wie, ten wie).
Fabuła jest wybitna. Początkowo sprawia wrażenie klasycznej opowieści o zemście. Z czasem historia ewoluuje jednak w coś znacznie ambitniejszego. To opowieść o odkupieniu, przebaczeniu, poszukiwaniu sensu życia i próbie stworzenia lepszego świata bez przemocy, wojen i niewolnictwa. Autor przedstawia nam również społeczeństwa nordyckie, ich hierarchię, wierzenia, codzienność oraz brutalne realia epoki. Wojna nie jest tutaj romantyzowana. Pokazano ją jako źródło cierpienia, traum i śmierci.
Mangaka dobrze operuje tempem. Z jednej strony są pewne dłużyzny, ale są one po coś i służą rozwojowi bohaterów albo nadają późniejszym wydarzeniom odpowiedni payoff. Takie chwile oddechu po spektakularnych bitwach są wręcz potrzebne.
Manga jest bardzo ładnie narysowana i zasługuje na pochwałę. Widać też progres, jaki zaliczył autor, ponieważ na przestrzeni tych kilkunastu tomów jego styl ewoluował, a kreska stawała się dokładniejsza i bardziej realistyczna.
Manga ma pewne wady. Mnie z immersji wybijało to, że niektórzy bohaterowie są przerysowani i wręcz nierealistyczni. Niektórzy mają nadludzką siłę, szybkość albo są wręcz nieśmiertelni. Najbardziej przeszkadzał mi Garm, którego uważam za jedną z najsłabszych postaci w całej historii (pojawia się bodajże w 10. tomie). Szkoda też, że Yukimura nie wrócił później do kilku ciekawych bohaterów, takich jak np. Wąż.
Ja jestem zachwycony. Moim zdaniem Saga Winlandzka to jedna z najlepszych serii, jakie kiedykolwiek przeczytałem, nie tylko wśród mang, ale w ogóle. BARDZO POLECAM.
9/10