Zabójcza kołysankaNiestety, ale muszę dołączyć do głosów forumowiczów, którzy byli rozczarowani tym tytułem. Okładki, rysunki, zarys fabuły - wszystko to sprawiało, że czekałem na tę premierę. Rozczarowanie przychodziło stopniowo, z każdą z trzech historii. Pierwsza, z perspektywy Telenki? Motyw na jedno kopyto - jak na nerwy działa mu żona, jak to jej wreszcie nie zabije. Stało się to nużące, a punkt wyjścia i związana z nim choroba bohatera były obiecujące. Druga historia, z perspektywy żony, była najciekawsza, chociaż też niepozbawiona rozwiązań scenariuszowych, które mi nie siadły. A trzecia? To już przerost formy nad treścią, jakby scenarzysta do prostej historii postanowił dorzucić wątek rozliczający to, co zrobiono z rdzennymi mieszkańcami Ameryki. Jeszcze ta symbolika... Eh, no nie.
Szkoda, bo graficznie to daje radę. Brązy pasują do ponurej opowieści o ludzkim zepsuciu, ale rozmywają się w obliczu historii, która mało angażuje, a przy tym chce być "o czymś więcej". Można to oczywiście przeczytać, ale jest to większy zawód, niż zachwyt. Coś w stylu filmu o 23 w poniedziałek na Polsacie. Obejrzysz, może coś zapamiętasz, może nie. I tyle. Szkoda.
Hellblazer. Wzlot i upadekOd długiego czasu postać Johna Constantine'a jest na moim radarze, ale dotychczas moja znajomość z tym bohaterem ograniczała się do filmu z Keanu Reevesem. No i posiadania na półce runów Ennisa i Azzarello, które pewnie ruszę, gdy skompletuję Delano i od niego zacznę

A że ten komiks to one-shot w Black Label i od Toma Taylora, to postanowiłem, że sprawdzę. I nie żałuję, bo bardzo mi ten tytuł siadł.
Nie mam pojęcia, jak ma się on do kanonicznego Hellblazera, czemu hołduje, co zmienia, z czego korzysta itd., ale trafił do mnie cynizm Johna, humor w dialogach i mała skala (poza fragmentem finału) całej historii, która jest prostym, ale przyjemnym, okultystycznym kryminałem. I mam też wrażenie, że jeśli ktoś nie wie, czy Constantine jest dla niego, to po tym tytule może trochę się z tą postacią zapoznać. Kreska Robertsona dopełnia całość, co sprawiło, że było to przyjemne spędzone słoneczne popołudnie przy tym komiksie i aż nie mogę się doczekać, żeby na dobre wgłębić się w całość historii Constantine'a.
Żywe trupy: Dni utraconeSkoro Taurus postanowił dociągnąć tę serię do końca, to i ja też postanowiłem się z nią odpowiednio zapoznać. Kiedyś czytałem kilka tomów, gdy serial cieszył się największą popularnością. W pewnym momencie jednak zarzuciłem czytanie, a i sam serial również, bo jego poziom spadał z każdym sezonem. A teraz, po ograniu nowego
Resident Evil, nabrałem ochoty na klimaty zombie. I rany, jak ten tom bardzo dobrze mi się czytało. Chociaż wiedziałem, co się wydarzy, to klimat osaczenia, paranoi przed tym, co będzie za rogiem jest od razu wyczuwalny, dzięki kapitalnym rysunkom Tony'ego Moore'a.
W zasadzie o tym tytule nie ma, co więcej pisać. Klasyk gatunku i mam nadzieję, że wydawca dociągnie go do końca, bo w zasadzie niewiele już tych dodruków i nowych tomów brakuje. Zwłaszcza że ciekawi mnie, czy Kirkman utrzymał w miarę równy poziom przez całość serii. No cóż, to będą ciekawe miesiące z żywymi trupami
DraculaNie czytałem dotychczas wydanych w Polsce komiksów o Draculi. Znałem książkę, widziałem trochę ekranizacji, więc sama historia hrabiego jest mi bardzo dobrze znana. Jednak gdy Lost in Time zapowiedziało tytuł z linii Universal Monsters, to poczułem się zaintrygowany. A gdy zobaczyłem okładkę Jakuba Rebelki, to wziąłem w ciemno. Lubię te stare filmy i lubię kreskę naszego rodaka, więc nie było innego wyjścia.
Tyniona IV - poza Batmanem - znałem z
Dewianta. Podobał mi się i byłem ciekaw, jak podejdzie do tak zgranego tematu, jak historia o Draculi. Co nowego można jeszcze opowiedzieć, czerpiąc z powieści Stokera? Okazuje się, że coś można, gdy w centrum postawi się postać Renfielda oraz doktora Sewarda, który próbuje wyleczyć szalonego adwokata. Są oczywiście Lucy, Mina, Harker czy Van Helsing, ale w historii Tyniona nie są tak istotni, jak doktor i jego pacjent. Do tego doszły pewne zmiany ws. tego, jak Dracula dostał się do Anglii. Wprowadziło to powiew świeżość i sprawiło, że całość przeczytałem za jednym posiedzeniem, zachwycając się przy tym fantastycznymi rysunkami Martina Simmondsa. Kapitalnie obrazują one szaleństwo Renfielda i portretują Draculę, jako postać działająca na pograniczu snu i jawy. I same z siebie wyglądają jak koszmarne majaki. Rysunki na całe strony, zabawy kadrowaniem - coś pięknego. Do tego świetna galeria okładek alternatywnych, które hołdują m.in. filmom Universalu, ale też produkcjom z Christopherem Lee. Wspaniała rzecz i już czekam na kolejne z tej serii. Na koniec dodam, że pewnie najbardziej przypadnie do gustu osobom, które znają oryginał i wyłapią zmiany, które poczynił Tynion.
Fatale tomy 3-5Nastąpił koniec historii Josephine i jej fatalnego wpływu na mężczyzn różnego rodzaju. O ile trzeci tom, który składa się z czterech historii osadzonych w różnych czasach, był wg mnie najsłabszym z całej serii (nie znaczy, że złym, każda z nich była ważna dla zrozumienia całości, ale wolę Brubakera w dłuższych formach), tak czwarty był najlepszy, a finałowy nie spadł poniżej poziomu z pierwszych dwóch. Byłem ciekaw jak Brubaker zakończy tę pulpowo-noirowo-lovecraftowską historię. I jak to u niego - gorycz wygrywa ze słodyczą, co idealnie pasowało do przygód Jo.
Świetnym zabiegiem było prowadzenie opowieści w różnych czasach, aż do finału we współczesności, co odświeżało formułę z tomów 1, 2 i 4, gdy Josephine przyciągała różne grupy ludzi do siebie, po czym spotykał ich mało radosny los. Szczególnie w czwartym tomie wyszło to świetnie - upadły zespół rockowy, do którego trafia bohaterka, a w tle - poza Bishopem - podąża seryjny morderca. Emocje i zaciskającą się pętlę czuć było z każdą kolejną stronę, a przecież ciągle też swoje śledztwo prowadził Nicolas Lash, czego kulminacja była w ostatnim tomie. Świetna, przemyślana od początku do końca seria, w której najsłabszy tom byłby najlepszym u innego autora. Jak ktoś szuka dobrej, fatalistycznej pulpy z nutą erotyki, to pewnie lepiej nie mógłby trafić.