Człowiek stary, a z czasem nic mądrzejszy – łapie się na frankofony, choć tyle razy rzucał nimi w kąt.
Francuscy mainstreamowi autorzy mają dziwną tendencję – biorą się za tematy, o których nie mają pojęcia. Prywatni detektywi w USA, kowboje, piraci, tajni agenci CIA, kanadyjska policja konna – wszystko podane w cepeliowym sztafażu, pozbawione choćby odrobiny oryginalności. Drętwe ekspozycje, sztuczne dialogi, do bólu płascy bohaterowie, rysunki „stylu zerowego”. Ktoś powie „piękne pejzaże i pieczołowite oddanie realiów”. Ja powiem – kalkowanie ze zdjęć najbardziej charakterystycznych elementów danego settingu, bez odrobiny własnej wizji i filtrowania przez jakąkolwiek unikalną wrażliwość.
Jakby wymyślili pisanie i rysowanie komiksów za pomocą AI, zanim stało się to modne.
Tęsknię za autentycznym i oryginalnym „RG”, wydanym kiedyś przez Mroja Press.
Teraz „Nevada” od Studio Lain. Złapałem się właśnie na setting – koniec lat 20., zmierzch Dzikiego Zachodu, wschód Hollywood i systemu gwiazd/producentów. Kuszące czas i miejsce akcji. Intrygujące. Tylko w opisie.
Mogę sobie wyobrazić bardzo dobry komiks osadzony w tych okolicznościach, zrobiony przez twórców z pomysłem i umiejętnościami. Zamiast tego mamy cool bohatera Nevadę, który jest cool, bo jeździ na Harleyu i w ogóle kozak z niego, że aj waj. Tu sypnie bon-motem, tam cytatem z Londona, panienki nienawidzą go z miłości – och, cóż za fantastycznie oryginalny bohater!
Zamiast rozwijania jakże ciekawego świata, w którym dzieje się akcja „Nevady”, mamy tak zwane „perypetie”. Czyli: bohater strzela, wspina się na pagórek, ucieka motorem, bije się, sturliwuje się z pagórka, „bach-bach – uciekajmy, tam nas nie znajdą!”. Mhm. No dobra.
Do tego „och, jacy jesteśmy erudycyjni! Johnny Weismuller, James Cagney, Dorothy Johnson, Douglas Fairbanks, jako wisienka dwóch Johnów - Wayne i Huston, symbolizujący zmianę „prawdziwych amerykańskich twardzieli” w stylu Nevady na twardzieli celuloidowych. Subtelność palca wpychanego w oko.
Od lektury „Nevady” nie wypadną zęby. Ale przy tak dużej podaży naprawdę świetnych komiksów można spokojnie darować sobie kontynentalną podróbkę amerykańskich kozaków. Nie każdy jest Sergio Leone. Lektura o wysokim stopniu daremności.
Tekst powstał we współpracy z wydawcą.
(Żart).