Kwiecień zacząłem od lektury
Wiedźm Scotta Snydera z rysunkami Jocka. Lubię Snydera za jego run w Batmanie, a Jock zachwycił mnie rysunkami w
Mrocznym odbiciu tego też scenarzysty. Dlatego też miałem pewne oczekiwania względem tego tytułu. A najprostszym stwierdzeniem byłoby, że to dobry horror, akurat do przeczytania na raz i odstawienia na półkę.
Bo wszystko się tu zgadza - scenariusz Snydera, który opowiada o traumie z przeszłości, problemach twórczych leczonych alkoholem i wpływających na wychowanie dziecka, czy próbie (jakkolwiek to nazwać) walki o własne małżeństwo. A to wszystko planują wykorzystać tytułowe wiedźmy, które zagięły parol na młodą Sailor. Dziewczyna z rodziną się przeprowadziła, żeby rozpocząć życie od nowa. Na przestrzeni sześciu zeszytów Snyder odsłania kolejne powiązania między mieszkańcami lokalnej społeczności a żerującymi na niej maszkarami. I nie można pod tym względem niczego zarzucić, ale nie jest to nic odkrywczego w gatunku. Snyder nie próbuje redefiniować gatunku, a tworzy kompetentną opowieść od A do Z, której największą zaletą są rysunki Jocka. Brutalne, niepokojące i podbijające mrok oraz tragiczne wybory bohaterów. Dobrze się to czytało i oglądało, ale nie mam poczucia, żeby zostało ze mną na dłużej i coś we mnie poruszyło. Zostanie na półce z racji rysunków i jeśli ktoś szuka dobrego horroru na kilka chwil w fotelu, to można, jak najbardziej, ale podejścia do gatunku to u nikogo nie zmieni.
Po tym zabrałem się za jedną z najbardziej wyczekiwanych przeze mnie premier tego roku -
Bat-Mana. Pierwszego rycerza. Lata 30., nawiązania do pierwszych historii z Mrocznym Rycerzem - to wszystko sprawiało, że czekałem urzeczony. I cóż... Nie jestem zachwycony, ale też o rozczarowaniu trudno powiedzieć. To dobry tytuł. Tyle i aż tyle.
Oto mamy początkującego Bruce'a Wayne'a, który w roli Batmana stawia pierwsze kroki w Gotham City, w przededniu II wojny światowej. Mamy mnóstwo nawiązań do tamtejszych czasów - szczególnie w szyldach tytułów filmów wyświetlanych w kinach, czy ówczesnych gwiazd kina. No i oczywiście wzmianek o Hitlerze oraz zbliżającej się wojnie.
Gotham w tym tytule terroryzowane jest przez zagadkowe monstra, które wydają się mieć związek z tajemniczym Głosem. Batman próbuje się w tym odnaleźć, czyli odkryć genezę stworów, wyśledzić antagonistę, a przy tym nawiązać nić porozumienia z Gordonem (klasyczny motyw, że to jedyny uczciwy glina w całym mieście). Szanuję, że Dan Jurgens nie chciał korzystać z klasycznych złoli, ale rozwiązanie całej zagwodki wydaje się poprowadzone po łebkach i nie jest satysfakcjonujące. Tak samo jak szybko zawiązany romans Bruce'a z aktorką filmu, który jest przez niego finansowany. Też pewne postacie odkrywają w toku historii tożsamość naszego zamaskowanego bohatera i to również wypada w sposób naciągany.
I chociaż opisuję głównie wady tego tytuły, to po prostu dobrze mi się to czytało. Jurgens utrzymuje dobre tempo całej historii, ma kilka ciekawych motywów związanych m.in. z więzieniem Blackgate oraz relacją Bruce'a i Gordona, dobrze oddaje realia epoki, a wszystko podbija fantastyczna oprawa graficzna autorstwa Mike'a Perkinsa. Powiększony format w wydaniu Black Label świetnie się sprawdza w ukazaniu pewnej psychodeli, ale też klimatu tamtych lat. Nie raz po prostu sobie kartkowałem album, żeby popatrzeć na rysunki. No i Bruce Wayne w jego wykonaniu kojarzył mi się z młodym Gregorym Peckiem, a to bez wątpienia dobra referencja

c
Polecam, ale z zastrzeżeniem, że jeśli ktoś oczekuje rewolucji w podejściu do Batmana, to nie ma co. A odniesień do jego początków komiksowych i lat 30. w Ameryce? Jak najbardziej.
Po tym zabrałem się za kolekcyjnego
Batmana: Uśmiechnięte ryby i inne opowieści. A nawet nie całość, go większość historii znałem ze
Zjaw z przeszłości z wydania Eaglemoss. Po latach Noc Myśliwego, geneza Phosphorusa (obawy przed energią jądrową, które też obecnie są obecne w społeczeństwach), wizyta Batmana u Thorne'a w Azylu czy powrót fosforowego złola... Wypadają świetnie! Naprawdę, szanuję bardzo scenariusze Steve'a Engleharta i Lena Weina, które mimo blisko 50 lat, to bronią się same. Jasne - narracja momentami trąci myszką z opisywaniem i przypominaniem wszystkiego, ale w ukazaniu Batmana jak street levelowego bohatera sprawdza się niezmiennie świetnie. A to wszystko dopełniają rysunki Marshalla Rogersa oraz Neala Adamsa. Kapitalny album i nie żałuję wymienienia wydania Eaglemoss na to z kolekcji Hachette.
A na koniec
Tyler Cross. Black Rock. Spodziewałem się, że to może być dobra rzecz, bo słyszałem same pozytywne opinie. Ale jak dobre to było! Żeby na przestrzeni niespełna 90 stron opowiedzieć tak kompetetną, charakterną i bezkompromisową opowieść z bohaterami z krwi i kości, to trzeba mieć coś w sobie. A to ma bez wątpienia scenarzysta Fabien Nury, które napisał neo-noirową historią, w której trudno szukać pozytywnych bohaterów.
Sam Tyler jest pragmatykiem, cynikiem, który idzie po trupach do celu. Próbuje zdobyć 20 kilo heroiny, którą próbuje później przemycić, ale ląduje w tytułowym Black Rock w czasie ślubu syna lokalnego szefa wszystkich szefów z córką zarządcy stacji benzynowej. I tak się wikła w całą kabałę, bo miasteczkiem rządzi właśnie rodzina Praggów, a nasz bohater nie ma najbardziej wyrazistego alter ego. I to jest w nim najlepsze. Poza głównym bohaterem nie ma się, co przywiązywać do innych postaci, bo w każdej chwili może je spotkać najgorszy możliwy los. Scenarzysta nie ma żadnej litości, nie celebruje śmierci ważniejszych bohaterów. Kula w łeb? Śmierć w wypadku? Śmierć to śmierć, bez dopisywania filozofii. Do tego bawi się narracją, przedstawiając wydarzenia np. z perspektywy węża. Można? Można. Działa? Jeszcze jak.
Tylko że to wszystko nie mogłoby działać, gdyby nie cudowna, cartoonowa kreska Bruno. Jakby mi ktoś przed lekturą powiedział, że kreskówkowa kreska może zadziałać z tak brutalną i bezkompromisową historią, to bym nie uwierzył. Ale działa! I to jak! Jestem absolutnie zachwycony tym tytułem i cieszę się, że na półce czekają dwa kolejne z tej serii. Nie można było lepiej treścią i formą wypełnić tak krótkiego - mimo wszystko - tytułu. Nie ma zbędnego kadru oraz dialogu. Wszystko w punkt. Jeśli ktoś lubi filmu w typie
Skarbu Sierra Madre, czy różnego rodzaju antywesternów czy spaghetti westernów spod ręki Sergio Leone, to będzie tym tytułem zachwycony. Fantastyczna rzecz.