Autor Wątek: Bo chodzi o to, żeby plusy nie przesłaniały nam minusów - sezon drugi  (Przeczytany 343110 razy)

0 użytkowników i 2 Gości przegląda ten wątek.

Odp: Bo chodzi o to, żeby plusy nie przesłaniały nam minusów - sezon drugi
« Odpowiedź #780 dnia: Nd, 23 Listopad 2025, 20:37:54 »
  Z góry zaznaczam, że ta sfera waginalna to nie moja.

Offline Nawimar III

Odp: Bo chodzi o to, żeby plusy nie przesłaniały nam minusów - sezon drugi
« Odpowiedź #781 dnia: Nd, 23 Listopad 2025, 20:47:22 »
Nie zdziw się jeśli za tę "seksistowską" deklaracje już poleciły na Ciebie "uprzejme doniesienia" do moderacji...

Offline Xmen

Odp: Bo chodzi o to, żeby plusy nie przesłaniały nam minusów - sezon drugi
« Odpowiedź #782 dnia: Nd, 23 Listopad 2025, 21:12:05 »
to sie chyba nazywa bromans ;)
Za takie insynuacje w stronę Małej Kasi jednemu użytkownikowi niezle się oberwało, że niby z kimś coś ją łączy. Nie przesadzaj więc ;)
Jeleń to zwierzę leśne, którego widok napawa podziwem. Jego majestatyczny wygląd najlepiej podkreśla poroże – inaczej też wieniec, przypominający koronę. Jest postrzegany jako król lasu. Od początku dziejów pozostaje symbolem męstwa, witalności, władzy, a także walki i zwycięstwa.

Offline studio_lain

Odp: Bo chodzi o to, żeby plusy nie przesłaniały nam minusów - sezon drugi
« Odpowiedź #783 dnia: Pn, 24 Listopad 2025, 14:10:13 »
wiem ze zartujesz
ale chlopaki sa calkowicie anonimowe, a Kasia nie
jest jednak spora roznica :) ale nie robmy offtopu to tylko zarty byly :)
Plany Studia Lain - orientacyjne

Tagh przedsprzedaz 28 lipca, gildia godz 12
Solo nowy album - przedsprzedaz koniec sierpnia
Gwiazdy powstają ;) - przedsprzedaz wrzesien
Curse of the Spawn - redakcja
Nocterra - redakcja
Monster Kill Squad/Finder - skład
L'horloge - redakcja

Offline Nawimar III

Odp: Bo chodzi o to, żeby plusy nie przesłaniały nam minusów - sezon drugi
« Odpowiedź #784 dnia: Nd, 30 Listopad 2025, 11:23:42 »
Listopad
 
Guy Gardner nr 4 - dla tytułowego bohatera tej serii kwestie wizerunkowe stanowiły na ówczesnym etapie jego aktywności absolutny priorytet. Wymagało tego chociażby zamiłowanie do siebie samego, nieustannie werbalizowane przekonaniem o statusie ,,najlepszego Green Lanterna wszechczasów”. Mimo że wówczas Guy został ze struktur Korpusu Zielonych Latarni z hukiem wykopany, to jednak w kwestii jego próżności nic się nie zmieniło. Toteż zasadniczym imperatywem jego działań jest nie tyle klasycznie pojmowany altruizm, co chęć pławienia się w powszechnym podziwie jego osoby. Aspekt komiczny tej okoliczności został tu doskonale ujęty. Plus pierścień Guya nadal gada wyłącznie po korugariańsku.

Black Condor nr 9 - protagonista tej serii pojawia się w tym epizodzie w gruntownie odmienionej formie i o dziwo jest to najbardziej udana odsłona tego przedsięwzięcia. Zapewniła ją wizyta mocno wówczas promowanego przez DC Comics nowego Raya, a także perspektywa zmierzenia się z przeciwnikiem znacznego kalibru. Aż szkoda, że nie działo się tak w tej serii wcześniej.
 
Marvel Origins t.74: Daredevil 7
– znając klasyki z udziałem „DD” w których zmuszony był on zmagać się z tak udanie pomyślanymi adwersarzami jak Bullseye, Kingpin i Punisher momentami trudno uwierzyć, że u zarania popkulturowej kariery tej postaci stawiał on czoła kaszaniarzom tego płazu co Matador, Szczudlak, a zwłaszcza mój „ulubieniec” Żabi Skoczek. Przy czym miało to swój urok (a do pewnego stopnia ma nadal); niemniej cieszy okoliczność, że za sprawą takich twórców jak Roger McKenzie i Frank Miller perypetie obrońcy Hell’s Kitchen ewoluowały jednak w kierunkach zaproponowanych z czasem m.in. przez Eda Brubakera. Walorem tego zbioru bezdyskusyjnie są prace Gene’a Colana, śmiało poczynającego sobie zarówno w zakresie kadrowania, jak i efektownego operowania światłocieniami.

Guy Gardner nr 5 - kolejne potwierdzenie fachowości Gerarda Jonesa, który wówczas z powodzeniem rozpisywał równolegle zarówno fabuły w tonie arcypoważnym (,,Green Lantern: Mosaic”), stricte superbohaterskim (,,Green Lantern vol.3”), jak i właśnie tę humoreskę, w której brawurowo ujął osobowościowe nadęcie ówczesnego Guya. Z Joe Statonem ewidentnie złapali dobry rytm i znać to także w tej ,,domkniętej” mocnym zwrotem akcji fabułce.

Black Condor nr 10 - paradoks tej serii polega na tym, że najbardziej udane jej epizody to te, w których tytułowy bohater wystąpił w przepoczwarzonej postaci, a rola protagonisty przypadła brylującemu wówczas we własnej serii Rayowi. Tak też jest tutaj i jest to najbardziej udana odsłona tego przedsięwzięcia. Uczciwie trzeba przyznać, że dla Briana Augustyna, pomysłodawcy tej wersji Black Condora, to musiało być upokarzające doznanie.
 
Guy Gardner nr 6 - jak to zwykle w przypadku bohatera (?) tej serii bywa przebojowość idzie w parze z arogancją w wersji turbo. To z kolei sprawia, że łatwo daje się on wyprowadzić w pole nawet przy okazji z pozoru łatwych misji. Tak też jest tym razem, przy okazji polowania na Goldface’a, który w swoim czasie ostro rzeczonemu dopiekł. Dodajmy do tego wyrazistych bohaterów drugiego planu oraz ,,wizytę” Hala Jordana, a otrzymamy buzujący akcją pretekst do dalszego rozwoju tytułowej osobowości.
 
Black Condor nr 11 - w końcu jest okazja by dowiedzieć się więcej o pochodzeniu protagonisty tej serii. Wprost jednak trzeba stwierdzić, że podobnie jak większość odsłon tej serii, także i ta nie porywa. Trochę szkoda tej postaci.
 
Marvel-Must-Have t.7. Młodzi Avengers: Pomocnicy – ależ udana ta cegiełka! A przy okazji kolejne świadectwo wyjątkowo udanych czasów dla komiksu superbohaterskiego w okolicy bestselerowej „Wojny domowej”. To był na tyle dobrze sprofilowany projekt, że aż dziw, iż na dłuższą metę, rzecz się nie przyjęła… Efektowna, dopompowana dobrze pojmowanym patosem warstwa plastyczna, wyraziste osobowości oraz przekonująca intryga wiodąca sprawiły, że ten pękaty zbiór dosłownie pochłonąłem. Jak na ten moment ta kolekcja, jak to się mawiało za młodu, wprost wymiata swoją ogólną bardzo dobrą ofertą.
 
Marvel Origins t. 75: X-Men 7 – mimo że drużyna młodych mutantów swoją ogólną przebojowością znacznie ustępowała innym równolegle prezentowanym drużynom Marvela, to jednak Roy Thomas (wówczas scenarzysta także tej serii) zawsze zdołał wykrzesać z przygód podopiecznych Charlesa Xaviera odpowiednią wciągającą dawkę dramatyzmu. Tak było również przy okazji ich perypetii zebranych w tym zbiorku, co na X-Men „wymusiło” zmierzenie się m.in. z prężącym się na jego okładce „Władcą Murów”. Mnie szczególnie cieszy powrót Banshee, postaci do której zawsze miałem sentyment. Ponadto udanie zaprezentował się Dan Akins w roli ilustratora jednego z przedrukowanych tu epizodów. Dobrze pojmowana staroszkolność w pełnej krasie.

Guy Gardner nr 7 – bardzo się cieszę, że w końcu uzupełniam lekturę tej serii. Z każdym kolejnym epizodem okazuje się ona żywiołową rozpisaną humoreską, przy równoczesnym zachowaniu prawideł sprawnie prowadzonej opowieści superbohaterskiej. Mimo typowej dla Guya buńczuczności autentycznie nie sposób nie poczuć dlań sympatii. Dalszy rozwój postaci ma się zatem dobrze, a Joe Staton (rysownik serii) niezmiennie podsyca energetyczność tego przedsięwzięcia.
 
Bohaterowie i Złoczyńcy t.112. Lois Lane: Wróg publiczny – doprawdy trudno mi pojąć jak można było to aż tak spierwiaszczyć… Teoretycznie Greg Rucka (któremu powierzono rozpisanie tej produkcji) miał wszystko, by zaproponować wartą wznowień i omówień opowieść: charakterologicznie mocną protagonistkę od wielu dekad silenie osadzoną w popkulturze, sprawnego (a przy ty autentycznie zdolnego) plastyka oraz siebie samego, autora specjalizującego się w fabułach z udziałem postaci kobiecych. A jednak ta formalnie interesująca realizacja, na płaszczyźnie scenariuszowej okazała się rozczarowującą wydmuchą z której nic sensownego nie wynika… Ujmując rzecz kolokwialnie intryga nie intryguje, a osobowości towarzyszące (w tym zwłaszcza Question w swoich dwóch „hipostazach”) zostały najzwyczajniej zmarnotrawione. Nic zatem dziwnego, że ta inicjatywa nie doczekała się jakiejkolwiek kontynuacji.

Opowieści Grabarza: Sekret szczurokrólików – kolejne odsłony autorskiej serii Piotra Wojciechowskiego Śmiechsława to u mnie każdorazowe święto. Mimo mojego dystansu wobec antyklerykalizmu (a jest go w tej inicjatywie twórczej całkiem sporo) wprost uwielbiam ten świat przedstawiony, w którym polimorfizm bytów ma się znakomicie i nikomu to nie przeszkadza. Tak też jest również w tej odsłonie przypadków Grabarza Józefa, w której nie tylko zostanie on srodze obsztorcowany przez miejscowego plebana, ale też ujawni się złośliwy aspekt jego osobowości.

Black Condor nr 12 – twórczy entuzjazm młodego Ragsa Moralesa oraz wizualnie interesująco zaprojektowana postać niestety nie wystarczyły. Zabrakło wciągających scenariuszy z intrygami o potencjale zainteresowania czytelników, bombardowanych wówczas całkiem dobrą ofertą w samym DC Comics (nie wspominając już o Marvelu, Malibu i wczesnym Image). Dość wspomnieć, że najbardziej udane epizody tej efemerycznej serii to te, w których jej protagonista przepoczwarzony był w gorgulca, a rolę faktycznego gospodarza tytułu odgrywał Ray. Tak było także w tym epizodzie, gdzie w gruncie rzeczy w tej roli odnalazł się tym razem Batman. I to by było na tyle jeśli chodzi o tę serię. Sam Condor miał jeszcze okazję do występów w magazynie „Showcase’94” i serii „Primal Force”, a także wspierał Ligę Sprawiedliwości. Po lekturze tego przedsięwzięcia nie czuję się jednak na tyle zachęcony, by podążać dalej nieszczególnie zauważalnym szlakiem tej postaci.

Marvel-Must-Have t.8. Spider-Man: Sprawy rodzinne - motyw niczym z latynoskich telenowel okazuje się w tej realizacji ciekawszy niż się to mogło pierwotnie wydawać. Zapewne dlatego, że ,,obudowano” go w sensacyjną, wartką fabułę z udziałem najbardziej problematycznej osobowości wśród adwersarzy skądinąd znanego Matta Murdocka. ,,Dopieszczone” w każdym calu ilustracje dopełniają poczucie przyswajania utworu wartego poświęconego mu czasu.
 
Guy Gardner nr 8 - w latach swojej największej popularności (tj. właśnie w okresie publikacji tego miesięcznika) Lobo jego gościnny „wizytator” z miejsca zapewniał tytułowi w którym się ,,objawił" zwiększoną sprzedaż. Nie zaskakuje zatem, że ,,Ważniak” zawitał również do tego przedsięwzięcia. Nieprzypadkowo zresztą, bo odegrał on istotną rolę w poprzedzającej ją mini-serii ,,Guy Gardner: Rebirth” oraz uzyskaniu przez Guya pierścienia Sinestro. Jak nietrudno się domyślić znaczna część tego epizodu upływa na siarczystym oklepywaniu się Guya i ,,Ważniaka”. Niemniej zawarta tu opowieść oferuje więcej niż tylko tzw. siekę, a Joe Staton w części plansz dosłownie przechodzi samego siebie.
 
The Ray vol.1 nr 1 – podobnie jak w przypadku Black Condora, także oryginalny Ray należał do znanej z komiksów wydawnictwa Quality Comics drużyny Freedom Fighters. Redaktorzy DC Comics (które lata wcześniej przejęło prawa do postaci wspomnianego wydawnictwa) najwyraźniej doszli do wniosku, że warto ten zasób eksploatować i twórczo przemodelowywać. Tym sposobem „wykluła” się także niniejsza inicjatywa, na której stronicach Raymond Terrill zmuszony był zmierzyć się z dziedzictwem swojego ojca. A był nim nie kto inny  jak właśnie ów Ray, niegdyś udzielający się w szeregach Freedom Fighters. Mini-seria zapowiada się bardzo efektownie, a uczestniczący w tym przedsięwzięciu młody Joe Quesada wniósł do tego przedsięwzięcia mnóstwo plastycznej świeżości i twórczego entuzjazmu. DC Comics zdecydowanie wówczas tego potrzebowało. 

Odp: Bo chodzi o to, żeby plusy nie przesłaniały nam minusów - sezon drugi
« Odpowiedź #785 dnia: So, 13 Grudzień 2025, 12:38:10 »
  Podsumowanie listopada. UWAGA, UWAGA JAK ZAWSZE MOGĄ POJAWIĆ SIĘ SPOILERY!!!


  "Spider-Man Noir" - autorzy różni. Wielki nieobecny na naszym rynku, wszystkie komiksowe kolekcje solidarnie ominęły ten temat, nikt inny nie wydał nawet fragmentu jakiegokolwiek komiksu z imprintu "Noir". Tomiszcze dosyć spore, w środku trzy mini-serie plus dodatkowe trzy zeszyty w formie jakichś tam annuali czy czego tam. Miniseria nr.1 nazywając się po prostu "Spider-Man Noir" składa się z czterech zeszytów do których scenariusz napisali David Hine wraz z Fabrice Sapolskym a rysunki przygotował Carmine Di Giandomenico. To dosyć standardowy origin (zmieniony, Peter nie nabywa mocy w wyniku eksperymentów, ale przez ugryzienie Anansiego) dosyć dokładnie wprowadzający czytelnika w klimat, świat oraz zmiany które odróżniają uniwersum Noir od 616. Pająk zmierzy się z mafiosem ściskającym w swoich łapach Nowy Jork, Normanem Osbornem alias Goblin oraz gangiem jego cyrkowych dziwadeł (sami znajomi) a pomogą mu w tym cyniczny i wypalony reporter Ben Urich oraz właścicielka miejscowego lokalo-burdelu w którym ludzie władzy bawią się na spółkę z przedstawicielami miejscowego półświatka czyli Felicia Hardy. Co dosyć interesujące na dobrą sprawę nikt z wyjątkiem Pająka nie posiada tu żadnych nadludzkich zdolności, nawet w postaci jakichś zaawansowanych technologii. Druga miniseria "Oczy bez Twarzy" to najzwyklejsza kontynuacja przygotowana przez  dokładnie tych samych twórców, tym razem Peter potknie się o Crime-Mastera oraz dr. Otto Octaviusa a także pojawi się Mary Jane, historia jak zaczniemy drążyć mocno niedorzeczna, ale jednocześnie trochę ciekawsza niż część pierwsza. Rysunki Di Giandomenico wyglądają jak bękart prac Jose Villarubii oraz Tima Sale, są bardziej staranne niż rysunki tego pierwszego za to nie tak przemyślane i bez takiej klasy jak rysunki tego drugiego. Ogólnie rzecz biorąc mogą się podobać o ile przełkniemy momentami zbyt agresywnie komputerowe kolory (które do komiksu dziejącego się w latach 30-tych, powiedzmy szczerze pasują jak siodło do świni) oraz kompletnie nieczytelne sceny akcji. Specjalną nagrodę przyznałbym wizerunkowi Felicii, wygląda tak trochę inaczej "niż zwykle", ostrzejsze jakby poważniejsze-"doroślejsze" rysy, taka twarz zapadająca w pamięć. To jest mniej więcej połowa albumu i na dobrą sprawę jednocześnie danie główne.
  Dalej w kolejności przeczytamy "Edge of Spiderversum" scenarzystów tych samych co wcześniej za to rotacją na stanowisku rysownika bowiem miejsce Carmine'a zajął  Richard Isanove. Komiks jest raczej krótki, tym razem wprowadzi do świata postać Mysterio (bez zachwytów) oraz połączy Spider-Mana Noir z resztą marvelowskiego świata, ogólnie trzyma się klimatu dwóch poprzednich, rysunki bliższe rzeczywistości. Następny w kolejności będzie short zawierający "Spiderversum Team-Up 1" autorstwa samego mistrza Sterna. No i cóż raczej nie spodziewałem się niczego innego niż potwierdzenia iż stary mistrz swoje najlepsze lata ma dawno za sobą. Spider Noir w parze ze Spider-Sześciorękim potworkiem przeniosą się do jeszcze innego wymiaru zwerbować kolejnego pajęczego bohatera do walki z tymi spadami po Morlunie. Nie to może, żeby to było jakoś szczególnie fatalne, ale z wyjątkiem bohatera, tego komiksu z resztą serii nie łączy kompletnie nic, nawet rysunki Boba McLeoda kojarzące się nieco z Markiem Bagleyem. Ostatni short "Spidergedon:Webcomic" napisany po raz kolejny przez duet Hine/Sapolsky to kompletnie klasyczna pozbawiona jakiejkolwiek fabuły nawalanka z Shockerem (całkiem fajnie wyglądającym). Po przemieleniu tej drobnicy dojdziemy do mini-serii wieńczącej ten tom, czyli "Zmierzch Babilonii" autorstwa Margaret Strohl, początek bardzo pozytywnie mnie zaskoczył a mianowicie dostajemy komiks detektywistyczny z takim prawdziwym śledztwem jako, że Peter obrał ścieżkę kariery prywatnego detektywa, nie fotografa czy naukowca. Śledztwo dosyć szybko wyśle go w region krańcowo odmienny od Północnej Ameryki a samego czytelnika wyśle prosto w świat przygód Indiany Jonesa i to tak dokładnie, że pewne rozwiązania fabularne będą nawet kopiowane. W zamian za znane i lubiane postaci, będziemy oglądać alternatywne wersje różnych bohaterów lub złoczyńców z Marvela. Z jednej strony pochwaliłbym ten pomysł za pewną odwagę (w końcu Indy mocno kojarzy się z latami 30-tymi), z drugiej komiks zupełnie traci klimat tego co ma w tytule.
  Ogólnie mam problem z samą postacią Człowieka-Pająka  w wersji Noir. Z jednej strony to jest inna postać niż najbardziej znany i najbardziej kochany superbohater Marvela i to pochwalę. Nie ma "z wielką mocą..." i próby odkupienia swoich win, jest dosyć agresywny i ponury chłopak szukający zemsty za zamordowanego wujka, który dopiero nauczy się, że można przy okazji zrobić coś dobrego a postawienie pewnych granic odróżnia tych dobrych od tych złych. Z drugiej no właśnie chłopak. Jakoś tak po jego występie w filmach gdzie głos podkładał Nick Cage, podkreślający zresztą, że jest najbardziej doświadczony i na dodatek...no czerpiący jednak jako postać z archetypów czarnego kryminału to spodziewałem się bohatera w średnim wieku, a tutaj mamy do czynienia ze standardowym Parkerem po liceum. 20-letni prywatny detektyw który wszystko wie, wszędzie był i wszystkich zna, no sorry, ale po prostu nie. Na gwiazdę z pewnością wyrasta Felicia Hardy, może i dosyć stereotypowa femme fatale, ale poprowadzona wzorcowo niemalże do końca. Dziewczyna, która z powodu podejmowania często nie ze swojej winy różnych mętnych decyzji już dawno dziewczyną być przestała a która zostanie oszukana przez nadzieję na jakąś normę lub kto wie nawet chwile szczęścia co doprowadzi ją do smutnego końca (nie to że definitywnego). W świecie idealnym (czyli de facto jego przeciwieństwie), przeżycia sprowadziłyby Felicię na ścieżkę nie tylko zła, ale i obłędu, ale tutaj ona po prostu znika, by powrócić w którymś z shortów jako zamaskowana superbohaterka skacząca po dachach, chociaż wcześniej jedyne co miała wspólnego z akrobacjami to tymi wykonywanymi na różnych drążkach, co zresztą sama twierdziła. Pogratulować tylko autorom widowiskowego zepsucia swojej własnej postaci. Ciocia May to jakaś komunistka, ale mniej więcej Ciocia jaka była, Jonah to identyczny Jonah, spodobać się może odmłodzony Ben Urich, Mary Jane na piątym planie i trochę na siłę, chociaż do twarzy jej w mundurze. Niespecjalnie spodobały mi się noirowe wersje superzłoczyńców. Goblin kompletnie płaski gangster, Kraven występujący tylko po to aby wystąpić, Kameleon bez żadnej zmiany a zwłaszcza karykaturalny Vulture. Za to fantastycznie wypadł w drugiej opowieści Dr. Octopus, to chyba najbardziej brawurowa i zaskakująca zmiana w całym tym tomiszczu.  Pierwsza historia Hine/Sapolsky'ego szczerze mówiąc jak dla mnie za bardzo zalatuje sztampą, fabuła nie zaskakuje kompletnie niczym a na dodatek wydaje się zbyt mocno "skompresowana", chociaż czuć trochę ten klimacik okresu po Wielkim Kryzysie i jest brutalniej niż w regularnej serii. Druga bardziej przypadła mi do gustu, jakaś taka konkretniejsza się wydaje i trzyma nieco większe tempo, z drugiej strony pomysł na tajną nazistowską bazę pośrodku Nowego Jorku do której porywa się murzynów aby przeprowadzać eksperymenty jest idiotyczna (no dałoby się to chyba łatwiej zorganizować). Autorzy coś tam słyszeli o nazistach więc skoro nazista=rasista to uznali, że bez wątpienia muszą gnębić czarnych zgodnie z doktrynami Washington Post. Kompletne niezrozumienie nazistowskiej ideologii, nie wiem czy to świadczy dobrze o autorach czy wręcz przeciwnie, ale za zakończenie z Himmlerem plusik, jednak coś tam kumają. Pozostałe historie nie są może jakieś szczególnie złe, ale będę szczery równie dobrze mogłoby ich nie być wcale, coraz bardziej zarówno treścią jak i nastrojem odbiegają od tytułowych mini-serii a sam bohater coraz bardziej dąży charakterologicznie do standardowego Pajączka w końcu się w niego zmieniając. Dlatego cały czas się upieram, że dwa pierwsze opowiadania czyli "Noir" i "Oczy bez twarzy" to podstawowa i jedyna naprawdę warta uwagi zawartość tego komiksu. I cały czas mi się one kojarzyły nie tylko z uwagi na wygląd rysunków, ale i jakby ogólną aurę z "Reign" i szczerze? Jakbym miał drugi raz podejść do lektury to wybiorę "Reign". W tym momencie czas na nieco dłuższą dygresję tyczącą się tłumaczeń. Nie chcę żeby to zabrzmiało jako oskarżenie, bo to tylko moje osobiste odczucia i być może całkowicie mylne a jeżeli tak to najmocniej przepraszam. Nazwiskami też nie będę rzucał chociaż samo miejsce jest już jakąś wskazówką, ale to z pewnością nie tylko tutaj. Sprawa tyczy się całego segmentu superhero wydawanego nie tylko przez Egmont ale i w przypadku kolekcji (Muchy już dawno nie czytałem będę musiał sprawdzić) i to od dłuższego czasu. A mianowicie ja coraz częściej mam problemy z rozumieniem dymków. Czasem to pojedyncze zdania, czasem całe dialogi, po prostu nie potrafię się zorientować o czym te postacie rozmawiają, czasem są to tylko dziwnie skonstruowane zdania, czasem kompletnie niedorzeczne teksty. Nie wiem, można to zrzucić na słabych autorów, ale to przecież różni autorzy z różnych okresów, albo może to znak że się starzeję i moje zdolności poznawcze już słabują. Ale ja tak czasami odnoszę wrażenie, że niektórzy tłumacze aby skrócić sobie pracę, najzwyczajniej w świecie korzystają z translatorów po czym ręcznie "obrabiają" gotowy tekst, przy czym dosyć łatwo pominąć przypadkiem kilka miejsc i wychodzi co wychodzi.  Starczy wracając do "Spider-Man Noir" Przyzwoite czytadło, ale bez wielkiej historii, takie bardziej na raz. Ocena raczej naciągnięta do pierwszej połowy tomu 6+/10.



  "Wieża" - Benoît Peeters, Francois Schuiten. Tom z numerem trzy, w poprzednich tomach świat mrocznych miast przypominał pod względem rozwoju nieco ufantastyczniony nasz z przełomu XIX i XX wieku, tym razem znajdziemy się jakby w okresie Renesansu (ba nawet geograficznie znajdziemy się jakby w odpowiednim miejscu). Tym razem nie będziemy mieli do czynienia z miastem w naszym sensie rozumowania tylko jednym budynkiem tytułową "Wieżą" olbrzymią zresztą tak jak, albo i większą zresztą niż ta biblijna. Bohaterem jest Giovanni Battista jeden z jej konserwatorów. Zajęciem Giovanniego są doraźne naprawy budowli a pracy ma dużo bo ta nie jest w najlepszym stanie, na dodatek nasz korpulentny protagonista jest straszliwie gadatliwy i w swoich monologach (rozmawia sam ze sobą bo nikogo innego tam nie ma) wytłumaczy nam nieco status quo otaczającego świata. Takich jak on jest bardzo wielu, ale każdy ma swój własny odcinek robót więc spotykają się bardzo rzadko, on sam od dawna już nikogo nie widział zaopatrzenie w postaci pożywienia i materiałów już od jakiegoś czasu przestało być dostarczane a inspektorzy kontrolujący stan Wieży od dawna się nie zjawili, tak samo jak i przestały dochodzić wiadomości wszelkie. Konserwator tak dużo o tym mówi a całe jego środowisko jest tak posępnie samotne iż zacząłem podejrzewać iż nic z tego co bohater nam przekazuje nie jest prawdą a facet po prostu zwariował. Zwariował czy nie Giovanni postanowi wyjaśnić sprawę ze swoimi przełożonymi bezpośrednio, konstruuje spadochrono-lotnię bowiem wg niego kierownictwo znajduje się gdzieś u podnóża Wieży i rzuca się w wir przygody. Jego podróż w dół nie trwa specjalnie długo, bowiem bohater faktycznie trafia na wir tyle, że powietrzny, który unosi go w całkowicie przeciwnym kierunku czyli do góry, gdzie Giovanni na skutek katastrofy obudzi się w czymś przypominającym włoskie miasteczko. Dwójka, która go odnalazła i się nieprzytomnym zaopiekowała to Elias miejscowy naukowiec i jego młodociana podopieczna Milena, potwierdzą oni rewelacje Giovanniego, który jednak nie pogubił klepek po czym po dłuższych wydarzeniach protagonista wraz z dziewczyną z racji tego iż droga na sam dół jest bardzo długa wyruszą na szczyt poszukiwać budowniczych Wieży i odpowiedzi na wiele różnych pytań.
   Rysunki w większości czarno-białe jak wcześniej poziom dobry, aczkolwiek mnie nie do końca zachwycają. Tła, dekoracje i wszystko co w głębi jak zwykle majstersztyk do bólu realistycznie i chyba nawet z większą pieczołowitością. Natomiast z twarzami to już bywa różnie, nie pierwszy raz Schuiten pokazuje iż ma kłopoty z ich powtarzalnością. Podobno główny bohater to przerysowany Orson Welles, ba który to nawet przyglądał się procesowi tworzenia tego komiksu i szczerze ja wiem jak Welles wygląda, to nie jest on. Gdybym o tym nie przeczytał w posłowiu to bym do teraz żył w tej nieświadomości. Nie mam pojęcia jak ocenić rysownika, podobno niesamowitego w swoim rzemiośle, który nie potrafi żywego człowieka przerysować.
  Rysunki nie do końca mnie zachwyciły, fabuła jeszcze bardziej. Przygodówka trochę w stylu Verne'a czy Burroughsa z elementami fantasy, ale jakoś kompletnie nie udało mi się wyłowić z tego komiksu jego ukrytego sensu (o ile jakikolwiek się tam znajduje) tak samo jak i symboliki (o ile również jakaś tam się znajduje), jeżeli autorzy mieli w zawoalowany sposób powiedzieć tym komiksem coś ważnego, to było to dla mnie kompletnie nieczytelne. Tyle co zrozumiałem to nieco abstrakcyjną podróż dwójki sympatycznych w gruncie rzeczy bohaterów, która ani początku ani końca tak naprawdę nie ma, kompletnie nie na moich częstotliwościach rezonuje ten komiks. Ocena 6/10.
 

  "Liga Sprawiedliwości tom 1 - Totalność" - Scott Snyder i inni. No i przyszedł czas na otwarcie kolejnego rozdziału w historii DC, żeby było śmieszniej "Bez Sprawiedliwości", które podobno miało być wstępem jest połączone z pierwszym tomem nowej Ligi Sprawiedliwości tak wątłe, że właściwie wcale go nie ma. Występujące wcześniej postacie wessało gdzieś tam w bagno i powraca taki bardzo, bardzo klasyczny skład Ligi Sprawiedliwości z odstępstwami dla dodatkowej bohaterki Hawkgirl oraz Johna Stewarta w miejsce Hala Jordana. Na Ziemię spada podróżująca poprzez czas i przestrzeń Totalność n-ty z kolei energetyczny artefakt, który z tego co zrozumiałem zawiera wszystkie wzorce Wszechświata a który urwał się z tej dziury w Ścianie Źródła. Na Totalności łapy planuje położyć nowo utworzona grupa superłotrów mroczne odbicie Ligi czyli Legion Zagłady kierowany przez samego uwaga, uwaga Lexa Luthora. Tego samego Lexa, który chwilę wcześniej był jeszcze superbohaterem a który ni z gruszki, ni z pietruszki wrócił do roli klasycznego villaina (nie mówię, że to źle wkurza mnie już przerabianie wszystkich starych łotrów na anty-bohaterów). A że to chyba zbyt małe zagrożenie (?) to wraca również Sinestro (który ostatnio również walczył po stronie Ligi), władający nowym spektrum emocji ultrafioletem, który będzie groził po raz drugi uwaga, uwaga, zniszczeniem Ziemi (kurtyna).
  Za rysunki odpowiada trzech panów, wszyscy znani i wszyscy lubiani, może bez jakichś podejrzeń o artystyczny geniusz ale rozpoznawalni z porządnego rzemiosła. Quasi-realistyczne rysunki Douga Mahnke i Jima Cheunga dobrze ze sobą korelują, ale mi osobiście do gustu najbardziej przypadł, nieco bardziej kreskówkowy styl Jorge Jimeneza, zwłaszcza jego projekt Cheetah, której ta pewna animkowa umowność zdecydowanie dodaje uroku. w skrócie poziom grafik, do czego nas przyzwyczaiło zresztą DC Comics, naprawdę zadowalający, więcej jest nawet bardziej niż zadowalający można by ho nazwać nawet bardzo dobrym, tyle że jak ktoś szuka tutaj jakichś doznań artystycznie szczególnych to raczej powinien szukać gdzie indziej.
  Klękajcie narody, czytając kiedyś jakieś opinie na temat tych Metali w sumie już miałem jakąś tam wiedzę w tym temacie, ale teraz po raz pierwszy empirycznie tego doświadczyłem. Scott Snyder, ma aspiracje do zostania kolejnym Grantem Morrisonem. Wszystko tutaj jest dosłownie bombastyczne, jak przeciwników to tysiące, jak planety to żyjące. Sporo takich typowo "morrisonowych" cringowych pomysłów wyciągniętych z lamusa pokroju Jokera i Luthora zmniejszonych w mikroskopijnych batyskafach, pływających w krwioobiegach bohaterów, którzy przejmują nad nimi kontrolę mentalną (oczywiście, wyrazy twarzy im się odpowiednio zmieniają). Strasznie dużo tu wszystkiego, jakieś nowe moce, koncepcje uniwersum, zagrożenia, byty itd.itp. wszystkiego jest bardzo dużo, tylko nic z tego jakoś nie zapada bardziej w pamięć. Problem w tym, że Morrisonowi często (nie zawsze), ten swój "bełkot" udaje się zapakować w interesującą historię na dodatek mocny jest w konstruowaniu postaci pod względem psychologicznym a całość dosłownie błyszczy od kreatywności.  Scott Snyder napisał tylko przeładowaną wydarzeniami (przy tragicznym braku choćby jednej, sensownej relacji pomiędzy postaciami) , momentami niejasną historię, która specjalnie nie zachęca aby szukać w niej sensu, za to ma zdecydowanie ambicje do odciśnięcia swojego śladu na całym uniwersum DC. Jakby nie patrzeć, lepsze to, to niż Liga Briana Hitcha (ciężko sobie wyobrazić, żeby mogło być gorsze), ale też nie mogę powiedzieć czegoś bardziej cieplejszego na temat pracy pana Snydera. No mnie nie porwało, ale absolutnie nie skreślam serii póki co, jakiś tam punkt wyjściowy jest, autor po prostu chyba zbyt mocno wziął sobie do serca słowa Hitchcocka (jak to pierwszy tom, to co on będzie musiał nawymyślać w ostatnim?). Dodatkowo, raz powody przejścia Lexa Luthora na powrót na ciemną stronę mocy są, przynajmniej dla mnie cokolwiek niedorzeczne. Dwa bez względu na jedynkę na okładce to chyba nie jest najlepszy moment na wskoczenie w serię dla czytelnika, który nie bardzo się orientuje w temacie. Ocena 5/10.


  "Kolekcja Toppi tom 7 - Stary Świat" - Sergio Toppi. Kolejny tom kolekcji posegregowanej geograficznie, gdzie stary świat palcem na globusie raczej pokazywać nie trzeba, chociaż w sumie w tym przypadku to nie do końca prawda, bo ostatnia nowelka będąca alternatywną historią odkrycia Ameryki dzieje się na jakiejś pacyficznej wyspie. Rozrzut zarówno tematyczny jak i czasowy naprawdę spory, chociaż większość opowieści ma w sobie magiczny wątek. W zeszłym miesiącu napisałem, że "Japonia" wydaje się najsłabszym fragmentem kolekcji, no to teraz już z większą pewnością najsłabszy (do tego momentu) jest "Stary Świat". Zawsze wskazuję opowiadania, które najbardziej przypadły mi do gustu, tym razem wskażę jedyne, który mi się spodobały a mianowicie "Płaszcz św. Marcina" (aczkolwiek kompletnie niepotrzebna łopatologia na końcu) oraz "Przybędzie Roland", czyli przygody jednego z najbardziej znanych rycerzy, które nie dość że naprawdę zaskoczyły mnie zakończeniem to jeszcze rozśmieszyły. Ja wiem, że siła tej serii nie leży w jakichś nadzwyczaj rozbudowanych bądź oryginalnych fabułach, ale Toppiemu naprawdę udało się na przestrzeni tych wcześniejszych sześciu tomów stworzyć kilkanaście naprawdę fajnych pod tym względem szortów, w tym tomie oprócz tej dwójki, reszta jest zdecydowanie poniżej średniej. Za to rysunkowo bez zmian, czyli top ze szczególnym uwzględnieniem, "popiersia" (oczywiście w negliżu) tej pani z opowieści o Henryku Żeglarzu, jest piękna to jeden z tych obrazów, które zostają z czytelnikiem naprawdę długo. Cóż zdaje się powoli zbliżamy się do końca serii, ale liczę mocno że jeszcze będzie lepiej. Ocena 6/10.


  "Bohaterowie i Złoczyńcy tom 3 Dla Człowieka który miał wszystko i inne opowieści o Supermanie" - autorzy różni. Klasyk nad klasykami autorstwa samego Alana Moore dla fanów Supermana na równi z Człowiekiem ze Stali Johna Byrne'a, wszystko co miałem napisać o tym komiksie już napisałem był wydany u nas wcześniej, sam miód może wyłączając samą końcówkę "Co się stało z Człowiekiem Jutra", która zawsze jakoś mnie drażniła, brakiem taktu w stosunku do wcześniejszej treści. Wiadomo dzisiaj troszeczkę trąci to myszką, ale to raczej z powodu dużej kondensacji materiału (tak jak się to w tamtych czasach pisało) niż z powodu jakichś braków w sztuce. Dodatkowo w tym wydaniu kolekcyjnym bonusowa nowela "Superman/Green Lantern:Legenda Zielonego Płomienia" autorstwa Neila Gaimana, która stanowi jakoby zilustrowaną wersję jego pierwszego komiksu napisanego dla DC, który trafił na wiele, wiele lat do szuflady. Aby uczcić okazale tego śpiocha do zrobienia rysunków wynajęto sporo grafików (bardzo znane nazwiska), którzy zmieniają się co kilka stron. Przerost formy nad treścią zdecydowanie bo opowiadanko jest kiepskie. Dlatego lekki minus przy ocenie -8/10.


  "Bohaterowie i Złoczyńcy tom 4 Wonder Woman - Orędowniczka" - Greg Rucka i inni. Tom z numerem cztery i kolejna powtórka z rozrywki, bo i ten komiks był wydany już u nas, tym razem przez Egmont w ramach DC Deluxe w o ile dobrze mi się wydaje trzech dosyć sporych tomach, co dosyć interesujące, wcale nie zaczynamy od początku serii tworzonej przez Ruckę, tylko sobie wskoczymy gdzieś tam w trakcie, aczkolwiek nie przeszkadza to w trakcie lektury. W środku ot kolejna wizja Wonder Woman, tym razem nie jako superbohaterki ani nawet nie jako ambasadorki Amazonek (aczkolwiek obydwa te jej wcielenia zostaną pokazane), ale bardziej jako osoba publiczna. Diana inspiruje, daje przykład, podpisuje książki, udziela wywiadów, jednym słowem robi za ikonę popkultury. Całe szczęście rozsądku ma o wiele więcej niż większość gwiazd popkultury, które znamy z realnego świata więc w tej roli wypada całkiem wdzięcznie. Jako, że bohaterka to ikona feminizmu (przynajmniej tak mówią wszędzie, nie znam chyba żadnej feministki która czytywałaby Wonder Woman, za to znam jednego czy dwóch takich mężczyzn :D) a fabuła po części opiera się na złowrogim planie podkręcania emocji w konflikcie fanów oraz anty-fanów superbohaterki, autor musiał podkreślić kilkanaście razy, (aczkolwiek zrobił to w miarę taktownie, chociaż nie trudno pokazać palcem kto tu jest gorszy) czasem dosyć grubą krechą jej poglądy. Które szczerze mówiąc, momentami bywają dosyć dziwne, jak chociażby w momencie w którym może nie z ust samej Diany, ale jednego z jej asystentów i to bardzo, bardzo cichym głosem (pewnie Rucka bał się pochodni wyborców, wtedy zdaje się Dżordża Dablju) iż popiera ona aborcję. O ile aborcję i niechęć do zabijania zwierzątek w jednej postaci jestem w stanie sobie wyobrazić bo funkcjonują schizofreniczne osobowości, które to sklejają sobie te się niespecjalnie przystające do siebie rzeczy to już tak naprawdę ciężko to przyszyć do Temiskiry gdzie tak na zdrowy rozsądek ciąża powinna być stanem sto razy bardziej błogosławionym niż gdzie indziej. No, ale raczej każdemu z jednej, z drugiej jak i ze środkowej strony wiadome jest, że tam gdzie w grę wchodzą założenia programowe tam nie zawsze znajduje się miejsce na logiczne myślenie, na dodatek czasami czytując tę amerykańską papkę odnoszę wrażenie, że niektórzy z twórców więc ludzi raczej oczytanych mają wiedzę ogólną na tragicznie niskim poziomie. Ale to tylko taka dygresja w większości wypadków autorowi udaje się wybrnąć obronną ręką a Diana robi to co powinna, stara się łączyć a nie dzielić czasem nawet wbrew woli swoich wyznawców.
   Rysunki bardzo typowe dla amerykańskiego komiksu superhero tworzonego na początku XXI wieku, czyli okresie którego pod tym względem strasznie nie lubię i wierzę że nie bez powodu bo sporo ludzi w internecie podziela moją opinię. Każdy zeszyt rysuje inny artysta, za to wszyscy trzymają się jednej stylistyki. Są wśród nich specjaliści (powiedzmy) lepsi lub gorsi, ale nawet tych lepszych nie nazwałbym jakimiś dobrymi chociażby, zresztą może ogranicza ich wymóg co do obranego kursu serii. Nazwisk za bardzo nie znam i równie za bardzo nie pragnę je poznać. Ogólnie akcja w komiksie nie pędzi w jakimś nadzwyczajnym tempie, typowych nawalanek są ledwie dwie i na dodatek niespecjalnie pasjonujących. W posłowiu można przeczytać, że był to jeden z zarzutów stawianych Gregowi Rukce przez czytelników, ale dla mnie ta słabość tego komiksu stanowi raczej jego siłę. Jeżeli ktoś niespecjalnie czuje się w pisaniu scen akcji to nie ma sensu żeby na siłę je wtykał. A tutaj dzięki temu, mamy dosyć rozbudowaną chociaż niespiesznie podążającą przed siebie wielowątkową fabułę, w której większość wydarzeń nie będziemy obserwować z pozycji tytułowej bohaterki a raczej jej otoczenia. Mamy dosyć fajne przedstawienie, sztabu spin-doktorów zajmujących się imidżem pierwszej damy DC a i również wiecznie knujących olimpijskich bogów. Trochę rozczarowuje główny czarny charakter a mianowicie korpokratka Veronica Cale, przez większość tomu wydawała się naprawdę przyzwoicie pisaną postacią, ale gdy doszło do odkrycia jej motywacji to okazała się zwykłym odbiciem jednej z wersji Lexa Luthora, trochę zabrakło tutaj kreatywności. Nie czytałem DC Deluxe, teraz trochę żałuję, nie wiem czy to seria na którą chciałbym wydać pieniądze, ale na pewno taka którą chciałbym przeczytać, fabularnie jest to całkiem wciągające. Ocena -7/10.

Offline perek82

Odp: Bo chodzi o to, żeby plusy nie przesłaniały nam minusów - sezon drugi
« Odpowiedź #786 dnia: Wt, 30 Grudzień 2025, 10:11:14 »
To był długi i owocny kwartał. Może i mój rekordowy. Poniżej, co mi się spodobało, a co nie.

***** Poza skalą

Trawa – miałem od dawna na liście do wypożyczenia z biblioteki, ale idąc na spotkanie z autorką kupiłem swój egzemplarz. Treść tego komiksu jest tak przygnębiająca, jak mało którego. Starsza kobieta opowiada autorce historię swojego życia od dzieciństwa, które rozpoczęło się w biedzie a skończyło się przedwcześnie rozdzieleniem z rodziną i porwaniem do domu publicznego zorganizowanego przez japońską armię. To oczywiście odbije się na jej dalszym życiu, które po wojnie wcale nie przyniesie wiele wytchnienia. Komiks wkręca się w głowę i pewnie długo ze mną zostanie. Wcześniej czytałem Czekanie i można powiedzieć, że są to komiksy z podobnej parafii – poprzedzone dużą pracą, wywiadami, podróżami, z podobnymi tematami kręcącymi się wokół tęsknoty za utraconą rodziną i nadzieją, że uda się los odwrócić. I przy zastosowaniu charakterystycznej kreski, która przypomina mi np. Essex Lemire’a.
Sztos!

**** Znakomite

Pośmiertne objawienia – stało się to, co musiało się stać. Nieświadomie zdublowałem ten album. 5 zamieszczonych tutaj historii było już opublikowane w Relaxie od Labrum. Była też wzmianka o tym na forum, ale dopiero po fakcie to wyłapałem. Nic złego się jednak nie stało, bo przeczytałem ponownie z wielką przyjemnością. I znowu zrobiło to na mnie wielkie wrażenie. Rysunki Andreasa świetnie pasują do mrocznych, podkręconych pełnych niepokoju historii. Może paradoksalnie pierwsza, w której pojawił się Lovecraft była najmniej wciągająca.

Kajtek i Koko Chybiony strzał – klasyk w nowym wydaniu. Są (chyba) ze 3 nowe strony w porównaniu z wydaniem KAW, które pamiętam (i też mam). Bohaterowie nadal ścigają łobuzów, sami będąc również ścigani przez milicję. Co chwila wpadają w kolejne tarapaty, ale zawsze znajdują wyjście. Nadal mnie to bawi.

Buddy Longway (tom 5) – ostatni tom ten serii, który został stworzony po 15-letniej przerwie. Jest to razem z Blueberrym mój ulubiony western. Ale jest też zupełnie innym komiksem, gdzie główny bohater raczej unika strzelanin i bijatyk. Niczym Thorgal próbuje pokonać przeciwności losu i żyć gdzieś spokojnie ze swoją rodziną. Zupełnie inne jest też tempo tego komiksu, gdzie sceneria, zwierzęta i ogólnie natura jest równie istotnym bohaterem co Indianie i niebieskie kurtki.
Końcówka zupełnie mi się nie spodobała. Miałem nadzieję, na zupełnie inny pomysł. Doceniam za to odwagę autora i dzięki temu zostaje to wszystko w pamięci. Natomiast wielki minus dla wydawnictwa, które zamieściło dodatki przed komiksem i w pierwszych zdaniach walnęło spojler wielkości krowiego placka. No jak tak k@#$a można zrobić czytelnikowi? Żenada.

Jeronimus – historia wyprawy morskiej, która nie zakończyła się pomyślnie. Akcja rozgrywa się w XVII wieku, gdy Holendrzy wysyłali statki z towarami i po towary w rożne zakątki świata. Długie tygodnie na morzu / oceanie, szkorbut, kapryśna pogoda, nawigacja na innym poziomie niż obecnie – to wszystko wprowadza coraz większe napięcie, które nie wszyscy będą w stanie znieść. Przewracając kartki czuć rodzące się szaleństwo i obłęd. Trochę jak w Jądrze ciemności, albo Czasie apokalipsy, gdzie zapuszczając się coraz głębiej w dżunglę bohater i czytelnik / widz doświadcza podobnych emocji. Z tego, co doczytałem, to jest to dość wierne przedstawienie prawdziwej historii. Oprócz tego, wiele miejsca jest poświęcone takim kwestiom jak: skąd się bierze w ludziach zło (takie czyste, bez emocji, gdzie jeden człowiek uznaje, że może z drugim zrobić cokolwiek), jak różne osoby reagują na ekstremalne sytuacje. To wszystko uzupełnione jest rysunkami w stylu „malarskim”. Nie wiem, czy to odręcznie, czy przy wsparciu komputera. Jeśli to pierwsze, to czapki z głów. Wygląda to obłędnie, szczególnie w tak dużym formacie (A4+).
Jest też komiks Egmontu, który opowiada tę samą historię. Mam na liście.

*** Dobre

Thorgal. Saga: Ruchome piaski – mnie się podobało  ;D Widziałem już parę niepochlebnych opinii, dotyczących zresztą większości albumów tej serii. Ja mam nieco odmienne zdanie i generalnie czytam z przyjemnością (no może poza poprzednim tomem). Tutaj poczułem się tak, jakbym znowu czytał główną serię. Jest sporo nawiązań do poprzednich wydarzeń, są powracające postacie i chyba zgodnie z założeniem tej serii rozbudowywane są wątki z głównej serii. Bardzo spodobał mi się pomysł z ruchomym miastem – nie wiem, czy to już gdzieś kiedyś nie było, ale skradanie się po murach, obalanie tyrana, szukanie tajemniczej mikstury to dla mnie właśnie kwintesencja Thorgala. Inna sprawa, że nie mam do niego jakiegoś nabożnego stosunku. Nie czytałem za dzieciaka, a główną serię przeczytałem raz i to bardzo niedawno. Więc mnie nie boli, że ktoś wygląda trochę inaczej, albo zachowuje się niezgodnie z kanonem. Nawet nie jestem w stanie tego wychwycić (za to wielki szacunek dla tych, co to potrafią i punktują, szczególnie jakieś niedociągnięcia fabularne i nielogiczności, może kiedyś też tak do tego poziomu wtajemniczenia dojdę; no ale to by wymagało wydania zgrabnych integrali w zgrabnych cenach). I rysunkowo również mi się podobało.

Hej Djo! – to nostalgiczna historia o relacji ojca i syna rozgrywająca się w świecie kierowców tirów. Ojciec / kierowca na polecenie żony zabiera ze sobą na tydzień dorastającego syna i rusza z Belgii do Francji i Włoch. Na początku nie jest łatwo nawiązać kontakt, a młody jak to teraz bywa jest mało zainteresowany czymkolwiek. Po drodze będą spotykać innych kierowców, odwiedzać znane ojcu jadłodajnie i miejsca noclegowe. Pojawią się autostopowicze i prostytutki. No taki komiks drogi. Zrobione to wszystko w niespiesznym tempie i szerokich kadrach pokazujących mijane krainy. Autorka scenariusza znana jest z serii Marzi, więc od razu był to pewnik do zakupu. I znowu się nie zawiodłem.

Sezon spadających gwiazd – bohaterem jest nastolatek, który trenuje koszykówkę. Nie jest podstawowym zawodnikiem swojej drużyny, przeważnie gra ogony (znam to). Poza tym śledzimy jego relacje z kumplami, z innymi zawodnikami, babcią, ojcem, dziewczyną. No taki świat nastolatków sprzed 20 lat. Dziś pewnie by się go określiło na granicy (albo i już zupełnie za nią) przemocy rówieśniczej. Kiedyś raczej takie rzeczy się przyjmowało jako normę. Komiks ma formę 1-2 stronnicowych epizodów, które składają się na mniej więcej cały rok (sezon). Ja czytałem z bananem na twarzy. Bardzo trafnie oddany klimat dorastania na zadupiu, a jak jeszcze ktoś coś trenował (ja najpierw kopaninę, później kosza) to już zupełnie może sobie przypomnieć swoją młodość (stroje dziedziczone po starszych, zimne sale gimnastyczne gdzie zwrot grzanie ławy zyskuje nowe znaczenie).

Trylogia nowojorska – komiksowa adaptacja książek amerykańskiego autora P. Austera i to dość wierna, z tego co się doczytałem. Każdą z części rysował inny artysta i też każda z części ma inny styl prowadzenie fabuły. Szczególnie druga część jest bardziej ilustrowanym opowiadaniem i mityczne ściany tekstu się oczywiście pojawiają. Dość wspólna jest natomiast podejmowana tematyka, gdzie autorzy kryminałów stają się prywatnymi detektywami (albo na odwrót). Prowadzone śledztwa / pisane historie zaczynają się ze sobą mieszać i prowadzą bohaterów w coraz mroczniejsze rejony. Nie są to klasyczne historie, które będą miały zbrodnię, poszlaki, podejrzanych i na końcu jasne rozstrzygnięcie. Bardziej przypomina to niespokojny sen autora, który walczy z sobą i z kryzysem twórczym, żeby stworzyć satysfakcjonującą fabułę. Sam staje się czasami bohaterem swoich historii. Tożsamości czasami się zlewają ze sobą, nie zawsze jest pewne, kto kogo śledzi. To tego typu komiks. Najbardziej mi przychodzi do głowy porównanie z Ultradźwiękami, czy komiksami Clowesa, Burnesa czy Drnaso.

Vaclav Drakulic jedzie do urzędu – satyra na temat starcia człowieka z biurokracją. Główny bohater zostaje wzięty za hrabiego Draculę i musi się wytłumaczyć, że nie jest wielbłądem. Sytuację utrudnia rozpad cesarstwa po pierwszej wojnie światowej i nowe granice. Czyta się z bananem na twarzy. Od razu przyszły mi do głowy Kroniki dyplomatyczne Blaina. W kadrach można poszukać też dowcipne szczegóły. Świetny komiks.

Petar i Liza – historia o tym jak młodzi ludzie (nie) układają sobie życia. Rzecz dzieje się w jakimś demoludzie (pewnie gdzieś w byłej Jugosławii, ale to chyba nie jest nigdzie sprecyzowane). Petar kończy służbę wojskową i w sumie nie ma do czego wracać. Mierzy się z biedą, głodem i bezdomnością, ale jakoś specjalnie się tym nie przejmuje. Jakoś sobie radzi. Spotyka w końcu Lizę i zaczynają razem klepać słodką biedę. Ale już w bardziej wesoły sposób. I pytanie, czy uda się im razem zostać na długo. To tego typu komiks, bez cliffhangerów, bez dramatycznych zwrotów akcji. Wszystko dzieje się powoli, stopniowo. W paskudnym mieście, w paskudnych mieszkaniach czy knajpach. Z często nieciekawymi sąsiadami. Czytając miałem przed oczami kumpla z liceum, który też potrafił szukać dorywczych prac, mieszkać gdzieś w jakiś ruderach, w komunach i generalnie nie przejmować się za bardzo tym, co się dzieje dookoła. No taki typ.
Tutaj muszę wspomnieć o rysunkach, które zrobiły na mnie wielkie wrażenie. Z jednej strony styl niby lekko cartoonowy, ale pełen detali. Pokój, ulica, całe miasto wygląda niemal jak na fotografii z wieloma szczegółami. Normalnie jakby się to wszystko widziało na własne oczy. Ale postaci trochę jak z horroru, albo pijackiej wizji. Całość robi kapitalne wrażenie.
Kupiłem po pozytywnych opiniach z forum.

Czasem – młode małżeństwo wprowadza się do starego domu i jedno z pomieszczeń kryje w sobie niespodziankę. I to taką, że się nie domyślisz, póki nie przeczytasz. Też bym coś takiego chciał mieć w domu, ale skutki mogą być nieoczekiwane. Nie ma co spojlerować, trzeba wziąć do ręki i przeczytać. Rysunek M. Podolca, inny niż w Sezonie, ale świetnie pasuje do klaustrofobicznego nastroju całej historii.
Jakoś ostatnio więcej polskich komiksów mi wpada do czytania. I dobrze.

Come Prima – historia rodzinna osadzona w latach 50-tych, trochę w stylu Paco Roca, gdzie 2 braci spotyka się po latach i wyrusza w podróż do Włoch, aby załatwić sprawy spadkowe. Po drodze się pokłócą, pobiją, wpadną w niejedne tarapaty. Taki standard można by rzec, komiks drogi z rodzinnymi konfliktami w tle. Ale umiejętnie zrobione. Dla fanów spokojnych, obyczajowych historii.

Metal hurlant (numer 9) – motyw przewodni to utopie / dystopie, czyli sci-fi z zacięciem na przewidywanie przyszłego życia społeczeństw i jednostek. Czasami jednak niektóre historie są jakby trochę na siłę wrzucone do tego worka, ale nie ma co wybrzydzać. Większość szortów przeczytałem z przyjemnością. W 2 czy 3 miałem problem z rozszyfrowaniem tego, co się dzieje na kadrach, bo rysowane w sposób dla mnie zupełnie nieprzejrzysty. Trzy wieczory mi zajęło przeczytanie wszystkiego od deski do deski. Naprawdę dużo treści się znajduje w jednym numerze. Ok. 20 komiksów, plus trochę wywiadów, trochę polecanek komiksowo / książkowo / filmowych. Szkoda, że trzeba było z 1,5 roku czekać na kolejny numer.

Locke & Key (Keyhouse Compendium) – trafiłem na jakiejś promocji, to wymieniłem swoje polskie wydanie na tę cegłę. To compendium to trochę co innego niż znałem do tej pory – twarda okładka, obwoluta. Papier to cienka kreda, ale nie tak cienka, żeby prześwitywać. Rozmiar to trochę większy niż amerykański HC. I na pograniczu wygodnego czytania. Ja czytam na kanapie / w łóżku i trzymanie takiej cegły nie jest najprostsze. A co do samej historii, to niby już kiedyś czytałem dwa razy, ale tyle się tutaj dzieje, że czułem się, jakby to było ze 30 lat temu. Okazało się, że pamiętam tylko zarys historii (plus to, co niedawno widziałem w serialu). Wciągnąłem całość w weekend. Gdy nie ma tak wyraźnego podziału na tomy, to i mniej jest „okazji” żeby przerwać czytanie. Kolejny raz bawiłem się świetnie, mimo że nie lubię młodzieżowych dram ani tego stylu rysunkowego. Po prostu kupuję ten oryginalny scenariusz. Końcówka jak zwykle mi nie podeszła i to się już chyba nie zmieni. Miało być z przytupem i było. Ale trochę mi zgrzyta z charakterem całej historii: pełnej tajemnic, odkrywania, szukania wskazówek. A na koniec pozostają zgliszcza jakby Rambo z Commando tam stoczyli bitwę. Nie wiem, czy to był taki plan, czy właśnie zabrakło trochę pomysłu. Ale poza tym misterna robota.

Astronom – po informacji na forum, że pojawiło się parę egzemplarzy na Allegro skusiłem się i ja. Wariacja na temat, co by się stało, gdyby Kopernik żył w PRL-owskiej rzeczywistości i czy jego dzieło spotkałoby się z uznaniem, czy wręcz przeciwnie?

Święta Barbora – komiks inspirowany prawdziwymi wydarzeniami, które rozegrały się w Czechach jakieś kilkanaście lat temu. Aż sobie poszukałem informacji na ten temat po przeczytaniu. Komiks nie jest wiernym zapisem wydarzeń, ale główne wątki zostały zaczerpnięte z tej szokującej historii. Przedmowa wyjaśnia, jak do tematu podeszli autorzy. Bohaterką jest dziennikarka śledcza, która próbuje zrozumieć, co właściwie się stało. Wszystko zaczyna się od ujawnienia przypadku znęcania się nad dzieckiem. Nie jest to jednak prosta historia, gdzie sprawca zostaje ujęty, osądzony. Tutaj nic nie jest tym, czym z początku może się wydawać. Ujawnione w śledztwie informacje poznajemy śledząc działania dziennikarki i poprzez różnego rodzaju retrospekcje, rozmowy. Jednak ambicje dziennikarki sięgają dalej. Szuka kolejnych tropów, powiązań między osobami zamieszanymi w sprawę. Chce dotrzeć do motywów, które stały za bardzo złożoną operacją.
Rysunkowo też jest bardzo dobrze. Podstawowy styl przypomina mi trochę Rusty Brown czy czytany niedawno Petar i Liza. Niby prosta kreska, ale tutaj jest wiele detali. Mnóstwo wycinków z gazet, jakiś notatek, gdzie można doczytać strzępki informacji (praca przy tym tytule musiała być koszmarem redakcyjnym, ale za to wielki szacunek). Później pojawiają się wstawki w zupełnie innym stylach, np. imitujące dziecięce rysunki. Na pewno szata graficzna przykuwa oko.
Polecam fanom nieoczywistych, zagmatwanych, spiskowych historii.

Departament prawdy (tom 5) – wreszcie tom, który mi naprawdę siadł. Ta seria zawsze miała potencjał, ale czasem po prostu niektóre tematy mnie naprawdę męczyły. W tym tomie Lee Oswald opowiada swoją historię: jak trafił do Departamentu prawdy, kto ten Departament tworzył, a kto mu zagrażał, no i oczywiście co z tym wszystkim miał wspólnego JFK. Na pewno mojemu odbiorowi pomogła niedawna lektura książki Kinga Dallas 63, jak i obejrzenie serialu. Można powiedzieć, że byłem w temacie. To moja ulubiona seria Tyniona, pozostałe często po fajnym pomyśle zaczynają się jakoś rozpływać. Tutaj liczę, że będzie tylko lepiej.

Dewiant (tom2) i kolejny komiks Tyniona, który spodobał mi się z czasem (choć to nie reguła wcale). Tom drugi i ostatni, co trochę mnie zaskoczyło, ale też i ucieszyło, bo historia nie ma gdzie stracić swojego impetu i zacząć zjadać swój ogon. W drugim tomie nadal szukamy przestępcy, a kolejne zagadki powodują, że czytelnik nie jest już niczego pewien. Czytając ten tom bawiłem się lepiej niż poprzednio. Jakbym oglądał serial, który z niezłej zapowiedzi stał się w sumie niezłym hitem. Tutaj może aż tak ten komiks nie chwyci (chociaż czytałem w sieci pozytywną recenzję), ale dla miłośnika mrocznych historii z pogranicza kryminału / thrilleru / krwawego horroru może to być dobra rozrywka. Tak jak w Departamencie prawdy powyżej, poczułem, że autor podniósł swój poziom i historie stają się po prostu bardziej wciągające. Przyczepię się do zakończenia –
Spoiler: PokażUkryj
trochę z przysłowiowej dupy i wolałbym, gdyby zostało jakieś niedopowiedzenie na koniec. Jakiś detal w ostatnim kadrze, który by namieszał znowu w głowie.
Ale i tak jest dobrze.

XIII (tom 5) – po lekko męczącym poprzednim tomie, tutaj akcja pędzi na łeb na szyję. Co chwila zmienia się sceneria. Ściągają w jedno miejsce główni aktorzy, czyli zbliżamy się do finału. W tomie znajdują się 4 albumy plus wstęp i dodatki, z których dowiadujemy się, jakie były okoliczności kończenia serii, zaproszenia Moebiusa do narysowania jednego z albumów i jak powstawał spin-off. Kończąc przygodę z XIII (raczej poboczną serię sobie odpuszczę) jestem w pełni usatysfakcjonowany. Autor bawił się ze mną w kotka i myszkę, co chwila wpuszczał w przysłowiowe maliny, mylił tropy. Nie obyło się bez irytujących głupot, ale ostatecznie udało się doprowadzić historię do końca. Tom co prawda zawiera 4 albumy, ale jeden z nich (rysowany przez Moebiusa) opowiada historię z przeszłości głównego bohatera i wyjaśnia co nieco. Bardzo fajny zabieg, który nie wytracił klimatu, a dodał rysunkowych smaczków. Fajnie, że Egmont wydał cała serię dość szybko.

Southern bastards (tomy 1-4) – akcja rozgrywa się w sennym miasteczku (czy też hrabstwie) w Alabamie, gdzie szkolny futbol jest traktowany jak religia, a wieloletni trener drużyny jak co najmniej prorok. Trzęsie on całym miasteczkiem i jak to zwykle bywa, gdy nie ma się nad sobą żadnego bata, posuwa się do coraz gorszych rzeczy. Aż w końcu, jak to musi być w takiej historii pojawi się ktoś, kto spróbuje to zmienić i wybudzić innych z apatii. Jedyny minus to taki, że autorzy chyba porzucili projekt. W 4 tomach jest 20 zeszytów, w necie wyczytałem, że powstał później 21 i że seria ma status „ongoing”. Poza tym jednak, jest to całkiem dobra rozrywkowa historia, pełna akcji i twardzieli, którym dość szybko kończą się słowne argumenty, a kij jest zawsze pod ręką. Myślę, że dałoby się z tego zrobić jakiś serial.

Age of bronze (tomy 1-3) – historia o wojnie trojańskiej, przy czym nie jest to adaptacja Iliady, tylko bardziej próba połączenia w sobie bardzo wielu dzieł literackich opowiadających o tej mitycznej wojnie. Konwencja jest taka, że bogowie nie pojawiają się w komiksie, a ich ingerencje odbywają się poprzez wyrocznie, przepowiednie i sny. Historia zaczyna się od Parysa i jego młodości spędzonej na wypasaniu zwierząt (kóz czy tam innego bydła). Dość przypadkowo dowiaduje się o swoim prawdziwym, królewskim pochodzeniu. Później, wiadomo – porwie Helenę, Grecy pod przywództwem Menelaosa i Agamemnona i udziale takich gwiazd jak Achilles, Odyseusz czy Ajax ruszą oblegać Troję przez 10 lat. Przy czym pierwsze trzy lata to będą przygotowania do wyprawy, budowanie sojuszów i zapewnianie sobie przychylności bogów (tu chyba z Szekspira wzięty motyw z poświęceniem córki Agamemnona jako ofiary dla nich).
Nie jest to najłatwiejsza lektura. Akcja wolno posuwa się do przodu. Większość czasu zajmują dyskusje o tym czy, jak i kiedy zaatakować, szukanie sojuszników, przekonywanie ich do przyłączenia się do zabawy. To samo oczywiście dzieje się w Troi. Bohaterów są chyba setki, bardzo wielu z nich ma tu do odegrania jakąś rolę i nieraz sprzeczne interesy. To był bardzo ambitny projekt i chyba dlatego poległ. Bo te trzy przeczytane tomy ledwo przywiodły nas pod Troję. Samej bitwy, pojedynków między głównymi herosami, konia itd. jeszcze nie było i chyba już nie będzie. Gdybym wiedział o tym wcześniej, pewnie bym sobie tytuł darował, ale nie żałuję. Kilka wieczorów spędziłem w słonecznej Grecji.

Parque Chas – komiks składa się z 2 części, a pierwsza jest podzielona na kilka epizodów, które rozgrywają się w jednej z dzielnic Buenos Aires. Główny bohater, pisarz, szuka inspiracji w opowieściach mieszkańców. A te opowieści pełne są niewyjaśnionych, niepokojących zdarzeń. Zanurzając się w temat i samo życie dzielnicy bohater sam zaczyna być uczestnikiem coraz dziwniejszych przygód. Druga część jest bezpośrednią kontynuacją ostatniego epizodu z pierwszej części i akcja ma już charakter ciągły. Powiąże ona wiele wątków zasygnalizowanych wcześniej i doprowadzi do finału. Historia jest dość nieprzewidywalna i zakręcona (dlatego nie warto poznawać szczegółów fabuły przed przeczytaniem), czasami z przymrużeniem oka. Co ciekawe, ostateczny wydźwięk jest bardzo aktualny – zakładam, że tłumaczenie nie odeszło od oryginału, żeby osiągnąć taki efekt. Wizualnie też jest bardzo ciekawie. Czarno-biała kreska, niby dość realistyczna, ale z pewną manierą w stronę lekkiej karykatury, szczegółowa. Świetnie oddaje lekko duszny klimat miasta, z którego bardzo trudno się wydostać.

CDN
Black Dahlia **
Dylan Dog: Mater morbi ***
Chaos, Podróż do piekła ***
Nonnonba **
Historia Dylana Doga **

Offline perek82

Odp: Bo chodzi o to, żeby plusy nie przesłaniały nam minusów - sezon drugi
« Odpowiedź #787 dnia: Wt, 30 Grudzień 2025, 10:11:32 »
CD

** Niezłe / można przeczytać

Chew (tomy 1-4) – kolejna seria, którą ćwiczę na tablecie. Dość absurdalna historia o detektywie żyjącym w świecie po epidemii ptasiej grypy i milionach zgonów, i w którym zakazane jest spożywanie i chyba też samo hodowanie drobiu. Detektyw ma też dziwną „moc” – poprzez zjedzenie czegoś pozyskuje wspomnienia tego czegoś. W przypadku roślin wie, gdzie rosła, jakie dostała pestycydy itd., w przypadku zwierzęcia wie jak zakończyło żywot. Jako detektyw, a później agent pracujący dla rządu musi próbować coraz to innych rzeczy. Ma swojego kumpla, ma wrednego szefa i coraz to dziwniejsze zadania. Akcja pędzi na złamanie karku, jest mnóstwo gagów, bawimy się chronologią w ramach zeszytów (bywa, że najpierw pokazana jest strona 18, a później do niej i tak musimy dojść). Czysta rozrywka. Wrócę do tej serii, ale o tym później.

The Boys (tomy 1-3) – czytane z braku laku (tj. braku papierowych komiksów). Chłopaki są grupą kilku niezbyt normalnych indywiduów, którzy postawili sobie za cel trzymanie superbohaterów w jakiś tam ryzach. Na świecie jest dostępna substancja, która daje ludziom „moce”, a rozwinięta technologia powoduje, że superbohaterów jest jak burków. Część z nich jest celebrytami uwikłanymi w interesy wielkich korporacji i w ogóle biznes zbudowany wokół nich jest potężny. Jak to się mówi, że władza absolutna deprawuje absolutnie, więc i tutaj nikt się nie liczy z maluczkimi, którzy ucierpią po drodze. No i tytułowe Chłopaki próbują ograniczać negatywne aspekty funkcjonowania supków. Czasami zbiorą haki i będą ich szantażować, czasami obiją mordę, czasami wręcz zamordują tego czy tamtego. To wszystko podlane (dość prostackim) humorem Ennisa i barwnym językiem. No taka pozycja dla gimbazy. Wrócę, jak już naprawdę nie będę miał co czytać.

Sam and Twitch Complete collection (tom 1) – tytuł gdzieś usłyszałem, to odpaliłem. Okazało się, że rzecz dzieje się w świecie Spawna, ale jego samego praktycznie nie ma. Gdzieś w jednym kadrze śmignął. Tytułowi bohaterowie to policjanci zajmujący się najgorszymi zbrodniami w NY. Reszta okoliczności jest dość sztampowa – wokół wielu skorumpowanych kolegów, mafia, wydział wewnętrzny, wszyscy są przepracowani i mają kłopoty w życiu prywatnym. Plus pyskata pani z laboratorium. Trzeba jednak oddać Bendisowi, że potrafi pisać swoje historie i uplatać z nich ciekawe, pełne napięcia sceny. Jak to u niego pełno jest szybkich, ciętych dialogów. Do tego jest atrakcyjna szata graficzna. I nie tylko mówię o kresce, kolorowaniu, ale też o urozmaiconych kompozycjach na stronach i też znakach wodnych??? – nie wiem, jak to nazwać. Po prostu obszary poza kadrami są wypełnione różnymi elementami. Świetnie to wygląda. Plus co druga strona (niemal) to rozkładówka. To utrudniało czytanie na tablecie, ale dało radę.
Tom zbiera 13 zeszytów, z tego co doczytałem to połowa serii. Może kiedyś gdzieś mi reszta wpadnie.

The Woods (tom 1) – komiks Jamesa Tyniona IV, który chyba (jeszcze) nie został wydany w Polsce. Z niewyjaśnionego powodu jedna ze szkół z uczniami i nauczycielami zostaje nagle przeniesiona na jak się wydaje inną planetę. Nie ma elektryczności, bieżącej wody, pożywienia tyle ile było na stołówce, a po okolicznych lasach biegają groźne stwory. Kilkaset osób musi spróbować jakoś się zorganizować i przetrwać, rozpoczynają się walki o przywództwo w grupie, młodzież przeżywa swoje dramy, a las skrywa w sobie więcej tajemnic. Takie tam amerykańskie czytadło. Są zalążki, że za tym wszystkim kryje się jakaś tajemnica. W wolnej chwili doczytam kolejne 2 tomy.

Adaptacje literatury – dorzuciłem kilka albumów do jakiegoś zamówienia, żeby się zapoznać z klasyką, która mnie ominęła w młodości. Wpadły takie tytuły jak:
- Quo vadis – nie przeczytałem oryginału (kiedyś poległem chyba po 100 stronach), nie widziałem żadnej ekranizacji, ale na usprawiedliwienie powiem, że mam na czytniku i czeka w kolejce. Po lekturze komiksu nadal zostanie na liście, chociaż może się trochę obsunie. Z tego co się zorientowałem, to adaptacja jest dość wierna. Może trochę szybko się wszystko dzieje, niektóre postaci za wiele miejsca nie mają. Ot taka konwencja. Rysunkowo mogło by być lepiej, jest tak trochę generycznie.
- Ivanhoe – tytuł zupełnie mi nieznany, trochę z innego kręgu kulturowego. Tutaj miałem trochę problemów, żeby się zorientować kto jest kim i co właściwie robi w tej historii. Później doczytałem, że to wielka opowieść o etosie rycerstwa itd. Trochę dziwne, bo tytułowy bohater sporą część historii leczy rany odniesione w kolejnych turniejach.
- Pani Bovary – również nie znałem zupełnie. Podobno w swoim czasie powieść okazała się skandalem, bo główna bohaterka przyprawiała rogi mężowi. I to nie raz. Po oryginał pewnie już nie sięgnę.
- Wojna i pokój – gdy Napoleon nadciąga ze swoją armią rosyjskie elity dyskutują o tym namiętnie na balach, przyjęciach i kolacyjkach, przy okazji romansują, szukają żon i mężów i przeżywają różne tragedie i problemy. Niektórzy wyruszą na wojnę, niektórzy uciekną z Moskwy i poczekają, aż zima pokona nieprzyjaciela. Komiks spełnił swoją funkcję, chociaż z pewnością jest tylko namiastką pierwowzoru, ale książki wychwalającej naród rosyjski bym raczej nie zdzierżył.
- Nędznicy – jak czytałem, to sobie historię przypominałem, ale zupełnie nie wiem skąd. Może przeczytałem kiedyś? Człowiek się starzeje jednak. Tutaj również ma się wrażenie, że wszystko dzieje się bardzo szybko i lecimy trochę po łebkach. Ten album (i poprzedni) są i tak grubsze, ale i rozmiar tekstu źródłowego jest większy. Niemniej jednak razem z Quo vadis i Pani Bovary czytało mi się z większą przyjemnością niż Ivanhoe czy Wojnę i pokój. W tych 2 ostatnich było sporo bohaterów, a mało miejsca na ich przedstawienie, co prowadziło do konfuzji, kto jest kim i o kim właśnie jest mowa.

Bruno Brazil (album 10 i 11) – bezpośrednia kontynuacja poprzedniego albumu, gdzie operacja grupy Brazila nie zakończyła się najlepiej. Przełożeni zastanawiają się, czy będzie się on jeszcze nadawać do tej pracy i przy okazji przegląda się stare sprawy. Niezły pomysł fabularny i trzeba przyznać głupot było mniej niż ostatnio. Nie wiem tylko, czy Vance nie zapomniał tutaj, jak się rysuje twarz Brazila, bo szczerze mówiąc nie zawsze byłem pewien, czy na kadrze jest tytułowy bohater, czy ktoś inny. Białe włosy były decydujące.
W 11 części dostajemy 3,5 krótszych historii, gdzie ostatnia została nieukończona. Jest też krótkie wyjaśnienie, co się wtedy właściwie wydarzyło. Trzeba przyznać, że po pewnych mieliznach i kryzysie pomysłów ostatnie historie były co najmniej przyzwoite. Myślę, że całość zostawię na półce.

Wydział 7 (zeszyt 16) – taki numer przejściowy po awanturze w Pradze. Dowództwo Wydziału 7 popada w niełaskę, a razem z nimi i nasi główni bohaterowie. Trzeba czekać na kolejny numer, żeby się dowiedzieć, co dalej. Jak zwykle nawiązania do wydarzeń z czasów PRL (samospalenie na Stadionie Dziesięciolecia, emigracja do Izraela).

Contrapaso (tom 2) – drugi tom serii opowiadającej o dziennikarzach zajmujących się rozwikływaniem skomplikowanych zagadek kryminalnych w czasie rządów Franco. Historia, tak jak i w pierwszym tomie, jest mocno osadzona w tamtej rzeczywistości: pojawiają się prawdziwe lub wzorowane na prawdziwych osobach postacie, wątki główne i poboczne są wplecione w rzeczywiste wydarzenia. W posłowiu autorki można znaleźć wyjaśnienia, co i w jaki sposób zostało odwzorowane w komiksie, a co nieco nagięto (jak np. rok pierwszej transmisji piłkarskiej w telewizji). Główni bohaterowie próbują rozwikłać tajemnicę kolejnych morderstw. Wchodzą coraz głębiej w świat twórców filmowych, cenzorów, wielkiej polityki, wielkich fortun zbitych w podejrzany sposób, biedoty mieszkającej w rozpadających się kamienicach lub wręcz w jaskiniach, półświatka związanego z prostytucją, studentów. Na to wszystko nakłada się oczywiście podział polityczny trawiący Hiszpanię od dziesięcioleci (falangiści, komuniści, monarchiści, rewolucjoniści i wszyscy inni -iści). Powiedzieć, że w tym komiksie jest gęsto to właściwie nic nie powiedzieć. Jest jak w robionej na ognisku grochówce, gdzie można postawić chochlę na sztorc. Nie jest trudno się w tym wszystkim pogubić, zresztą komiks chyba świadomie nie jest taką klasyczną historią kryminalną, gdzie mamy paru podejrzanych i na końcu wyjdzie, kto miał jakiś ukryty motyw. Tutaj wiele rzeczy jest niedopowiedzianych. Trzeba czytać z mega uwagą, żeby się nie pogubić w wątkach, osobach. Z każdą stroną historia się gmatwa, odkrywane są kolejne tajemnice z przeszłości i związki między poszczególnymi osobami.
Przyznam, że trochę mnie to wszystko nie weszło tak jak poprzedni tom. Za dużo grzybów w tym barszczu było. Projekt był bardzo ambitny i został przeprowadzony z wielkim kunsztem, ale może, gdyby coś ująć, albo dać więcej miejsca niektórym? A może gdybym siadł i spróbował pyknąć na raz? Chociaż to trudne, bo i czytania jest sporo i na kadrach trzeba oko zawiesić, bo to jest pięknie narysowany komiks. Przy czym jednak zazgrzytał mi styl rysunkowy, nie do końca współgrający z mroczną historią. Trochę karykatury, postaci czasami zachowujące się jak z gazetowych pasków, a dookoła bieda, morderstwa i spiski. Nie pamiętam, żebym zwrócił na to uwagę poprzednim razem.
Ma być kolejny tom i będę czekał. Bo pomimo narzekania, to jest świetna seria. A narzekam, bo mam duże oczekiwania po pierwszym tomie. No i kiedyś trzeba będzie wziąć całą serię odświeżyć od początku, to może wtedy odbiór się trochę poprawi.

Batman: 1989 movie adaptation – dodałem do zamówienia w Atomie, żeby dobić do darmowej wysyłki. Komiks, który w polskim wydaniu miałem w rękach wielokrotnie, ale zawsze to był czyjś egzemplarz, albo z biblioteki. Ja przegapiłem start TM-Semic. Nie pamiętam w sumie dlaczego tak się stało. Wtedy komiks zrobił na mniej wielkie wrażenie. Twarze jak z filmu, sceny jak z filmu. I teraz też przeczytałem z przyjemnością. W tym wydaniu są właściwie 2 wersje komiksu – kolorowa i czarnobiała (coś tam napisali, że zeskanowali szkice każdej strony i zrobili tak, żeby się nadawało do druku). Pamiętam, że adaptację drugiej części filmu już miałem. Może kiedyś i ją gdzieś sobie dokupię.

Tablica Wenus – przyznam, że nie zrozumiałem, ani nie poczułem tego komiksu. Przed chwilą przeczytałem jego opis na gildii i tyle to jednak zrozumiałem. Więc bardziej nie poczułem, bo w moim odczuciu historia nie doprowadziła do jakiegoś satysfakcjonującego katharsis. Dla mnie to przede wszystkim wizja przyszłości, taka (antyu)utopia, gdzie każdy żyje w miarę wygodnie – może nie w super luksusie, ale nie musi pracować. Niby fajnie, ale przez wiele lat książki były zakazane i prawie udało się wprowadzić powszechny analfabetyzm. Zaginęły informacje o przeszłości, w tym religii chrześcijańskiej. A grupka osób odkrywa spory księgozbiór i umawia się na wieczorki czytelnicze, gdzie zasłuchują się i dyskutują o wybranych tekstach biblijnych. Wątków w komiksie jest więcej. Przy czym one trochę uzupełniają komentarz autora co do przyszłego (albo naszego, bo oczywiście można i tak odczytywać rolę mediów w życiu ludzi i jako narzędzie w rękach władzy do sterowania / ogłupiania tych ludzi), ale bezpośrednio nie wpływają na historię głównych bohaterów.
Ja w komiksie szukam głównie pomysłowej fabuły, której nie da się na początku przewidzieć. Mam razem z bohaterem szukać, krążyć, być zaskakiwanym i jeszcze rozumieć, dlaczego skręcił w lewo na tamtym skrzyżowaniu. Tego typu komiksy, gdzie bohaterowie, ich losy są w sumie drugoplanowe i służą wyrażeniu jakiejś opinii, światopoglądu czy wyznawanej przez autora filozofii sprawiają, że czuję się trochę „oszukany”. Jeszcze pół biedy, gdy co do zasady zgadzam się z przedstawionymi ocenami / przyczynami czy skutkami (tak jak tutaj), lub gdy chociaż tworzą one spójną, przemyślaną wizję. Zawsze jest jednak ryzyko, że na końcu zostanę z poczuciem, że ktoś mi chciał zrobić wodę z mózgu. No, nie tego chcę w komiksie. Od tego mam książki współczesnych myślicieli, media i niektórych znajomych, co znają się na wszystkim i koniecznie chcą się tą wiedzą dzielić. Wrzucanie w komiksy setek odwołań i ukrytych znaczeń, aczkolwiek kunsztowne, czasami właśnie tym dla mnie pozostaje – atrakcyjnym ozdobnikiem, jednak bez wpływu na szerszy odbiór.
Z CE miałem również podobną, niełatwą przeprawę.

W ciszy przeszłości – można by rzec, że to nie jest komiks, tylko ilustrowana książka. I to taka bez bohatera, albo z bohaterem zbiorowym. Autorka przedstawia trudy życia kobiet przez ostatnie 100 lat, może z większym hakiem. Zaczynamy więc w czasach, gdy większość społeczeństwa żyło z uprawy ziemi, rodziny były wielodzietne, starsze dziecko opiekowało się młodszymi i rodzice starali się w miarę szybko wydać córkę w miarę nieźle za mąż (czytaj, żeby duży posag nie był wymagany). Uczucia nie miały dla rodziców znaczenia. Nie każdy mógł sobie na taki luksus pozwolić. I tak przechodzimy przez kolejne lata (wojny, PRL, rodzący się kapitalizm) i zmieniające się, albo i ciągnące się przez kolejne pokolenia, trudy życia.
Podobnie, jak w powyższym przypadku – autorka przedstawia pewien obraz, komentarz, a nie samą historię. Z tą małą różnicą, że nie wprowadza tutaj bohaterów, a raczej robi to za pomocą tekstu i ilustracji w wielu odmiennych od siebie stylach. Mnie przyznam skusiła się pokazana gdzieś ilustracja w formie szkicu, a później już takich nie było zbyt wiele. Spodziewałem się trochę czegoś innego i przyznam, że nie była to łatwa lektura. Komiks zaangażowany.
Na pewno nie jest to komiks dla tych, co nie lubią kobiet. Albo dla tych, którzy wiedzą, co jest dla nich dobre.

Produkt (numer 25) – wzięty z półki, żeby usprawiedliwić przed sobą sens wyprawy do sklepu. Za młodu nie znałem, poprzedni numer odarty przez to z nostalgii nie wydał mi się specjalnie intersujący. Tutaj było lepiej. Przeczytałem chyba za jednym podejściem. Było mniej osiedlowej tematyki / humoru i więcej jakby nowych autorów (Kasia Nie, komiksy ze świata Futuro Darko). Z chęcią przeczytałem też publicystykę (tam krótki komentarz o jakości współczesnej youtubowej „publicystyki”, co to było niedawną tematem zamieszania na forum, ciekawy artykuł o włoskich filmowcach, Broni X i Prosto z piekła).

w0rldtr33 (tomy 1-2) – na świecie wybucha pewnego rodzaju pandemia, która rozprzestrzenia się poprzez Internet, przy pomocy którego coraz więcej osób dostaje się do tzw. undernetu (czytałem po angielsku). Każdy, kto choć na chwilę skupi swój wzrok na tej części sieci dostaje się pod jej wpływ i może wpaść w morderczy szał. Grupka ludzi, którzy kiedyś już w tajemnicy powstrzymali to zagrożenie teraz staje do nierównej walki, żeby powstrzymać koniec świata. Historia nie kończy się na tych 2 tomach, kiedyś mam nadzieję doczytam resztę. Trochę mi przypomina Departament prawdy, z tą różnicą, że wszystko dzieje się na wielką skalę. Zgony idą w setki i ogólnie panika jest coraz bardziej powszechna.

Rising stars (tomy 1-2) – moje pierwsze zetknięcie z tym tytułem. Superhero z większymi ambicjami niż przeciętne rajtuzy okładające się pięściami w nieskończoność z różnymi dziwolągami. Czytając przypominały mi się takie tytułu jak Astro City, Strażnicy (to nie te progi, ale niektóre wątki trochę podobne), czy film Nieśmiertelny. W pierwszym tomie poznajemy genezę pojawienia się 113 osób z nadprzyrodzonymi umiejętnościami (ktoś umie latać, ktoś jest bardzo silny, ktoś potrafi śpiewać, ktoś ładnie wygląda – no nie wszystkie „moce” wydają się być jakoś super istotne). Historia kręci się wokół takich zagadnień, czy te osoby stanowią zagrożenie, czy nie. Jak sobie z nimi w razie czego można poradzić. Sami bohaterowie też mają różne pomysły na siebie. Niektórzy korzystają ze swoich mocy w sposób szlachetny, inni wręcz przeciwnie, a część woli prowadzić życie w oderwaniu od tego całego zamieszania. Oczywiście w końcu dojdzie do wielkiej bijatyki, pełnego patosu przemówień i prężenia mięśni. Z tym, że nie bardzo wiem, co będzie dalej, bo okazało się, że jest jeszcze trzeci tom, którego nie mam. Ale tyle mi chyba wystarczy. Jak się wejdzie w tryb czystej rozrywki (trzymającej jednak jakiś niezły poziom), to można przeczytać i nic (poza rysunkami) nie zgrzyta między zębami. No ja nie przepadam za takim animowanym stylem rysowania.

Sandman. Teatr tajemnic (tom 3) – tom zawiera kolejne 3 historie kryminalne dziejące się w Nowym Jorku na przełomie 1938/39 roku. Tom ten nie różni się jakoś specjalnie od poprzedniego. Może zbrodnie są jakoś bardziej urozmaicone. Niestety, znowu nie siadł mi rysunek. Nie chciałbym powiedzieć, że jest brzydki, ale jest. Nawet młode dziewczyny wyglądają niezbyt atrakcyjnie. Generalnie rysunek pasuje do charakteru opowieści, ale no chociaż twarze można było narysować ładniej.
Tutaj biję się z myślami, czy kontynuować tę serię. Poszczególne historie czyta się przyjemnie, ale no kurna no, są bardzo do siebie podobne. Również rozwój postaci jest prawie zerowy. Niby główni bohaterowie zaszli w swoim romansie dalej, ale to nie Moda na sukces. Ile można kręcić się w kółko? Z tego co rozumiem, to jesteśmy teraz w połowie serii. Nie wiem, czy kolejne trzy tomy są warte miejsca na półce. Już prędzej bym się skusił na wydanie Compendium, ale cena też trochę zniechęca. Jeszcze pomyślę.

Świat mitów (Apollo) – opowieść o bogu, który miał reprezentować harmonię w starożytnym świecie, ale który wcale taki bez skazy to nie był. Tutaj chyba kończę swoją przygodę z tym cyklem. Jakoś mam wrażenie, że ciekawe tematy się skończyły już parę tomów temu.

Bug (tom 4) – ta seria chyba nigdy się nie skończy. Odświeżyłem sobie poprzednie tomy i się zorientowałem, że pierwszy tom wyszedł w 2018 roku. Ponad 7 lat temu. A Bilal nadal nie kończy i mam już coraz większe przekonanie, że nie ma na to pomysłu. Sama intryga od początku mi się podobała, ale akcja w kolejnych tomach zaczyna meandrować. Główny bohater się błąka między różnymi miejscami i grupami, które chcą go przechwycić i wykorzystać na swoją korzyść. I z czasem to napięcie gdzieś się rozchodzi po kątach i wprowadzane są coraz dziwniejsze pomysły. Jak jeden z bohaterów w czwartym tomie zapytał, ale co tu się właściwie dzieje?, to normalnie parsknąłem śmiechem. Ale jak to jest narysowane… W sumie podobnie to innych jego komiksów, co mi zupełnie nie przeszkadza, bo uwielbiam te wielkie plansze i kadry.

* Nie podeszło lub wręcz wymęczyło

Chew (5-6) – historie zaczęły się robić coraz bardziej infantylne, żeby nie użyć większych słów. Czarę goryczy przelał pomysł zrobienie jednym z bohaterów kurczaka-cyborga, który co prawda się pojawiał już wcześniej, ale jako dające się zapomnieć epizody. Pas.

Tajfun (tom 1 zbiorczy) – no nie ma co tu dużo gadać, komiks przeznaczony dla tych, co go czytali w młodości i chcą sobie powrócić do tamtych czasów i poczuć ten sam wiatr we włosach. Dla kogoś, kto nie czytał w gazetowej wersji, to dzisiaj jest to ramotka, co się niespecjalnie dobrze zestarzała. Ewentualnie trzeba być fanem takich pozycji, gdzie się lata po kosmosie z niewyobrażalnymi prędkościami, spotyka obce cywilizacje, które wszystkie mówią w tym samym języku, strzela się laserami ale najchętniej pociągnie się tego czy tamtego z półobrotu jak Chuck Norris. Spróbowałem, nie podeszło. Trudno. Tak tylko dodam, że chyba lepiej by było wydać ten komiks na jakimś offsecie. Trochę mi zgrzytała ta kreda i PRL-owski rysunek i liternictwo. Na mój odbiór by to pewnie nie wpłynęło, ale przynajmniej przyjemniej byłoby trzymać w rękach.

The Woods (tom 2) – wziąłem się za następny tom i tutaj akcja przeskakuje o rok do przodu. Zmienia się też charakter samej historii. Wszyscy się już umościli na nieznanej planecie, zaczynają się jakieś intrygi, spiski i romanse (ten chce z tym, ale ten woli tamtego, a może tamtą, a po 100 stronach dawaj – zamiana). Zupełnie straciłem zainteresowanie serią. Do tego stopnia, że przestałem łączyć imiona z gębami. Wątek porwania ludzi, eksploracji nowej planety zupełnie zniknął. Zaczęło się jakieś Beverly Hills 90210, tylko z okazjonalnym mordobiciem i uśmiercaniem tego i owego. Pas.

Rudo – opasłe tomisko, które reklamowane było tym, że w wielu krajach nie da się tego wydać ze względu na obowiązującą tam poprawność polityczną. Zachęcano do lektury fanów seriali MASH i Kiepskich. Spróbowałem i się okazało, że najbardziej kontrowersyjnym aspektem było zestawienie tych dwóch seriali w jednym zdaniu. Rudo jest zgorzkniałym 30-letnim Słowakiem, który ma podobnie zgorzkniałych znajomych. Toczą ze sobą więc rozmowy na różne tematy, z głównym wątkiem relacji damsko-męskich. W drugiej połowie komiksu treść rzeczywiście zaczyna przypominać serial o Kiepskich, gdy pojawiają się coraz bardziej odjechane wątki i pomysły, jak podróże w czasie. Humor jest dość niewybredny, a to dość swobodna ocena, tego co przeczytałem. Może 20-30 lat temu by mnie to bardziej bawiło. Zresztą trochę przypomniały mi się stare czasy, gdy człowiek mieszkał z kumplami i toczył takie rozmowy do trzeciej nad ranem. Jeden z nich nawet rysował komiks w podobnej estetyce. No dobra, wiadomo – każdy ma swój gust i lubi co innego. Natomiast nie rozumiem zupełnie, dlaczego zdecydowano się przenieść ten komiks na polski grunt. Bohaterowie recytują Pana Tadeusza, w dialogach pojawiają się Rodowicz, Adam Niezgódka, Mrągowo, chyba Zegrze, żart z wyborców jednej z partii. Można było przetłumaczyć i dać przypis wyjaśniający. No zazgrzytało mi to.

East of West (tom 1) – zupełnie nie dla mnie ten tytuł. Na szczęście czyta się szybko i dla spokoju ducha mogłem dokończyć pierwszy tom. Tak to jest, jak ma się kilkaset cyfrowych komiksów, z których wybiera się to, co gdzieś się kiedyś obiło o uszy, ale bez znajomości tematyki.

W nowy rok wchodzę bez zaległości.
Black Dahlia **
Dylan Dog: Mater morbi ***
Chaos, Podróż do piekła ***
Nonnonba **
Historia Dylana Doga **

Offline Nawimar III

Odp: Bo chodzi o to, żeby plusy nie przesłaniały nam minusów - sezon drugi
« Odpowiedź #788 dnia: Śr, 31 Grudzień 2025, 12:30:55 »
Grudzień 
 
Marvel Origins t.76: Kapitan Ameryka 4 – akurat ta seria jest nam oszczędnie dozowana. A szkoda, bo jak dla mnie jest jedną z najlepszych w zasobach Marvela okresu lat 60. To co w nie wyczyniał „Król” Kirby stanowi mocne potwierdzenie zasadności nadanego mu przydomka. Część plansz wprost kipi od zaklętego w nich ręką mistrza energonu, ale i podkupiony od konkurencji Gil Kane zaprezentował się w początkowych epizodach tego zbioru od jak najlepszej strony. Obłędne wręcz wynalazki Red Skulla, zajawka powrotu dawno nie widzianego złoczyńcy, sercowe dylematy tytułowego bohatera, współpraca z amerykańską bezpieką oraz wizyta w Wakandzie to tylko najbardziej ciskające się ku świadomości rozemocjonowanego czytelnika mocne akcenty tej propozycji wydawniczej.
 
Tajfun: Afera Bradleya – dla mnie tytuł z kilku powodów szczególny. Bowiem natknięcie się pewnego zimowego wieczoru 1985 r. na dziesiąty odcinek tej opowieści (zamieszczony rzecz jasna w „Świecie Młodych”) było moim pierwszym zetknięciem się z przygodami dziarskiego agenta służb galaktycznych. Nie będę ukrywał, że było to doznanie z gatunku formacyjnych i w kolejnych miesiącach przejawiło się obsesją na punkcie wyzbierania wszystkich odcinków tej serii. Zadanie się wówczas nie powiodło, ale sentyment do Tajfuna i jego uroczych koleżanek pozostał na zawsze, generując ponadto dodatkowy głód fantastyką we wszelkich jej przejawach. Nawet jeśli z dzisiejszej perspektywy spójność fabularna tego utworu pozostawia to i owo do życzenia, to jednak dosycenie akcją i jak na tamte lata intrygującymi konceptami z zakresu zaawansowanych technologii sprawiło, że na edycji albumowej tej historii wypatrywałem w sposób szczególny. No i się trochę naczekałem, bo od momentu, gdy inne odsłony doczekały się takowych już kilkanaście lat temu, to akurat na tę trzeba było nadspodziewanie długo czekać. Niemniej dobrze, że już jest i z nieskrywaną radością ów album sobie przyswoiłem. 

Najemnik t.11 – początkowo sceptycznie ustosunkowywałem się do mariażu realiów tej serii w jej pierwotnie stricte fantasy kształcie z elementami zaczerpniętymi z fantastyki naukowej. Przekonałem się jednak do tej decyzji autora za sprawą niniejszego albumu, w którym sprawnie połączył on obie jakości. Uwzględniając, że w osobie Vicente Segrellesa (tj. oczywiście twórcy tego przedsięwzięcia) mieliśmy do czynienia z arcymistrzem w swoim fachu, toteż ów mariaż zdecydowanie cieszy oko. Rzeczywistość przedstawiona się rozrasta, a rzeczony nie omieszkał z okazji, by w jak zawsze oszałamiającym swoją jakością dodatku zawrzeć nieco swoich refleksji, tym razem z zakresu jego fascynacji marynistyką.
 
Guy Gardner nr 9
- wraz z niniejszym epizodem Will Jacobs przejął pełnię scenopisarskich ,,sterów” tej serii (wcześniej rozpisywał fabuły nakreślone przez Gerarda Jonesa) i wiele wskazuje, że poradził sobie z tym na miarę jej wcześniejszych, nadspodziewanie udanych epizodów. Na tzw. dzień dobry wyekspediował Guya prosto w kosmos ku kolejnej chryii z udziałem kilku kosmicznych cywilizacji oraz dobrze mu znanej przedstawicielki Korpusu Zielonych Latarni. Dzieje się wiele i znać, że dziać się będzie jeszcze więcej.   

The Ray vol.1 nr 2 - procesu godzenia się z rodowym dziedzictwem ciąg dalszy. A że owo dziedzictwo jest z gatunku zdecydowanie niestandardowych, toteż i próg trudności w tym zakresie okazuje się nad wyraz wymagający. A jednak Ray Terrill stopniowo rozpoznaje swoje możliwości, a nawet zaczyna się ich uczyć. Tzw. szok odkrywczy ma już zatem za sobą, a to oznacza perspektywę nowego etapu w jego już w tym momencie emocjonującej historii.
 
Bohaterowie i Złoczyńcy t. 113. Batman: Uśmiechnięte ryby i inne opowieści – tom ten cieszy mnie szczególnie z udziału w realizacji zawartych w nim historii Marshalla Rogersa. Z opinii zamieszczanych na tzw. zagramanicznych portalach znać, że dla części czytelników jego maniera jest zbyt sztywna (zwłaszcza w kontekście ujmowania sylwetek rozrysowywanych przezeń postaci). Wygląda jednak na to, że zdecydowana większość odbiorców produkcji przezeń współtworzonych wyraża się o jego dokonaniach wręcz entuzjastycznie. Nie ukrywam, że właśnie do tej grupy zaliczam się również ja. Głównie z racji udanej kumulacji w jego pracach mroku i szczegółu. Również w wymiarze fabularnym zbiór zestarzał się na ogół w dobrym stylu, m.in. z racji umiejętnego wnikania Steve’a Engleharta w głębię emocjonalną Bruce’a Wayne’a. No i chwała mu za wydobycie z komiksowego Limbo Hugona Strange’a.   
 
Marvel-Must-Have t.9. Daredevil: Odkupienie – klasyki porównywalnej z pracami Franka Millera czy Eda Bruabakera z tego akurat utworu nie będzie. Niemniej Matt na gościnnych występach z dala od „Piekielnej Kuchni” to nie tak znowuż częste zjawisko. Ponadto jako inspiracja dla tej opowieści posłużyła rzeczywista sytuacja, nieco „podrasowana” przez Davida Hine’a (scenarzystę „Odkupienia”). Co prawda przynajmniej jak dla mnie nie zdołał on wygenerować napięcia, którego potencjał tkwił w tej opowieści, a i konkluzja intrygi wiodącej pozostawia niemało do życzenia. Znać tu ponadto zjawisko papugowane również na naszym podwórku, tj. urojenie wyższościowe samomianowanych „elit” wobec w ich mniemaniu zacofanego plebsu z prowincji. Ogólnie jednak jest to propozycja wydawnicza, która warto w swoich lekturach uwzględnić; choćby z tego względu, że znaczący udział w tym przedsięwzięciu miał Michael Gaydos, dla mnie plastyk, którego przejawów twórczości nigdy za wiele.

Guy Gardner nr 10 – tytułowy „bohater” wielokrotnie miewał sposobność wchodzenia w interakcje z przedstawicielami pozaziemskich cywilizacji (by wspomnieć chociażby epizod ósmy tej serii i „goszczącego” w nim Lobo), ale obecna intryga zdaje się go przytłaczać. Nieprzypadkowo zrobiło się zatem jakby poważniej niż do tej pory, co jednak ujmuje dotychczasowej przebojowości tego przedsięwzięcia. Wygląda jednak na to, że od kolejnego epizodu jest szansa na początek wyjątkowej opowieści. Mowa tu o rozbudowanej retrospekcji przybliżającej dorastanie Guya; do tego rozpisane przez przejawiającego wówczas dobrą formę twórczą Chucka Dixona. Nie ukrywam, że czuję się mocno tą okolicznością zachęcony.

The Ray vol.1 nr 3 – nawet gdyby nie ogólna wartkość scenariusza (w tym umiejętne prowadzenie teoretycznie „zaśniedziałego” herosa Złotej Ery) to już tylko z racji warstwy plastycznej jest to produkcja warta rozpoznania. Staranne nakreślanie form w ramach stylistyki z pogranicza realizmu i groteski nadal prezentuje się bardzo efektownie. Przejawia się to m.in. w wizerunku tytułowego bohatera, jak i scenach testowania przezeń mocy, których dotąd nie był świadomy.
 
Kajtek i Koko: Chybiony strzał – ciąg dalszy intrygi kryminalnej, która w swoim czasie porwała mnie bez reszty. Pod względem jej ogólnej jakości nic, a nic nie straciła ona ze swojej pierwotnej siły rażenia, a miast tego zyskała w kontekście retro-nastrojowości. Na etapie jej realizacji Mistrz Janusz był już w pełni ukształtowanym fachowcem i dlatego odświeżenie sobie tej emocjonującej historii okazało się czytelniczą radością w najczystszej postaci. 
 
Marvel Origins t. 77: Thor 12 – nie będzie zapewne zaskoczenia, że także w tym zbiorze nie brakuje oszałamiających swoją wizualną zjawiskowością rozwiązań formalnych. A przecież mamy do czynienia z pochodną wysiłków plastyka, który nie miał możliwości kształcić się w tym kierunku. Wszystko co był w stanie zaproponować osiągnął ciężką pracą i rozwijaniem rozwiązań stosownych przez jego kolegów po fachu. Efekt wieloletniego wysiłku Jacka Kirby’ego z miejsca znać na podstawie prac zawartych w tym zbiorze, co sprawia, że utwierdzam się w swoim wcześniejszym przekonaniu w myśl którego gdybym był zmuszony ograniczyć nabywanie tej kolekcji do zalewie jednej serii, byłaby to właśnie inicjatywa poświęcona Gromowładnemu.

Guy Gardner nr 11 – nowy scenarzysta (przeżywający wówczas swój najlepszy czas Chuck Dixon) to również otwarcie nowej opowieści o szczególnym ciężarze gatunkowym. Wszak już sam tytuł tej historii („Rok pierwszy”) zasadnie wskazuje, że przed nami wojaż ku przeszłości Guya. Tym bardziej interesująca, że do tego momentu znanej jedynie ze zdawkowej retrospekcji w 195 numerze „Green Lantern vol.2” i jej zmodyfikowanej wersji z mini-serii „Emerald Dawn II”. A przecież indywidualność tego kalibru niewątpliwie musiała przejść arcyciekawy proces formacyjny. Być może aż nazbyt „ciekawy”, na co zdaje się wskazywać już tylko ilustracja zdobiąca okładkę tego epizodu…
 
Sleepwalker Holiday Special nr 1 – jedyne (jak dotąd) wydanie specjalne z tą postacią to co najwyżej ciekawostka, która raczej na dłużej nie „zakotwiczy” się w świadomości jej ewentualnych czytelników. Tytułowy protagonista zmuszony jest w niej skonfrontować się z dżinem gadającym wierszem, co miało pewien potencjał rozrywkowy. Niewiele jednak z tego wynikło, a druga z zawartych tu opowieści przepada w otchłani niepamięci niemal w chwilę po jej rozpoznaniu. Dlatego tym bardziej szkoda, że scenariuszy dla tej propozycji wydawniczej nie rozpisał pomysłodawca Sleepwalkera – Bob Budiansky – który pomimo incydentalnych obniżek twórczej formy na ogół dobrze sobie za materią fabularną radził.
 
The Ray vol.1 nr 4 - etap uświadamiania sobie swojej niekoniecznie oczekiwanej wyjątkowości powoli dobiega końca. A to oznacza, że Ray zmuszony będzie podjąć się obowiązków standardowych dla superbohaterów. Na tzw. dzień dobry dostaje on prosto w twarz Doktorem Polarisem, trzecioligowcem z galerii przeciwników Green Lanterna. W praktyce jednak dla początkującego herosa jest to wystarczająco wymagające wyzwanie, co wizualnie z rozmachem ujął niezmiennie entuzjastycznie usposobiony do tej inicjatywy Joe Quesada.

Marvel-Must-Have t.10. Sub-Mariner: Głębia – duet autorów odpowiedzialnych za to przedsięwzięcie – Peter Milligan i Esad Ribic - bardzo zachęcał do jego rozpoznania. Ogólnie rozczarowania nie ma, niemniej spodziewałem się nieco więcej. Ogólny koncept wiodący był bowiem sensowny. Trudno bowiem o bardziej nośny motyw z kategorii ludzkości niż mit Atlantydy. Kłopot w tym, że trudno budować aurę tajemnicy wobec interpretacji tego mitu w wykonaniu autorów Domu Pomysłów, którzy od zarania tego uniwersum nie szczędzili często detalicznych wręcz szczegółów. Być może z perspektywy „świeżego” czytelnika mogłoby to „chwycić”; mój pech polega na tym, że ja „świeżakiem” pod tym względem od dawien dawna już nie jestem. Ponadto znam też w moim przekonaniu najbardziej udane osiągnięcia Milligana w prezentowanym u nas „Batmanie”. Stąd wiem, że tego autor stać na więcej niż to, co w przypadku tej fabuły zaproponował.
 
Kolekcja Conan Barbarzyńca t. 10 – zbiór wzbudzający we mnie ambiwalentne odczucia. Z  jednej bowiem strony zawarto w nim sprawnie zrealizowaną adaptacje opowiadania Roberta E. Howarda pt. „Szkarłatna cytadela”. Z drugiej natomiast większość tego tomu wypełniono przetworzeniem tekstu teoretycznie powstałego na bazie notatek wspomnianego autora, ale jednak przede wszystkim naznaczonego stylem Lyona Sprague de Campa, jednego z najbardziej znanych epigonów Howarda. Nie jest to rzecz nieudana, ale bez cienia wątpliwości utworom pomysłodawcy Conana ustępująca. Dają o sobie zwłaszcza znać incydentalne dłużyzny, w tekstach Howarda nie występujące, a i prace Johna Buscemy dosycone tuszem m.in. Alfredo Alcali wypadały znacznie bardziej udanie niż przy okazji „Płomiennego noża” (tj. drugiej z zawartych tu opowieści). 
 
Guy Gardner nr 12 - ciąg dalszy wnikania w okres formatywny bohatera tej serii przebiega nieśpiesznie, choć z trafnym ujęciem kluczowych w tym procesie momentów. Rozwój protagonisty poprowadzono przekonująco i prawdopodobnie, bez standardowych dla naszych czasów przegięć i skłonności do eksploatowania tych samych patologicznych motywów. Na ten moment tej opowieści jestem na tak.

The Ray vol.1 nr 5 - ciąg dalszy konfrontacji Raya z Doktorem Polarisem uzupełniono rewelacjami z zakresu genezy oryginalnego dysponenta tego pseudonimu. Znać przy tym, że jego następca w tej roli to znaczny potencjał na mnogość zajmujących fabuł. Szykuje się ponadto mocny finał tej opowieści, co dobrze wróży również na okoliczność otwarcia pełnowymiarowej serii „The Ray”.
 
Kapitan Żbik: Ślady w lesie – muszę przyznać, że jestem mile tym epizodem zaskoczony. Do tego stopnia, że na jego podstawię reorientowałem swoje postrzeganie historii konkludującej serię o „Supermanie z MO” (tego akurat odcinka wcześniej nie znałem). Oczywiście nie obyło się bez aspektu komicznego według schematu znanego z dylogii „Wodorosty i pasożyty”. Także bowiem tutaj wątkiem wiodącym jest pożądliwość pochodnej późnogierkowskiej myśli naukowo-technicznej przez potencje zewnętrzne. Przy okazji grono w moim przekonaniu najbardziej urokliwych niewiast sportretowanych przez mistrza Jerzego – obok m.in. Pazyfae („Legendy Wyspy Labiryntu”) i Oany („Tajemnice Wyspy Wielkanocnej”) – uzupełniła odwiedzona przez Żbika Krystyna Zakolska. Zaiste Mistrz z Bydgoszczy widział jak przedstawicielkom płci pięknej nadać stosownego blasku. 

Odp: Bo chodzi o to, żeby plusy nie przesłaniały nam minusów - sezon drugi
« Odpowiedź #789 dnia: So, 31 Styczeń 2026, 15:12:47 »
  Podsumowanie grudnia. tradycyjnie miesiąc "grubszych" (pod względem autorów, reputacji etc. nie chodzi grubość czy tam objętość) tytułów. Ostatnia z większych "świątecznych" serii zakończona czas by było coś nowego rozpocząć. By było, ale nie do końca się udało, w sumie czasu podczas przerwy świątecznej miałem, ale jakoś tak nie udało mi się rozpocząć czegoś "dużego" (Sandman czeka ciągle, Kaznodzieja, Skalp w końcu zacząć od nowa i tym razem skończyć etc.), no może z jednym wyjątkiem. UWAGA, UWAGA JAK ZAWSZE MOGĄ POJAWIĆ SIĘ SPOILERY!!!


  "The Goon Kolekcja tom 5" - Eric Powell i inni. No i dotarłem do końca prawdopodobnie (ale nie jak Carlsberg wśród piw) najlepszej komiksowej serii na świecie (trochę może przesadzam, ale jest świetna). Początek nieco mnie zaskoczył, po poprzednim tomie oczekiwałem raczej zrobionej na bardziej poważnie fabularnej kontynuacji a tymczasem znalazłem tam kilka humorystycznych historyjek, niezłych w sumie chociaż trochę zasmuciła mnie powtórka z jaszczurką El Diablo, za pierwszym razem to było diabelnie zajebiaszcze, ale nie każdy dowcip da się opowiedzieć więcej niż raz tak aby był zabawny, na dodatek tam to było jednak lepiej skonstruowane. Większą część tomu zajmuje kończąca serię historia zgodnie z oczekiwaniami i zdrowym rozsądkiem opowiadająca o ostatecznej konfrontacji mieszkańców ulicy Smutnej z Sabatem czyli najgroźniejszym z najgroźniejszych wrogów. Tutaj śmieszkowania już nie będzie, jest na poważnie, na dramatycznie a nawet na tragicznie. Zgodnie z konwencją gatunku superhero, którego "The Goon" jest po części parodią, Powell będzie łamał psychicznie Zbira sprowadzając go na dno, po to aby przypomniał on sobie kim on jest i po co istnieje, podniósł się z kolan i dał łupnia wrażym siłom. Ogólnie trochę mi tu przeszkadzało, że autor tak jednocześnie chciał zakończyć serię i chyba nie chciał, na dodatek zakończył chyba nieco przedwcześnie. Ewentualnie Sabat został wprowadzony nieco zbyt późno, story-arki z Labrazziem i Kapłanem Zombie (który tutaj też będzie, tym razem w roli sojusznika), wybrzmiały jednak nieco lepiej z racji tego, że dostali oni więcej miejsca. Mamy tutaj wyraźnie szykowanych na najpotężniejsze zagrożenie członków demonicznej bandy Araba jako mózg operacji oraz Długopalcego jako głównego fizycznego sparingpartnera dla Zbira a ostateczna konfrontacja sprowadza się do jednego zeszytu w którym się okazuje, że jednego wystarczy porządnie jeb...ć a drugiego pokonać przezwyciężając swoją żądzę zemsty. Jakoś tak zbyt zwięźle jest to rozpisane, pomimo tego, że chwilę temu autor wyraźnie się nie spieszył, wstawiając swego rodzaju zapychacze (cały zeszyt z Wyspą Dr.Moreau) a i na kilka powrotów do przeszłości wyjaśniających to i owo znalazł miejsce (to akurat dobrze). Troszeczkę się obawiałem, że na koniec Powell będzie chciał pozabijać swoich bohaterów, co z jednej strony pasowałoby do całości, z drugiej na tyle polubiłem i przyzwyczaiłem się do nich iż nie chciałem ich śmierci. No cóż chyba jednak chęć pozostawienia sobie otwartej furtki i wizja ewentualnego przyszłego zarobku przeważyły nad artystycznym wyczuciem kompozycji. Mogło być na tragicznie, wyszło na nostalgicznie. Zbir i Franky opuszczają miasto (nie pamiętam nawet jak się nazywa a może nigdy nie było to podane?) z którego (być może) została ściągnięta klątwa. Tom najgrubszy z wszystkich pięciu a główna seria kończy się mniej więcej na 2/3 jego grubości. Pozostałe miejsce zajmują króciutka historyjka przedstawiająca (chyba) to co bohaterowie porabiają po zakończeniu i cała masa opowiadanek autorstwa a to jakichś komików a to autorów (znanych nawet bardzo) komiksowych z których wszyscy oni udowadniają (nie pierwszy raz, bo już miało miejsce coś takiego wcześniej) iż "The Goon" potrafi pisać tylko Eric Powell. Do tego garść okładek i rysunków, jednym słowem niespecjalnie ciekawie. Moim zdaniem najsłabszy ze wszystkich tomów, co absolutnie nie znaczy, że słaby. Więcej, naprawdę dobry, po prostu poprzednicy ustawili poprzeczkę tak wysoko iż trochę takiemu wbrew woli zakończeniu nie udaje się doskoczyć. Po zakończeniu zabawy z "Hillbillym" Powell wrócił do "The Goon", ogólnie jestem sceptyczny do takich powrotów twórców do czasów swojej największej chwały, bo to rzadko kiedy się udaje, ale nie oszukujmy się jeżeli Non Stop Comics postanowi to wydać to z pewnością  w przeciwieństwie do przygód Wędrownego Kmiota kupię. A nóż widelec? Ocena 7/10.


  "Maska tom 1" - John Arcudi, Doug Mahnke. Pewnie nie będę specjalnie oryginalny jeżeli zacznę od filmu, tyle że od czego niby miałbym zacząć? To film z Jimem Carreyem, który chwilę wcześniej wskoczył do ekstraklasy hollywoodzkich komików filmem Ace Ventura a tą produkcją tylko przypieczętował swój awans zrobił z Maski światową markę zarabiając jak na tamte czasy bardzo duże pieniądze (nawet jak na te, byłoby całkiem dobrze). Oglądało się tę slapstickową komedię w tamtych czasach namiętnie, byliśmy w kinie, później katowaliśmy na kasecie wideo a i w telewizji często leciał, jednym słowem na punkcie Maski był szał. Był też animowany serial, była gra video (pewnie nie jedna, ale ja jedną widziałem), soundtrack do kupienia na cd i mnóstwo innych dupereli. Z jakiegoś powodu jednakże maskomania tak jak nagle eksplodowała, tak równie nagle zgasła, podejrzewam że z powodu nie nakręcenia części drugiej (takiej prawdziwej) no i późniejszego zamordowania franczyzy wyjątkowo kiepską niby-kontynuacją w stylu straight-to-video. Do głowy mi wtedy nie przyszło, że to ekranizacja komiksu. Gdzieś tam później po drodze dowiedziałem się o tym fakcie, kiedy nie pamiętam, ale jakoś specjalnie do tego wagi nie przyłożyłem, nawet nie zadałem sobie trudu, żeby w internecie obejrzeć chociaż jeden rysunek, Maska była już dawno za mną. No przynajmniej, dopóki się nie dowiedziałem, że ma zostać wydana przez NSC, jakoś tak zainteresowało mnie, że sięgnięto po ten tytuł akurat po zakończeniu The Goon co tak na zdrowy rozsądek oznaczało, że chcą jednego ze swoich koni podmienić innym podobnym, na dodatek zadziałało to na co niewątpliwie liczył wydawca czyli, może nie tyle nostalgia bo szczerze mówiąc miałem ten temat już od dawna kompletnie wiadomo gdzie, ale jakaś taka ciekawość ("no i kurde to Maska, jak ja jako dzieciak lubiłem ten film a w sumie może zobaczę co to jest?"). Jakby nie patrzeć zostało zakupione i przeleżało to trochę na półce aż przyszedł w końcu czas na lekturę. Bohaterem beż żadnego zdziwienia Stanley Ipkiss, za to ze zdziwieniem, że to mocno odmienna postać niż ta grana przez Carreya. Tutejszy Stanley to kompletny frajer, tzn. tamten też był frajer, ale z gatunku tych sympatycznych taki gapowaty nudziarz bez siły przebicia, ten Stanley nie budzi żadnych pozytywnych uczuć, nie lubimy go od samego początku do samego (szybkiego i nieco szokującego) końca. Stanley ma dziewczynę Katherine (to nie ta postać co grana przez Cameron Diaz, chociaż też blondynka i też laska) w przypadku której zastanawiałem się cały czas, co z nią jest nie tak, skoro zadała się z takim przegrywem jak Ipkiss. Z pewnością występuje tutaj jeszcze co najmniej jedna postać znana z filmu, aczkolwiek także mocno odmienna porucznik Calloway, na srebrnym ekranie będący podstarzałym gliną, tutaj młodszy, przystojniejszy i bardziej w typie herosa, zresztą to on po Kathy będzie kolejnym nosicielem maski (jest ich tutaj kilku więcej i raczej nie kończą dobrze).
  Rysunkowo jest strasznie, w sensie rysunki strasznie posysają a nie że strasznie dobre, co szczerze mówiąc nieco mnie zdziwiło Doug Mahnke to nie jest anonim jakiś i wiem doskonale, że on naprawdę potrafi. A tu nie dość, że fabularnie jest marnie, to komiks dobijają kiepskie rysunki w stylu "jakbym to zobaczył w antologii jakichś półamatorów to bym stwierdził, niech ten ktoś próbuje, może kiedyś z niego coś będzie? Jeżeli to mają być prace profesjonalisty to może niech lepiej ten ktoś zmieni zawód". Wygląda to słabo a sprawy nie poprawia fakt iż rysownik nie do końca może dojść chyba do ostatecznego wniosku w jakim stylu on chce rysować, przez co naprzykład Katherine (co do której, autor chyba najbardziej się przykłada, co w sumie nie jest niespotykane, często rysownicy skupiają się bardziej na paniach co jest najzupełniej zrozumiałe) wygląda kreskówkowo jakby była szkicowana przez tego gościa co rysował pin-up girls dla Playboya, nie pamiętam jego nazwiska. Z jednej strony wygląda to fajnie z drugiej na tle innych postaci, jakby była wyrwana z zupełnie innego szkicownika. Po pierwszych 30-40 stronach miałem na poważnie dosyć "Maski". Natomiast dalej sytuacja zmienia się jak w kalejdoskopie. Nie wiem w jaki sposób to było wydawane, czy w zeszytach czy jakoś inaczej, bo w tym zbiorczaku mamy podział na trzy "księgi", ale wszystko jest wydrukowane "ciurkiem" i jakoś już pod koniec pierwszej księgi, rysownik zmienia swój styl chociaż to dopiero przedsmak bo w księdze drugiej rysownik całkowicie odchodzi od bazgrołów jakie prezentował w pierwszej przeskakując na coś co mocno kojarzy się ni mniej, ni więcej a z pracami Geoffa Darrowa, tzn. jeżeli chodzi o postacie, bo tła dosyć często są raczej symboliczne a jak wiadomo Darrow miał tendencje do wciskania w nie obłąkanej wręcz ilości szczegółów, tym niemniej rysunki w części drugiej są po prostu świetne. Co dosyć interesujące w części trzeciej Mahnke ponownie zmienia styl, tym razem na coś bliżej Roba Liefelda (na szczęście bez jego "najlepszych" patentów) co ma pewien sens, bo księga trzecia najmocniej zgrywa się z superbohaterszczyzny więc i tu jest fajnie, aczkolwiek nie będę ukrywał, że najlepiej jednak wygląda środek komiksu. Skracając do minimum, jeżeli zapomnimy o kilkudziesięciu pierwszych stronach (a i one pewnie znajdą swoich koneserów) komiks pod względem rysunków może się podobać.
  Należałoby chyba zacząć od powrotu do tych trzech ksiąg. Albo nie, może tym razem nagroda specjalna, dla tłumaczenia, kolejna zresztą. Zaczyna mnie to drażnić, ale i ten element coraz częściej rzuca mi się w oczy. Po raz kolejny wydaje się przynajmniej po części dziełem jakiegoś zaawansowanego translatora. Nie jest tak źle jak w przypadku "Nocturnals" czy "Spider-Mana Noir", ale naprawdę zdarzają się tutaj dymki, przy których czytając je po polsku, dokładnie wiemy jak one brzmiały po angielsku i równie dokładnie wiemy, że dobrane zostały słowa będące na pierwszej pozycji w słowniku, pomimo że te dalsze, bliskoznaczne ale nie do końca tożsame pasowałyby o wiele bardziej, tyle. No dobra wróćmy do tych ksiąg, tom podzielony jest między no właśnie trzy komiksy występujące pod tytułami "Maska", "Powrót Maski" oraz "Maska Kontratakuje" (jakby zmienić nieco kolejność, bardziej by się to rzucało w oczy). No i tu moje zdziwienie to wcale nie są trzy historie, więcej spodziewałem się raczej mocno luźnej komediowej konstrukcji, szeregu gagów pokroju wręcz progów z 2000AD, tymczasem dostajemy tutaj jedną zwartą, konsekwentnie prowadzoną historię (lub raczej wymyślaną na bieżąco symulację takowej) co do której jakbym nie wiedział to bez problemu uwierzyłbym, że to było pisane jako jedna, osobna powieść graficzna (z powracającym poszczególnymi wątkami czy postaciami). Co do treści owszem przypomina ona nieco film (niektóre sceny są skopiowane), czyli mamy do czynienia z komedią (tutaj bardziej satyrą niż w przypadku produkcji z Jimem Carreyem) połączoną z (nie)typowym przedstawicielem gatunku "od zera do bohatera" oraz gangsterskiej opowiastki. Różnica natomiast w poziomie przemocy w filmie była on bardziej domyślny niż pokazany na ekranie, tutaj na o wiele większym poziomie, ale też chyba nie aż tak strasznie wysokim jak straszyli niektórzy recenzenci, jest kilka komiksów na naszym rynku o wiele ostrzejszych pod tym względem. Daje trochę do myślenia ilość zabitych przez Maskę policjantów w pierwszej księdze, dzisiaj coś takiego by raczej nie przeszło (no i ciekawe dlaczego Arcudi tak się na nich uwziął, czyżby jakiś mandacik mu wiercił dziurę w głowie?). Najbliższym odpowiednikiem Maski będzie no cóż raczej Lobo. Autor w tym wypadku starał się urozmaicić nieco schemat "frajer dostaje maskę, zmienia się w Supermana a później, najczęściej gdy już jest zbyt późno, orientuje się, że to nie on już steruje swoim życiem i upada" zmieniając jej właścicieli. Tak jak w filmie maska tutaj będąca przedmiotem pochodzącym z Afryki (w przeciwieństwie do filmu gdzie była maską Lokiego co szczerze mówiąc miało o wiele więcej sensu) wydobywa ze swoich posiadaczy i zwielokratnia raczej te najgorsze cechy charakteru niż najlepsze, więc ta decyzja scenariuszowa jest jak najbardziej na plus. Chyba najfajniejszym przypadkiem jest palacz marychy, któremu maska nie daje żadnych supermocy a nawet tej zielonej gęby, tylko zmienia się w jego własną twarz i funduje nieustanny bad trip. Szczerze nie spodziewałem się specjalnie wiele po tym komiksie, kupiłem go raczej z powodu dawnej sympatii i chęci obadania tego czym NSC próbowało wypełnić wyrwę po "The Goon". Niespecjalnie lubię slapstick zwłaszcza w kreskówkowym wydaniu (no chyba że to Looney Toones), wyrosłem też już chyba trochę z tego typu "punkowych" głupawek (chociaż podobno się z tego nie wyrasta). I ku mojemu zdziwieniu nawet się wkręciłem, więcej jak dla mnie najlepszym elementem był ten, który przed rozpoczęciem lektury tak na zdrowy rozsądek postawiłbym na ostatnim miejscu wśród tych które mogą być niezłe. A mianowicie jest to fabuła. Podobała mi się, jest interesująca, pisana w dobrym tempie sprzyjającym przewracaniu kartek i naprawdę z ciekawością brnąłem do przodu chcąc się przekonać, kto następny włoży magiczną maskę i co stanie się z bohaterami, którzy już występują. Nie będę wciskał, że to jakieś "musisz-mieć-bo-inaczej-nie-będziesz-mógł-się-nazywać-prawdziwym-czytaczem", ale powtórzę jeszcze raz, no podobało mi się i co zrobić? Ocena 7/10.


   "Criminal tom 1 Tchórz/Lawless" - Ed Brubakrer, Sean Phillips. Muszę przyznać, że z dozą pewnej a nawet dużej ciekawości podszedłem po raz pierwszy do tej serii. Podobno jednocześnie początki wspólnej pracy i opus magnum dosyć znanego duetu, na dodatek mocno reklamowana przez przynajmniej część forum. Tyle, że ja szczerze mówiąc jakoś nadzwyczajnie nie cenię Eda Brubakera jako scenarzysty (komiksowego bo serialowe nakręcone przez Winding-Refna "Too Old to Die Young" jest zajebiaszcze uważam). Owszem przyznaję gość jest dobry i stanowi pewien gwarant przyzwoitego poziomu (z jakimś drobnymi wyjątkami pokroju ten komiks o Avengers na Marsie - kompletny kasztan), ale jednocześnie nigdy jak na moje oko eksperta, nie stworzył nic już nawet nie mówię o jakichś arcydziełach, ale czegoś choćby świetnego, dla mnie uzdolniony rzemieślnik, znany z kryminałów pisanych od sztancy w rytm rysunków tego samego rysownika i kilku dobrych pozycji kalesoniarskich (Kapitan Ameryka też był dobry), ale to tyle. Drażni mnie na dodatek, te jego nagminne wciskanie treści SJW. Tutaj odrazu w przedmowie dostałem strzał między oczy, a mianowicie historyjkę o tym, że Ed Brubaker pisze gangsterskie historie bo sam kiedyś o mało co jednym z nich nie został i środowiska doskonale zna. Takim raczej z banana wystruganym, patrząc na życiorys, no ale dobra. Zresztą starczy już chyba tego znęcania się nad kolesiem, którego komiksy w sumie lubię, bo z której strony by nie patrzeć są całkiem niezłe. Jak w tytule tom podzielony na dwie części. Criminal jest komiksową serią, ale z wyraźnie oddzielonymi story-arkami w sposób mający ułatwiać późniejsze zbijanie pojedynczych zeszytów w zbiorcze tomy (patent znany z superhero). Bohaterem pierwszej będzie Leo Patterson, chłop trapiony paranoją na punkcie tego iż nie chce zakończyć życia w więzieniu jak jego ojciec, toteż zamiast zająć się czymkolwiek innym zostaje przestępcą, który jest znany z tego iż zawsze daje dyla w razie jakichkolwiek kłopotów dzięki czemu dorobił się odpowiedniej ksywy, ale jednocześnie posiadający chyba silny street-credit w środowisku (???). Genialny kryminalista co zajmuje się wyciąganiem portfeli z kieszeni, bo kiedyś coś tam. No nie mogę przyznać, żeby to jest najbardziej konsekwentnie i sensownie stworzona postać jaką widziałem, jest trochę głupiutko na tych pierwszych stronach, ale przymykamy oko. W każdym bądź razie Leo dostaje od znajomego skorumpowanego gliniarza propozycję z gatunku tych nie do odrzucenia napadu na policyjną furgonetkę przewożącą diamenty. Plan w oczywisty sposób jest tak śmierdzący iż Leo nie musi nawet w niego wchodzić, żeby odczuwać chęć ucieczki, ale dzięki szantażowi a także włączeniu się do sprawy żony jego byłego wspólnika którego pozostawił na śmierć - wesołej dzieciatej wdówki z narkomańską przeszłością, której jakby nie patrzeć jest winien honorowy dług (a na dodatek faktycznie potrzebuje pieniędzy), chcąc nie chcąc się zgadza. Nie potrzeba dzwonić do Jackowskiego, żeby po pierwszym zeszycie wiedzieć, że napad nie pójdzie tak jak miał pójść a Tchórz zostanie postawiony w sytuacji w której po raz pierwszy w życiu postanowi nie uciekać. Historia numer dwa przedstawi czytelnikom postać Tracy Lawlessa syna legendarnego w całym mieście (nie pamiętam, ale chyba nie jest podane jakiego - raczej fikcyjne) nieżyjącego już Teega Lawlessa członka najostrzejszej ekipy w całym mieście, podobno wyjątkowego skurwysyna o którym wspomina się dużo, ale nigdy dobrze. Tracy wraca do miasta, aby dowiedzieć się co się stało z jego młodszym bratem Rickym, bratem którym miał się opiekować a który skończył przeistaczając się w młodszą wersję ich własnego ojca i zalegając w jakimś zaułku z kilkoma kulkami w ciele. Ricky był podobno członkiem jakiejś ekipy parającej się napadami z bronią w ręku, więc Tracy postanawia pod kamuflażem (który ułatwia mu pokryta bliznami twarz - nie rzuca się w oczy absolutnie) dołączyć do niej jako nowo członek w wakatujące po bracie miejsce. Sprawa tym prostsza bo jest doskonale wyćwiczonym przez Wujka Sama komandosem. Dalej to wiadomo, kobieta, nieufny szef, ściągające bohatera mafia i przeszłość, fabuła jest równie przewidywalna co w części pierwszej.
  Rysunkowo to co znamy z innych tworów stałego duetu, nieco niedbale i czasami ledwie szkicowo, ale jednocześnie wszystko ma ten swój sznyt rysunku realistycznego. Jednakże nie zapominajmy że to ich dopiero druga kooperacja. Phillips dopiero na początku swojej kariery rysownika, wychodzi mu to wszystko bardziej agresywnie, bardziej jakby chropowato, wszystko kreślone jakby grubszą krechą i tutaj wychodzi to na dobre. Do tego wyblakłe, sprane kolory nałożone przez Vala Staplesa pasują jak pięść do nosa. Ja wiem, że ten frazeologizm oznacza iż coś tam totalnie nie pasuje, ale jak dla mnie do niektórych nosów pięści pasują idealnie i tak jest w tym przypadku. Do tego trochę cycków, trochę rozlewu krwi, autor nie epatuje tym jakoś szczególnie mocno, ot tak co jakiś czas, aby przypomnieć że to komiks tylko dla dorosłych, jakby się komuś zapomniało.
  Wspomniałem już o tym, że historie są raczej przewidywalne? Cóż postacie są równie stereotypowe, pozlepiane kompletnie z klisz. Jakbym chciał się wymądrzać to użyłbym w tym momencie słów konwencja neo-noir i pewnie wszyscy by się cieszyli, bo to zawsze dobrze wygląda. Owszem Criminal sięga głęboko po noirową stylistykę, ale to jednak nie ten gatunek trochę.  Do czynienia mamy z bardziej z dramatami sensacyjnymi z pewnymi elementami kryminału. Czarny kryminał charakteryzuje się o wiele spokojniejszym tempem a także paradoksalnie dosyć, często obecnością (oczywiście czarnego) humoru, tutaj humoru absolutnie brak. Nie ma nadziei, na niebie wieczne chmury z których pada deszcz, zresztą znaczenia nie ma czy chmury są czy nie bo i tak prawie cały czas jest noc a droga do odkupienia wiedzie zazwyczaj poprzez sosnową skrzynkę. Jak mężczyźni to z reguły małomówni twardziele, tak twardzi, że pijąc whiskey jako przegryzki używają kieliszków. Tzn. używali by ich jakby potrzebowali przegryzki, ale nie potrzebują bo są tak twardzi. Jak kobiety, to naznaczone tragicznym rysem miejscowych lafirynd, które za każdym razem wyznają starą ludową prawdę, że łobuz kocha najbardziej. No, ale oczywiście to nie może być tak, że oni wszyscy tacy płascy, każdy z bohaterów ma swoją GŁĘBIĘ™. GŁĘBIĘ™ spowodowaną tragicznymi wydarzeniami z przeszłości i wyrażaną nie za pomocą słów, bo prawdziwi twardziele cierpią w milczeniu, tylko za pomocą wewnętrznych przemyśleń. Kobiety swoją GŁĘBIĘ™ wyrażają wypłakując się w łóżkach w ramiona twardzieli, rozpoznając zapewne po GŁĘBOKIM™ spojrzeniu, że kolejny recydywista w ich życiu, zapewni im szczęśliwą przyszłość, tak to mniej więcej wszystko tutaj wygląda. Owszem ktoś mógłby sobie pomyśleć, że to kiczem jakby jedzie, no ale tutaj w sukurs przychodzi nam kolejne słowo jeszcze bardziej lubiane przez wszelkiej maści recenzentów a mianowicie "samoświadomy". Zasada działania mniej więcej chyba znana, jak coś jest głupie, to jest głupie, jak coś jest samoświadomie głupie to tak naprawdę jest mądre. Tyle, że ja nie jestem przekonany o jakiejś specjalnej samoświadomości Brubakera, tu wszystko jest tak na strasznie poważnie, momentami wręcz z kijem w dupie a jakoś nie widać jakiegokolwiek mrugnięcia okiem do czytelnika, autor chyba próbuje wycisnąć sam koncentrat historii z pogranicza sensacji i kryminału, tak żeby wszystko wyszło jak od linijki i bez żadnych uchybień. No i czy to komuś przeszkadza, że Criminal jednak trochę balansuje na granicy tandety nawet i w sposób niesamoświadomy? Jakiejś tam części czytelników, pewnie i będzie, ale zdecydowanej większości nie powinno, zresztą przodkowie literaccy tej serii wywodzą się z dime novels więc grafomania jest jakby wpisana nieco w etos. Raz, tak jak powyżej wspomniałem nie do końca jestem wielbicielem Eda Brubakera to na pewno nie mogę mu odmówić tego, że jest doskonałym opowiadaczem. Nie mam nawet wątpliwości, że chłop jest gwiazdą wszelkich cocktail party na których wszyscy czekają aż opowie jakąś anegdotę, on wie gdzie postawić przecinek, gdzie kropkę, kiedy zwolnić tempo a kiedy zmienić temat, przez większość jego komiksów da się po prostu "przelecieć". Dwa uwagę zwraca nie tylko dobrze przemyślana, ale i równie wprawnie zbudowana (co nie zawsze chodzi ze sobą w parze) konstrukcja utworu. Mamy niby do czynienia z iluś tam zeszytową serią, ale nie ma tu żadnej ciągłości fabularnej, nie ma nawet ciągłości czasowej, nie ma jednego bohatera bo kolejne opowiadania skaczą po różnych postaciach (w momencie gdy to piszę, czytam już drugi tom więc się upewniłem co do przypuszczeń po lekturze tomu pierwszego), co ma tę zaletę że nie zdążymy się zmęczyć i mamy już co innego. Postaciach, które żyją w tym samym mikro-świecie przestępczego podziemia Ameryki. Akcja skupia się wokół speluny ochrzczonej jak Undertown (z przepaloną od zawsze ostatnią literą w neonie dlatego nazywaną potocznie Undertow) będącej swego rodzaju hubem dla całej miejskiej szumowiny, wśród której bohaterowie uchodzą za swego rodzaju miejskie legendy. Ktoś kto był pierwszoplanową postacią w jednej nowelce, w kolejnej będzie postacią z trzeciego planu, albo pojawi się gdzieś w tle na dwóch kadrach, chyba wiadomo o co chodzi. Z jednej strony całkiem to pomysłowe, z drugiej mam  lekkie obawy czy grono znajomych nie okaże się jednak zbyt ścisłe i nadzieję, że będzie okazja spojrzeć na kryminalny półświatek bardziej z zewnątrz. Zresztą co ja tu będę chrzanił po próżnicy, najbliższe skojarzenie to będzie Sin City. Criminal to może i bardziej stonowane, mocniej osadzone w rzeczywistości i nie tak awangardowe pod względem oprawy graficznej, ale to Sin City XXI wieku, nie da się chyba lepiej tego zareklamować. A samo w sobie to naprawdę dobry komiks, w którym kibicujemy bohaterom nie dlatego, że są dobrzy, ale dlatego że mają swoją GŁĘBIĘ™ a ci po drugiej stronie lufy są jeszcze gorsi. Komiks umiejscowiony w świecie w którym ile skoków byś nie zrobił to i tak zawsze będziesz miał długi a ile wódy nie wychlał to i tak w końcu przetrzeźwiejesz i się obudzisz tylko po to aby przekonać się, iż dzisiaj jest jeszcze gorsze niż wczoraj. Sporo opinii można znaleźć, że dalsze tomy są jeszcze lepsze. Dla mnie wystarczy żeby były chociaż tak porządne jak ten. Ocena 7+/10.
 

  "Criminal tom 2 Umarli i Umierający/Fatalna Noc" - Ed Brubakrer, Sean Phillips. Tak mi podeszło pierwsze, że odrazu zacząłem drugie. Tym razem niewielka odmiana struktury, album nr 1 w tym tomie to trzy krótsze historyjki, na dodatek cofające czytelnika w czasie do lat 70-tych. Pierwsza o Sęku, kulawym barmanie i zdaje się właścicielu Undertow, który robi tam za miejscowego Yodę, tzn. dla każdego ma bardzo mądrą radę i pomimo tego, że jest neutralny to zawsze pomaga bohaterom, co w rzeczywistości pewnie szybko skończyło by się zalaniem betonem w jakichś fundamentach, ale tutaj pomaga mu na luzie funkcjonować. Co dosyć ciekawe, Sęk pomimo że wielki drab i powiązany od najmłodszych lat ze światem przestępczym (i to na dosyć wysokim poziomie) ani w młodości, ani później nie był przestępcą per se. Druga w końcu nam przedstawi słynnego Teega Lawlessa, jeszcze kochającego ojca i weterana oddziałów specjalnych ze zrytym w Wietnamie beretem (zero zdziwienia, pamiętajmy o stalowej zasadzie, że źli nie są źli bo są źli, tylko zawsze ich krzywda spotkała wcześniej, za wszystko odpowiadają warunki zewnętrzne a nie sam zainteresowany), który dopiero rozpocznie swoją przestępczą karierę (aczkolwiek przed zaciągiem, też raczej nie był aniołkiem). Opowieść z numerem trzy to historia (a raczej jej początek, możliwy powrót do tematu) czarnoskórej tancerki erotycznej obarczonej problemem z narkotykami (ze wszystkim innym chyba też). Album numer dwa to powrót do starej formy czyli kilku-zeszytowa jednej historii. Tak stwierdziłem poprzednio, że dobrze by było mieć okazję spojrzeć na świat Kryminału trochę z boku i proszę już w tomie drugim mamy tę okazję. Co prawda główny bohater pojawił się już w tomie pierwszym i raczej nie da się nazwać go krystalicznie czystym, ale do miana bandziora czy sztandarowego dla serii twardziela bardzo mu daleko, raczej zwykły facet prowadzący nudne i normalne (na pozór) życie. I niespecjalnie przypadła mi ona do gustu, drażniła mnie od początku groteskowa wręcz bezwolność bohatera dzięki której dał się zastraszyć parze takich łajz, która wynikała chyba wyłącznie z decyzji scenarzysty co do umiejscowienia punktu zaczepienia. Później zaczynają się się fabularne zwroty i jeżeli będziemy rozpatrywać pod względem realizmu, to są one durnowate i kompletnie nierealne, ale jeżeli zastanowimy się nad frajdą jakie dają przy czytaniu to dojdziemy do wniosku iż Fatalna Noc jest znakomita, zaskakująca i daje mnóstwo fanu. Na pewno też plusik za nieco meta-zawartości, bohater jest twórcą komiksów co nie pozostanie bez wpływu na fabułę. Rysunki to samo właściwie co wcześniej, szczerze mówiąc dopiero przy drugim tomie zauważyłem prawidłowość, o ile większość rysowników większą uwagę przykłada do rysowania kobiet (i słusznie czy istnieje coś bardziej wartego narysowania niż kobieta?) niż do mężczyzn z reguły nieco je idealizuje. Tutaj może nie to, że jest odwrotnie bo facetów rysuje się normalnie, ale tutejsze femme fatales to oczywiście raczej atrakcyjne dziewczyny, tyle że żadne piękności w stylu Veroniki Lake czy Lauren Bacall, co jednak dodaje całości trochę realizmu. Moment wyżej, stwierdziłem iż wystarczy mi, poziom który dostałem w tomie pierwszym, już tom drugi daje mi szybką kontrę, jest jeszcze lepszy. Ocena 8/10.


  "Sędzia Dredd - Kompletne Akta tom 4" - Alan Gran, John Wagner, Mike McMahon i inni. O ile dobrze pamiętam (mam prawo nie pamiętać przy tempie czytania jednego tomu co rok) to spore nowum w serii, jedna historia zajmująca pół tomu. Najstarszy prekog Mega-City-One przed swoją śmiercią, przedstawia ostatnią przepowiednię (a sprawdzają się one w 88% - liczba zapewne nieprzypadkowa), że metropolia ulegnie zagładzie a ocalić je może tzw. Sędziowskie Dziecię, które również będzie obdarzone mocą przewidywania przyszłości a jego przeznaczeniem zostać Najwyższym Sędzią. Ów tajemniczy zbawca mieszka gdzieś na Spustoszonych Ziemiach a w misję mającą na celu jego odnalezienie zostanie wysłany nie  ten co widnieje w tytule. Niestety po kilku(nastu) mniej lub bardziej dziwnych przygodach, zadanie zakończy się klęską, bo na Sędziowskim Dziecku położy łapy nie kto inny a rodzinka Angelów, która po dotarciu do Texas-City ucieknie statkiem kosmicznym, więc bohaterowi nie pozostanie nic innego, jak ruszyć za nimi w pościg. Do pomocy Dredd dostanie wierną i wyszkoloną załogę, wśród której m.in. znajdą się debiutująca kolejna bardzo ważna dla całej serii postać, sędzia Hershey (w filmie z Sylwkiem w wykonaniu Diane Lane, żal że bez ikonicznej fryzury), oraz sędzia Lopez robiący tutaj za comic-relief (Dredd non-stop przypier...nicza się do niego o wąsy). Podczas gonitwy za przestępcami po całej galaktyce Dredd i załoga przeżyją mnóstwo jeszcze dziwniejszych perypetii niż na Spustoszonych Ziemiach. Już od samego początku, jak tylko przeczytałem o tych 88%, byłem przekonany, że cała ta akcja z Sędziowskim Dziecięciem okaże się zwykłym humbugiem, ale jednak autorom udało się mnie zaskoczyć i rozwiązali sprawę w dosyć niespodziewany sposób. Nie zapominamy cały czas, że tytuł wydawany w tzw. "progs" więc ta ciągłość fabularna to taka trochę umowna i spokojnie większość materiału można by było dowolnie zmiksować. Po powrocie na Ziemię wrócimy do standardowych nowelek krótszych bądź dłuższych (czyli też krótszych), krążących wokół standardowych problemów Mega-City (czyli czasami kompletnie niestandardowych). Jednym z moich faworytów będzie ta o wesołym miasteczku, które ma na celu wyzwalać agresję wizytujących co będzie skutkowało rozładowaniem napięcia w życiu codziennym, wizyta Dredda oczywiście bardzo sceptycznie podchodzącego do pomysłu, skończy się równie oczywistymi zamieszkami z mnóstwem ofiar śmiertelnych. Co dosyć interesujące w kilku miejscach znajdziemy reperkusje podróży Dredda po kosmosie i wydaje się, że ten wątek wcale się jeszcze nie zakończył.
  Rysunki standardowo dla serii (chyba, przeczytałem tylko te cztery pierwsze), znakomite i pisząc znakomite mam na myśli naprawdę znakomite, zresztą i nazwiska są takie, cała masa gwiazd (Bolland, Gibson, Dillon) dla których praca nad Dreddem była poligonem doświadczalnym i trampoliną do Stanów. Mimo takich znakomitości faworytem w tym tomie pozostaną dla mnie prace McMahona, które co interesujące po nałożeniu koloru (jedna historia kolorowa na samym końcu), mocno przypominają rysunki jednego z moich ulubieńców Cama Kennedy. Nieco w opozycji do poprzednich tomów, brakuje tutaj bardziej dramatycznych opowiadań a praktycznie wszystko jest na wesoło. Tzn. to cecha charakterystyczna serii od samego początku, gdyż Sędzia Dredd, jest w dużej mierze satyrą, ale zawsze znajdowało się co nieco również "na poważnie", tutaj praktycznie takich komiksów nie uświadczymy (co nie oznacza, że wcale oczywiście). Cała reszta jak zwykle, Sędziego Dredda można potraktować jako swego rodzaju protoplastę "Czarnego Lustra", może niekoniecznie pod względem technologii (chociaż i takie wątki się znajdą) a bardziej pod względem socjologicznym i co najlepsze (i najstraszniejsze jednocześnie) większość rzeczy jest do dzisiaj aktualna, ba niektóre nawet aktualniejsze. Na dodatek całość pomimo umiejscowienia akcji w USA, treść jest w oczywisty sposób umocowana w Wielkiej Brytanii. Miłośnicy filmowych klimatów pokroju Kwadrofonii, Mechanicznej Pomarańczy czy fani dorobku Alana Clarke poczują się jak u siebie w domu (chociaż jak wspomniałem wyżej w tym tomie jest nieco więcej na przygodowo) i wcale się nie dziwię, że chociaż Dredd uniwersalny w treściach ale to właśnie Brytole szczególnie pokochali swojego faszystowskiego gliniarza, który za pomocą pięści, pały i gnata będzie im nabijać rozum do głów, bo to przecież też komiks o nich. Ciekawy jestem szczerze mówiąc to późniejszych tomów, gdzie podobno jest zupełnie inaczej (zresztą czytałem np. Szambalę lainową i faktycznie to inny komiks), ale te pierwsze tomy to znakomita lektura, aczkolwiek nie sądzę żebym mógł ją polecić każdemu. Pomimo to (będę korygował nieco system ocen o tym kiedy indziej), wystawiam ocenę bardzo dobrą i trzymam kciuki za Ongrys, aby się nie poddawał. Ocena 8/10.

Offline Nawimar III

Odp: Bo chodzi o to, żeby plusy nie przesłaniały nam minusów - sezon drugi
« Odpowiedź #790 dnia: Cz, 05 Luty 2026, 14:16:01 »
Styczeń

Bohaterowie i Złoczyńcy t.115. Nightwing: Skacząc ku światłu - na tle trwającego od lat niedoboru wyróżniających się scenarzystów Tom Taylor to zjawisko, którego nie sposób przecenić. Dość wspomnieć, że nawet pozornie tak monotematyczne przedsięwzięcie jak seria ,,Injustice” okazała się w jego wykonaniu emocjonującą przygodą. W powierzonym mu ,,Nightwingu” nie był już ograniczony motywem wiodącym, co umożliwiło mu zaproponowanie rozpisanej na lekko opowieści o ujmującym, ofiarnym człowieku, o mocnej kulturze wewnętrznej, którego nie sposób nie polubić. Na dodatek wykreował intrygującego adwersarza oraz umiejętnie wkomponował w tok poszczególnych fabuł innych przedstawicieli bat-familii. W wolnej chwili chętnie sięgnę po opublikowany przez Egmont ciąg dalszy tego stażu.
 
Guy Gardner nr 13 – pozornie otrzymujemy treści oczekiwane i przewidywalne (dorastający Guy nie stroniący od rozrób), a jednak jest też kilka niespodzianek, korzystnie tę postać rozwijających. Do tego stopnia, że aż szkoda iż dni tej serii w jej ówczesnej postaci, były już wówczas policzone.
   
Marvel Origins t.78: Avengers 9 - kolejny emocjonujący zbiorek dosycony akcją i liczną obsadą, aczkolwiek trudno opędzić się od poczucia, że gdyby za jego wykonanie odpowiadali pierwsi twórcy tej serii - Stan Lee i Jack Kirby - niniejsze przedsięwzięcie prowadzone byłoby z jeszcze większym rozmachem i rozbuchaniem.

Jeremiah t.31 - stwierdzenie w myśl którego Hermann Huppen to arcymistrz zarówno w wymiarze plastycznym, jak i konstruowaniu precyzyjnych (i zajmujących zarazem) opowieści to oczywiście wyświechtany banał. W przypadku tej odsłony zapisu niekończącej się wędrówki zaradnych łazików mamy do czynienia z takim właśnie utworem. Jednak jak dla mnie tym razem coś poszło nie do końca tak (mimo że to wciąż udane przedsięwzięcie) i pewne ,,składniki” tej historii nie do końca właściwie ,,zagrały”. Przy czym raz jeszcze znać, że obniżenie jakości papieru używanego przy produkcji polskiej edycji serii ujęło nieco jej warstwie plastycznej.
 
The Ray vol.1 nr 6 - finał tej mini-serii nie pozostawia złudzeń: był to projekt wyliczony na wygenerowanie popularności wystarczającej do uruchomienia pełnowymiarowego miesięcznika. Osiągnięto to poprzez jak na tamte czasy nowoczesną warstwę plastyczną i wizerunkowo wprawnie zaprojektowanego herosa o potencjale zainteresowania również młodszych wiekiem czytelników. Względnie niewiele później takowy miesięcznik rzeczywiście uruchomiono. Ray okazał się przy tym pionierskim przedstawicielem młodocianej generacji herosów uniwersum DC pierwszej połowy lat 90., już niebawem wzbogaconej m.in. przez Kyle’a Raynera (,,Green Lantern vol.3”), Connora Hawke’a (,,Green Arrow vol.3”), Barta Allena (,,Flash vol.2”/,,Impulse”), a krótkotrwale również protagonistów takich serii jak ,,Anima” i ,,Damage”. Można zatem zaryzykować twierdzenie, że niniejsza inicjatywa okazała się dla DC Comics wspomnianego momentu dziejowego przełomowym wydarzeniem. Na pewno był to również punkt zwrotny w twórczej aktywności Joe Quesady, autora, który w kontekście problemów Marvela z 1996 r. (a de facto większości wydawców publikujących produkcje superbohaterskie) stał się osobowością z gatunku opatrznościowych. Po pełnowymiarową serię z udziałem Raya sięgnę pewnie za względnie niebawem.
 
Vasco – wydanie zbiorcze, księga 9 – zbiór wyjątkowy przede wszystkim z tego względu, że w trakcie realizacji zawartych w nim opowieści zmarł pomysłodawca serii, Gilles Chaillet. Wielka szkoda, bo nie był on w wieku przesadnie zaawansowanym (65 lat), a przy tym do ostatnich dni życia wykazywał nieustanny entuzjazm na rzecz rozwijania swojego ukochanego komiksowego „dziecka” (tj. oczywiście serii „Vasco”). Przynajmniej na etapie niniejszego wydania znać, że scenarzysta, który zastąpił go w tej roli – Luc Révillon – wczuł się w ducha tego przedsięwzięcia i sprawnie je kontynuował. Nie zabrakło zatem standardowych dla losów Vasca egzotycznych lokalizacji oraz konieczności borykania się z „piętrowymi” intrygami. Żal, że przed nami już tylko jedno wydanie zbiorcze tej w swojej kategorii klasycznej serii. 

Marvel-Must-Have t.11. Marvel Knights: Czarna Wdowa
– album efektowny już tylko pod względem wizualnym, stylistycznie mocno zróżnicowanym. Fabuły zebranych opowieści statusu klasyków niemal na pewno nie osiągną; niemniej w wymiarze stricte rozrywkowym, utrzymanym w nastrojowości szpiegowsko-sensacyjnej, spełniają przeznaczoną im funkcję. W swoim czasie Sean Howe (autor „Niezwykłej historii Marvel Comics”) z lekka utyskiwał na mnożące się „podróby” czołowych herosów Domu Pomysłów (vide m.in. Thor/Thunderstike oraz Iron Man/War Machine). Z mojej perspektywy nie było w tym nic złego, bo większość z tych osobowości na ogół była sensownie dopracowana, a przy tym można było je potraktować w kategorii wariantów rozwojowych ich „pierwowzorów”. Nie inaczej sprawy maja się jak dla mnie w przypadku Jeleny Biełowej, która zasiliła szeregi najpopularniejszego uniwersum superbohaterów jako „dublerka” Czarnej Wdowy. Dzięki temu na dodatkowej głębi zyskała postać Natalii Romanovej, jak również kinematograficzna emanacja Marvela z racji dobrze odebranej kreacji Jeleny w wykonaniu Florence Pugh. Stąd także ten zbiór odbieram pozytywnie. 

Guy Gardner nr 14 - konkluzja ,,Roku pierwszego” okazuje się trafnym podsumowaniem dotychczasowej aktywności protagonisty tej serii, a zarazem dowodem, że jednak i on zdolny był do niekoniecznie sobie przychylnej autorefleksji. To dobry moment na początek gruntownego przełomu w życiu Guya, co o tyle dobrze się składa, że takowy jest już dostrzegalny na horyzoncie...

The Prowler vol.1 nr 1- od momentu, gdy w moje łapki wpadł ,,Spider-Man" nr 7/1991 z udziałem m.in. Prowlera postać ta z miejsca mnie ,,kupiła”. Do tego stopnia, że byłem gotów nabywać solową serię z tym bohaterem. Tyle że takowej wówczas nie było... I to nie tylko u nas, ale również w mateczniku superbohaterskiej konwencji. Niniejsza inicjatywa twórcza jest nieco późniejsza niż wspomniana odsłona polskiej edycji ,,Człowieka-Pająka” (1994) i wykazuje cechy stylistyczne oraz dramaturgiczne tamtych czasów. Mi to akurat odpowiada i stąd także ta opowieść w której tytułowy bohater stawia czoła dysponentowi opracowanej przezeń technologii okazała się relaksującą lekturą. Rozrywkowiec udanie poszerzający ,,pajęczą” strefę uniwersum Marvela.
 
Guy Gardner nr 15 - skonkludowanie nie tylko pobytu Guya poza Ziemią, ale też fabułki, która ,,zahaczyła” o miesięcznik ,,Justice League of America vol.2”. Wiecznotrwały motyw zmagań z ,,lustrzanym” alter ego znowuż dobrze ,,zagrał” i tym samym nawalanka ,,Guya” z ówczesnym składem Ligi okazała się nabuzowaną akcją rozrywką, typową dla twórczości Chucka Dixona (to właśnie on odpowiadał za scenariusz). Trudno jednak otrząsnąć się z poczucia, że w wykonaniu Gerarda Jonesa sprawy miałyby się jeszcze lepiej, a do tego zabawniej.

Marvel Origins t.79: Spider-Man 13 - mimo że od zarania swojej bytności w popkulturze Spider-Man zmuszony był borykać się z natłokiem przytłaczających wyzwań, to jednak w tym zbiorze jest ich jakby jeszcze więcej. Do tego stopnia, że Pete Parker nie bardzo ma tu kiedy zrzucić z siebie swój supebohaterski ,,gajer”. Mniej tu zatem młodzieżowej dramy, a znacznie więcej okładania się z problematycznymi indywiduami pokroju Otto Octaviusa.
 
Prowler vol.1 nr 2 - dopiero co miałem okazję podczytać fabułkę z Guyem Gardnerem konfrontującym się z ,,Guyem Gardnerem”, a tu znów przytrafia się historia z motywem ,,doppelgangera”. Muszę przyznać, że rozwija się ona w przekonujących kierunkach, bo i Carl Potts (u nas znany przede wszystkim z perypetii ,,Franciszka Zameckiego” i Wojowników Cienia) był na etapie realizacji tej mini-serii doświadczonym scenarzystą. Szczególne jednak wrażenie zrobiły na mnie rysunki Billa Reinholda, efektowne, aczkolwiek bez znamion preferowanego wówczas efekciarskiego przedobrzania. Wolnej chwili będę musiał rozpoznać inne prace tego plastyka.
 
Bohaterowie i Złoczyńcy t. 116. Batman i Joker: Zabójczy duet – spodziewałem się, że wyjdzie to znacznie gorzej. Jak się jednak okazało autorskiej realizacji Marca Silvestri niewiele zabrakło by zyskać status więcej niż tylko ciekawostki w wykonaniu popularnego twórcy. Zapewne udział w tym przedsięwzięciu wprawnego redaktora oraz doakcentowanie niektórych, potencjalnie nadspodziewanie udanych wątków byłyby w tym przypadku trafnym rozwiązaniem. Niemniej nawet w tej formule niniejsza opowieść momentami mocno intryguje, choć bynajmniej z powodu jej pomysłu wiodącego. Paradoksalnie bowiem wymuszona kooperacja Batmana i Jokera zostaje przytłoczona przez inne rozwiązania fabularne, w moim przekonaniu noszące w sobie obiecujący zasób do ewentualnego podjęcia w przyszłości. Odpowiada mi również kierunek w którym ewoluowała plastyczna maniera Silvestriego, operującego nie tyle wyrazistą krechą, co przede wszystkim tzw. siankowaniem. Dobór kolorystyki przekonuje, aczkolwiek zaprezentowane w dodatkach czarnobiałe wersje niektórych kadrów jawią się wręcz obłędnie. Stąd zaryzykuję twierdzenie, że właśnie opcja czarnobiała byłaby dla tej realizacji optymalna. 

Guy Gardner nr 16 - wciąż dają o sobie znać reminiscencje aktywności na Ziemi złego ,,brata bliźniaka” Guya (o czym więcej m.in. w poprzedniej odsłonie serii), co znać już po ilustracji okładkowej niniejszego epizodu. Równocześnie na tzw. horyzoncie znać kolejne zagrożenie, ewidentnie stylizowane na „ekstremalne” osobowości ówczesnego Image Comics. „Militia”, bo o tym osobniku mowa, zapewne nieźle da się Guyowi we znaki. Ogólnie szykuje się dla tej serii autentyczny przełom.
 
The Prowler vol.1 nr 3 - mimo że fabuła rozwija się sensownie, to jednak ten akurat epizod, jakby wbrew licznej obsadzie i jak na jej rozpiętość mnogości wątków, pozostawia czytelnika w poczuciu niedosytu. Tym bardziej, że do jej zakończenia pozostał zaledwie jeden odcinek. Z drugiej strony wzbudza to tym większą ciekawość jak scenarzysta skonkluduje to przedsięwzięcie.
 
Marvel Origins t.80: Fantastyczna Czwórka 16
- wedle opinii jednego z autorów publicystyki zawartej w tym zbiorze wraz z zebranymi w nim opowieściami rozpoczął się dla tej serii okres oceniany jako stagnacja. Z mojej perspektywy daj Panie Boże każdej sensownej inicjatywie popkulturowej ,,stagnacje” tej klasy. Nieprzypadkowo, bo już tylko branie się za łby ,,Pierwszej Rodziny Marvela” ze skądinąd znanym polskim czytelnikom androidem (vide „Spider-Man” nr 4/1990) to kolejny popis twórczego kunsztu Jacka Kirby’ego. Stąd jak dla mnie przynajmniej na ten moment seria wręcz dudni od kreatorskiej eksplozywności odpowiedzialnych za nią twórców.
 
Guy Gardner Warrior nr 17 - po rozwoju zawartej w tym epizodzie fabuły znać, że zmianie uległ nie tylko tytuł serii, ale że znalazła się ona u progu gruntownej ewolucji. Jak to w przypadkach co najmniej kilku innych publikowanych wówczas tytułów DC Comics (m.in. ,,Green Arrow vol.3”) także w tym przypadku wypatrywano reakcji czytelników na zachodzące zmiany i według nich usiłowano dotrzymać kroku coraz popularniejszemu Image Comics oraz będącemu wówczas w totalnej ofensywie wydawniczej Marvelowi. Pewne było jedno: w obliczu wspomnianego naporu konkurencji zmiany były konieczne i doskonale znać to już po tej odsłonie niniejszej serii. Fart tej inicjatywy był taki, że na jej ,,pokładzie” wciąż trwał wykazujący wówczas bardzo dobrą formę twórczą Chuck Dixon.

Tytus, Romek i A’Tomek, Zaginione księgi, księga I: Tytus piratem - nie da się ukryć, że ta inicjatywa to wyjątkowo udana niespodzianka. Tego typu uzupełnień znanej (a niekiedy wręcz nieznanej) klasyki nigdy za wiele. No i ciekawie ujrzeć najsłynniejszy zastęp ZHP nie stroniący od użytkowania broni palnej. Takich ,,TRA” się nie spodziewałem. Plus okazało się, że w moim przekonaniu jeden z najbardziej odjechanych (w pozytywnym rozumieniu tego ,,terminu”) konceptów Papcia Chmiela (znana z IX Księgi osobliwa kopalnia) miał swój pierwowzór właśnie w prezentowanych tu przygodach.

Odp: Bo chodzi o to, żeby plusy nie przesłaniały nam minusów - sezon drugi
« Odpowiedź #791 dnia: So, 28 Luty 2026, 18:14:47 »
  Podsumowanie stycznia. Coś tam poczytałem, raczej kontynuacje napoczętych serii niż coś nowego. Ważniejsze, przynajmniej dla mnie będzie coś z gatunku  nazwijmy to z braku lepszego określenia noworocznych postanowień. Chodzi o oceny punktowe w skali 1-10, jakoś tak doszedłem do wniosku, że chyba jakoś tak zbyt łaskawie je wypisuję. Co do komików bardzo dobrych tudzież świetnych, zmian raczej nie będzie, ale tak przejrzałem kilka pozycji z zeszłego roku i nagle się okazało, że hojną ręką rozdawałem siódemki pozycjom które zapominałem dwa dni po przeczytaniu i sprzedawałem bez mrugnięcia okiem a przyzwoitym średniaczkom dawałem ocenę niezłe. Totalnym kupsztalom (na ciebie patrzę Stone i inne crapy podobnego poziomu) mimo niskich ocen i tak dawałem więcej niż zasługiwały, pewnie to wynik tego, że w każdej nawet najsłabszej rzeczy staram się dostrzec pozytywne strony, ale wymaga to chyba jednak drobnej korekty. No, ale założenia, założeniami a rzeczywistość, rzeczywistością, zobaczymy jak mi to wyjdzie w praniu. UWAGA, UWAGA JAK ZAWSZE MOGĄ POJAWIĆ SIĘ SPOILERY!!!


   "Kolekcja Toppi tom 8 - Wschodnie Ścieżki, Opowieści wojenne" - Sergio Toppi. Jakoś dwa poprzednie tomy nie do końca do mnie trafiły z wyjątkiem oczywiście grafik, tym razem po dobrych opiniach na forum miałem więc nadzieję na powrót do znakomitej formy z tomów wcześniejszych. No i początek szczerze mówiąc nieprzyjemnie mnie rozczarował, wszystkie trzy opowieści segmentu Wschodnie Ścieżki czyli dziejące się gdzieś tam w rosyjskiej tajdze, prezentują bardzo średni, żeby nie powiedzieć słaby w ostatnim przypadku poziom fabularny, chociaż jak czytelnicy wiedzą, niekoniecznie w fabułach tkwi moc komiksów Toppiego. Tyle, że morały stojące za tymi opowiastkami są banalne i zajechane niczym pierwsze trampki Usaina Bolta. Za to tomiszcze z numerem osiem nadrabia to gdy przejdziemy do bloku wojennego, chociaż też ze zmiennym szczęściem. Już pierwszy szort z żołnierzem-podpadziochą w okopach w czasie IWŚ bardzo przypadł mi do gustu, za to kolejny z niedźwiedziem pozostał dla mnie niezrozumiały. Później bardzo fajny z dodatkowym plusem dla turbo-patriotów w postaci potomka polskiego księcia (w komiksie mowa o Rusinie, ale chodzi raczej o litewskiego Polaka) i jego wiernego sługi znowuż przemierzających zryte wybuchami pola bitew I Wojny Światowej i kolejny też niezły i zaskakujący z generałem, który wygrywał wszystkie bitwy. Niespecjalnie podszedł mi ten z arabskim złomiarzem za to. Kolejne już trzymają się raczej realnego świata, dwie o cierpieniu, tych istot które cierpią zawsze w czasie wojny czyli dzieci i tutaj bardziej chyba przekonała mnie do siebie ta nowelka w Wietnamie, z racji tego, że dziecko zachowuje się tutaj bardziej jak dziecko. Ostatnia najdłuższa chyba historia w tym zbiorze dziejąca zdaje się na Papui/Nowej Gwinei ma silny przygodowy sznyt i szczerze mówiąc niespecjalnie porywa. Zresztą ogólnie odnoszę wrażenie, że włoski artysta nie tylko lepiej się czuł jako pisarz, ale i nawet jego styl rysowania bardziej przystawał do szortów niż do dłuższych komiksów. No mam mieszane odczucia, chyba jednak znowu odrobinę rozczarowany, lepszy wg mnie ten zbiór jest niż dwa poprzednie tomy, mimo wszystko jednak "Wschodnie ścieżki..." wyraźnie nierówne. Nie wiem ile tomów ma mieć ta kolekcja, ale lepiej to już było i nie sądzę, żeby znowu miało być. Ocena 7/10.


  "Supergirl - Jak być super" - Mariko Tamaki, Joelle Jones. Jezu Chryste kolejny mózgotrzep dla młodzieży od Mariko można by pomyśleć a jeszcze do siebie nie doszedłem po poprzednim a to już kilka jak nie więcej dobrych miesięcy. No więc mamy sobie Karę mieszkającą na jakimś zadupiu Ameryki (spadła na farmę identycznie jak Clark, dałoby się chyba to uznać za "lazy writing") i jej dwie przyjaciółki. Jedna szybkobiegaczka prosto z zajęć SKSu zdaje się wiążąca swoją przyszłość z tą profesją i druga na dobrą sprawę nie wiadomo czym się zajmująca, której życie zaczęło się gdy sobie uświadomiła, że jest "twardą lesbą", bo wcześniej przecież nie istniała (co ma znaczyć "twarda lesba" skoro jest licealistką i to taką która raczej #nikogo, ciężko powiedzieć). Ogólnie obydwie postacie są strasznie papierowe, ale tak to jest jak się buduje charaktery opierające się na jednym przymiocie czyli biegaczka i wirtualna lesbijka. No w każdym bądź razie trzy przyjaciółki łażą sobie po miasteczku i robią to co tam dziewczyny w ich wieku mają do roboty dopóki na zawodach sportowych w trzęsieniu ziemi nie zginie ta biegaczka a blondynka z Kryptona nie uwolni swojego rodaka, na którym jacyś tam naukowcy przeprowadzają eksperymenty w tajnym laboratorium (przypomniał mi się serial Smallville w którym miasteczko pośrodku niczego było jednocześnie centrum wszechświata, wszystko tam było i wszystko się zdarzało) mniej więcej tyle.
   Zawsze byłem fanem rysunków Joelle Jones i uważam ją za jedną z bardziej utalentowanych rysowników w DC Comics a nie zapominajmy, że akurat w tym segmencie te wydawnictwo jest akurat bardzo mocne. Artystka minimalnie odchodzi od swojego stylu, którego używa przy bardziej "poważnych" tytułach przesuwając nieco środek ciężkości w kierunku kreskówki, ale nie ma absolutnie żadnej mowy o jakichś deformacjach. Lepiej w tej stylistyce poradziłaby sobie chyba tylko Fiona Staples a zapominając o niej jest naprawdę fajnie pod tym względem, zresztą wystarczy obejrzeć okładkę jest naprawdę bardzo ładna. Warto zwrócić również uwagę na kolory, na planszach z wyjątkiem oczywiście czarnego znajdują się praktycznie wyłącznie czerwony, żółty i niebieski oraz ich wariacje czyli w sumie kolory Supergirl.
   Coś tam postraszyłem na początku jakimś woke-contentem, ale tak naprawdę o dziwo w tym komiksie tego za wiele nie ma, w sumie najbliżej mu z komiksów tej linii wydawniczej do standardowego komiksu superbohaterskiego. I to byłby chyba główny zarzut jaki bym mu postawił to tak naprawdę trudno powiedzieć o czym to jest. Brakuje tej historii jakiegoś morału czy powiedzmy jakiejś konkretnej myśli przewodniej która charakteryzowała prawie wszystkie inne komiksy z serii, trzeba tutaj zaznaczyć że "Supergirl - Being Super" nie startowała jako powieść graficzna dla młodszego czytelnika, tylko zwykła miniseria (a może i seria) i dopiero w wydaniu zbiorczym została przesunięta do DC Ink, więc może stąd ta różnica, zresztą to było tłumaczyło dwie raczej brutalne sceny. I nie jest to kwestia braku treści a raczej na odwrót jej nadmiaru. Trochę tu zwykłej obyczajówki o dziewczętach z małego miasteczka i chyba trzeba było przy tym pozostać, ewentualnie jakiejś teen-dramie, później trochę o przepracowaniu żałoby i traumy, ale nie dość że bez jakichkolwiek konkluzji to jeszcze autorka porzuca temat. Niby coś o poszukiwaniu korzeni, ale bohaterka wcale ich tak naprawdę nie szuka plus na koniec nieco typowej nawalanki, tyle że to wszystko rozgrzebane do połowy i tak pozostawione. Nie wiem, może twórczynie liczyły że będzie więcej zeszytów chociaż historia sprawia wrażenie, że kończy się w odpowiednim momencie. Co do samej końcówki Mariko Tamaki po raz kolejny wysyła swoją bohaterkę samą w świat. Nie wiem to jakieś sugestie dla czytelniczek? Nie jestem przekonany, że wielkie miasto dla 15 latki bez wykształcenia to jakaś niesamowita okazja na świetlaną przyszłość, co śmieszniejsze autorka pisze komiksy ze swoją kuzynką więc sama chyba swoich rad nie słucha i pępowiny nie odcięła. Ocena raczej za szatę graficzną w sumie treść nie jest zła, ale brakuje jej tego czegoś, przede wszystkim zdecydowania co do kierunku rozwoju. -6/10.


  "Liga Sprawiedliwości tom 2 - Cmentarzysko Bogów" - Scott Snyder i inni. Drugi story-arc nowej serii i tym razem autorzy wracają na Ziemię. Tym razem fabuła w sporo mniejszej skali niż to było w poprzednim tomie, co w sumie mocno przysłużyło się jej czytelności. Na dobrą sprawę poleci ona ledwie dwoma torami a nie dwudziestoma dwoma jak poprzednio. Z jednej strony będziemy obserwować knowania Luthora kręcące się wokół zdobycia totalności, który na dodatek sprowadził sobie w roli więźnia-doradcy Batmana Który Się Śmieje. Jest to w sumie moje pierwsze spotkanie z tą postacią, trochę obciachowy szczerze mówiąc zwłaszcza ten jego wygląd na żywca zerżnięty z Herolda Saurona, ale tak sobie myślę, że fajnie by wyglądał na ekranie, szkoda że u Gunna się nie pojawi raczej (o ile sam Gunn się jeszcze pojawi). Drugim kierunkiem scenariusza jest efekt jednego z knowań Lexa czyli uwolnienie starożytnych kosmicznych bóstw oceanów (wyglądających jak stworki z Piratów z Karaibów), które zechcą się zemścić za doznane kiedyś tam krzywdy i uwaga zniszczyć całą Ziemię -_-. Nie jest to z pewnością najoryginalniejszy pomysł na historię, ale tym razem scenarzysta przynajmniej dopisał czarnym charakterom jakieś sensowne motywacje, no i warto się pośmiać z Jima Gordona przemienionego w rybo-luda z Innsmouth. Chociaż może nie aż tak bardzo jak z nowej postaci, otóż w końcówce "Bez Sprawiedliwości"  w boju z Tytanami Omega poległ nawrócony Starro. Tutaj okazuje się, że superbohaterowie zachowali jego kawałek, który zebrali w słoiku (tak wiem jak to brzmi) a z niego odrodziła się nowa póki co mała rozgwiazda, którą nazwali Jarro. Zabawne? No powiedzmy ;), ale to fajny pomysł a jeszcze fajniejszy jest to, że do Batmana mówi tato.
  Rysunki jak zawsze oblecą. Drugi tom i znowuż nie jestem przekonany, jak kto lubi komiksy w którym mnóstwo postaci w kolorowych kostiumach bije się z jeszcze większą ilością postaci w innych kolorach kostiumów a wszystko to wyglądające jakby wypadło z generatora scenariuszy o bijących się postaciach w kolorowych kostiumach to może i będzie zadowolony, ja chyba jednak wymagam czegoś więcej nawet od komiksów o postaciach w kolorowych kostiumach bijących się między sobą. Tym niemniej wydaje się minimalnie lepiej niż poprzednio, przede wszystkim przejrzyściej. Ocena 5+/10.


  "Droga do Armilii oraz inne legendy mrocznego świata"- Benoît Peeters, Francois Schuiten. Czwarty z kolei tom serii, autorzy jak widać starają się eksperymentować z jej formułą. Tym razem dostaniemy ilustrowane opowiadanie podane w formie pamiętnika którego autorem będzie Ferdinand młody jeszcze chłopiec najwyraźniej wysokiego urodzenia, który sterowcem udaje się na biegun przekazać jakąś niezwykle ważną wiadomość. Historia niezbyt ciekawa i nieszczególnie wciągająca, raczej dla młodszego czytelnika i nie ratuje jej nawet dosyć ponury "matriksowy" twist, może ewentualnie zadowolić ultrasów "Mrocznych Miast", będzie trochę wiadomości o geografii tego świata.  Skoro w tytule mamy "oraz inne legendy", znaczy się dostaniemy jeszcze coś ekstra a mianowicie trzy dłuższe bądź krótsze nowelki. Pierwsza to "Pochyła Mary", wyglądająca zupełnie jak książka dla dzieci historia dziewczyny, która z niewyjaśnionych przyczyn przestaje "łapać pion" co całkowicie odmienia jej życie. Pomysł dosyć zabawny a całość ma chyba stanowić pochwałę wszelkiej maści dziwolągów oraz obiecać im iż każdy znajdzie swe miejsce na ziemi. Dalej z kolei są "Księżycowe Konie" kilkustronicowa impresja na temat dziecięcych marzeń i snów a cały tom kończy się "Perłą" czyli fabularną przeróbką "Księżniczki na ziarnku grochu". Kompletnie nie trafił do mnie ten tom, ale to ja raczej nie jestem targetem, myślę że nawet fani całości nim nie są. "Droga do Armilii…" to ilustrowana książka dla dzieci, którą z "Mrocznymi miastami" łączy chyba tylko uniwersum i kilka fantastycznych miejskich pejzaży w pierwszej części. Ocena 5/10.


  "Bohaterowie i Złoczyńcy tom 6 Flash:Odrodzenie" - Geoff Johns, Ethan Van Sciver. Sześciozeszytowa mini-seria (plus dwie króciutkie nowelki z Secret Origins, aczkolwiek połączone fabułą z główną zawartością tego tomu) mająca stanowić wprowadzenie do startującej regularnej serii, przygód Barry Allena powracającego zza grobu w którym spoczywał od czasu śmierci w czasie Kryzysu na Nieskończonych Ziemiach czyli od ponad dwudziestu lat (czasu naszego rzeczywistego). Komiks zaczyna się według klasycznej recepty Alfreda Hitchcocka czyli zamordowania dwóch laborantów przez nieznanego osobnika posługującego się jakąś mini-dzidą z ostrzem w kształcie błyskawicy. Później przeniesiemy się na ulice Central City gdzie trwają przygotowania do wielkiej fiesty na cześć zmartwychwstałego superbohatera. Całe miasto łącznie z jego rodziną, przyjaciółmi czy też znajomymi, jest oczywiście zachwycona tym wydarzeniem, tylko sam gość honorowy niespecjalnie. Barry nie tylko psychicznie nie wydaje się w najlepszym stanie, w końcu przez tak długi czas świat może uciec do przodu nawet takiemu wondermanowi, ale też i fizycznie nie wszystko jest w porządku. Flash jak sam twierdzi, czuje dosłownie w kościach iż nie powinien chodzić wśród żywych. W międzyczasie okazuje się, że ktoś zabija innych speedsterów, jakby wysysając z nich energię i zostawiając tylko wypalone szkielety. Wielkim spoilerem nie będzie stwierdzenie iż robi to sam Barry, który nieświadomie (bez pamięci później również) przemienia się w Czarnego Flasha, a to wcale nie jest koniec historii, ba to nawet jeszcze nie środek.
  Lubię Van Scivera to utalentowany rysownik i tutaj to oczywiście potwierdza, aczkolwiek nie jest tak iż bez wad się obyło. Otóż on nigdy nie był szczególnie mocny w odwzorowywaniu dynamicznych scen akcji, a przecież w komiksie gdzie chyba połowa ludzkości, biega z prędkością co najmniej kilkukrotnie większą niż prędkość dźwięku to będzie bardziej widocznie niż gdzie indziej. Jakby ktoś się strasznie uparł by bronić Van Scivera można by uznać sporo z tych rysunków na których znajdziemy postacie napinające się w dziwnych sprawiających wrażenie dosyć statycznych pozach za jakiś hołd złożony rysownikom złotej ery, bo często miałem takie skojarzenie, ale nie wybiegałbym chyba tak daleko z interpretacjami. Raczej mamy do czynienia po prostu z pewnymi niedostatkami artysty. Żebym nie został źle zrozumiany, to wygląda dobrze, natomiast uważam, że akurat Flasha mógłby dostać inny rysownik.
  Z mojej strony widzę to tak, że największy plus tego komiksu jest jednocześnie jego słabą stroną. A mianowicie widać iż jest to komiks od fana dla fana. Johns wydestylował z całego tytułu z całej jej historii esencję i wlał ją w kartki tych sześciu zeszytów. Co skutkuje lekkim chaosem, zwłaszcza na początku (gdzie historia szczerze mówiąc niespecjalnie mnie zachwyciła), ale muszę też przyznać, że udało się Geoffowi wybrnąć z tego z wdziękiem, fabuła z początku wydająca się zakręconą jak świński ogon, okazuje się w sumie dosyć sensowną i wcale nie jakąś strasznie skomplikowaną. Problematyczne jest raczej to, że aby docenić w pełni historię i wychwycić wszelkie niuanse, przydałoby się zrobić jakiś doktorat z dziedziny speedologii bo "Odrodzenie" jest jednocześnie i swego rodzaju encyklopedią ("Flashów" to tu chyba więcej przez kadry przebiegnie niż wagonów w Lokomotywie Tuwima) i jednym z kamieni milowych dla całej serii, bo Johns trochę tu nadpisuje a trochę zmienia status quo. Mi było trochę łatwiej bo oglądałem serial od CW, który zresztą mocno czerpał z tego komiksu, więc chyba trochę łatwiej było mi wgryźć się w ten scenariusz, niż przygodnemu czytelnikowi. Nie wiem ilu w naszym kraju jest fanów Flasha, ale podejrzewam że już "specjalistów" niespecjalnie wielu. TM-Semic kompletnie odpuściło tego bohatera akurat i jedyny jego większy występ w tamtych czasach miał miejsce w klasycznej historii z Supermanem (do której zresztą w "Odrodzeniu" znajdziemy nawiązanie, chociaż tam wystąpił Wally West). Współczesny fan na dobrą sprawę mógł u nas wystartować dopiero od New 52. Ja osobiście regularnych serii Flasha nie czytam (skoro nie załapałem bakcyla za młodu), ale spośród tych z którymi miałem okazję się zapoznać to jeżeli to miałby być jeden i tylko jeden komiks o Flashu jaki powinno się przeczytać to pomimo pewnej hermetyczności byłoby nim "Odrodzenie". Zresztą dokonałem pewnego riserczu na tamtejszym rynku zarówno profesjonalni recenzenci jak i tłum szarych czytaczy umieszczał za każdym razem "Flash:Rebirth" w gronie najważniejszych/najlepszych historii o tym superbohaterze, to mówi samo za siebie. No dobre to jest nawet bardzo, Johns to gość, który może nie napisał nigdy komiksu, który odmienił by oblicze gatunku ale w dziedzinie klasycznego komiksu o latających ludziach w śmiesznych rajtach ciężko mu znaleźć konkurencję. I tak właśnie jest tutaj, szybka akcja, wciągający scenariusz, postacie z odpowiednią podbudową fabularną i realnymi motywacjami (można się wzruszyć nawet). Ocena 7+/10.

Offline Nawimar III

Odp: Bo chodzi o to, żeby plusy nie przesłaniały nam minusów - sezon drugi
« Odpowiedź #792 dnia: Pn, 02 Marzec 2026, 19:35:04 »
Luty
 
The Prowler vol.1 nr 4 - po lekturze konkluzji tej inicjatywy nie mam wątpliwości, że spokojnie mogłaby być ona kontynuowana. Szkoda, że tak się nie stało, bo pomimo drobnego zgrzytu w poprzednim epizodzie Carl Potts (scenarzysta mini-serii) zdołał nadać tytułowej postaci osobowościowej głębi, wystarczającej do uczynienia zeń protagonisty pełnowymiarowego miesięcznika. Ponadto rysunki Billa Reinholda okazały się dla mnie dodatkową niespodzianką. Uwzględnię tytuły przy których pracował przy okazji doboru kolejnych lektur.
 
Adaptacje literatury: Oliver Twist - żywot londyńskich sierot-uliczników nie należał do przesadnie urokliwych, a ich średnia wieku nie imponowała. Losy tytułowego bohatera jednej z najbardziej docenionych powieści Charlesa Dickensa potoczyły się na szczęście znacznie lepiej niż większości podobnych mu młodzieńców, zmielonych przez nędzę w licznych jej postaciach. Zanim to jednak nastąpiło czekał nań ciąg drastycznych doświadczeń, które wspomniany klasyk ujął ze skrupulatnością prekursora naturalizmu. Niniejsza adaptacja warstwą plastyczną raczej nikogo nie ujmie; niemniej sedno literackiego pierwowzoru przybliżono w tej inicjatywie wprawnie i klarownie.

Marvel Must Have t.13. Fantastyczna Czwórka: Marvel Knights 4
- dla ,,Pierwszej Rodziny Marvela” na polskim gruncie dobrze się ten rok zaczął. Po udanym zbiorze w ramach ,,Marvel Origins” otrzymaliśmy kolejną, bardzo interesującą realizacje w której rzeczonych ciśnięto na przysłowiową głęboką wodę pozbawiając ich majątku. Co prawda ów koncept nieprzesadnie przekonuje, aczkolwiek stał się pretekstem do wejrzenia w świat emocji uczestników przedsięwzięcia pt. Fantastyczna Czwórka. Okazuje się przy tym, że do wygenerowania zajmujących fabuł z udziałem wspomnianych niekoniecznie niezbędne są indywidua pokroju Wizarda, Psycho-Mana czy Doktora Dooma. Dodatkowo swoje robią precyzyjne rysunki Steve’a McNivena, jednej z czołowych ,,kresek” Marvela pierwszej dekady XXI w. 
 
Guy Gardner: Warior nr 18 - ewidentnie inspirowany herosami wczesnego Image ,,Milicjant” nie odpuszcza. Równolegle po raz kolejny okazuje się, że przez niejednego niedoceniany Ted ,,Blue Beetle” Kord to niezbędnik Ligi Sprawiedliwości także w kontekście zaplecza technologicznego tej drużyny. Seria dalej ewoluuje (do tego w dobrym stylu), a nowy rysownik - Mitch Byrd - prezentował styl, który mógł wówczas przekonać do siebie wielu czytelników.
 
Star Trek nr 1 - podobnie jak w przypadku o kilka lat wcześniejszych ,,Gwiezdnych Wojen”, także niniejszą serię zainicjowano na kanwie wysokobudżetowego widowiska kinowego. Toteż pierwszy jej epizod również był początkiem adaptacji wspomnianego filmu. Oderwany od przytulnego biureczka w centrali Floty Gwiezdnej admirał James Tiberius Kirk musi wykazać, że jeszcze nie ,,zardzewiał”. Okazja ku temu jest nie byle jaka, bo ku Ziemi zmierza tajemnicza mgławica o niszczycielskim potencjale. Pomysłodawcy tej fabuły umiejętnie ustawili role i wątki, a odpowiedzialni za jej zwizualizowanie Dave Cockrum i Klaus Janson - pomimo ewidentnego powściągania swoich plastycznych temperamentów - zaproponowali wysokiej klasy fachowość. Krótko pisząc: bardzo obiecujące otwarcie.
 
Św. Jan Paweł II: Życie i dzieło papieża Wojtyły – to już kolejna komiksowa realizacja przybliżająca losy i dokonania Papieża-Polaka. Z racji rangi tej epokowej osobowości ta okoliczność ani trochę nie dziwi. Twórcy niniejszego zamierzenia podeszli doń tzw. szerokim frontem, co przejawiło się rozległą i szczegółową prezentacją życiowej drogi rzeczonego po którego pontyfikacie faktycznie nic już nie było takie jak wcześniej. Równocześnie jednak scenarzysta albumu (w tej roli Mario Leocata), prawdopodobnie w zamiarze uniknięcia ryzyka popadnięcia w hagiografizm, nieco przedobrzył z kąśliwościami pod adresem tytułowego protagonisty. Efekt tej nieszczególnie umiejętnej zachowawczości sprawił, że wspomniany popełnił kilka błędów merytorycznych i najwyraźniej uwierzył w lansowane niegdyś przez komunistyczną bezpiekę „teorie” o domniemanym konflikcie pomiędzy kardynałem Wojtyłą, a prymasem Wyszyńskim. Tego typu „kwiatków” jest tu więcej, ale na szczęście nie w takiej ilości, by deprecjonować wartość tej w swojej klasie pasjonującej opowieści.
 
Tytus, Romek i A’Tomek, Zaginione Księgi, księga II: Wyprawa latającą filiżanką
– fantastyczna jest ta inicjatywa! Im bowiem dalej, tym lepiej, a przy tym również śmieszniej! W tym przypadku znać swoiste prefiguracje pomysłów, które w przeważającej mierze złożyły się na „kanoniczną” II księgę. Toteż nie mogło zabraknąć mechanicznej kobyły Rozalii oraz urokliwych i pomysłowych zarazem autostopowiczek. Ponadto objawiła się we własnej osobie ówczesna inkarnacja Papcia Chmiela (czy raczej jak był wówczas on honorowany „Pana Chmielewskiego”), a także reminiscencja jego niegdysiejszej zażyłości ze skądinąd znaną Wandą Chotomską. W okresie pierwodruku tych opowieści zetknięcie się z nimi musiało być zjawiskiem z gatunku bezcennych.
 
Guy Gardner: Warrior nr 19 - na ówczesnym etapie seria w błyskawicznym tempie przechodziła ewolucje według schematów zaczerpniętych z wczesnej oferty wydawnictwa Image. Na szczęście operacja ta przebiegała według scenariuszy Chucka Dixona i tym samym przejawiła się kolejną udaną fabułą, w której Guy z irytującego aroganta stopniowo przeobrażał się w pewnego siebie, trafiającego w sedno problemu zadaniowca. Do tego ujętego w kadr efektowną manierą plastyczną Mytcha Byrda.

Star Trek nr 2 – za racji nieustannego zbliżania się tajemniczej mgławicy do Układu Słonecznego czas ewidentnie nagli. Toteż rozwój sytuacji następuje w tempie przyspieszonym. Przejawia się to nawiązaniem kontaktu z enigmatycznym V’igerem, owładniętym obsesją odnalezienia swojego stwórcy. Tym samym wątek wiodący (bo na nim przede wszystkim oparty jest niniejszy epizod) intryguje i aż mi żal, że lektura kolejnej odsłony tej adaptacji w moim przypadku nastąpi dopiero za tydzień.
 
Bohaterowie i Złoczyńcy t.118. Stowarzyszenie Sprawiedliwości: Znowu w domu
– w kontekście tej akurat drużyny sam siebie uważam za nieobiektywnego. Mam do niej bowiem znaczny sentyment jako do swoistej prehistorii uniwersum DC, którą w zamierzchły czasach z nieskrywaną ekscytacją rozpoznawałem. Nie będę zresztą ukrywał, że m.in. owa głębia historyczna znacząco przyczyniła się do mojej nieustającej fascynacji tą właśnie przestrzenią przedstawioną. Niniejszy zbiór był jeszcze jedną próbą przywrócenia Amerykańskiego Stowarzyszenia Sprawiedliwości, bardzo udaną, aczkolwiek kompletnie nieadekwatną do trendów, które w momencie publikacji tego tytułu cieszyły się zainteresowaniem przeważającej części czytelników. Stąd mimo w swojej klasie wzorcowo wykonanej pracy odpowiedzialnego za tę inicjatywę zespołu (rysownik serii, przedwcześnie zmarły Mike Parobeck, był wówczas u szczytu swoich twórczych możliwości) nie trafiła ona na swój czas. Nie zmienia to faktu, że jest to bardzo udana realizacja, a uzupełniające ją materiały publicystyczne stanowią cenną okazję do wejrzenia w okoliczności jej prezentacji. 
 
Marvel Origins t. 81: X-Men 8 – tym razem perypetie młodocianych podopiecznych Charlesa Xaviera niemal całkowicie wypełniły zmagania ze złowrogim Czynnikiem Trzecim oraz przewodzącym tej organizacji Master-Mutantem. Co prawda znać tutaj znamiona silnej inspiracji wcześniejszym konfrontacjami z Magneto i jego Bractwem Złych Mutantów, aczkolwiek w dobrym stylu i o potencjale fabularnym jednego z wątków, z którego być może nie omieszkali skorzystać twórcy znakomitego filmu „X-Men: Pierwsza klasa”. Wizualnie rzec z przysłowiowych nóg nie ścina, choć równocześnie interesująco jawią się epizody rozrysowane przez Rossa Andru, plastyka słynącego z pieczołowitości i skłonności do detalicznego realizmu. W tym akurat przypadku mamy do czynienia z pracą wykonaną przezeń na etapie formowania przezeń swojej stylistyki, który to proces znamionowała urocza nieporadność. Do rangi ciekawostki wypada zaliczyć przedruk parodii przygód X-Men z magazynu „Not Brand Echh”, którego humor (czy może trafniej: „chómor”) nie tyle bardzo źle się zestarzał, co już na starcie musiał mielić szare komórki potencjalnych ofiar tego tytułu co najmniej na protoplazmę. Niemniej mimo wszystko w wymiarze historycznym dobrze się stało, że uwzględniono w tej kolekcji wspomnianą ciekawostkę. 

Guy Gardner: Warrior nr 20 – wraz z dwudziestą odsłoną niniejszej inicjatywy twórczej seria była już zupełnie innym tworem niż projekt zaprezentowany na początku jego zaistnienia. Z jednej strony szkoda, bo projekt w wykonaniu Gerarda Jonesa (scenariusz) i Joe Statona (rysunki) w wielkim skrócie cieszył i bawił. Z drugiej strony ówczesna dynamika rynkowa, ujmując rzecz kolokwialnie, nie brała jeńców. Dlatego reorientacja serii według popularnych wówczas trendów była nieodzowna. W innym przypadku tytuł prawdopodobnie rychło zniknąłby z oferty wydawnictwa. Przysłowiowy fart sprawił, że za zmiany odpowiadał Chuck Dixon, wówczas u szczytu twórczych możliwości. Dlatego rozpoczynający wraz z tym epizodem swoją przygodę w serii „Guy Gardner: Warrior” Beau Smith zdecydowanie miał dobry start. Przynajmniej po tym odcinku znać, że są spore szansę na dużo dobrego. Plus autentycznie radykalne zmiany dopiero miały nastąpić…

Tytus, Romek i A’Tomek, Zaginione Księgi, księga III: Porwanie Tytusa!
– jeszcze jeden dowód, że Henryk Jerzy Chmielewski był już w doskonałej formie twórczej jeszcze przed nastaniem ery Książeczek. Od wprawnych papciochmielizmów wręcz tu buzuje, a niektóre teksty sprawiają, że czytelnikowi niemal spodnie opadają razem z kieszeniami. Przy czym tak jak przy okazji obu poprzednich „Zaginionych Ksiąg”, także w tej znać mnogość wątków i motywów, które w przetworzonej wersji znalazły dla siebie miejsce w „kanonicznych” Książeczkach. Tak szybko jak się da z nieskrywanym entuzjazmem rzucę się na kolejne odsłony tej inicjatywy.
 
Star Trek nr 3 – konkluzja adaptacji pierwszej kinowej produkcji z USS Enterprise, podobnie jak pierwowzór, może jawić się obecnie nieco archaicznie. Niemniej wiodący wątek tej opowieści – ewoluowanie sztucznej inteligencji – nadal pozostaje aktualny. Ponadto dla wielbicieli retro-fantastyki oraz rozwoju marki „Gwiezdnej Włóczęgi” zapewne będzie to satysfakcjonująca lektura. Do tego jest to dobra okazja, by ujrzeć prace Dave’a Cockruma w odmiennej formule, niż ta znana m.in. z kart „Legion of Super-Heroes” i „Uncanny X-men”. 
 
Bohaterowie i Złoczyńcy t.117. Batman: Śmierć w rodzinie – jako posiadacz tomu kolekcji Eaglemoss z tą właśnie opowieścią początkowo nie zamierzałem jej nabywać. Przekonały mnie jednak wieści o dodatkowym materiale oraz pewna doza melancholii w kontekście rychłego finału tej kolekcji, w moim przekonaniu jednej z najbardziej udanych z dotąd nam zaprezentowanych. Dobrze się stało, bo pomimo pewnej dozy dobrze pojmowanej patyny tytułowa opowieść wciąż ma w sobie potencjał do emocjonalnego zaangażowania ewentualnego czytelnika. Ponadto jako wielbiciel twórczości Jima Aparo zawsze chętnie sięgam po rozrysowane przezeń realizacje.

Adaptacje literatury: Biały Kieł – nie dziwię się, że w swoim czasie pierwowzór literacki tej adaptacji zgodnie uznany został za pionierski i nadal cieszy się zasłużonym statusem klasyka. Mogę tylko żałować, że zapewne nie doczekamy się analogicznej realizacji w moim przekonaniu najbardziej udanej powieści Jacka Londona, tj. „Martina Edena”. Także z tego względu, że jak na standardy niniejszej serii rysownik tego akurat tomu (Walter Venturi) zdecydowanie do swojej pracy się przyłożył.
 
Marvel Origins t.82: Hulk 6 - im dalej w przypadki Hulka tym coraz lepiej. Znać że quasi-mitologia wytworzona wokół tej osobowości jest już stosownie dosycona, a sam pan scenarzysta (na tym stołku niezmiennie ,,Stanley Leiber”) czuje się w tej roli wyśmienicie. Nic zatem dziwnego, że magazyn „Tales to Astonish” na tym etapie rozwoju przeobraziła się w pełnowymiarowy miesięcznik z udziałem właśnie Hulka. Marie Severine (rysowniczka serii) nie szczędziła swojego talentu i umiejętności, a przy wsparciu zdolnego nakładacza tuszu jej prace osiągały poziom zbliżony do pochodnej twórczości Wally’ego Wooda (setny numer ,,Tales to Astonish”). Jak zapewne nietrudno się domyślić tytułowy bohater (?) nade wszystko zmuszony jest się konfrontować z rozmaitymi indywiduami, co wbrew pozorom ujęto bez popadania w jednostajność. Stąd dobry jest to tomik i aż żal, że tak mało ,,Sałaty Marvela” w tej kolekcji.

Guy Gardner: Warrior nr 21 - już tylko po samej ilustracji okładkowej znać, że będzie tu się działo. Niniejszy epizod rozegrał się bowiem we wczesnej fazie wydarzeń znanych jako Godzina Zero (więcej szczegółów w 36-tym tomie kolekcji ,,Bohaterowie i Złoczyńcy”). Odpowiedzialni za tę serię twórcy zdecydowali się na podsycenie dramaturgii metodą zastosowaną w pamiętnym, 75-tym numerze serii ,,Superman vol.2”, w którym tytułowy bohater poległ podczas konfrontacji z Doomsdayem. Mowa tu o obejmujących całe plansze kompozycjach, które także tym razem okazały się formalnie widowiskowym wręcz rozwiązaniem. Stąd starcie Guya z Parallaxem wprost buzuje emocjonalnym natężeniem. A przecież to ledwie preludium do jednego z najbardziej krytycznych wydarzeń w dziejach uniwersum DC. Muszę przyznać, że przynajmniej na tym etapie rozwoju niniejszej serii była ona nadspodziewanie bardzo dobrze prowadzona.

Offline perek82

Odp: Bo chodzi o to, żeby plusy nie przesłaniały nam minusów - sezon drugi
« Odpowiedź #793 dnia: Pn, 30 Marzec 2026, 13:13:17 »
Pierwszy kwartał minął mi głównie na pozycjach z biblioteki i trochę na tablecie. Nowych pozycji względnie mniej, ale coś się przecież znalazło.

**** Znakomite

Nie trafiłem takiego tytułu.

*** Dobre

Faks z Sarajewa – człowiek wraz z rodziną próbuje wydostać się z oblężonego przez Serbów Sarajewa. Na jego szczęście ma wielu znajomych (m.in. autora tego komiksu), którzy usiłują mu pomóc. Komunikują się za pomocą tytułowego faksu. Cała operacja zajmuje półtora roku. W tym czasie bohaterowie stracą dom, będą kryć się po schronach, piwnicach. Ostatecznie zamieszkają w hotelu. Kilkukrotnie będą bliscy wyjazdy, ale wokół panuje chaos i muszą zmierzyć się z kolejnymi niezrozumiałymi decyzjami władz (takich czy innych) i własnym rozczarowaniem. A oprócz tego trwa wojna: bombardowanie zwykłych budynków, snajperzy strzelający do przechodniów i pojazdów, problemy z prądem, wodą, żywnością i lekami.
Przyznam, że z trudem przebrnąłem przez ten komiks. Kilka razy do niego zasiadałem, ale tematyka połączona z monotonią kolejnych rozdziałów (był plan na wyjazd, ale się posypał, później opisanie tego w faksie) była dla mnie trudna do przełknięcia. Do komiksu dołączone są fotografie wykonane w trakcie opisywanych wydarzeń i dodatkowy opis całej historii.

Lone wolf and cub (Samotny wilk i szczenię tomy 1-9) – wziąłem się za tytuł z pewną obawą. W końcu prawie 30 tomów i zakładałem, że jak dojdę do połowy, to będzie dobrze. Po tym, co do tej pory przeczytałem, to myślę, że wciągnę całość. Głównym bohaterem jest ronin (samuraj bez pana), który padł ofiarą intrygi swoich wrogów. Stracił żonę, pozycję (dość absurdalną w odbiorze czytelnika spoza Japonii) i wraz z małym synem rozpoczyna życie jako morderca do wynajęcia. Przemierza Japonię, wdaje się w przygody (jak Kane z Kung-fu). Każdy tom to ok. 5 niezależnych historii. Częstym motywem jest zemsta – ktoś został pokrzywdzony i honor każe mu/jej wyrównać rachunki, co oznacza przede wszystkim zadźganie adwersarza. I wydawać by się mogło, że to szybko musi się znudzić, ale jakimś cudem jest wręcz przeciwnie. Mimo, że schemat się powtarza, to każda historia jest przemyślana i przedstawia jakiś ciekawy konflikt. Od czasu do czasu pojawiają się odcinki z przeszłości, dopowiadające dzieje głównego bohatera i jego wrogów oraz dalsze ich starcia. Ronin jest mistrzem w swoim fachu (załatwianiu ludzi swoim mieczem, dzidą, czy co tam jeszcze ma pod ręką) i trup pada gęsto. Tutaj w sumie widzę pewien minus całej serii – nie ma znaczenie, w jaką pułapkę wpadnie główny bohater i tak za parę stron ukatrupi wszystkich, którzy mu staną na drodze (ninja, yakuza, samuraje itd.). Zawsze kieruje się określonymi zasadami, takim kodeksem samurajów. To też powoduje, że dla czytelnika nie wszystkie jego czyny są na wskroś nieskazitelne. Nie ma problemu z zabiciem dość przypadkowych ludzi, gdy tylko wyzwą go na pojedynek, albo inaczej staną mu na drodze. Jego syn też często jest wciągany w wir bitwy i będzie w niebezpieczeństwie, bo tatko właśnie ma z kimś kosę.
Niewątpliwym atutem serii jest osadzenie historii bardzo głęboko w rzeczywistości społecznej Japonii sprzed kilkuset lat. Poznajemy zasady panujące między różnymi stanami społecznymi, warunki życia, wzajemne relacje ludzi z różnych warstw. Nazwy wielu stanowisk, rytuałów, czy innych przedmiotów nie są przetłumaczone na angielski (czytam w wersji elektronicznej). Istotne są również zasady, jakimi kierują się bohaterowie. Społeczeństwo jest bardzo ściśle podzielone klany / rodziny i wykonywane funkcje. Posłuszeństwo jest niemal ślepe, do tego poziomu, że na rozkaz wyciąga się sztylet i popełnia rytualne seppuku. Tak samo, w przypadku gdy ktoś zawiedzie zaufania swojego pana, to sam wie, czego się od niego oczekuje. Honor ma większą wartość niż życie własne czy innych ludzi. Każda zniewaga krwi wymaga.
Trudno przerwać czytanie.

Ostatni Mohikanin – czytałem komiks w młodości, czytałem książkę, oglądałem film, więc i po wydanie Mandioci też sięgnąłem. Co prawda, gdzieś już czytałem, że nie jest to najbardziej z klasycznych komiksów (z kadrami, dymkami itd.), ale dałem się zaskoczyć. Przede wszystkim stroną wizualną, bo treść się z tego co pamiętam zgadza. Wielki format komiksu, większość stron to pojedyncze plansze. Nie znam się zupełnie na technikach ilustratorów, ale chyba malowane. Rzekłbym może i trochę hipnotyzujące. Czasami trzeba się domyślać, co dany kadr przedstawia, albo kogo (to mi trochę przeszkadzało, ale z drugiej strony przytrzymało dłużej przy komiksie). Czułem się, jakbym razem z bohaterami gonił / uciekał przed Indianami po lesie, skałach, rzece. Byłem pod wielkim wrażeniem. Nawet zacząłem kwestionować swoją topkę za poprzedni rok.
Ale jeśli ktoś chciałby zakupić, to proponuję przekartkować, czy tak styl i rysunków i narracji pasuje.

Robota jak każda inna – rozgrywa się w USA w czasach wielkiego kryzysu (chyba, w każdym razie przed wojną) i opowiada o człowieku, którego życie nie oszczędzało. Jak już znalazł fajną pannę, to miała niechciany posag, jak próbował wydostać się z biedy, to popadł w znacznie gorszą biedę. Z jednej strony jest to dość pesymistyczna historia o tym, że pracowity i ambitny człowiek nie zdobędzie szczęścia ani spokoju. Ale z drugiej strony czyta się z przyjemnością, bo się nie poddaje. Ma nadzieję, że się los choć trochę odwróci. Można się poczuć trochę jak przy Skazanych na Shawshank. Naprawdę dobra, niedługa lektura umiejscowiona w amerykańskich realiach początku poprzedniego wieku.

Wydrążone ziemie – kolejny komiks Schuitenów od wydawnictwa Scream. Można śmiało powiedzieć, że jest z tej samej parafii, co cykl Mroczne miasta, czy Zobaczyć Paryż. W lekko onirycznych okolicznościach przyrody podróżujemy z bohaterami po dziwnych światach, gdzie mgła może zamarznąć w powietrzu, cywilizacja kobiet funkcjonuje bez płci przeciwnej, skutecznie broni się przed podbojem, a na innej planecie rządzi zasada symetrii. To wszystko narysowane w bardzo charakterystyczny sposób, z precyzją godną architekta. Padł na forum komentarz dot. nasycenia kolorów. Nie mam do porównania oryginału, ale kolory nie wydają mi się specjalnie różne od pozostałych komiksów Schuitenów. Gruby, offsetowy papier też robi swoje. Może rzeczywiście trzeba by te kolory trochę podkręcić? Jeden z epizodów był chyba w Metal Hurlant i w sumie tam można sobie zerknąć na kolory. Mnie się nie chciało, aż takim sztywniakiem nie jestem.

Largo Winch (tom 1) – zachęcony przez TK wziąłem z biblioteki pierwszy tom na próbę i przyznam, że spodobało mi się nawet bardziej niż XIII. Młody koleś, lekkoduch zostaje spadkobiercą ogromnej fortuny. Zaraz zaczynają się dziać wokół niego dziwne rzeczy. Wiele osób będzie próbować położyć łapę na kasie, jakoś młokosa okiwać, czy nawet usunąć. Ale okaże się, że tytułowy Largo to wcale nie taki łatwy przeciwnik i na swój młody wiek kryje sporo niespodzianek. Z dnia na dzień z drobnego hulaki staje się rekinem finansjery. Podróżuje po świecie, załatwia interesy, robi bandziorów w jajo i wyrywa panny niby od niechcenia. Akcja praktycznie nie zwalnia, trudno złapać oddech i gdzieś przerwać czytanie. Intrygi są dość zawiłe, ale umiejętnie prowadzone. Rysunkowo jest również znakomicie. Kolorowo, atrakcyjnie dla oka. No taki filmowy komiks (zresztą jest jakiś film czy serial o tym samym tytule). Problem to tylko dostępność tomów. Z tego co zrozumiałem ma być 20 albumów. Kiedyś Egmont wydał 2 integrale po 4 albumy. Później Kurc pociągnął temat. Ale w mojej bibliotece brakuje drugiego tomu od Egmontu. Zerknąłem na portale z ogłoszeniami, ale ceny z kosmosu zupełnie. Mógłby ktoś się skusić na nową edycję w takich integralach jak XIII.

Niebo w głowie – historia chłopaka z Demokratycznej Republiki Konga, który pracuje w kopalni. Za chwilę zostaje wcielony do uzbrojonej bojówki (a żeby to zrobić musi przejść prawdziwą próbę). W końcu dochodzi do wniosku, że dłużej już w swoim kraju nie wytrzyma i wyrusza w podróż do Europy. Wszyscy mu mówią, że tam jest raj na ziemi. Dalej komiks opisuje jego drogę przez dżunglę, pustynię, handlarzy ludźmi itd. Czy dotrze do Europy? To już proponuję samemu sprawdzić. Bardzo smutny to komiks, a tym smutniejszy, że bardzo aktualny.

Ideał – mix paru gatunków, bo można znaleźć tutaj rozbudowaną historię obyczajową rozgrywającą się w świecie gdzie sztuczna inteligencja i roboty (androidy) funkcjonują wśród ludzi, a do tego dochodzi wątek polityczny. Bohaterami jest małżeństwo w średnim wieku żyjące w Japonii, na wyspie, która opiera się nowym trendom społecznym. Ona przechodzi rehabilitację po wypadku, a jest pianistką. On jest synem swojego słynnego ojca / założyciela pewnego porządku społecznego, w którym funkcjonują. Próbując przełamać kryzys wieku średniego spróbują wprowadzić w swoje życie trochę dostępnej technologii. Skutki oczywiście zaczną nie odpowiadać swoim pierwotnym założeniem. Komiks prowadzony jest niespiesznie, jest wiele stron niemych, a na pozostałych główna akcja to rozmowy kilku osób. Wszystko jest natomiast bardzo przemyślane i historia powoli, trochę meandrując, buduje napięcie i prowadzi do finału. Dla fanów Clowesa, czy Drnaso może to być ciekawy tytuł. Rysunkowo również w ich stylu. Trochę się zdziwiłem, że to debiut w branży komiksowej, bo komiks zrobił na mnie duże wrażenie.

Lux in tenebris – zbiorcze wydanie trzech albumów tej serii. Kilkanaście lat po śmierci Bolesława Chrobrego kraj zaczyna się rozpadać. Następca tronu jest na emigracji, coraz większą władzę zagarniają lokalni watażkowie. Wraca z przytupem religia ojców. W tym okresie chaosu główni bohaterowie (rycerz i mnich) wykonują różne misje. Najpierw szukają głowy (w sensie relikwii) św. Wojciecha, później mają eskortować księżniczkę, na koniec wyruszą do krain władanych przez wikingów (albo ich potomków). Podróże będą pełne zasadzek, zdrad, potyczek i średniowiecznej walki na miecze, włócznie i topory. Grozy będą dodawać pogańskie rytuały, bożki i mocno ciosana, acz dość realistyczna czarno-biała kreska. Tytuł na naprawdę solidnym, europejskim poziomie. Szkoda tylko, że taki drogi… Chyba 200 zł okładkowo.

Moje miejsce – bohaterem jest młokos, który wraz z kumplami mieszka w bogatej dzielnicy w Burundi. W ich dzieciństwo wkroczy wielka historia, bo w sąsiedniej Rwandzie dojdzie do ludobójstwa. Przemoc dotrze i do ich spokojnej okolicy i wpłynie na dalsze ich losy. Nie jest to łatwy w odbiorze komiks, to na pewno. Marzena Sowa (Hej Djo!, Marzi) z kolejnym bardzo solidnym tytułem.

Świat bez końca – to w pewnym sensie ilustrowany zapis rozmowy na tematy związane z historią rozwoju gospodarczo-społecznego przez ostatnie 200 lat, czyli od czasu rewolucji przemysłowej. Głównym poruszanym zagadnieniem są źródła energii, które na przestrzeni lat ludzie nauczyli się wykorzystywać. W dalszej części temat zmienia się na wpływ poszczególnych źródeł energii na klimat. Blain to wszystko w swoim, bardzo dowcipnym stylu ilustruje. Sam komiks jest przeładowany informacjami, chociaż większość raczej znanymi, ale podanych w sposób bardzo uporządkowany, z różnymi danymi pozwalającymi na porównanie efektywności różnych źródeł energii, źródeł misji gazów itd. Trudno jest to wszystko przyjąć na jeden raz, ale czyta się z przyjemnością. I tylko wnioski nie napawają optymizmem.

Fotograf – zapis wyprawy tytułowego fotografa do objętego wojną Afganistanu w latach 80-tych. Główny bohater dołącza do misji Lekarzy bez granic. Najpierw śledzimy przygotowania do wyprawy, później kilkutygodniową podróż przez góry i doliny. Karawana musi bardzo starannie zaplanować podróż i reagować na piętrzące się trudności. Przekroczenie granicy odbywa się w sposób nie do końca legalny, a część kraju jest objęte działaniami wojennymi. Trzeba kryć się przed samolotami i śmigłowcami ZSRR. Po dotarciu na miejsce lekarze uruchamiają prowizoryczne szpitale i zajmują się zwykłymi chorobami, jak i ranami związanymi z wojną. Ostatnią część zajmuje powrót do domu. Wszystkie etapy są udokumentowane dziesiątkami zdjęć, które zastępują niektóre kadry i to jest najbardziej charakterystyczna cecha tego komiksu. Podbija też wydźwięk emocjonalny – widać prawdziwych ludzi stojących za tymi wszystkimi tragediami, których nie brakuje. Zdjęcia nie są ocenzurowane i niektóre wbijają się w głowę na długo. Ale przyznam, że niektóre fragmenty były trochę nużące i to trzymanie się dokumentacyjnego charakteru opowieści nie zawsze miało silne podstawy. Może nie było to jak przysłowiowy film o facecie w łódce, ale napięcia nie udało się utrzymać do samego końca.

Universal Monsters: Dracula – kolejna adaptacja opowieści o wampirze z Transylwanii, tym razem w wykonaniu twórców znanych z Departamentu prawdy. Historia zdaje się jest dość wierna
Spoiler: PokażUkryj
(ale chyba się kończy się wcześniej – tu sobie głowy nie dam uciąć, bo pierwowzór czytałem bardzo dawno, a później nałożył się na to film, inny komiks i już w sumie nie wiem, co było oryginałem, a co autorską wizją).
Tutaj jakiś wielkich zaskoczeń nie może być. No może poza tym, że tytułowy bohater
Spoiler: PokażUkryj
działa trochę na obrzeżach historii i akcja koncentruje się na innych postaciach.
Za to rysunki – to tutaj robią robotę. Można się zanurzyć w historię, wcisnąć w fotel i czytać po nocy. Tylko żal, że tak szybko się kończy. Zaskoczył mnie rozmiar komiksu – amerykański. Jakoś założyłem sobie domyślnie, że to będzie A4.

Dwie nagie dziewczyny – historia obrazu opowiedziana z perspektywy obrazu 😊 Trzeba to samemu sprawdzić, bo zabieg jest świetny. Przy okazji poznajemy losy twórcy, który za życia był średnio doceniony, po śmierci popadł wręcz w niełaskę i dopiero po latach doczekał się „rehabilitacji”. Obraz przechodził z rąk do rąk i był jak to się mówi niemym świadkiem historii i powiązanych z nią ludzkich tragedii, a że w XX w. wiele się działo, to i trochę się nazbierało. Czasem był wystawiany i oglądany, chociaż nie zawsze z czystych pobudek artystycznych, groziło mu też spalenie. Ale też nie można powiedzieć, że komiks jest pełen takich dynamicznych zwrotów akcji, czasami bywa spokojniej i może trochę monotonnie. Warto przeczytać posłowie, trochę dodaje perspektywy i dopowiada losy bohaterów, którzy się przewinęli przed obrazem.

Wieszcz (księga 1) – 5 opowieści, stworzonych przez różnych artystów, których akcja rozgrywa się starożytnej Grecji. Tytułowy wieszcz opowiada Homerowi historie ludzi, których losy krzyżują się z bogami. Nie są to adaptacje mitów, tak jak w serii wydawanej przez Egmont – fabuły są po prostu osadzone w świecie, w którym Zeus, Apollo, Hera czy Afrodyta zabawiają się kosztem maluczkich, a ludzie kierowani swoimi ambicjami, żądzami czy zwykłą zemstą są gotowi na podjęcie rozgrywki. Rzucanie wyzwania bogom nigdy nie odbywa się bezkosztowo. Historie nie są ze sobą powiązane, poza tym ogólnym schematem. I mimo, że za każdą częścią stoi inny zestaw twórców, to wszystko jest dość spójne, począwszy od sposobu prowadzenia akcji, kończąc na stylu rysunkowym. Są krwawe bitwy, wojownicy, królowie, nimfy, wyrocznie, cyklopi, orgie, wino, słońce. No wszystko, co tylko do głowy może przyjść. Rysunkowo jest super atrakcyjnie, nawet stopień wyżej niż w serii Egmontu – ekspresyjnie, kolorowo, spektakularnie, wręcz filmowo (niedługo Odyseusz Nolana ma być w kinach, to pewnie się wybiorę). Nie wiem, jakie techniki tutaj były wykorzystywane, wydaje się że bez komputera się nie obeszło, ale teraz chyba tak się tworzy komiksy. Oczywiście, można wrzucić tę pozycję do kategorii „generyczny frankofon”, ale ja lubię mitologię / starożytność, więc bawiłem się świetnie. Czekam na ciąg dalszy, szczególnie, że taki mały cliffhanger został na koniec.

Jesuit Joe – w albumie znajdują się trzy, niepowiązane fabularnie historie. To co je łączy to mniej więcej okres, kiedy powstały (końcówka lat 70-tych), oczywiście autor i w pewnym sensie podejmowana tematyka, czy ogólnie klimat. Pierwsza historia rozgrywa się w Ameryce Płn., gdzie Indianin przebiera się za kanadyjskiego konnego policjanta i wymierza po swojemu sprawiedliwość. Druga część zabiera nas do Brazylii rozdartej wojną domową, gdzie zemsta zdaje się być silniejsza od samej śmierci. Równie niejednoznaczna jest trzecia historia, gdzie pustynny upał zaczyna oddziaływać na angielskich żołnierzy. To wszystko zilustrowane charakterystyczną kreską. Kiedyś będę musiał w końcu sięgnąć po serię Corto Maltese, bo ta pozycja zrobiła mi sporego smaka.

** Niezłe / można przeczytać

Pracownicy morza – adaptacja powieści W. Hugo. Historia rozgrywa się w czasach rewolucji przemysłowej w nadbrzeżnym miasteczku i jego okolicach. Pojawiła się pierwsza łódź napędzana silnikiem parowym, co budzi pewne zdziwienie okolicznych mieszkańców. Śledzimy losy bogatego armatora, właściciela nowoczesnej łodzi, jego wspólników, jego rodziny. To wszystko przedstawione w czerni i bieli z dużą dozą tzw. kreskowania. To może się podobać, chociaż jak widzę w komiksie morze, to wolałbym kreskę w stylu Vance’a.
Po przeczytaniu poczułem jednak lekkie rozczarowanie. Historia, jakkolwiek kunsztownie opowiedziana, zakończyła się jednak tak sobie. Może w książce i w tamtych czasach brzmiało to ciekawiej, ale teraz to trochę naciągane się wydaje.

Nie puszczaj mojej dłoni – również adaptacja książki. Tym razem kryminał rozgrywający się na egzotycznej wyspie. Ambitna policjantka i jej pomocnik lekkoduch próbują rozwikłać dziwną sprawę, w której nie wszystko się klei. Czyta się z przyjemnością, chociaż nie jest to wybitne dzieło gatunku kryminalnego.

W ułamku sekundy – historia życia jednego z pionierów fotografii. Młody człowiek wyrusza w połowie XIX wieku do Stanów Zjednoczonych i tam szuka dla siebie przyszłości. Trochę czasu upłynie, nim znajdzie swoje powołanie, a będzie nim rodząca się sztuka utrwalania obrazu na różnych nośnikach. W komiksie można znaleźć trochę szczegółów technicznych, jak wyglądał sprzęt i jak się rozwijał. Bardzo fajnym zabiegiem jest odtworzenie kilku legendarnych już dzisiaj zdjęć, w tym jedno z większych osiągnięć głównego bohatera, czyli uchwycenie konia w galopie i udowodnienie, że na ułamek sekundy koń taki odrywa wszystkie cztery kopyta od ziemi (takie kwestie kiedyś zajmowały ludzi). I tak mniej więcej 2/3 komiksu czyta się z dużym zaciekawieniem. Niestety końcówka staje się coraz bardziej nużąca – komiks biograficzny przemienia się w dokument. Inni wynalazcy tamtych czasów (Edison, rodzina Lumiere i inni) rozwijają swoje pomysły, a nasz główny bohater zaczyna fotografować prawie wszystko, co się rusza, a to zaczyna nudzić i czytelnika i współczesnych mu ludzi.

Circus Magnum – jeden z dziwniejszych komiksów, jakie ostatnio czytałem, ale w dość pozytywnym sensie. Rzecz rozgrywa się w środowisku trupy cyrkowej, która wystawia dość kontrowersyjne przedstawienia. Prowadzeni żelazną ręką przez właściciela artyści nie mają wiele miejsca na własne pomysły i rozwój osobisty. To prowadzi do napięć i do ostatecznego przesilenia. Nie jest to może komiks, który zostanie mi w pamięci na zawsze, ale widać w tym pasję twórców i ciekawą kreskę.

Nottingham – próba opowiedzenia legendy o Robinie z lasu Sherwood w nieco odmienny sposób. Głównym bohaterem jest tytułowy szeryf Nottingham, który stoi przed trudnym wyborem, czy ugiąć się przed coraz to większymi wpływami Jana bez ziemi, czy pozostać wiernym królowi Ryszardowi, którego powrót do kraju jest dość niepewny. Brat króla jest następcą tronu, ale póki król żyje, to brat nie ma nic do gadania. Król w każdej chwili może jednak dokończyć żywota i wtedy następca będzie pamiętał, kto mu pomógł, a kto się sprzeciwił. Ten wątek jest właśnie punktem wyjścia całej historii. Później oczywiście zaczyna się wyjaśniać, jakie związki z Robin Hoodem i jego bandą ma szeryf. Należy jednak podkreślić, że jest to inne ujęcie tematu niż w wielu wcześniejszych filmach / serialach, że Robin walczy z szeryfem. Tutaj ten wątek jest inaczej rozwiązany, ale nie spojleruję więcej. Jak kogoś interesuje temat, to można sięgnąć. Nie jest to wybitne dzieło, ale też widać, że twórcom przyświecały ambicje większe niż kolejna zabawa w szlachetnego zbójcę i chytrego władcę. Przydałby się też ciąg dalszy, bo rozwiązanie nie przyniosło pełnej satysfakcji. Rysunkowo jest poprawnie, ale brakuje trochę pazura, jakiegoś wyraźniejszego stylu.

Zabójcza kołysanka – był kiedyś film pt. Panowie dbajcie o żony. W komiksie raczej się do tego sloganu nie stosują. Główny bohater jeździ nowojorską taksówką, przeważnie w nocy. Ma niepełnosprawną żonę i kumpla, który niedawno swoją żonę pochował. No i w takim układzie zaczynają się dziać różne rzeczy o naturze kryminalnej. Prosta historia co chwilę będzie dorzucać nową cegiełkę. Niektóre sceny zaczną się powtarzać i oglądając je z perspektywy innej osoby będziemy dowiadywać się coraz więcej o wzajemnych relacjach bohaterów. Będziemy też odkrywać przeszłość, co rzuci dodatkowe światło na motywacje małżonków. Czyta się to wszystko naprawdę bardzo dobrze. Trochę mi trzeci akt nie podszedł. Zmienił zupełne tempo i napięcie i ostatecznie nie doprowadził do zakończenia z przytupem. Z jednej strony zostałem z lekkim niedosytem, ale z drugiej nie zakończyło się to wszystko w najbardziej przewidywalny sposób. Na pewno plus za rysunki, które w ograniczonej palecie kolorów (sepii?) znakomicie oddają nastrój, pokazują nocne miasto i ludzi mających wobec siebie niecne zamiary.

Krew dziewicy – rzecz dzieje się w środowisku niezależnych filmowców w Los Angeles, gdzieś w latach 70-tych (albo chwilę wcześniej). Główny bohater pracuje przy tych filmach jako montażysta, ale jego ambicje sięgają wyżej. Pisze scenariusz filmowy, a kiedyś chce być reżyserem. Biznes ten jest jednak bardzo niewdzięczny i przepełniony różnymi cwaniakami, desperatami, niedoszłymi lub przebrzmiałymi gwiazdami. Przepracowany i zestresowany koleś ma jeszcze trochę problemów domowych. Komiks to kilka tygodni takiego życia w biegu, załatwiania czegoś na ostatnią chwilę, żonglowanie terminami, dzwonienia, ustalania, mniejszych lub większych dramatów do ogarnięcia. Ja generalnie lubię takie historie, ale tutaj poczułem znużenie po jakimś czasie. Historia nie zawierała w sobie tylu ciekawych wątków, żeby zapełnić ten gruby tom. Parę razy miałem wrażenie, że kręcimy się w kółko i problemy jednego dnia powtarzały się kolejnego dnia. Raczej nie zostanie na półce.

Rewolucje (wydanie zbiorcze 1-4) – mój pierwszy kontakt z tą serią. Zupełnie nie wiedziałem, czego się spodziewać i w sumie nadal nie jestem pewny. Nie była to dla mnie łatwa lektura, chociaż trudno odmówić pomysłowości i zaskakiwania czytelnika. Podobał mi się szczególnie patent, jak akcja przeskakuje z jednego bohatera na drugiego. Nie ułatwiały mi sytuacji rysunki, gdzie każdy wygląda tak samo. Ja i tak na co dzień mam problem z rozpoznawaniem twarzy i często się czuję, jak w tym komiksie. A tutaj było to zrobione z rozmysłem, co już mnie zupełnie pogubiło. Ale z tego co doczytałem, to dalsze albumy są średnio ze sobą połączone, więc pewnie wezmę kiedyś z biblioteki i zapoznam się z resztą.

Małe zaćmienia – 5 przyjaciół w okolicach czterdziestki i jedna młódka zapoznana przez Internet przez koleżkę z wyjątkowo destrukcyjnym kryzysem wieku średniego wyrusza na kilkudniowy urlop, którego kulminacją ma być zaćmienie słońca. Przez te parę dni będą stękać nad swoim losem (rzecz się dzieje we Francji i żadne raczek biedy nie klepie), roztrząsać sprawy z przeszłości i wymyślać kolejne życiowe komplikacje. Tłumacząc sobie oczywiście, że szukają szczęścia / prawdziwego ja / czegoś nowego / itp. Momentami musiałem zagryźć zęby, żeby doczytać. Przeważnie lubię komiksy obyczajowe i tutaj też można znaleźć ciekawsze momenty. Jednak natężenie stęków i narzekań mnie trochę uderzyło. Lekki plusik za podjęcie jednak niełatwego tematu.

Małe Arkana – kolejny Lemire z dość podobną historią, gdzie rzeczywistość miesza się troszkę z magią?. Młoda dziewczyna wraca do rodzinnego miasteczka, do chorej matki, która skubie swoich sąsiadów stawiając im tarota, czy wymyślając inne wróżby. Chcąc nie chcąc, córka ją zastępuje i wtedy okaże się, że ma w tym temacie niemałe zdolności. Jednocześnie poznajemy mieszkańców miasteczka, których pewnie będą łączyć różne zdarzenia z przeszłości. To dopiero pierwszy tomik z tej serii, wygląda to co najmniej nieźle. Z tego co widzę, to po polsku jest zapowiedziany drugi tomik, po angielsku trzeci. Jak nie uleci z pamięci, to kiedyś poczytam dalej.

* Nie podeszło lub wręcz wymęczyło

Incognito – komiks supebohaterski, w którym główny bohater zostaje objęty programem dla świadków sypiących swoich byłych kumpli. Dostaje nową tożsamość, nowe życie gdzieś na jakimś zadupiu. Ma też brać środki farmaceutyczne, które tłumią jego moce. Ale jak to zwykle bywa w takich historiach dawne życie nie da tak łatwo o sobie zapomnieć. Sięgnąłem po komiks przyciągnięty nazwiskiem Brubakera. Nie wiedziałem, że będzie się tam roić od superbohaterów i superłotrów, szalonych naukowców i mordobicia. To w sumie nawet dałoby się przełknąć, gdybym choć trochę był zainteresowany losem głównego bohatera. Jak się akcja rozkręciła, to się już nie zatrzymała do samego końca, a on wskakuje w coraz to kolejne awantury. Po jakimś czasie czytelnik przestaje się właściwie zastanawiać, czy jego działania mają jakiś sens, czy po prostu podąża za tym, co mu akurat wpada w ręce. Brnąć przez kolejne strony miejsce nieskomplikowanej rozrywki zajmowało raczej znużenie. Na szczęście w komiksie było mnóstwo dodatków i koniec przyszedł szybciej niż się spodziewałem.
Black Dahlia **
Dylan Dog: Mater morbi ***
Chaos, Podróż do piekła ***
Nonnonba **
Historia Dylana Doga **

Offline Nawimar III

Odp: Bo chodzi o to, żeby plusy nie przesłaniały nam minusów - sezon drugi
« Odpowiedź #794 dnia: Śr, 01 Kwiecień 2026, 11:24:59 »
Marzec
 
Star Trek nr 4 - zgodnie z oczekiwaniami czytelników po zaprezentowaniu adaptacji kinowego hitu przyszła pora na pierwszą opowieść rozpisaną specjalnie na potrzeby tego miesięcznika. Marv Wolfman nie oparł się pokusie rozpisania fabuły w konwencji quasi-horroru, która w latach poprzedzających realizacje tego akurat tytułu była mu bardzo bliska. Nieprzypadkowo, bo jeszcze rok przed publikacją niniejszego epizodu był on scenarzystą szczególnie bliskiej mu serii ,,Tomb of Dracula”. Mało tego, wśród obsady tej historii nie zabrakło właśnie Nosferatu wystylizowanego na Jacka Palance’a. Stąd z dzisiejszej perspektywy opowieść ta raczej nieco bawi, niż ,,przestrasza”, choć równocześnie trafnie wpisuje się w formułę oryginalnego serialu z udziałem załogi USS Enterprise, kiedy to nierzadko odwiedzali oni światy nadspodziewanie podobne do naszego. 
 
Marvel-Must-Have t.14: Inhumans – z tytułową społecznością był w moim przekonaniu (i zresztą nadal jest) jeden zasadniczy problem: zbyt wiele w nich z Jacka Kirby’ego, a zbyt mało Stana Lee. Ten drugi jak dla mnie umiejętnie wygładzał nie zawsze wystarczająco dopracowane koncepty „Króla”, a w tym akurat przypadku odpuścił. Dlatego poddani Black Bolta jak dla mnie znacznie lepiej sprawdzają się jako osobliwe urozmaicenie perypetii czołowych drużyn Marvela, niż w swoich samodzielnych fabułach. Niniejsza seria to pod tym względem wyjątek; zapewne z tego względu, że rozpisał ją wyjątkowy i wciąż nie w pełni doceniony twórca w osobie Paula Jenkinsa. Ta złożona, w swojej ogólnej nastrojowości przytłaczająca historia, trafnie ujmuje swoisty klincz pomiędzy „głównonurtową” ludzkością, a usiłującymi odnaleźć spokój w odosobnionych enklawach „Nieludźmi”. Jak bardzo jest to karkołomne zadanie przybliżono w tym właśnie zbiorze, który śmiało można uznać za jedno z najbardziej udanych osiągnięć linii wydawniczej „Marvel Knights”. 

Świat Mitów: Apollo - muszę przyznać, że tytułowy bohater tej odsłony niniejszej serii od zawsze działał mi na nerwy. Buńczuczny pyszałek nie szczędzący swoich strzał dla byle kaprysu jak dla mnie aż nazbyt mocno uosabiał kapryśne oblicze olimpijskich bóstw. Luc Ferry (pomysłodawca serii), posługując się w dużej mierze wypisami z Nietzschego, usiłował nadać tej osobowości znamiona personifikacji harmonii i porządku. Nawet jeśli odrobinę mnie przekonał, to i tak nie nabrałem sympatii dla bardzo z siebie zadowolonego syna Letony. Niemniej w swojej kategorii komiks spełnił swoją rolę, a quasi-wiedźmińska scena ubicia Pytona dramaturgicznie podsyciła tę opowieść.

Marvel-Must-Have t.15. New Avangers: Iluminaci
– świetna rzecz sprzed twórczego wypalenia scenarzysty tego przedsięwzięcia (w tej roli Brian M. Bendis), a przy tym uzupełnienie znanych już polskiemu czytelnikowi opowieści zawartych m.in. w serii „New Avengers” i „Wielka Wojna Hulka”. W tym przypadku mamy do czynienia nie tyle ze zwartą fabułą, co modelem tzw. opowieści uzupełniających właśnie, rozgrywających się w szczególnie istotnych momentach pomiędzy pamiętną wojną Skrulli z Imperium Kree, a najazdem tych pierwszych w toku tzw. Tajnej Inwazji. Przy czym Bendis ujął całość w ramy swoistej kompozycji klamrowej, łącząc dwa odległe w czasie wydarzenia w ramy spójnej całości. Efektowne rysunki Jima Cheunga dopełniły atrakcyjności tej realizacji.
 
Tytus, Romek i A’Tomek, Zaginione Księgi, księga IV: Tytus polarnikiem
– wraz z lekturą każdej kolejnej zaginionej „książeczki” z trudem powstrzymuję osłupienie jak wiele wielbiciele twórczości nieodżałowanego Papcia Chmiela stracili do momentu publikacji tego materiału! To niemal jak wizyta w równoległej rzeczywistości, bo mamy tutaj mnóstwo „prototypów” (podobnie zresztą jak w poprzednich zaginionych „książeczkach” sytuacji z późniejszych, kanonicznych „książeczek” (m.in. V-ej i XVI-ej), w odmiennej „konfiguracji”, aczkolwiek zarazem dojrzałej i w gruncie rzeczy nieustępującej dobrze już znanym przygodom tytułowej trójki. Krótko pisząc: poproszę o więcej.
 
Bohaterowie i Złoczyńcy t. 119. Batman: Wojna żartów z zagadkami – o ile poza „Visionem” każda kolejna lektura utworów sygnowanych przez Toma Kinga okazywała się dla mnie doznaniem z gatunku rozczarowujących (by wspomnieć opublikowaną również w tej kolekcji w moim przekonaniu przereklamowaną „Supergirl: Kobietę Jutra”), o tyle tą akurat opowieścią jestem względnie mile zaskoczony. Zapewne dlatego, że niewiele po niej się spodziewałem, a tymczasem otrzymałem przejaw ambicji osiągnięcia poziomu takich fabuł jak m.in. „Śmierć rodziny” i „Koniec gry” (gwoli ścisłości postrzeganych przeze mnie jako utworów bardzo udanych). Co prawda ambicji niespełnionej m.in. z powodu zbędnego rozciągnięcia niektórych sekwencji (stały mankament w twórczości Kinga), aczkolwiek mimo wszystko oferującej angażującą lekturę z incydentalnymi przebłyskami znamion nie w pełni wykorzystanej błyskotliwości.
 
Guy Gardner: Warrior nr 22
- dotkliwie obity oraz pozbawiony źródła nadnaturalnych mocy (pierścienia Sinestro anihilowanego przez Parallaxa) Guy ani myśli oczekiwać bezczynnie dalszego rozwoju wypadków. Zdaje sobie bowiem sprawę, że trwa właśnie proces gruntownego przepoczwarzania rzeczywistości. Wyrusza zatem ku kolejnej szansie na uzyskanie mocy sprawczych na miarę wyzwań Ligi Sprawiedliwości. Reorientacja serii trwa zatem w najlepsze, a przy tym trudno zorientować się w jakich kierunkach pomknie wyobraźnia ówczesnego jej scenarzysty, Beau Smitha. Pewne jest, że rysownik (w tej roli nadal Mitch Byrd) radził sobie wówczas wręcz brawurowo.
 
Star Trek nr 5 - Marv Wolvman (dotychczasowy scenarzysta serii) desantował się do konkurencji, by uczestniczyć w tworzeniu w jej ,,barwach” bestselerowego ,,The New Teen Titans”. Wynikła zatem okoliczność zastąpienia go przez Mike’a W. Barra, który całkiem przekonująco skonkludował opowieść rozpoczętą przez swojego poprzednika. Przy czym posłużyli mu do tego m.in. Klingoni oraz zmaterializowane suma wszystkich strachów wielbicieli klasycznych horrorów.
 
Komiks i My nr 1 (18)/2026 – być może trudno w to uwierzyć, ale ta inicjatywa kończy w tym roku bagatelka dziesięć lat! Jak na formułę magazynu (ponoć obecnie niezbyt popularną) to niemal epoka geologiczna. Co więcej ciąg dalszy ponoć wkrótce nastąpi, a niniejszą odsłonę „KiM” z pełnym przekonaniem można uznać za bardzo udaną. Mamy tu bowiem m.in. ciąg dalszy prezentacji twórczości bułgarskiego artysty Aleksandra Wyczkowa („Chan Asparuch”) oraz adaptacje w swoim czasie poczytnej powieści Janusza Meissnera „Czarna bandera” w wykonaniu dobrze znanego nieco bardziej wiekowym wielbicielom komiksowego medium duetu Tibor Cs. Horvath/Attila Fazekas. Jakby tego było mało skądinąd znany Daniel „Pirat z Wysp Szczęśliwych” Koziarski przybliżył opublikowane na polskim rynku współrealizacje tego drugiego, a Sławomir Zajączkowski (pomysłodawca magazynu) przeprowadził z nim wywiad. Tym samym nie zabrakło również interesującej publicystyki. Czegóż zatem chcieć więcej? Oczywiście kolejnych numerów tego przedsięwzięcia.
 
Adaptacje Literatury: Wyspa doktora Moreau - jak zawsze w przypadku komiksowych adaptacji utworów Herberta George’a Wellsa, także tej nie mogłem przegapić. Mimo że na tle innych powieści powstałych we wczesnym okresie jego twórczej aktywności (tj. ,,Wehikułu Czasu” i ,,Wojny światów”) ,,Wyspa...” jawić się może jako znacznie mniej widowiskowa, to jednak również na jej kartach Wells poruszył kilka istotnych zagadnień, wykazując się przy tym wprost niesamowitą intuicją. Imitowanie stwórczego zamysłu Pana Boga oraz radykalna ingerencja w pierwotną formułę materii ożywionej zostały przez wspomnianego autora rozegrane bardzo przekonująco. Ponadto jest to jeden z najlepiej rozrysowanych albumów tej serii, spośród tych, z którymi dotąd miałem styczność (a było ich już całkiem sporo).
 
Pogromcy Nieznanego muszą umrzeć - nie każdy uznany z czasem klasyk z miejsca zostaje doceniony. Tak się sprawy miały w przypadku obecnie jednego z najbardziej docenionych komiksowych duetów współczesności, tj. Jepha Loeba i nieodżałowanego Tima Sale’a. Ich pierwsza wspólna kooperacja - czyli właśnie niniejszy zbiór - nie spotkała się z przychylnym odbiorem czytelników. Sprzedaż pierwodruku okazała się bowiem poniżej założonych oczekiwań. Można pokusić się o przypuszczenie, że wynikło to z okoliczności, że nie tego wówczas spodziewali się po tym tytule jego potencjalni odbiorcy, a i Leob, dotąd aktywny jako scenarzysta branży filmowej, dopiero rozpoznawał możliwości komiksowego medium. Stąd jego interpretacja Pogromców Nieznanego jawi się jako jakościowo nierówna, choć zarazem niesztampowa, a przy tym intrygująca. Większy ,,twór” (rozumiany jako regularna, pełnowymiarowa seria) z tego przedsięwzięcia się nie wykluł, a jednak rzecz warta jest rozpoznania już tylko ze względu na początek drogi twórczego duetu, za którego sprawą otrzymaliśmy m.in. ,,barwną” serię pod szyldem Marvela (vide m.in. „Hulk: Szary”), jak również halloweenowe atrakcje w kontekście Batmana.
 
Guy Gardner: Warrior nr 23 - czegóż tu nie ma... Naziści, dinozaury, kosmici, zmiennokształtne gadoidy, a na dokładkę zombie w hurtowej ilości. Mało? Zatem swoje robi ponadto mocno zastanawiający relief we wnętrzu skrytej w amazońskiej dżungli świątyni, a na horyzoncie zawirowania fatalnie wróżące stabilności całokształtowi stworzenia. Krótko pisząc są widoki na wiele dobrego.
 
Star Trek nr 6
- tym razem Mike W. Barr (scenarzysta serii od poprzedniego epizodu) zaproponował intrygę kryminalną w której stawką jest ewentualne przyłączenie się kolejnego ze światów do Zjednoczonej Federacji Planet. Sprawa jest tym bardziej ważka, że alternatywą dla tej ewentualności jest akces wspomnianej planety do imperium Klingonów. Toteż załoganci USS Enterprise dwoją się i troją by zagadkę skrytobójczego mordu na ambasadorze Yannid VI (tj. świata o którym mowa) rozwikłać i tym samym przechylić szale zaistniałej sytuacji na korzyść Federacji. Oczywiście nie jest to zadanie z gatunku łatwych i nieskomplikowanych, co przyczynia się do dramaturgicznego podsycenia tej opowieści.
 
Tony Stark Iron Man t. 1 – jak to na ogół w przypadku fabuł rozpisywanych przez Dana Slotta bywa, także tym razem mamy do czynienia z kumulacją żywiołowości i rozmachu, na miarę Domu Pomysłów w jego najlepszych dziejowych momentach. Osobiście preferuję nieco odmienne w nastrojowości realizacje tego wydawcy (vide „Spider-Man: Ostatnie Łowy Kravena”, „Daredevil: Odrodzony”); niemniej także opowieści jak niniejsza przyswajam z dużą przyjemnością. Toteż tak było również tym razem. Rozbuchany styl wspomnianego scenarzysty trafnie ujął nieco egzaltowane usposobienie tytułowego bohatera. Pośród rozpędzonych sekwencji tej opowieści z powodzeniem odnalazła się również pozostała część jej licznej obsady. Cieszy również sięgniecie po Kontrolera jako głównego adwersarza, osobnika może niekoniecznie z pierwszego szeregu przeciwników Iron Mana, ale jak dla mnie niezmiennie intrygującego i o znacznym, wciąż nie w pełni wykorzystanym potencjale fabularnym. Dosycona dynamiką i feerią barw warstwa plastyczna w wykonaniu dobrze już u nas rozpoznanego Valerio Schiti idealnie komponuje się z formułą scenariusza tego zbiorku. Dlatego zapewne wkrótce sięgnę po jego kontynuacje. 

Tytus, Romek i A’Tomek, Zaginione Księgi, księga V: Na morzu i w tropikach
– po lekturze kolejnej „zaginionej księgi” raz jeszcze trudno mi się otrząsnąć z odczucia, że zanim jeszcze debiutowała Księga I Papcio Chmiel zdążył wymyśleć zaczyn na ogółem sześć kolejnych! Ponadto nie była to pochodna pracy rozpoznającego niuanse komiksowego medium początkującego autora, a w pełni już doświadczonego i gotowego do kolejnych wyzwań mistrza bez którego nie sposób wyobrazić sobie dziejów rodzimego komiksu. Podsumowując: rozrywka, której czas nie ujął nic z jej pierwotnej mocy oddziaływania.
 
Guy Gardner: Warrior nr 24 - ależ bym wiele stracił, gdybym zgodnie z pierwotnymi założeniami podchodzenia do tej serii zakończył jej lekturę po szesnastym epizodzie (tj. ostatnim przed rozpoczęciem gruntownego reorientowania przedsięwzięcia). Jej zdynamizowanie na obecnym etapie rozwojowym oraz włączenie w jedno z najbardziej dramatycznych wydarzeń w dziejach uniwersum DC - Godziny Zero - przejawiło się ekscytującą, epicką wręcz fabułą, ukształtowaną w zbiór dosyconych dramaturgicznie sekwencji. Okazało się to tym bardziej uzasadnione, że Guy mieszkał niegdyś w zgładzonym za sprawą Supermana-Cyborga i Mongula Coast City. Równocześnie tytułowy bohater przechodzi kolejny etap przepoczwarzania ku swojej nowej postaci. Przy czym kulminacja zmagań z Parallaxem nastąpi dopiero w kolejnym epizodzie.

Star Trek nr 7 - to co zawsze pociągało mnie w uniwersum ,,Gwiezdnej Włóczęgi” (oprócz rzecz jasna zajmujących fabuł) to optymistyczna wizja rozwoju ludzkości, która pomimo dziejowych zakrętów zdołała ewoluować do etapu władnej przemierzać przestrzeń kosmiczną cywilizacji technicznej. Co więcej nastawionej nie tyle na ekspandowanie, co eksploracje stricte odkrywczą, a nawet podejmującą misje wspierające mniej zaawansowane społeczności. Tak się sprawy mają w przypadku niniejszego epizodu, przybliżającego szczegóły wyprawy ratunkowej w kontekście zagrożonej zniszczeniem planety Andres IV. Zamieszkująca ją nieliczna rasa humanoidów okazuje się jednak znacznie bardziej zdumiewająca niż można było się tego pierwotnie spodziewać. Okazuje się bowiem, że załoga USS Enterprise jest na tym globie od bardzo dawna oczekiwana... Reasumując Tom deFalco (kolejny już scenarzysta tej serii) zaproponował bardzo udaną historię.

Bohaterowie i Złoczyńcy t.120. Tuzy Jokera. 13 klasycznych opowieści o zbrodniczym klaunie - trudno byłoby wyobrazić sobie lepsze zwieńczenie tej wyjątkowej kolekcji niż właśnie ten rekordowo obszerny zbiór. W nim zaś znalazła się pochodna pracy tak wprawnych i wyjątkowych twórców jak m.in. Dick Giordano, Jim Aparo, Norm Breyfogle i Alex Saviuk. Idealny przegląd przypadków tytułowego ,,bohatera” w toku przełomowej dla superbohaterskiej konwencji dekady lat 80. Szkoda tylko, że to już finał z mojej perspektywy kolekcji szczególnej.

Tony Stark Iron Man t.2 - drugi (i ostatni) zbiór tej serii to wbrew pozorom nie tylko dosycony liczną obsadą i mnogością zwrotów akcji rozrywkowiec, ale również sprawnie rozegrany wątek zjawiska, które w dużym skrócie moglibyśmy określić mianem ,,tożsamości cyfrowej”. Do tego na tyle umiejętnie wkomponowanej w kawalkadę sekwencji konfrontacyjnych, że udało się uniknąć quasi-dydaktycznego przedobrzenia. Dzieło wiekopomne to rzecz jasna nie jest, ale też nie sposób odmówić temu przedsięwzięciu (rozumianemu jako całość tej serii) pchnięcia mitologii Iron Mana ku nowym, całkiem obiecująco rokującym, szlakom.

Marvel Origins t. 84: Kapitan Ameryka 5
– Jack Kirby ewidentnie musiał wielbić tworzenie tej serii. Po efekcie jego pracy znać bowiem, że w tym procesie nie oszczędzał on ani siebie, ani też narzędzi komiksowego medium, za których pomocą kreował kolejne zmagania superżołnierza z totalitarnymi pomiotami pokroju Barona Helmuta Zemo i Red Skulla. W niniejszym zbiorze zwłaszcza drugi z wspomnianych wyśrubowany został do poziomu tzw. Wujka Samo Zło i trzeba przyznać, że bardzo mu z tym do twarzy. Nie jest to bowiem lansowany współcześnie model „wrażliwej, skrzywdzonej istoty”, która jednie „odreagowuje” osobiste problemy z dzieciństwa tudzież wczesnej młodości. Miast tego Johann Shmidt (czyli właśnie Red Skull) to bezwzględna kanalia z którą podejmowanie choćby symbolicznej dyskusji nie ma najmniejszego sensu. Tego typu indywiduum rozumie jedynie „język” zintensyfikowanej, precyzyjnie wymierzonej kinetyki i nic się na to nie poradzi. Po prostu trzeba napierwiaszczać z całych sił i skutecznie zablokować jego plugawe machinacje. Ta okoliczność sprzyja podsyceniu dramaturgii zebranych tu historii i można niezmiennie ubolewać, że tempo prezentacji tej akurat serii nie jest szybsze.

Guy Gardner: Warrior nr 0 – stało się! Proces przepoczwarzania Guya w humanoidalną broń Vuldarian doczekał się swojego zwieńczenia. Tym samym w dziejach tytułowego protagonisty rozpoczęła się zupełnie nowa era. Z dzisiejszej perspektywy oceny tego okresu bywają bardzo zróżnicowane. Jedno jest jednak pewne: Beau Smith (scenarzysta serii) wykazał się twórczą oryginalnością i na powierzoną mu skalę znacznym rozmachem. Wprost trzeba przyznać, że w tym zadaniu przytrafiło mu się wsparcie ze strony bardzo uzdolnionego plastyka (do którego coraz bardziej się przekonuję) w osobie operującego żywiołową manierą Mitcha Byrda. Znać, że będzie się tu wiele działo, mimo że również wcześniej na tempo rozwoju serii nie sposób było narzekać.
 
Star Trek nr 8 – kolejna zmiana na stanowisku scenarzysty tego miesięcznika. W tej roli odnalazł się tym razem Martin Pasko, w swoim czasie ostatni twórca fabuł z udziałem Potwora z Bagien (notabene bardzo udanych) przed przejęciem opieki nad tą postacią przez Alana Moore’a. Zawarta w tej odsłonie „Gwiezdnej Włóczęgi” fabuła również nie zawodzi, bo skala wyzwania zdaje się momentami nie do opanowania. Nie zabrakło przy tym odniesień do niezmiennie ekscytujących wielbicieli tej marki Wojen Eugenicznych oraz przedstawicieli obcej cywilizacji, których wizerunek być może zainspirował Johna Byrne’a przy okazji projektowania przezeń jednego z przejawów kryptonijskiej technologii.