Pierwszy kwartał minął mi głównie na pozycjach z biblioteki i trochę na tablecie. Nowych pozycji względnie mniej, ale coś się przecież znalazło.
**** Znakomite
Nie trafiłem takiego tytułu.
*** Dobre
Faks z Sarajewa – człowiek wraz z rodziną próbuje wydostać się z oblężonego przez Serbów Sarajewa. Na jego szczęście ma wielu znajomych (m.in. autora tego komiksu), którzy usiłują mu pomóc. Komunikują się za pomocą tytułowego faksu. Cała operacja zajmuje półtora roku. W tym czasie bohaterowie stracą dom, będą kryć się po schronach, piwnicach. Ostatecznie zamieszkają w hotelu. Kilkukrotnie będą bliscy wyjazdy, ale wokół panuje chaos i muszą zmierzyć się z kolejnymi niezrozumiałymi decyzjami władz (takich czy innych) i własnym rozczarowaniem. A oprócz tego trwa wojna: bombardowanie zwykłych budynków, snajperzy strzelający do przechodniów i pojazdów, problemy z prądem, wodą, żywnością i lekami.
Przyznam, że z trudem przebrnąłem przez ten komiks. Kilka razy do niego zasiadałem, ale tematyka połączona z monotonią kolejnych rozdziałów (był plan na wyjazd, ale się posypał, później opisanie tego w faksie) była dla mnie trudna do przełknięcia. Do komiksu dołączone są fotografie wykonane w trakcie opisywanych wydarzeń i dodatkowy opis całej historii.
Lone wolf and cub (Samotny wilk i szczenię tomy 1-9) – wziąłem się za tytuł z pewną obawą. W końcu prawie 30 tomów i zakładałem, że jak dojdę do połowy, to będzie dobrze. Po tym, co do tej pory przeczytałem, to myślę, że wciągnę całość. Głównym bohaterem jest ronin (samuraj bez pana), który padł ofiarą intrygi swoich wrogów. Stracił żonę, pozycję (dość absurdalną w odbiorze czytelnika spoza Japonii) i wraz z małym synem rozpoczyna życie jako morderca do wynajęcia. Przemierza Japonię, wdaje się w przygody (jak Kane z Kung-fu). Każdy tom to ok. 5 niezależnych historii. Częstym motywem jest zemsta – ktoś został pokrzywdzony i honor każe mu/jej wyrównać rachunki, co oznacza przede wszystkim zadźganie adwersarza. I wydawać by się mogło, że to szybko musi się znudzić, ale jakimś cudem jest wręcz przeciwnie. Mimo, że schemat się powtarza, to każda historia jest przemyślana i przedstawia jakiś ciekawy konflikt. Od czasu do czasu pojawiają się odcinki z przeszłości, dopowiadające dzieje głównego bohatera i jego wrogów oraz dalsze ich starcia. Ronin jest mistrzem w swoim fachu (załatwianiu ludzi swoim mieczem, dzidą, czy co tam jeszcze ma pod ręką) i trup pada gęsto. Tutaj w sumie widzę pewien minus całej serii – nie ma znaczenie, w jaką pułapkę wpadnie główny bohater i tak za parę stron ukatrupi wszystkich, którzy mu staną na drodze (ninja, yakuza, samuraje itd.). Zawsze kieruje się określonymi zasadami, takim kodeksem samurajów. To też powoduje, że dla czytelnika nie wszystkie jego czyny są na wskroś nieskazitelne. Nie ma problemu z zabiciem dość przypadkowych ludzi, gdy tylko wyzwą go na pojedynek, albo inaczej staną mu na drodze. Jego syn też często jest wciągany w wir bitwy i będzie w niebezpieczeństwie, bo tatko właśnie ma z kimś kosę.
Niewątpliwym atutem serii jest osadzenie historii bardzo głęboko w rzeczywistości społecznej Japonii sprzed kilkuset lat. Poznajemy zasady panujące między różnymi stanami społecznymi, warunki życia, wzajemne relacje ludzi z różnych warstw. Nazwy wielu stanowisk, rytuałów, czy innych przedmiotów nie są przetłumaczone na angielski (czytam w wersji elektronicznej). Istotne są również zasady, jakimi kierują się bohaterowie. Społeczeństwo jest bardzo ściśle podzielone klany / rodziny i wykonywane funkcje. Posłuszeństwo jest niemal ślepe, do tego poziomu, że na rozkaz wyciąga się sztylet i popełnia rytualne seppuku. Tak samo, w przypadku gdy ktoś zawiedzie zaufania swojego pana, to sam wie, czego się od niego oczekuje. Honor ma większą wartość niż życie własne czy innych ludzi. Każda zniewaga krwi wymaga.
Trudno przerwać czytanie.
Ostatni Mohikanin – czytałem komiks w młodości, czytałem książkę, oglądałem film, więc i po wydanie Mandioci też sięgnąłem. Co prawda, gdzieś już czytałem, że nie jest to najbardziej z klasycznych komiksów (z kadrami, dymkami itd.), ale dałem się zaskoczyć. Przede wszystkim stroną wizualną, bo treść się z tego co pamiętam zgadza. Wielki format komiksu, większość stron to pojedyncze plansze. Nie znam się zupełnie na technikach ilustratorów, ale chyba malowane. Rzekłbym może i trochę hipnotyzujące. Czasami trzeba się domyślać, co dany kadr przedstawia, albo kogo (to mi trochę przeszkadzało, ale z drugiej strony przytrzymało dłużej przy komiksie). Czułem się, jakbym razem z bohaterami gonił / uciekał przed Indianami po lesie, skałach, rzece. Byłem pod wielkim wrażeniem. Nawet zacząłem kwestionować swoją topkę za poprzedni rok.
Ale jeśli ktoś chciałby zakupić, to proponuję przekartkować, czy tak styl i rysunków i narracji pasuje.
Robota jak każda inna – rozgrywa się w USA w czasach wielkiego kryzysu (chyba, w każdym razie przed wojną) i opowiada o człowieku, którego życie nie oszczędzało. Jak już znalazł fajną pannę, to miała niechciany posag, jak próbował wydostać się z biedy, to popadł w znacznie gorszą biedę. Z jednej strony jest to dość pesymistyczna historia o tym, że pracowity i ambitny człowiek nie zdobędzie szczęścia ani spokoju. Ale z drugiej strony czyta się z przyjemnością, bo się nie poddaje. Ma nadzieję, że się los choć trochę odwróci. Można się poczuć trochę jak przy Skazanych na Shawshank. Naprawdę dobra, niedługa lektura umiejscowiona w amerykańskich realiach początku poprzedniego wieku.
Wydrążone ziemie – kolejny komiks Schuitenów od wydawnictwa Scream. Można śmiało powiedzieć, że jest z tej samej parafii, co cykl Mroczne miasta, czy Zobaczyć Paryż. W lekko onirycznych okolicznościach przyrody podróżujemy z bohaterami po dziwnych światach, gdzie mgła może zamarznąć w powietrzu, cywilizacja kobiet funkcjonuje bez płci przeciwnej, skutecznie broni się przed podbojem, a na innej planecie rządzi zasada symetrii. To wszystko narysowane w bardzo charakterystyczny sposób, z precyzją godną architekta. Padł na forum komentarz dot. nasycenia kolorów. Nie mam do porównania oryginału, ale kolory nie wydają mi się specjalnie różne od pozostałych komiksów Schuitenów. Gruby, offsetowy papier też robi swoje. Może rzeczywiście trzeba by te kolory trochę podkręcić? Jeden z epizodów był chyba w Metal Hurlant i w sumie tam można sobie zerknąć na kolory. Mnie się nie chciało, aż takim sztywniakiem nie jestem.
Largo Winch (tom 1) – zachęcony przez TK wziąłem z biblioteki pierwszy tom na próbę i przyznam, że spodobało mi się nawet bardziej niż XIII. Młody koleś, lekkoduch zostaje spadkobiercą ogromnej fortuny. Zaraz zaczynają się dziać wokół niego dziwne rzeczy. Wiele osób będzie próbować położyć łapę na kasie, jakoś młokosa okiwać, czy nawet usunąć. Ale okaże się, że tytułowy Largo to wcale nie taki łatwy przeciwnik i na swój młody wiek kryje sporo niespodzianek. Z dnia na dzień z drobnego hulaki staje się rekinem finansjery. Podróżuje po świecie, załatwia interesy, robi bandziorów w jajo i wyrywa panny niby od niechcenia. Akcja praktycznie nie zwalnia, trudno złapać oddech i gdzieś przerwać czytanie. Intrygi są dość zawiłe, ale umiejętnie prowadzone. Rysunkowo jest również znakomicie. Kolorowo, atrakcyjnie dla oka. No taki filmowy komiks (zresztą jest jakiś film czy serial o tym samym tytule). Problem to tylko dostępność tomów. Z tego co zrozumiałem ma być 20 albumów. Kiedyś Egmont wydał 2 integrale po 4 albumy. Później Kurc pociągnął temat. Ale w mojej bibliotece brakuje drugiego tomu od Egmontu. Zerknąłem na portale z ogłoszeniami, ale ceny z kosmosu zupełnie. Mógłby ktoś się skusić na nową edycję w takich integralach jak XIII.
Niebo w głowie – historia chłopaka z Demokratycznej Republiki Konga, który pracuje w kopalni. Za chwilę zostaje wcielony do uzbrojonej bojówki (a żeby to zrobić musi przejść prawdziwą próbę). W końcu dochodzi do wniosku, że dłużej już w swoim kraju nie wytrzyma i wyrusza w podróż do Europy. Wszyscy mu mówią, że tam jest raj na ziemi. Dalej komiks opisuje jego drogę przez dżunglę, pustynię, handlarzy ludźmi itd. Czy dotrze do Europy? To już proponuję samemu sprawdzić. Bardzo smutny to komiks, a tym smutniejszy, że bardzo aktualny.
Ideał – mix paru gatunków, bo można znaleźć tutaj rozbudowaną historię obyczajową rozgrywającą się w świecie gdzie sztuczna inteligencja i roboty (androidy) funkcjonują wśród ludzi, a do tego dochodzi wątek polityczny. Bohaterami jest małżeństwo w średnim wieku żyjące w Japonii, na wyspie, która opiera się nowym trendom społecznym. Ona przechodzi rehabilitację po wypadku, a jest pianistką. On jest synem swojego słynnego ojca / założyciela pewnego porządku społecznego, w którym funkcjonują. Próbując przełamać kryzys wieku średniego spróbują wprowadzić w swoje życie trochę dostępnej technologii. Skutki oczywiście zaczną nie odpowiadać swoim pierwotnym założeniem. Komiks prowadzony jest niespiesznie, jest wiele stron niemych, a na pozostałych główna akcja to rozmowy kilku osób. Wszystko jest natomiast bardzo przemyślane i historia powoli, trochę meandrując, buduje napięcie i prowadzi do finału. Dla fanów Clowesa, czy Drnaso może to być ciekawy tytuł. Rysunkowo również w ich stylu. Trochę się zdziwiłem, że to debiut w branży komiksowej, bo komiks zrobił na mnie duże wrażenie.
Lux in tenebris – zbiorcze wydanie trzech albumów tej serii. Kilkanaście lat po śmierci Bolesława Chrobrego kraj zaczyna się rozpadać. Następca tronu jest na emigracji, coraz większą władzę zagarniają lokalni watażkowie. Wraca z przytupem religia ojców. W tym okresie chaosu główni bohaterowie (rycerz i mnich) wykonują różne misje. Najpierw szukają głowy (w sensie relikwii) św. Wojciecha, później mają eskortować księżniczkę, na koniec wyruszą do krain władanych przez wikingów (albo ich potomków). Podróże będą pełne zasadzek, zdrad, potyczek i średniowiecznej walki na miecze, włócznie i topory. Grozy będą dodawać pogańskie rytuały, bożki i mocno ciosana, acz dość realistyczna czarno-biała kreska. Tytuł na naprawdę solidnym, europejskim poziomie. Szkoda tylko, że taki drogi… Chyba 200 zł okładkowo.
Moje miejsce – bohaterem jest młokos, który wraz z kumplami mieszka w bogatej dzielnicy w Burundi. W ich dzieciństwo wkroczy wielka historia, bo w sąsiedniej Rwandzie dojdzie do ludobójstwa. Przemoc dotrze i do ich spokojnej okolicy i wpłynie na dalsze ich losy. Nie jest to łatwy w odbiorze komiks, to na pewno. Marzena Sowa (Hej Djo!, Marzi) z kolejnym bardzo solidnym tytułem.
Świat bez końca – to w pewnym sensie ilustrowany zapis rozmowy na tematy związane z historią rozwoju gospodarczo-społecznego przez ostatnie 200 lat, czyli od czasu rewolucji przemysłowej. Głównym poruszanym zagadnieniem są źródła energii, które na przestrzeni lat ludzie nauczyli się wykorzystywać. W dalszej części temat zmienia się na wpływ poszczególnych źródeł energii na klimat. Blain to wszystko w swoim, bardzo dowcipnym stylu ilustruje. Sam komiks jest przeładowany informacjami, chociaż większość raczej znanymi, ale podanych w sposób bardzo uporządkowany, z różnymi danymi pozwalającymi na porównanie efektywności różnych źródeł energii, źródeł misji gazów itd. Trudno jest to wszystko przyjąć na jeden raz, ale czyta się z przyjemnością. I tylko wnioski nie napawają optymizmem.
Fotograf – zapis wyprawy tytułowego fotografa do objętego wojną Afganistanu w latach 80-tych. Główny bohater dołącza do misji Lekarzy bez granic. Najpierw śledzimy przygotowania do wyprawy, później kilkutygodniową podróż przez góry i doliny. Karawana musi bardzo starannie zaplanować podróż i reagować na piętrzące się trudności. Przekroczenie granicy odbywa się w sposób nie do końca legalny, a część kraju jest objęte działaniami wojennymi. Trzeba kryć się przed samolotami i śmigłowcami ZSRR. Po dotarciu na miejsce lekarze uruchamiają prowizoryczne szpitale i zajmują się zwykłymi chorobami, jak i ranami związanymi z wojną. Ostatnią część zajmuje powrót do domu. Wszystkie etapy są udokumentowane dziesiątkami zdjęć, które zastępują niektóre kadry i to jest najbardziej charakterystyczna cecha tego komiksu. Podbija też wydźwięk emocjonalny – widać prawdziwych ludzi stojących za tymi wszystkimi tragediami, których nie brakuje. Zdjęcia nie są ocenzurowane i niektóre wbijają się w głowę na długo. Ale przyznam, że niektóre fragmenty były trochę nużące i to trzymanie się dokumentacyjnego charakteru opowieści nie zawsze miało silne podstawy. Może nie było to jak przysłowiowy film o facecie w łódce, ale napięcia nie udało się utrzymać do samego końca.
Universal Monsters: Dracula – kolejna adaptacja opowieści o wampirze z Transylwanii, tym razem w wykonaniu twórców znanych z Departamentu prawdy. Historia zdaje się jest dość wierna
(ale chyba się kończy się wcześniej – tu sobie głowy nie dam uciąć, bo pierwowzór czytałem bardzo dawno, a później nałożył się na to film, inny komiks i już w sumie nie wiem, co było oryginałem, a co autorską wizją).
Tutaj jakiś wielkich zaskoczeń nie może być. No może poza tym, że tytułowy bohater
działa trochę na obrzeżach historii i akcja koncentruje się na innych postaciach.
Za to rysunki – to tutaj robią robotę. Można się zanurzyć w historię, wcisnąć w fotel i czytać po nocy. Tylko żal, że tak szybko się kończy. Zaskoczył mnie rozmiar komiksu – amerykański. Jakoś założyłem sobie domyślnie, że to będzie A4.
Dwie nagie dziewczyny – historia obrazu opowiedziana z perspektywy obrazu 😊 Trzeba to samemu sprawdzić, bo zabieg jest świetny. Przy okazji poznajemy losy twórcy, który za życia był średnio doceniony, po śmierci popadł wręcz w niełaskę i dopiero po latach doczekał się „rehabilitacji”. Obraz przechodził z rąk do rąk i był jak to się mówi niemym świadkiem historii i powiązanych z nią ludzkich tragedii, a że w XX w. wiele się działo, to i trochę się nazbierało. Czasem był wystawiany i oglądany, chociaż nie zawsze z czystych pobudek artystycznych, groziło mu też spalenie. Ale też nie można powiedzieć, że komiks jest pełen takich dynamicznych zwrotów akcji, czasami bywa spokojniej i może trochę monotonnie. Warto przeczytać posłowie, trochę dodaje perspektywy i dopowiada losy bohaterów, którzy się przewinęli przed obrazem.
Wieszcz (księga 1) – 5 opowieści, stworzonych przez różnych artystów, których akcja rozgrywa się starożytnej Grecji. Tytułowy wieszcz opowiada Homerowi historie ludzi, których losy krzyżują się z bogami. Nie są to adaptacje mitów, tak jak w serii wydawanej przez Egmont – fabuły są po prostu osadzone w świecie, w którym Zeus, Apollo, Hera czy Afrodyta zabawiają się kosztem maluczkich, a ludzie kierowani swoimi ambicjami, żądzami czy zwykłą zemstą są gotowi na podjęcie rozgrywki. Rzucanie wyzwania bogom nigdy nie odbywa się bezkosztowo. Historie nie są ze sobą powiązane, poza tym ogólnym schematem. I mimo, że za każdą częścią stoi inny zestaw twórców, to wszystko jest dość spójne, począwszy od sposobu prowadzenia akcji, kończąc na stylu rysunkowym. Są krwawe bitwy, wojownicy, królowie, nimfy, wyrocznie, cyklopi, orgie, wino, słońce. No wszystko, co tylko do głowy może przyjść. Rysunkowo jest super atrakcyjnie, nawet stopień wyżej niż w serii Egmontu – ekspresyjnie, kolorowo, spektakularnie, wręcz filmowo (niedługo Odyseusz Nolana ma być w kinach, to pewnie się wybiorę). Nie wiem, jakie techniki tutaj były wykorzystywane, wydaje się że bez komputera się nie obeszło, ale teraz chyba tak się tworzy komiksy. Oczywiście, można wrzucić tę pozycję do kategorii „generyczny frankofon”, ale ja lubię mitologię / starożytność, więc bawiłem się świetnie. Czekam na ciąg dalszy, szczególnie, że taki mały cliffhanger został na koniec.
Jesuit Joe – w albumie znajdują się trzy, niepowiązane fabularnie historie. To co je łączy to mniej więcej okres, kiedy powstały (końcówka lat 70-tych), oczywiście autor i w pewnym sensie podejmowana tematyka, czy ogólnie klimat. Pierwsza historia rozgrywa się w Ameryce Płn., gdzie Indianin przebiera się za kanadyjskiego konnego policjanta i wymierza po swojemu sprawiedliwość. Druga część zabiera nas do Brazylii rozdartej wojną domową, gdzie zemsta zdaje się być silniejsza od samej śmierci. Równie niejednoznaczna jest trzecia historia, gdzie pustynny upał zaczyna oddziaływać na angielskich żołnierzy. To wszystko zilustrowane charakterystyczną kreską. Kiedyś będę musiał w końcu sięgnąć po serię Corto Maltese, bo ta pozycja zrobiła mi sporego smaka.
** Niezłe / można przeczytać
Pracownicy morza – adaptacja powieści W. Hugo. Historia rozgrywa się w czasach rewolucji przemysłowej w nadbrzeżnym miasteczku i jego okolicach. Pojawiła się pierwsza łódź napędzana silnikiem parowym, co budzi pewne zdziwienie okolicznych mieszkańców. Śledzimy losy bogatego armatora, właściciela nowoczesnej łodzi, jego wspólników, jego rodziny. To wszystko przedstawione w czerni i bieli z dużą dozą tzw. kreskowania. To może się podobać, chociaż jak widzę w komiksie morze, to wolałbym kreskę w stylu Vance’a.
Po przeczytaniu poczułem jednak lekkie rozczarowanie. Historia, jakkolwiek kunsztownie opowiedziana, zakończyła się jednak tak sobie. Może w książce i w tamtych czasach brzmiało to ciekawiej, ale teraz to trochę naciągane się wydaje.
Nie puszczaj mojej dłoni – również adaptacja książki. Tym razem kryminał rozgrywający się na egzotycznej wyspie. Ambitna policjantka i jej pomocnik lekkoduch próbują rozwikłać dziwną sprawę, w której nie wszystko się klei. Czyta się z przyjemnością, chociaż nie jest to wybitne dzieło gatunku kryminalnego.
W ułamku sekundy – historia życia jednego z pionierów fotografii. Młody człowiek wyrusza w połowie XIX wieku do Stanów Zjednoczonych i tam szuka dla siebie przyszłości. Trochę czasu upłynie, nim znajdzie swoje powołanie, a będzie nim rodząca się sztuka utrwalania obrazu na różnych nośnikach. W komiksie można znaleźć trochę szczegółów technicznych, jak wyglądał sprzęt i jak się rozwijał. Bardzo fajnym zabiegiem jest odtworzenie kilku legendarnych już dzisiaj zdjęć, w tym jedno z większych osiągnięć głównego bohatera, czyli uchwycenie konia w galopie i udowodnienie, że na ułamek sekundy koń taki odrywa wszystkie cztery kopyta od ziemi (takie kwestie kiedyś zajmowały ludzi). I tak mniej więcej 2/3 komiksu czyta się z dużym zaciekawieniem. Niestety końcówka staje się coraz bardziej nużąca – komiks biograficzny przemienia się w dokument. Inni wynalazcy tamtych czasów (Edison, rodzina Lumiere i inni) rozwijają swoje pomysły, a nasz główny bohater zaczyna fotografować prawie wszystko, co się rusza, a to zaczyna nudzić i czytelnika i współczesnych mu ludzi.
Circus Magnum – jeden z dziwniejszych komiksów, jakie ostatnio czytałem, ale w dość pozytywnym sensie. Rzecz rozgrywa się w środowisku trupy cyrkowej, która wystawia dość kontrowersyjne przedstawienia. Prowadzeni żelazną ręką przez właściciela artyści nie mają wiele miejsca na własne pomysły i rozwój osobisty. To prowadzi do napięć i do ostatecznego przesilenia. Nie jest to może komiks, który zostanie mi w pamięci na zawsze, ale widać w tym pasję twórców i ciekawą kreskę.
Nottingham – próba opowiedzenia legendy o Robinie z lasu Sherwood w nieco odmienny sposób. Głównym bohaterem jest tytułowy szeryf Nottingham, który stoi przed trudnym wyborem, czy ugiąć się przed coraz to większymi wpływami Jana bez ziemi, czy pozostać wiernym królowi Ryszardowi, którego powrót do kraju jest dość niepewny. Brat króla jest następcą tronu, ale póki król żyje, to brat nie ma nic do gadania. Król w każdej chwili może jednak dokończyć żywota i wtedy następca będzie pamiętał, kto mu pomógł, a kto się sprzeciwił. Ten wątek jest właśnie punktem wyjścia całej historii. Później oczywiście zaczyna się wyjaśniać, jakie związki z Robin Hoodem i jego bandą ma szeryf. Należy jednak podkreślić, że jest to inne ujęcie tematu niż w wielu wcześniejszych filmach / serialach, że Robin walczy z szeryfem. Tutaj ten wątek jest inaczej rozwiązany, ale nie spojleruję więcej. Jak kogoś interesuje temat, to można sięgnąć. Nie jest to wybitne dzieło, ale też widać, że twórcom przyświecały ambicje większe niż kolejna zabawa w szlachetnego zbójcę i chytrego władcę. Przydałby się też ciąg dalszy, bo rozwiązanie nie przyniosło pełnej satysfakcji. Rysunkowo jest poprawnie, ale brakuje trochę pazura, jakiegoś wyraźniejszego stylu.
Zabójcza kołysanka – był kiedyś film pt. Panowie dbajcie o żony. W komiksie raczej się do tego sloganu nie stosują. Główny bohater jeździ nowojorską taksówką, przeważnie w nocy. Ma niepełnosprawną żonę i kumpla, który niedawno swoją żonę pochował. No i w takim układzie zaczynają się dziać różne rzeczy o naturze kryminalnej. Prosta historia co chwilę będzie dorzucać nową cegiełkę. Niektóre sceny zaczną się powtarzać i oglądając je z perspektywy innej osoby będziemy dowiadywać się coraz więcej o wzajemnych relacjach bohaterów. Będziemy też odkrywać przeszłość, co rzuci dodatkowe światło na motywacje małżonków. Czyta się to wszystko naprawdę bardzo dobrze. Trochę mi trzeci akt nie podszedł. Zmienił zupełne tempo i napięcie i ostatecznie nie doprowadził do zakończenia z przytupem. Z jednej strony zostałem z lekkim niedosytem, ale z drugiej nie zakończyło się to wszystko w najbardziej przewidywalny sposób. Na pewno plus za rysunki, które w ograniczonej palecie kolorów (sepii?) znakomicie oddają nastrój, pokazują nocne miasto i ludzi mających wobec siebie niecne zamiary.
Krew dziewicy – rzecz dzieje się w środowisku niezależnych filmowców w Los Angeles, gdzieś w latach 70-tych (albo chwilę wcześniej). Główny bohater pracuje przy tych filmach jako montażysta, ale jego ambicje sięgają wyżej. Pisze scenariusz filmowy, a kiedyś chce być reżyserem. Biznes ten jest jednak bardzo niewdzięczny i przepełniony różnymi cwaniakami, desperatami, niedoszłymi lub przebrzmiałymi gwiazdami. Przepracowany i zestresowany koleś ma jeszcze trochę problemów domowych. Komiks to kilka tygodni takiego życia w biegu, załatwiania czegoś na ostatnią chwilę, żonglowanie terminami, dzwonienia, ustalania, mniejszych lub większych dramatów do ogarnięcia. Ja generalnie lubię takie historie, ale tutaj poczułem znużenie po jakimś czasie. Historia nie zawierała w sobie tylu ciekawych wątków, żeby zapełnić ten gruby tom. Parę razy miałem wrażenie, że kręcimy się w kółko i problemy jednego dnia powtarzały się kolejnego dnia. Raczej nie zostanie na półce.
Rewolucje (wydanie zbiorcze 1-4) – mój pierwszy kontakt z tą serią. Zupełnie nie wiedziałem, czego się spodziewać i w sumie nadal nie jestem pewny. Nie była to dla mnie łatwa lektura, chociaż trudno odmówić pomysłowości i zaskakiwania czytelnika. Podobał mi się szczególnie patent, jak akcja przeskakuje z jednego bohatera na drugiego. Nie ułatwiały mi sytuacji rysunki, gdzie każdy wygląda tak samo. Ja i tak na co dzień mam problem z rozpoznawaniem twarzy i często się czuję, jak w tym komiksie. A tutaj było to zrobione z rozmysłem, co już mnie zupełnie pogubiło. Ale z tego co doczytałem, to dalsze albumy są średnio ze sobą połączone, więc pewnie wezmę kiedyś z biblioteki i zapoznam się z resztą.
Małe zaćmienia – 5 przyjaciół w okolicach czterdziestki i jedna młódka zapoznana przez Internet przez koleżkę z wyjątkowo destrukcyjnym kryzysem wieku średniego wyrusza na kilkudniowy urlop, którego kulminacją ma być zaćmienie słońca. Przez te parę dni będą stękać nad swoim losem (rzecz się dzieje we Francji i żadne raczek biedy nie klepie), roztrząsać sprawy z przeszłości i wymyślać kolejne życiowe komplikacje. Tłumacząc sobie oczywiście, że szukają szczęścia / prawdziwego ja / czegoś nowego / itp. Momentami musiałem zagryźć zęby, żeby doczytać. Przeważnie lubię komiksy obyczajowe i tutaj też można znaleźć ciekawsze momenty. Jednak natężenie stęków i narzekań mnie trochę uderzyło. Lekki plusik za podjęcie jednak niełatwego tematu.
Małe Arkana – kolejny Lemire z dość podobną historią, gdzie rzeczywistość miesza się troszkę z magią?. Młoda dziewczyna wraca do rodzinnego miasteczka, do chorej matki, która skubie swoich sąsiadów stawiając im tarota, czy wymyślając inne wróżby. Chcąc nie chcąc, córka ją zastępuje i wtedy okaże się, że ma w tym temacie niemałe zdolności. Jednocześnie poznajemy mieszkańców miasteczka, których pewnie będą łączyć różne zdarzenia z przeszłości. To dopiero pierwszy tomik z tej serii, wygląda to co najmniej nieźle. Z tego co widzę, to po polsku jest zapowiedziany drugi tomik, po angielsku trzeci. Jak nie uleci z pamięci, to kiedyś poczytam dalej.
* Nie podeszło lub wręcz wymęczyło
Incognito – komiks supebohaterski, w którym główny bohater zostaje objęty programem dla świadków sypiących swoich byłych kumpli. Dostaje nową tożsamość, nowe życie gdzieś na jakimś zadupiu. Ma też brać środki farmaceutyczne, które tłumią jego moce. Ale jak to zwykle bywa w takich historiach dawne życie nie da tak łatwo o sobie zapomnieć. Sięgnąłem po komiks przyciągnięty nazwiskiem Brubakera. Nie wiedziałem, że będzie się tam roić od superbohaterów i superłotrów, szalonych naukowców i mordobicia. To w sumie nawet dałoby się przełknąć, gdybym choć trochę był zainteresowany losem głównego bohatera. Jak się akcja rozkręciła, to się już nie zatrzymała do samego końca, a on wskakuje w coraz to kolejne awantury. Po jakimś czasie czytelnik przestaje się właściwie zastanawiać, czy jego działania mają jakiś sens, czy po prostu podąża za tym, co mu akurat wpada w ręce. Brnąć przez kolejne strony miejsce nieskomplikowanej rozrywki zajmowało raczej znużenie. Na szczęście w komiksie było mnóstwo dodatków i koniec przyszedł szybciej niż się spodziewałem.