Mnie na samym początku serii też irytowała sinusoida scenariuszowa - po ciekawszym zeszycie nadchodził słabszy - ale im dalej w las, przynajmniej dla mnie, poziom zaczął się wyrównywać, trzymając się wyższych lotów. Z rysunkami wiadomo jak to jest, gdy mamy różnorodność autorów - jeden woli kiełbasę, a drugi kaszankę.
Kupuję więc kolejne, planując zrobienie omnibusa z zeszytów (w ramach ćwiczeń introligatorskich). Chronologicznie według daty publikacji, uwzględniając powyższe rady na temat poszczególnych zwartych opowieści składających się z kilku zeszytów.
Jedynie co mnie do tej pory zirytowało - jako korektorskiego nazistę - to babol na samym końcu "Spółdzielni", no i wierzę, że skoro jest robiony solidny wwywiad historyczny, to są dowody na to, że w przaśnych latach 50. na Wybrzeżu ktoś naprawdę miał super maszynkę do tatuażu.