Nie o to chodzi, turu - coś mi się też kojarzy, że gdzieś coś czytałem o zatrudnianiu więźniów do nakładania kolorów w magazynie "Tintin" (który zaczął wychodzić po II WŚ), ale za nic nie mogę sobie przypomnieć teraz, czy to dokładnie tak było, gdzie to znalazłem i czy to był wiarygodny news. Aż to denerwujące, jak masz coś na końcu języka...
Nie ma tutaj żadnej luki - sztuka jest taką samą gałęzią działalności rynkowej jak każda inna.
No nie, no przecież właśnie nie. Działalność rynkowa ma na celu wypracowywanie zysków. Tworząc dzieło sztuki, artysta chce wyrazić siebie, swoje przeżycia, przekonania, stan ducha, czy też opowiedzieć historię, która jego zdaniem zasługuje na przekazanie... Oczywiście sprzedaż dzieł sztuki może przynosić pieniądze, ale to nie znaczy, że sztuka sama w sobie ma funkcjonować według zasad całkowicie rynkowych.
Koncepcję emerytur wprowadził Bismarck w drugiej połowie XIX wieku i żeby jej dożyć trzeba było dociągnąć do (mniej więcej) ówczesnego odpowiednika naszej 90tki. Co to ma wspólnego z dotacjami dla konkretnej grupy zawodowej - zabij, nie wiem.
Podałem emerytury jako przykład innego obowiązku społecznego, który w miarę rozwoju państwowości przejęły struktury państwowe - dawniej starzejący się ludzie musieli liczyć na swoje własne oszczędności albo na pieniądze rodziny, później państwo zajęło się dystrybucją emerytur dla nich. Tak samo w ramach rozwoju państwa zaczęły też wspierać ze swojej kasy sztukę, oferując alternatywę dla prywatnych darczyńców.
Każdy rodzaj finansowania sztuki wiąże się z ryzykiem. Przy założeniu, że sztuka ma się finansować sama z działalności rynkowej mamy zagrożenie komercjalizacji - zamiast tworzyć treści głębokie, artysta zacznie trzaskać to, co się sprzedaje. Przy finansowaniu przez prywatnego mecenasa artysta może bać się stworzyć coś, co mogłoby mu się nie spodobać (a w skrajnych wypadkach może przerodzić się w wyrobnika do wynajęcia). Finansowanie przez państwo może rodzić niebezpieczeństwo defraudacji i zależności politycznej od rządzących - zagrożenia są zawsze, dlatego tak podkreślam, że trzeba dbać o przejrzystość i prawidłowość procesów.
I tu właśnie leży pies pogrzebany - na podstawowe usługi, które państwo ma obowiązek zapewniać kasy brakuje. Natomiast na bzdury wydaje się lekką rączką.
Czy to nie powinno dawać do myślenia? Ja bardzo przepraszam, ale co nam po twórcach komiksowych za publiczne pieniądze jeżeli pacjentom onkologicznym przesuwa się terminy o miesiące. Ktoś to wyjaśni logicznie?
To jest już jednak pewna demagogia: czyli państwo ma przestać finansować kulturę, żeby załatać dziurę w NFZ? Zamknąć teatry i biblioteki, żeby uzdrowić służbę zdrowia? To tak nie działa - deficyt będzie dopóty, dopóki rządzący nie zaczną stosować większej dyscypliny fiskalnej we wszystkich swoich projektach.
Taki szantaż moralny można by równie dobrze odwrócić i żądać od ludzi, żeby przestali kupować komiksy i przeznaczyli wszystkie te pieniądze na zbiórki na chorych. Rzecz jasna nie deprecjonuję tu idei charytatywnych, aktywnie je wspieram, ale nie można przecież darowizn wymuszać - tak samo, jak nie można żądać od państwa, żeby nagle zamknęło jedną z gałęzi budżetu i przestało realizować jedną ze swoich roli, do której zresztą zobowiązuje ją artykuł 6 Konstytucji RP.
Wydaje mi się, że w dzisiejszym czasie, w erze rozwoju AI, wsparcie państwa dla artystów, którzy tworzą prawdziwą, "ludzką" sztukę, może mieć jeszcze większe znaczenie niż wcześniej, bo sztuczna inteligencja wykasza te zawody, które twórcy tradycyjnie używali do zarabiania na życie, żeby potem móc tworzyć po godzinach dla siebie: grafików użytkowych, copywriterów, redaktorów i korektorów, tłumaczy itd. itp. Gdy pieniądze z korporacji zaczną płynąć słabiej, a fuch będzie brakować, środki od państwa mogą odegrać ważną rolę w zachowaniu prawdziwych utworów wobec fali slopu.