Podsumowanie maja, ciągle walczę z opóźnieniami i ciągle przegrywam. UWAGA JAK ZAWSZE MOGĄ POJAWIĆ SIĘ SPOILERY!!!
"Zegar Zagłady" - Geoff Johns, Gary Frank. Jak ktoś się interesuje gatunkiem to ciężko było o tym komiksie czegoś wcześniej nie usłyszeć, bądź też nie przeczytać a przynajmniej mi się to nie udało, mimo iż jak zawsze w przypadku, gdy wiem że czymś jestem na 100% zainteresowany to raczej unikam wszelakich treści z tym czymś związanym. Chociaż na swoje usprawiedliwienie mam tę okoliczność, że w tamtym czasie był to chyba najbardziej wyczekiwany event, który oczywiście wpływał na całe uniwersum więc nie dało się ominąć wszystkich informacji z nim związanych. Natomiast jedno mi umknęło jakoś w tym crossoverze świata DC z bohaterami jednego z najważniejszych o ile nie tego "naj" komiksu z gatunku. Jakoś tak dotychczas mi się wydawało, że będę miał do czynienia z jakąś luźną reinterpretacją arcydzieła Alana Moore, jakimś alternatywnymi wersjami tych postaci w końcu tyle uniwersów w multiwersum a dostałem o dziwo...na dobrą sprawę bezpośrednią kontynuację oryginalnych "Watchmen". No przynajmniej do pewnego momentu. Nie pamiętam czy to było podane, ale akcja rozpoczyna się na oko, kilka lat po zakończeniu oryginalnego komiksu, plan Veidta spalił na panewce, gdy ludzkość dowiedziała się o jego machinacjach z pamiętnika i świat stanął po raz kolejny na krawędzi zagłady a nawet jeszcze bliżej tej krawędzi. Sam Ozymandiasz stał się najbardziej poszukiwanym człowiekiem na świecie, ale przecież taki gość jak on będzie miał plan jak po raz kolejny ocalić całą planetę (strach się bać). Planem tym jest odnalezienie Manhattana, który jak wiadomo uciekł gdzieś tam nie wiadomo gdzie i zmuszenie go do powrotu a w dziele tym pomaga mu nie kto inny a sam Rorschach. Który zresztą dosyć szybko okazuje się nie oryginałem a jego naśladowcą. Jako, że dwóch to zbyt mało do drużyny zostaną dokooptowane dwie nowe postacie, parka psychopatycznych kryminalistów Mim i Marionetka z których dziewczyna przypomina bardziej morderczą wersję Harley Quinn a facet posiada swego rodzaju telekinetyczne zdolności (ja wiem, że utarło się że w "Watchmen" tylko Manhattan miał nadludzkie zdolności, ale wiemy że to nieprawda), a także jedna stara, czyli Komediant. W każdym bądź razie, Adrianowi (który w międzyczasie skonstruował wehikuł do przenoszenia się między wymiarami) uda się w końcu odnaleźć trop prowadzący do miejsca w którym znajduje się dr. Manhattan a miejscem tym jest oczywiście uniwersum DC. Uda się go znaleźć w samą porę, bo akurat w momencie startu zaczną już śmigać po niebie rakiety A, na szczęście z pomocą żyjącego boga wszystko powinno dać się odwrócić. Po przeskoku, Ozymandiasz rozpocznie kolejny etap zadania a mianowicie skontaktowanie się z dwoma najinteligentniejszymi ludźmi na planecie czyli Lexem Luthorem i Bruce Waynem. Łatwiej byłoby troszeczkę, gdyby nie fakt, że akurat i to uniwersum wpadło w poważne tarapaty, na jaw wyszła (czy aby przypadkiem?) tzw. "teoria Supermenów", akcentująca fakt iż większość meta-istota to Amerykanie i przedstawiająca "niezbite" dowody na to, że to efekt tajnego programu tworzenia żywej broni, przez co i tutaj światowy pokój wisi na włosku. Mniej więcej tyle.
Rysunki Gary Franka jak zwykle a może i bardziej niż zwykle znakomite. Realistyczne, ale z tym sznytem komiksowej superbohaterszczyzny skupiające się na bardzo szczegółowym oddaniu bogatej i ważnej również fabularnie mimiki. Taki trochę bardziej "kreskówkowy" Bolland.
"Zegar Zagłady" to tak trochę na dwoje babka wróżyła, czy się spodoba czy nie. Johns niewolniczo wprost trzyma się nie tylko treści, ale nawet i formy oryginału (sporo stron podzielonych na 9 kadrów przedstawiających jedną postać "en face", dużo tekstu itp.). Powiem szczerze, że z reguły nie jestem fanem takiego sposobu "tworzenia", ale jakoś w tym wypadku działało to całkiem nieźle. No przynajmniej do pewnego momentu. Nie wiem co tam się stało, ale naprawdę dobry klon Watchmen po jakichś 2/3 swej własnej długości, zaczyna nam się dosłownie rozpadać w rękach (nie fizycznie bo naprzykład zły Egmont specjalnie zepsuł coś w drukarni, tylko pod względem fabularnym). Piszę nie wiem w sensie nie mogę zrozumieć. Tzn. akceptuję to, że w przeciętnym superbohaterskim seryjniaku, widać zmienność koncepcji i zwroty fabularne dosłownie wyciągnięte z wiadomo kąd, no ale to wiadomo jak to się z reguły odbywa a to twórcy z różnych powodów się nie wyrabiają i ktoś ich tam zastępuje choćby na chwilę, albo trwający story-arc nie przypadł czytelnikom do gustu więc jego miejsce zastępuje coś nabazgranego na serwetce z baru, ale w takim przypadku oczekiwałem że to będzie napisane raczej w stylu osobnej powieści graficznej, czyli w sposób w pełni przemyślany. Cóż, było mi wiadome że tam jakieś trudności były w wydawaniu mini-serii, ale byłem przekonany że chodziło raczej o opóźnienia w rysowaniu, natomiast po lekturze nie jestem wcale tego taki pewien. Jak przed chwilą wspomniałem większość komiksu to Watchmen, które dopiero głęboko za połową przekształca się w komiks DC, tyle że problemem jest to iż Watchmen nie kończy się w żaden sposób zadowalająco. Mamy naprawdę fajnego, nowego Rorschacha, który przez większość komiksu wydaje się centralną postacią, która po przewróceniu ostatniej strony okazuje się, że tylko była, bo de facto nie pełni w fabule żadnej roli. Żebym nie zapomniał, że przez jakiś czas jest grzany temat, który pewnie rozpalał wyobraźnię czytelników, czyli jego oczywisty pojedynek z Batmanem, który (nie)oczywiście nie następuje. Funkcja, również fajnych Marionetki i Mima, wytłumaczona w sposób nader bełkotliwy i nieprzekonujący, do tego Joker jako ozdobnik. No i last but not least splunięcie na oryginalnych Manhattana (przerobionego na potwora, który ni stąd ni zowąd przemienia się w fanboya Supermana) i Komedianta. Ciężka do wytłumaczenia obecność pobocznej historii o aktorze-geju, która pełni funkcję "Czarnej Fregaty", tyle że w przypadku tej drugiej mieliśmy alegoryczny obraz fabuły Watchmen, u Johnsa nie dałem rady skleić tego z fabułą Zegara a jedynym morałem jaki wyciągnąłem to to, że facet był homoseksualistą (oczywiście zaszczutym). Zakończenie dosyć bełkotliwe i z pasującym niczym siodło do świni happy endem, za to w dosyć fajny sposób ustawiające postać Supermana (w dosłownie każdej znanej nam postaci, co jest równie fajne) jako centrum świata DC, tylko czy do tego potrzebni byli Watchmen? Ogólnie odnoszę wrażenie, że ten crash dwóch uniwersów, tak naprawdę zaszkodził tylko historii. Osobna mielibyśmy do czynienia z niespecjalnie oryginalną, ale naprawdę przyzwoitą i bardzo w duchu Watchmen kontynuacją oraz eventem DC z ciekawym punktem wyjściowym. A tak dostaliśmy super ważną mini-serię, która po raz enty przemeblowała uniwersum o której większość już zapomniała a samo wydawnictwo raczej nie stara się nikomu przypominać. No, ale niech będzie, przez te 2/3 było co najmniej dobrze. Ocena 6/10.
"Wiele śmierci Laili Starr" - Ram V, Felipe Andrade. Kupione tylko dlatego iż z jakiegoś niewiadomego powodu byłem święcie przekonany, że to jest s-f a miałem ochotę przeczytać akurat taką historię. Źle się dzieje w państwie duńskim, albo raczej w hinduskim niebie. A może zresztą nie źle a dobrze. Oto na sam szczyt biurowca zostaje przed oblicze dyrektora czyli boga Brahmy (zaświaty jako korporacja, no nie można nazwać tego szczytem kreatywnego pisarstwa) wezwana hinduska Śmierć czyli babeczka z klasą oraz sześcioma ramionami, aby wysłuchać niespecjalnie pomyślnych dla niej wieści. Oto gdzieś na Ziemi narodziło się niemowlę, które w przyszłości zostanie naukowcem, który to rozwiąże zagadkę nieśmiertelności. Jako, że ludzie nie będą już umierać, potrzebna jest tzw. reorganizacja firmy czyli cięcia a więc dział Śmierci zostaje zamknięty z którego to powodu wyląduje ona na bezrobociu. Ale jako, że od zawsze była dobrym i oddanym fachowcem to nie odejdzie tak bez emerytury, w nagrodę dostanie możliwość życia jako śmiertelniczka. Śmierć obudzi się w kostnicy w ciele Laili Starr (jakoś mało to hinduskie), 20-letniej studentki, która wypadła lub może wyskoczyła z okna podczas imprezy. Przypadek (albo i nie) sprawi iż Śmierć-Laila ocknie się dokładnie w tym momencie i tym samym szpitalu w którym właśnie się urodził Dariusz Szah czyli przyszły cudotwórca. Plan jest dosyć oczywisty, zamordować niemowlę zanim dokona tego co ma dokonać i odzyskać robotę. Jasne zadanie niespecjalnie nieprzyjemne, nawet dla kogoś takiego jak Śmierć, ale co trzeba zrobić, trzeba zrobić, tyle że morderstwo nie dojdzie do skutku bowiem Laila zginie w kompletnie przypadkowym (znowu albo i nie) wypadku...po czym się obudzi wskrzeszona przez kolejne bóstwo którego nazywa Pran (ciężko stwierdzić kto to dokładnie hinduska mitologia jest jeszcze bardziej pomieszana niż ta występująca u nas). Pran jest przeciwieństwem Śmierci, czyli awatarem życia i trochę nagina przy tym zasady a jego stosunki z bohaterką kojarzą się z byłymi kochankami co to ciągle pozostają przyjaciółmi. Problem w tym iż przywracanie Laili do życia trochę trwało więc niemowlę zmieniło się całkiem umyślnego dzieciaka, no ale cóż to w końcu za przeszkoda dla zdesperowanej bogini pragnącej odzyskać pozycję? Niewielka raczej, Laila powraca ze swoimi morderczymi zamiarami...i znowu ginie. Po raz kolejny zostanie przywrócona do życia i tak w kółko przez wszystkie pięć zeszytów, za każdym razem pojawiając się po dłuższym czasie nieobecności, gdyż jak twierdzi Pran, coraz trudniej mu w firmie tłumaczyć, dlaczego w ogóle ją ożywia.
Fabuła jest jaka jest, nie jest to jakiś niezwykle dający do myślenia traktat filozoficzny a mam wrażenie coś takiego usiłował stworzyć Ram V. Zresztą mało który o ile w ogóle jakiś temat jest ważniejszy przecież. Powiem więcej sama historia jak i jej morał stają się doskonale przewidywalne już na etapie drugiego zeszytu. Laila spotyka Dariusz Szacha na różnych etapach jego życia i swoimi działaniami powoduje ukierunkowanie jego myślenia, ale zgodnie z podstawowymi prawami fizyki tak samo jak ona wpływa na niego, tak i on i reszta marnego pyłu ludzkiego uczy Śmierć czegoś się na temat samej siebie czyli śmierci oraz życia. Żebym nie został źle zrozumiany, to nie jest tak, że ten komiks pod względem treści leży, jest w porządku po prostu nie dowiemy się tutaj specjalnie niczego nowego, aczkolwiek rozkład tematyczny jest dosyć spory bo to nie tylko życie-śmierć ale i miłość, przyjaźń czy oczywiście przemijanie. Jego siła leży za to zupełnie gdzie indziej a mianowicie w rysunkach portugalskiego artysty. Och jak bardzo mi się ten komiks wizualnie podoba, ciężko powiedzieć, zresztą musiałbym też umieć. Uproszczona kreska, często "niechlujnie" kreślona, szarpana, niedokończona jakby gdy trzeba. Częste deformacje anatomiczne mające nadać obrazom większej dynamiki. Stylizacja na pewną "baśniowość" momentami wpadająca w tony prac Warwicka-Johnsona z wampirzej trylogii. Całość uzupełniają piękne, ciepło-pastelowe kolory przy których nakładaniu pomagała Ines Amaro, takie natychmiast kojarzące się z obrazem Indii kreowanym przez Bollywood (należy w tym momencie zapomnieć o filmikach oglądanych w internecie).Laila Starr to bez wątpienia jedna z najładniejszych o ile nie naj rysowanych dziewczyn jakie oglądałem ostatnimi czasy tak samo zresztą jak i cały komiks, rysunkowo lekki, zwiewny i czarujący jak i jego treść. Albowiem "Wiele śmierci Laili Starr" pomimo poruszania się wokół poważnych tematów, jest komiksem naprawdę łatwym w przyswojeniu, z dużą ilością humoru i pozbawionym tego poważnego zadęcia co często charakteryzuje podobne rzeczy. Co można dodatkowo uznać za plus bardzo mocno osadzony w hinduskiej mitologii oraz obyczajowości (oczywiście sporo niefajnych rzeczy przemilczający, ale też i bez lukrowania) i to przekazanych w sposób tak przystępny, że i kompletny laik się nie pogubi. No podobało mi się, może i nieco banalny, ale ocena nie będę ukrywał w większości za obrazki. Ocena 7/10.
"Kapitan Ameryka:Biały" - Jeph Loeb, Tim Sale. Dopełnienie "kolorowej" trylogii Marvela. Tzn. cały czas byłem przekonany, że to trylogia, ale tutaj w posłowiu dowiedziałem się iż od początku całość była zaplanowana jako tetralogia, tylko po prostu "Biały" został napisany kawałek czasu później. No niech im będzie i tak nie wierzę. Konstrukcja komiksu podobna (nie do końca, ale o tym dalej) jak w przypadku bardziej znanych poprzedników. Poznamy początki kariery pierwszego patrioty Marvela oraz jego nastoletniego pomocnika Bucky'ego, dowiemy się co nieco o więzach ich łączących a to wszystko zostanie przedstawione w postaci wspomnień Kapitana.
Co ja tam mogę powiedzieć o rysunkach Tima Sale czego nie powiedzieliby już inni? Kompletnie nic, więc skrócę to do niezbędnego minimum, no rysuje Tim Sale, jest zarypiście. Nie sądzę, aby znalazło się wiele indywiduów tutaj, któremu się jego prace nie podobają (no może były już "gwiazdor", ale i to nie jest pewne), w tym akurat komiksie trochę łagodniej może niż zwykle, ale to i tak ekstraklasa.
No oprócz może oczywistej różnicy w stosunku do pierwotnej trylogii gdzie mieliśmy wspomnienia bohaterów o ich największych miłościach podczas gdy tutaj jeżeli możemy mówić o jakiejś miłości to raczej braterskiej, mamy tutaj do czynienia z jednak odrobinę inaczej skonstruowanym utworem. To nie jest jak w przypadku poprzedników zbiór luźno porozmieszczanych wydarzeń najczęściej z początków kariery danego superbohatera tylko z wyjątkiem krótkiego prologu skaczącego po kilku ważnych momentach, jedna przygodowo-wojenna opowieść o pierwszej bojowej misji Kapitana i Bucky'ego. Z jednej strony fajnie bo czuć tutaj klimacik oryginalnych, pierwszych komiksowych przygód Kapa z drugiej opowieść trochę traci na dramatycznym wydźwięku. W skrócie "Biały" nie wyciśnie nikomu łez z oczu i to nie tylko z powodu tego, że mamy do czynienia z dwoma facetami. Tzn. facetem i dzieciakiem. Tzn. w sumie dwoma dzieciakami. Albowiem mamy tu do czynienia z całkiem świeżym autorskim spojrzeniem na tę sprawę a w przemielonym przez 60 lat z okładem gatunku to nabiera wartości razy dwa. Zawsze jak mieliśmy zestawionych razem Steve'a i Jamesa w relacjach ojciec-syn lub ewentualnie starszy brat - młodszy brat, chociaż tak naprawdę dzieli ich ledwie kilka lat różnicy. Oczywiście w tym wieku, potrafi te kilka lat robić dużą różnicę a zwłaszcza na wojnie biorąc pod uwagę doświadczenie, ale w czym może być bardziej doświadczony chorowity chuderlak Steve po kuracji sterydowej niż mały ulicznik? Sam Kap nie aż taki chodzący ideał jak to często bywa co też uważam ze plus. Zarzuty te co zwykle przy "wojennych" komiksach tworzonych przez amatorów (w tym temacie, nie że w ogóle). Znowu jakieś dziwne hełmy, dziwne mundury, pojazdy będące mieszaniną to tego to owego, jakieś dziwne krzyże zamiast swastyk, później z kolei walenie swastyk wszędzie gdzie się da, no i Kapitan Ameryka prężący się przez Nickiem Fury (występuje wraz ze swoimi Wyjącymi Komandosami). Myślałem, że jest raczej oczywiste, że Kapitan w ksywie to nie tylko nazwa własna, ale i funkcja więc nigdy kapitan by nie czapkował przed sierżantem, nawet dla żartu i taki wywrotowiec jak Steve Rogers, ale widocznie nie dla wszystkich. Cóż, 99% opinii na które się natknąłem, wspominały, że "Biały" jest słabszym komiksem niż reszta jego starszych "braci" więc jakoś tak mi się zakodowało, że to jakiś przeciętniak dopisany na kolanie "for money". No i owszem okazało się, że komiks faktycznie nie sięga do poziomu poprzedników, nie tak wzruszający, nie tak wiele mówiący o bohaterach (albo jak w przypadku "Niebieskiego" o ich wybrankach) ale sam w sobie to naprawdę fajna lektura podparta świetnymi rysunkami. Ocena 7/10.
"Niewidzialna Granica" - Benoît Peeters, Francois Schuiten. No i powoli zbliżam się do końca serii. Tym razem opisanym miastem będzie i tu niespodzianka bo nie będzie żadnego miasta. Oto młody (nareszcie, ale o tym raczej za miesiąc coś więcej) Roland de Cremer (tak, z TYCH de Cremerów), przybywa do Centrum Kartografii, aby objąć wakat na stanowisku no przecież, że kartografa. Roland jest znakomicie wykształcony w tym kierunku, więc oczywistym jest iż w rzeczywistości niewiele potrafi, ale jest młody, zdolny, pracowity i zostaje pupilkiem starego dyrektora więc błyskawicznie przemieni się w doświadczonego specjalistę. Z jakiegoś powodu kartografowie w tym świecie są bardzo ważni na tyle, że w Centrum znajduje się nawet burdelik, aby spracowani naukowcy mogli znaleźć wytchnienie w ramionach kochanek (co raczej nie jest standardem w miejscach gdzie rysuje się mapy, przynajmniej tak mi się wydaje, ba nawet nie wydaje bo dawno temu miałem trochę do czynienia z tematem). W tymże o to miejscu, młody bohater znajdzie zresztą swoją zdaje się pierwszą miłość Szkodrę, jedyną dziewczynę, która nie chce się tam rozbierać, ponieważ jak się później okaże ma na tyłku blizny (?) które wyglądają jak no właśnie mapa. Większą część komiksu, zajmie zapoznanie się z tym miejscem, ludźmi je zamieszkującymi i zasadami nim rządzącymi. Zresztą okaże się iż wbrew pozorom w Centrum nie tyle tworzy się mapy co buduje wielką makietę całej kraju. No, ale jak to bywa często dosyć spokojnej egzystencji ośrodka, przeszkodzi wiejący wiatr zmian, czyli sam marszałek Radisic, którego Roland okaże się protegowanym, któryż to wymusi zmianę trybu pracy. Od momentu pojawienia się marszałka Centrum przestanie być zamkniętym ośrodkiem badawczym a ma stać się atrakcją turystyczną połączoną z miejscem edukującym masy, albowiem Sodrownia-Woldaszja czyli miasto-państwo do którego należy miejsce pracy Rolanda po latach upokorzeń i przegranych wojen w końcu pokazało na co go stać i jest na najlepszej drodze aby podbić cały kontynent. Także stare mapy dawno już się zdezaktualizowały, zresztą cała ich koncepcja to już przeżytek, precz z przeszłością, one nie mają już pokazywać tego co było, lub nawet jest w tym momencie bo przecież sytuacja zmienia się dynamicznie. Mapy odtąd będą pokazywać, świat taki jaki powinien być, czas spojrzeć w świetlaną przyszłość. Stary dyrektor zostanie zwolniony a Rolandowi zasugerowane iż to on powinien stać się nowym zarządcą. No, ale młodzieniec to już nie jest taki zahukany frajer jak na początku, swój etos pracy posiada a na dodatek zatruwająca go powoli tajemnica dziewczyny nie pozwoli mu pogodzić się z jawnymi kłamstwami propagowanymi przez władze więc niewątpliwie czeka go zderzenie z systemem.
Rysunki jak zwykle, więc nie będę się powtarzał, tym razem w kolorze. Fabuła szczerze mówiąc nie do końca mi podeszła (o tym też za miesiąc), ale wg mnie to jeden z ciekawszych komiksów serii. Po raz kolejny nie jest to żaden szczyt oryginalności, komiks eksploruje m.in. temat systemów totalitarnych i ich wpływu na ludzi, którzy mieli pecha zostać trybikami w ich niepowstrzymywalnych machinach. Przypadły mi do gustu kreacje marszałka Radisicia i jego zastępcy pułkownika Saint-Arnauda, to nie są jacyś krwiożerczy tyrani, czy też ludzie pragnący wybudować sobie za życia pomniki, pasożyty postanawiające się pożywić na ziemi swojej i cudzej ani nawet standardowi fanatycy (przynajmniej nie widać tego na pierwszy rzut oka), ale w pełni racjonalni mężczyźni posługujący się zimną i trudną do odparcia logiką, którzy po prostu robią to co musi zostać zrobione, aby kobiety spały spokojnie a dzieci mówiły po...sodrownianie-woldaszyjsku. Marszałek i jego przydupasy wzorem prawdziwych bolszewików, nie przyjmują prawdy taką jaka ona jest, ale ją sobie kreują wedle uznaniu bądź/i potrzeb. Nowe mapy nie mają odzwierciedlać rzeczywistości, one mają ją stworzyć, dostarczyć powodów do dalszej ekspansji. Podoba mi się również sam główny bohater, niby pozytywny, ale jest to bardzo niejednoznaczne. Czy jego uczucie do dziewczyny jest prawdziwe a może to tylko chorobliwa fascynacja i ambicja stworzenia tej "prawdziwej" mapy, co sprawia iż traktuje on Szkodrę jako w gruncie rzeczy przedmiot? I czy naprawdę on wypada pozytywnie na tle siepaczy reżimu? Jest tam pewnie jeszcze więcej ukrytych lub wręcz przeciwnie smaczków i znaczeń, ale albo ich nie zauważyłem, albo już o nich zapomniałem. Rzecz niespecjalnie oryginalna (tak jak cała seria), ale solidnie napisana i rozrysowana, jedna z fajniejszych pozycji w tej serii. Ocena 7/10.
"Liga Sprawiedliwości tom 6 - Do Was Należy Zemsta" - Robert Venditti i inni. Coś się kończy, coś się zaczyna. Skończył Snyder, zaczął znany i raczej lubiany Venditti. Patrząc się na skład Ligi, można się domyślić, że akcja dzieje się niedługo przed tomem pierwszym ot taki hopsztos. Tom podzielony na trzy części w pierwszej nieco dłuższej historii Liga zmierzy się z Eradicatorem oraz oddziałem jego genetycznie zmodyfikowanych Daxamian (to Kryptończycy, którzy założyli na długo przed eksplozją ich rodzimej planety kolonię na innej), którzy tradycyjnie chcą zmienić Ziemię w Krypton. Druga nieco krótsza o Spectrze który znalazł się na wolności bez hamującego nieco jego moce detektywa Corrigana, który się wyrzekł swojej drugiej postaci co doprowadza do, tego że wszyscy ludzie na Ziemi zaczynają wypominać sobie nawzajem różne żale a później walczyć ze sobą. Do tego wszystkiego dojdzie jeszcze annual o sprzęcie ochronnym z siedziby Ligi, który zacznie atakować swoich właścicieli.
Rysunki dalej poziom bardzo fajne. "Do Was Należy Zemsta" to taka bardzo, bardzo klasyczna Liga Sprawiedliwości, skierowana zresztą do nieco młodszego czytelnika. Jak ktoś szuka "dorosłych" treści, wielowątkowych historii lub jakoś szczególnie pogłębionych charakterów postaci to tutaj tego nie znajdzie. Za to znajdzie naprawdę sympatyczne historyjki które wyraźnie miały na celu nic więcej niż tylko dać się zrelaksować czytelnikowi po bombastycznych Metalach. Jednocześnie widać, że Venditti po prostu w niektórych elementach jest lepszy od Snydera, ot chociażby w tworzeniu relacji pomiędzy bohaterami jedna czy dwie scenki rozegrane pomiędzy Batmanem a Madame Xanadu i natychmiast widać błysk w oczach tej dwójki (Bruce ma słabość do brunetek więc kto wie może kiedyś?). Zdecydowanie bardziej podobała mi się nowelka numer jeden, zresztą zawsze lubiłem Eradicatora nie do końca podoba mi się to wachlowanie zakresem mocy Kryptonijczyków, jest trochę bez sensu. Druga jednak słabsza, chociaż rozczulająca była scena jak po przywróceniu sytuacji do normy w liverpoolskiej knajpie kibice kopanej poubierani w basketballowe jerseye (nawet nie w tych barwach co trzeba) z bójki przechodzą do wpadania sobie w objęcia, można się pośmiać zdrowo. Trzecia króciutka i raczej do zapomnienia, delikatnie powiązana z pierwszą. Podobało mi się w sumie, bezpretensjonalna rozrywka na przyzwoitym poziomie i tyle. Ocena -6/10.
"Bohaterowie i Złoczyńcy tom 9 Batman i Superman - World's Finest:Strażnicy Sprawiedliwości" - Dave Gibbons, Steve Rude. Wielce interesująca sprawa komiks autorstwa współtwórcy jednego z najbardziej (o ile nie naj) znanych komiksów w historii, tym razem nie za sztalugą a za maszyną do pisania. O co chodzi, fanom gatunku wiadome, World's Finest to przygody najbardziej znanego duetu DC Comics, tytuł obecny praktycznie przez całą historię wydawcy, tym razem w postaci post-kryzysowej miniserii. Założenia dosyć interesujące, ot dwóch największych wrogów, dwóch największych herosów czyli Lex Luthor i Joker postanawia się "wymienić" miastami. Trochę szkoda, że nie bohaterami przy okazji, ale z drugiej strony o ile Batman i Lex byliby godnymi sparingpartnerami to co Supermana miałby robić z Jokerem (no w sumie Injustice udowodniło, że coś tam dałoby się wymyślić). Niestety słowo interesujące stawia kropkę właściwie po wyrazie "założenia".
Pozytywnie mogę się wypowiedzieć z pewnością na temat wizualiów. Z samego początku rysunki nie bardzo mi podpasowały, ale dosyć szybko wkręciłem się w ich klimat. W oczywisty sposób z dosyć dużą elegancją mają nawiązywać do prac z czasów Złotej Ery i w tym momencie największy chyba plus stawiam przy naprawdę old-schoolowym projekcie Batmana, chociaż i Supermanowi żywcem wyciągniętemu z kreskówek Fleischera (no może trochę młodszemu i ładniejszemu) nic nie brakuje.
Sam początek robi wrażenie, seria szybkich, ostrych niczym brzytwa kadrów pozbawionych tekstu. Gotham oświetlone krwistoczerwonym zachodem słońca Batman prowadzi pościg za zabójcą, który w momencie schwytania popełnia samobójstwo za pomocą trucizny Jokera. Grubo się zaczyna, pomyślałem z zadowoleniem bardzo w stylu "poważnego" komiksu z Batmanem. Drugi ciąg kadrów, tym razem rozświetlone pełnym słońcem Metropolis, Superman w niespecjalnie brutalny sposób chwyta handlarza kokainy ubranego w szałowy garnitur (pamiętajmy lata 80-te, takie typy to znak firmowy tych czasów niczym Michael J.Fox i tlenione blondynki), po czym za kołnierz ciągnie go na komisariat. Też fajnie, kolejna moja myśl mocno w duchu Supermana. No i tutaj niestety fajne momenty praktycznie się kończą. Fabuła jest mocno niewyraźna, dwóch łotrów wymienia się miastami i w sumie niewiele z tego wynika, Luthor chce wykupić Gotham a Joker powygłupiać w Metropolis, na samych bohaterów nie ma to żadnego wpływu. Całość sprowadza się do jakiegoś kompletnie z tyłka wyciągniętego starego gangstera czy tam kogoś, który niczym Żyd Fagin wysyłał dzieci z sierocińca na rabunek i ciężko stwierdzić co on ma wspólnego z nieświętym duetem. Tekstu jest dużo, rzekłbym nawet dużo za dużo, co sprawia że całość jest mocno mętna o i na dodatek niespecjalnie interesująco napisanego a na pewno nie na tyle, żeby próbować wyjaśniać jakieś niedopowiedzenia. Ogólnie dialogi trochę leżą tutaj, kilka razy coś tam się składa w dyskusjach pomiędzy bohaterami, dobrze wypadają kąśliwe odzywki Lois i Alfreda. Niespecjalnie ogólnie rzecz biorąc wypadają same czarne charaktery, Lex to nadęty bufon (nie to żeby jakaś nowość) który bardziej się opiera na swojej forsie niż na intelekcie czy czymkolwiek inny a Joker to jakiś podrzędny gangster tyle, że nieco ekscentryczny przypominający z zachowania bardziej Harley Quinn niż zabójczego klauna. Ciekawostka raczej tylko dla miłośników wykopalisk, ale ci raczej wiedzą że akurat tych dwóch miało swoje naprawdę różniące się od siebie wcielenia a te akurat nie są specjalnie udane. Ogólnie rzecz biorąc Dave Gibbons jakkolwiek znakomity grafik nie jest chyba najlepszym scenarzystą, pamiętam napisał całkiem przyzwoitą nowelkę w tym Zbawienie/Ofiarowanie wydanym przez Scream, która w sumie i tak była blada przy tej Milligana oraz Originals od Manzoku z dosyć absurdalnym tytułem biorąc pod uwagę, że było kompletną zrzyną z pewnego filmu a teraz jeszcze te "World's Finest". Taka "perła" z lamusa, która lepiej chyba aby w tym lamusie została. Ocena 5/10.