Autor Wątek: Bo chodzi o to, żeby plusy nie przesłaniały nam minusów - sezon drugi  (Przeczytany 343036 razy)

0 użytkowników i 2 Gości przegląda ten wątek.

Offline Xmen

Odp: Bo chodzi o to, żeby plusy nie przesłaniały nam minusów - sezon drugi
« Odpowiedź #810 dnia: Śr, 24 Czerwiec 2026, 21:27:06 »
Wygląda jak książka która już się rozpadła.
Jeleń to zwierzę leśne, którego widok napawa podziwem. Jego majestatyczny wygląd najlepiej podkreśla poroże – inaczej też wieniec, przypominający koronę. Jest postrzegany jako król lasu. Od początku dziejów pozostaje symbolem męstwa, witalności, władzy, a także walki i zwycięstwa.

Offline JakubM

Odp: Bo chodzi o to, żeby plusy nie przesłaniały nam minusów - sezon drugi
« Odpowiedź #811 dnia: Cz, 25 Czerwiec 2026, 08:47:11 »
Osobiście posiadam wszystkie podręczniki "Piękna Litera. Podręcznik do kaligrafii - Ewa Landowska" tam też jest zastosowana oprawa w formie broszury szwajcarskiej (po otwarciu książki widoczny jest surowy grzbiet).

Jest to wygodne zastosowanie w takim podręczniku ponieważ po rozłożeniu się nie składa i można na spokojnie szlifować literki. Ale taka oprawa przy komiksie wg. mnie niepotrzebna i traci na estetyce.


Offline Takesh

Odp: Bo chodzi o to, żeby plusy nie przesłaniały nam minusów - sezon drugi
« Odpowiedź #812 dnia: Cz, 25 Czerwiec 2026, 09:33:58 »
I to jest NAJLEPSZE rozwiązanie do wydawania komiksów, gdzie są rozkładówki. Koniec z nieczytelnymi środkami przy szyciu/klejeniu.

Nie musicie dziękować. Wystarczy w każdym tomie napisać kto był tego pomysłodawcą.

Online Deepdelver

Odp: Bo chodzi o to, żeby plusy nie przesłaniały nam minusów - sezon drugi
« Odpowiedź #813 dnia: Cz, 25 Czerwiec 2026, 10:00:12 »
dla mnie ta "szwajcarska okładka" to jest coś przekoszmarnego. Nie wiem co za idiota to wymyslił i czemu to jest powielane. Przy częstym korzystaniu z takiej książki, ona poprostu się rozpadnie. Może celem było zrobienie czegoś na pokaz, albo do jednokrotnego użytku?....

Jest dokładnie odwrotnie niż napisałeś.
Dobrze wykonana oprawa szwajcarska daje nawet większą trwałość niż tradycyjna. Jest idealnym rozwiązaniem dla komiksów ze spreadami (umożliwiając bezpieczne rozłożenie stron do 180 stopni), nie wiem tylko czy zdałaby egzamin z ciężkimi omnibusami (czy ciężar bloku nie powodowałby odrywania się go od tylnej okładki).

Online perek82

Odp: Bo chodzi o to, żeby plusy nie przesłaniały nam minusów - sezon drugi
« Odpowiedź #814 dnia: Cz, 25 Czerwiec 2026, 10:12:13 »
Mnie to tak stresowało, że bałem się odwrócić pierwszą kartkę, żeby nie wyrwać. No ale byłem pewny, że po prostu się nie skleiło wszystko porządnie, a nie że to przemyślane było.
Przydałaby się instrukcja użytkowania komiksu.
Black Dahlia **
Dylan Dog: Mater morbi ***
Chaos, Podróż do piekła ***
Nonnonba **
Historia Dylana Doga **

Online Deepdelver

Odp: Bo chodzi o to, żeby plusy nie przesłaniały nam minusów - sezon drugi
« Odpowiedź #815 dnia: Cz, 25 Czerwiec 2026, 10:38:28 »
Przy oprawie szwajcarskiej (szczególnie takiej surowej, bo widziałem, że są też takie, gdzie grzbiet bloku jest dodatkowo zakryty jakąś papierową "maskownicą") wydawca powinien to bardzo wyraźnie zaznaczać - gdyby tego nie zrobił w przypadku rzeczonej "Katedry", to pewnie też bym reklamował książkę jako rozklejoną. :)

Offline Xmen

Odp: Bo chodzi o to, żeby plusy nie przesłaniały nam minusów - sezon drugi
« Odpowiedź #816 dnia: Cz, 25 Czerwiec 2026, 14:13:52 »
Obyśmy nigdy nie doczekali czegoś takiego w komiksach. W sumie książki też wolę czytać z tradycyjnymi okładkami.
Jeleń to zwierzę leśne, którego widok napawa podziwem. Jego majestatyczny wygląd najlepiej podkreśla poroże – inaczej też wieniec, przypominający koronę. Jest postrzegany jako król lasu. Od początku dziejów pozostaje symbolem męstwa, witalności, władzy, a także walki i zwycięstwa.

Offline Nawimar III

Odp: Bo chodzi o to, żeby plusy nie przesłaniały nam minusów - sezon drugi
« Odpowiedź #817 dnia: Wt, 30 Czerwiec 2026, 14:22:18 »
Czerwiec

Marvel-Must-Have t.21. Spider-Man: Spiderversum – nie ukrywam, że straszliwie się podczas lektury tego zbioru namęczyłem… Przy tej zdecydowanie przeskalowanej fabule (w negatywnym rozumieniu tego określenia) nawet historie typu „Maximum Carnage” czy „Maximum Clonage” zasadnie jawić się mogą jako opowieści sensownie i gruntownie pomyślane. Krótko pisząc „Pajęczak” w interpretacji Dana Slotta to oferta ani trochę nie dla mnie.
 
Podziemny front cz.1: Zamach - pomimo niechęci ,,władzy ludowej” do komiksowego medium (zapewne także z powodu jej systemowej nieudolności w zakresie zorganizowania sprawnie funkcjonującej poligrafii) ,,nasi” rodzimi towarzysze z czasem docenili jego propagandowy potencjał. Przejawiło się to opartymi na widowiskach filmowych komiksowych panegirykach ku sławie i chwale komunistycznej bandyterki (dla niepoznaki zwanej ,,Gwardią Ludową”), w dobie niemieckiej okupacji, usiłującej imitować ,,ludowy” ruch oporu. Nie będę ukrywał, że za młodu seria ta mimo wszystko wzbudzała we mnie niemałą ekscytacje. W końcu od ,,gwardzistów” po przysłowiowym ogonie obrywali Niemcy, którym w pełni się to należało. Dlatego w sumie miło, że seria ta doczekała się wznowienia, aczkolwiek przydałoby się bardziej trafiające w sedno posłowie do tego epizodu. To bowiem, które w nim zamieszczono, jest niemiłosiernie wygładzone i bezpłciowe, a tym samym potencjalnego czytelnia, niezorientowanego w temacie sowieckiej agentury spod znaku PPR, dezinformujące. 

Marvel Origins t. 89: Daredevil 8 – niewykluczone, że wielbiciele Śmiałka odchowani na utworach m.in. Franka Millera i Eda Brubakera podczas lektury jego wczesnych przygód doznają raz za razem kolejnych rozczarowań. Jednak jako seria stricte przygodowa, o umiejętnie wkomponowywanych dylematach tytułowego bohatera, w moim przekonaniu ta w swojej klasie klasyka warta jest doceniania i rozpoznawania także przez współczesne pokolenie miłośników superbohaterskiej konwencji. Także z tego względu, że Gene Colan (ówczesny rysownik serii) robił co w jego mocy, by „podkręcić” żywiołowość zmagań „DD” z problematycznymi indywiduami pokoju Trapstera i Doktora Dooma. A to przejawiło się niekiedy wręcz oszałamiającymi kompozycjami.
 
Era AI: Taniec łowców – mimo że nawołujący do wszechświatowej rewolucji robot Oli w tym akurat epizodzie „Ery AI” sam się nie objawia, to jednak pośrednio nie zabrakło go w wiodącej intrydze serii, w pełni zilustrowanej za pomocą „sztucznointeligentych” programów. Pomysłodawca i scenarzysta tego projektu – Robert Zaręba – jako doświadczony twórca literackiej i komiksowej fantastyki (vide m.in. zbiór opowiadań „Gwiezdne krucjaty”) nie omieszkał przy tej okazji wkomponować w tok rozrywkowej fabuły współczesnych refleksji o kierunkach rozwoju sztucznej inteligencji, intelektualnie ożywczych i przez to po prostu interesujących. Przy czym uczynił to na tyle umiejętnie, że uniknął przytłoczenia potencjalnego czytelnika złożoną przecież problematyką.   

The Shadow: W ogniu stworzenia - Garth Ennis miewał twórcze wpadki; ta jednak jest jak dla mnie szczególnie dotkliwa. Niepowodzenie polskiej edycji tego przedsięwzięcia (doprawione niewystarczającym zainteresowaniem ,,Green Hornetem” Marka Waida) sprawiło, że nie doczekaliśmy się większej oferty tytułów z udziałem herosów Ery Pulpy. Nie ukrywam, że żałuję, bo mam do nich szczególny sentyment. ,,W ogniu stworzenia” ma swoje lepsze momenty (w tym finał); jednak większość tej realizacji to nurząca wędrówka poprzez fabularną pustkę. Sam Shadow jest tu raczej swoistą figurą pomsty niż faktycznie centralną osobowością. Warstwa plastyczna poprawna, bez znamion dysponowania przez jej autora rzeczywistym talentem. Podsumowując: cenione nazwisko nie zawsze jest gwarantem wysokiej jakości sygnowanego nim utworu.

Justice League of America vol.2 nr 101 - drugi akt ,,Ścieżki Wojownika” to okazja, by przyjrzeć się grze zespołowej w wykonaniu ówczesnego składu Ligi Sprawiedliwości. Guy Gardner jest tu zatem jednym z wielu osobowości, choć przyznać trzeba, że odpowiednio dla zamierzenia tej opowieści (tj. spopularyzowania go w jego nowej postaci) wyeksponowanym. Rozgrywająca się w kosmosie intryga to także okazja do udziału w niej Flickera, najemnika znanego czytelnikom polskiej edycji serii ,,Green Lantern”. O tyle to nie dziwi, że za rozpisanie tej historii odpowiadał Gerard Jones, nieco wcześniej scenarzysta wspomnianej chwile temu serii.

Czerwone Żagle: Noc Wilka - aż chciałoby się rzec: Robert E. Howard wiecznie żywy, co uwzględniając mnogość komiksowych produkcji opartych na twórczości Teksańczyka jest w pełni uzasadnione. Urokowi jego prozy najwyraźniej uległ również Artur Biernacki, który w barwach wydawnictwa Red Arrow zaproponował nieco zmodyfikowaną względem literackiego pierwowzoru komiksową adaptacje opowiadania Howarda pt. ,,Noc wilka” (z cyklu o Cormacu Mac Arcie). Opowieść osadzona na Wyspach Brytyjskich w dobie najazdów Anglów, Saksonów i Jutów to naznaczona pożogą i okrwawioną stalą wojna wszystkich przeciwko wszystkim, przysłowiowa rzeźnia numer sześć, w której jedynym regułą jest „prawo” silniejszego. Autor tej realizacji trafnie ujął tę dojmującą atmosferę mrocznych czasów po rozkładzie rzymskiej administracji w Brytanii. Żywiołowa i wrażeniowa zarazem warstwa plastyczna dopełniała (jakkolwiek to brzmi w przypadku tej akurat fabuły) miłych odczuć z lektury niniejszej realizacji.
 
Hawkman vol.3 nr 22 – tym razem „Ścieżka Wojownika” zawiodła „Sprawiedliwych” wprost na wyniszczony Thanagar, matecznik udzielającego się wówczas w jej szeregach odmienionego Katara Hola. Guy Gardner hulał tu co najwyżej incydentalnie, aczkolwiek wystarczająco, by także ten epizod uznać za pełnoprawną część jego tourne po rozleglejszych niż tylko jego solowa seria „przestrzeniach” uniwersum DC. Najwięcej jednak czasu antenowego otrzymał oczywiście protagonista tej serii, wówczas od niespełna roku (tj. od wydarzeń przybliżonych w trakcie „Godziny Zero”) także funkcjonujący w odmienionej formie. Znać przy tym, że przydzieleni do realizowania tej serii fachowcy (m.in. William Messner-Loebs, weteran takich tytułów jak m.in. „Wonder Woman vol.2” i „The Flash vol.3”) znali się na rzeczy i wiedzieli jak skutecznie zogniskować uwagę ewentualnego czytelnika.

Star Trek nr 18 - miłym zaskoczeniem tej ostatniej już odsłony niniejszej serii jest jej scenarzysta w osobie jednego z moich ulubionych komiksowych twórców, tj. Johna Marca DeMatteisa. Mimo że najbardziej cenione z jego dokonań miał on rozpisać dopiero w kolejnych latach to jednak już na etapie tej opowieści znać zarówno talent rzeczonego, pomysłowość, jak i scenopisarską biegłość. Ponadto odnoszę wrażenie, że tę opowieść dobrze znali kreatorzy ,,Następnego Pokolenia”, bo niektóre z zawartych w niej motywów są podejrzanie podobne do tego z czym mieliśmy do czynienia właśnie w kontekście załogi dowodzonej przez kapitana Piccarda. Notabene podobnie jak przy okazji poprzedniego epizodu, także fabuła zaproponowana przez DeMatteisa spokojnie mogłaby posłużyć za kanwę znacznie bardziej rozbudowanej opowieści. Tym bardziej żal, że ta inicjatywa nie powtórzyła sukcesu pierwszej komiksowej serii ,,Star Wars” i nie przetrwała w ofercie Marvela znacznie dłużej. Nie da się bowiem ukryć, że w swojej klasie była to wartościowa i z perspektywy wielbicieli komiksowej science fiction satysfakcjonująca inicjatywa.
 
Guy Gardner: Warrior nr 33 - z współczesnej perspektywy estetykę użytkowaną w superbohaterskich produkcjach doby lat 90. ubiegłego wieku na ogół zwykło się wyklinać. Jest to dla mnie zrozumiałe, bo ta stylistyka już w momencie jej rozwoju nie należała do szczególnie przeze mnie lubianych. A jednak obecnie nie mogę nie docenić trudu i twórczych poszukiwań plastyków pokroju Marca Camposa, ilustratora tej opowieści, którzy dokładali starań, by dostarczyć czytelnikom jakość, wówczas najwyraźniej przez nich oczekiwaną. W pochodnej pracy rzeczonego znać przy tym staranność, zaangażowanie i po prostu talent. Dlatego pomimo odmiennych preferencji w zakresie komiksowej estetyki nie potrafię przejść obojętnie wobec tego co Campos wykonał na potrzeby tego epizodu. W wymiarze fabularnym ,,Ścieżka Wojownika” zdaje się zmierzać ku fazie kulminacyjnej. Niewątpliwe będzie się jednak jeszcze sporo działo, bo na ten mini-crossover złożą się jeszcze jego trzy kolejne odsłony.

Era AI: Plutonowy – ciąg dalszy poszukiwań problematycznego ideologa pełnowymiarowej rewolucji krzemowej „inteligencji” przebiega pod znakiem umiejętnie wkomponowanych refleksji o sednie natury sztucznej inteligencji. Czy jej wytwory można zdefiniować również mianem sztuki, czy też są to algorytmiczne „sklejki” na bazie zastanych składników? To tylko jeden z wątków podjętych przez robota Oliego w quasi-dyspucie z poszukującym go, tytułowym Plutonowym. Muszę przyznać, że niniejsza inicjatywa twórcza mnie przekonała i dlatego już wypatruję dalszych jej odsłon. 
 
Justice League of America vol.2 nr 102 – co prawda Guya Gardnera tutaj de facto brak; niemniej z pewnych względów także ten epizod wkomponowano w sagę „Ścieżka Wojownika”, stanowiącej kolejny przejaw ambicji ówczesnych włodarzy DC Comics do implantowania odmienionego Guya w ramy administrowanego przez nich „zakątka” popkultury. „Sprawiedliwi” muszą się za to borykać z Flickerem, który swego czasu dotkliwie przeczołgał Hala Jordana (o czym więcej w numerze 1/1994 polskiej edycji serii „Green Lantern”). Warstwa plastyczna w wykonaniu Chucka Wojtkiewicza nie zachwyca, ale też i nie odstręcza. Na pewno jest tu natomiast mocno tłoczno.
 
Hawkman vol.3 nr 23 – pożądany przez złowrogie kosmiczne imperium Guy otrzymał tu znacząco więcej czasu antenowego niż w poprzednim „ogniwie” „Ścieżki Wojownika”; niemniej i tak główne role niniejszego epizodu przypadły zdetronizowanej z jej funkcji „ambasadorki” Wonder Woman oraz gospodarza tego tytułu. Dawny matecznik Vuldarian okazuje się nad wyraz niegościnnym miejscem, co wymusza na wspomnianym duecie nie mało wysiłku w zakresie zażegnywania piętrzących się niebezpieczeństw. Zasadniczy cel ich misji – wyswobodzenie pochwyconego Gardnera – jest jednak już niemal na wyciągnięcie ręki. Tytułem podsumowania dodam, że oba epizody tej serii, które objęła „Ścieżka Wojownika” zachęciły mnie by we względnie niedalekiej przyszłości po tę serię również sięgnąć.
 
Guy Gardner: Warrior nr 34 – konkluzja „Ścieżki Wojownika” jest dokładnie taka, jak można się było tego spodziewać. Do tego rzecz jasna na miarę rozbuchania dojrzałych lat 90. Tak jak to już wielokrotnie wspominałem, mi to akurat nie przeszkadza. Traktuję tego typu opowieści w kategorii przykładu wówczas popularnego trendu. Zespół realizujący wykonał to, co do jego przedstawicieli należało, wykazując się fachowością i umiejętnością dostosowania do oczekiwań znacznej części ówczesnych czytelników. Dlatego w kategorii tzw. rozrywkowca „Ścieżka Wojownika” okazała się produkcją, która jako wydanie zbiorcze idealnie wpisywałaby się w ramy nieodżałowanej kolekcji „Bohaterowie i Złoczyńcy”. 
 
X-Men. Punkty zwrotne: Śmiertelne przyciągania – mimo że o sprzedaży X-tytułów porównywalnej z rokiem 1991 w okresie powstania tej opowieści (tj. dwa lat później) nie mogło być już mowy, to jednak losy mutantów wciąż przyciągały liczną rzeszę spragnionych ich przygód czytelników. Nic zatem dziwnego, że przydzieleni do tych tytułów twórcy dwoili się i troili, by tę uwagę podtrzymać. Znane już u nas w swoim zasadniczym zrębie „Śmiertelne przyciągania” („X-Men” nr 1-3/1997) wystylizowano na niemal szekspirowską skalę patetyzmu, a niektóre sceny w niej zawarte (m.in. z udziałem Magnusa rozwiązującego „problem” Wolverine’a) na długo zostały z czytelnikami tej opowieści. Dobrze się stało, że ją nam przypomniano, uzupełniając o materiały pominięte w edycji TM-Semic. 
 
Guy Gardner: Warrior nr 35 – już od pierwszych scen tego epizodu znać, że w swojej kolejnej kosmicznej peregrynacji „Wojownik” nie zdołał natknąć się na biegłego w swoim fachu fryzjera. Równocześnie całkiem już upodobnił się do osobowości znanych z kart wczesnych komiksów Image, dzięki czemu najspokojniej w świecie mógłby sobie „pokrossować” z takimi postaciami jak Pitt, Bartholemew J. Troll czy znany z polskiej edycji „Spawna” Chapel. Nowy duet twórców – skądinąd znany Phil Jimenez (scenariusz) i Joice Chin (rysunki) – postarali się, by w ów wówczas wciąż pożądany trend umiejętnie się wkomponować. Równocześnie nawiązali do wątków z okresu poprzedniego ładu wszechświatowego, kiedy to porządku na kosmicznych szlakach doglądali przedstawiciele takich m.in. organizacji jak Darkstars i oczywiście Korpus Zielonych Latarni. Nie ukrywam, że jest intrygująco z dużą szansą na interesujący ciąg dalszy.
 
U.S. Agent vol.1 nr 1 – czas pokazał, że John Walker (czyli właśnie U.S. Agent) nie zyskał popularności na miarę dwóch innych „podrób” czołowych osobowości Uniwersum Marvela – Jamesa „War Machine” Rhodesa i Erica „Thunderstike’a” Mastersa. Niemniej i on doczekał się solowego tytułu, mimo że ta inicjatywa ograniczyła się jedynie do mini-serii. Pierwszy jej epizod teoretycznie nie wyróżnia się nadmiernie pokomplikowaną fabułą. Niemniej sprawna ekspozycja protagonisty oraz trawiących go dylematów jako przedstawiciela amerykańskiej bezpieki oddelegowanego do pilnowania Mścicieli Zachodniego Wybrzeża pozwala pokusić się o przypuszczenie, że Mark Gruenwald (tj. szanowny pan scenarzysta) zdoła zaproponować zajmującą i wprawnie „usensacyjnioną” historię. Nawet jeśli nie urzekającą, to w zamian za to fachowo rozrysowaną przez M.C. Wymana („Nick Fury, Agent of S.H.I.E.L.D.”, „Ape Nation”). 

Marvel Origins t.90: Hulk 9 – w kontekście dziejów „Sałaty Marvela” niewątpliwie jest to zbiór przełomowy, bo to właśnie na tym etapie rozwoju poświęconej rzeczonemu serii włączył się w jej współtworzenie Herb Trimpe, jeden z najbardziej cenionych kreatorów legendy Hulka, Obecna jest tu również jeszcze jedna w tym kontekście sława, tj. Marie Severine. Znać po ogólnej dynamice tej inicjatywy, że wkraczała ona w kolejny etap wzmożonego rozwoju. Tymczasem przed nami już tylko jedno spotkanie z „Zielonym Goliatem” w ramach niniejszej kolekcji. Dlatego tym mocniej chciałoby się jej kontynuacji w kolejnym tego typu przedsięwzięciu. Może włodarze Marvela, Panini i Hachette pewnego dnia na takową się skuszą…

Guy Gardner: Warrior nr 36 - gdy jedyny, prawdziwy ,,Mr. Nice Guy" przemierza odległe rubieże Kosmosu w jego ziemskim mateczniku daje o sobie znać znany z poprzednich odsłon serii problematyczny sobowtór rzeczonego. Toteż niniejszy epizod (notabene stanowiący część wydarzenia znanego jako ,,Underworld”) wypełnia z nim konfrontacja z udziałem m.in. przedstawiciela grupy Metal Men. Krótko pisząc rąbanina po całości, w swojej klasie całkiem umiejętnie prowadzona.
 
U.S.Agent vol.1 nr 2 - protagonista tej mini-serii wplątuje się w intrygę z gatunku takich, których w latach 80. i 90. ubiegłego wieku było pełno. Dlatego fabularnie rzecz nie porywa, ale też nie rozczarowuje, bo Mark Gruenwald (scenarzysta tej inicjatywy) był w swojej klasie wprawnym fachowcem. Krótko pisząc: superbohaterski ,,Hill Street Blues” do jednorazowego przyswojenia.

Odp: Bo chodzi o to, żeby plusy nie przesłaniały nam minusów - sezon drugi
« Odpowiedź #818 dnia: So, 04 Lipiec 2026, 12:51:05 »
  Podsumowanie maja, ciągle walczę z opóźnieniami i ciągle przegrywam. UWAGA JAK ZAWSZE MOGĄ POJAWIĆ SIĘ SPOILERY!!!


  "Zegar Zagłady" - Geoff Johns, Gary Frank.  Jak ktoś się interesuje gatunkiem to ciężko było o tym komiksie czegoś wcześniej nie usłyszeć, bądź też nie przeczytać a przynajmniej mi się to nie udało, mimo iż jak zawsze w przypadku, gdy wiem że czymś jestem na 100% zainteresowany to raczej unikam wszelakich treści z tym czymś związanym. Chociaż na swoje usprawiedliwienie mam tę okoliczność, że w tamtym czasie był to chyba najbardziej wyczekiwany event, który oczywiście wpływał na całe uniwersum więc nie dało się ominąć wszystkich informacji z nim związanych. Natomiast jedno mi umknęło jakoś w tym crossoverze świata DC z bohaterami jednego z najważniejszych o ile nie tego "naj" komiksu z gatunku. Jakoś tak dotychczas mi się wydawało, że będę miał do czynienia z jakąś luźną reinterpretacją arcydzieła Alana Moore, jakimś alternatywnymi wersjami tych postaci w końcu tyle uniwersów w multiwersum a dostałem o dziwo...na dobrą sprawę bezpośrednią kontynuację oryginalnych "Watchmen". No przynajmniej do pewnego momentu. Nie pamiętam czy to było podane, ale akcja rozpoczyna się na oko, kilka lat po zakończeniu oryginalnego komiksu, plan Veidta spalił na panewce, gdy ludzkość dowiedziała się o jego machinacjach z pamiętnika i świat stanął po raz kolejny na krawędzi zagłady a nawet jeszcze bliżej tej krawędzi. Sam Ozymandiasz stał się najbardziej poszukiwanym człowiekiem na świecie, ale przecież taki gość jak on będzie miał plan jak po raz kolejny ocalić całą planetę (strach się bać). Planem tym jest odnalezienie Manhattana, który jak wiadomo uciekł gdzieś tam nie wiadomo gdzie i zmuszenie go do powrotu a w dziele tym pomaga mu nie kto inny a sam Rorschach. Który zresztą dosyć szybko okazuje się nie oryginałem a jego naśladowcą. Jako, że dwóch to zbyt mało do drużyny zostaną dokooptowane dwie nowe postacie, parka psychopatycznych kryminalistów Mim i Marionetka z których dziewczyna przypomina bardziej morderczą wersję Harley Quinn a facet posiada swego rodzaju telekinetyczne zdolności (ja wiem, że utarło się że w "Watchmen" tylko Manhattan miał nadludzkie zdolności, ale wiemy że to nieprawda), a także jedna stara, czyli Komediant.  W każdym bądź razie, Adrianowi (który w międzyczasie skonstruował wehikuł do przenoszenia się między wymiarami) uda się w końcu odnaleźć trop prowadzący do miejsca w którym znajduje się dr. Manhattan a miejscem tym jest oczywiście uniwersum DC. Uda się go znaleźć w samą porę, bo akurat w momencie startu zaczną już śmigać po niebie rakiety A, na szczęście z pomocą żyjącego boga wszystko powinno dać się odwrócić. Po przeskoku, Ozymandiasz rozpocznie kolejny etap zadania a mianowicie skontaktowanie się z dwoma najinteligentniejszymi ludźmi na planecie czyli Lexem Luthorem i Bruce Waynem. Łatwiej byłoby troszeczkę, gdyby nie fakt, że akurat i to uniwersum wpadło w poważne tarapaty, na jaw wyszła (czy aby przypadkiem?) tzw. "teoria Supermenów", akcentująca fakt iż większość meta-istota to Amerykanie i przedstawiająca "niezbite" dowody na to, że to efekt tajnego programu tworzenia żywej broni, przez co i tutaj światowy pokój wisi na włosku. Mniej więcej tyle.
  Rysunki Gary Franka jak zwykle a może i bardziej niż zwykle znakomite. Realistyczne, ale z tym sznytem komiksowej superbohaterszczyzny skupiające się na bardzo szczegółowym oddaniu bogatej i ważnej również fabularnie mimiki. Taki trochę bardziej "kreskówkowy" Bolland.
  "Zegar Zagłady" to tak trochę na dwoje babka wróżyła, czy się spodoba czy nie. Johns niewolniczo wprost trzyma się nie tylko treści, ale nawet i formy oryginału (sporo stron podzielonych na 9 kadrów przedstawiających jedną postać "en face", dużo tekstu itp.). Powiem szczerze, że z reguły nie jestem fanem takiego sposobu "tworzenia", ale jakoś w tym wypadku działało to całkiem nieźle. No przynajmniej do pewnego momentu. Nie wiem co tam się stało, ale naprawdę dobry klon Watchmen po jakichś 2/3 swej własnej długości, zaczyna nam się dosłownie rozpadać w rękach (nie fizycznie bo naprzykład zły Egmont specjalnie zepsuł coś w drukarni, tylko pod względem fabularnym). Piszę nie wiem w sensie nie mogę zrozumieć. Tzn. akceptuję to, że w przeciętnym superbohaterskim seryjniaku, widać zmienność koncepcji i zwroty fabularne dosłownie wyciągnięte z wiadomo kąd, no ale to wiadomo jak to się z reguły odbywa a to twórcy z różnych powodów się nie wyrabiają i ktoś ich tam zastępuje choćby na chwilę, albo trwający story-arc nie przypadł czytelnikom do gustu więc jego miejsce zastępuje coś nabazgranego na serwetce z baru, ale w takim przypadku oczekiwałem że to będzie napisane raczej w stylu osobnej powieści graficznej, czyli w sposób w pełni przemyślany. Cóż, było mi wiadome że tam jakieś trudności były w wydawaniu mini-serii, ale byłem przekonany że chodziło raczej o opóźnienia w rysowaniu, natomiast po lekturze nie jestem wcale tego taki pewien. Jak przed chwilą wspomniałem większość komiksu to Watchmen, które dopiero głęboko za połową przekształca się w komiks DC, tyle że problemem jest to iż Watchmen nie kończy się w żaden sposób zadowalająco. Mamy naprawdę fajnego, nowego Rorschacha, który przez większość komiksu wydaje się centralną postacią, która po przewróceniu ostatniej strony okazuje się, że tylko była, bo de facto nie pełni w fabule żadnej roli. Żebym nie zapomniał, że przez jakiś czas jest grzany temat, który pewnie rozpalał wyobraźnię czytelników, czyli jego oczywisty pojedynek z Batmanem, który (nie)oczywiście nie następuje. Funkcja, również fajnych Marionetki i Mima, wytłumaczona w sposób nader bełkotliwy i nieprzekonujący, do tego Joker jako ozdobnik. No i last but not least splunięcie na oryginalnych Manhattana (przerobionego na potwora, który ni stąd ni zowąd przemienia się w fanboya Supermana) i Komedianta. Ciężka do wytłumaczenia obecność pobocznej historii o aktorze-geju, która pełni funkcję "Czarnej Fregaty", tyle że w przypadku tej drugiej mieliśmy alegoryczny obraz fabuły Watchmen, u Johnsa nie dałem rady skleić tego z fabułą Zegara a jedynym morałem jaki wyciągnąłem to to, że facet był homoseksualistą (oczywiście zaszczutym). Zakończenie dosyć bełkotliwe i z pasującym niczym siodło do świni happy endem, za to w dosyć fajny sposób ustawiające postać Supermana (w dosłownie każdej znanej nam postaci, co jest równie fajne) jako centrum świata DC, tylko czy do tego potrzebni byli Watchmen? Ogólnie odnoszę wrażenie, że ten crash dwóch uniwersów, tak naprawdę zaszkodził tylko historii. Osobna mielibyśmy do czynienia z niespecjalnie oryginalną, ale naprawdę przyzwoitą i bardzo w duchu Watchmen kontynuacją oraz eventem DC z ciekawym punktem wyjściowym. A tak dostaliśmy super ważną mini-serię, która po raz enty przemeblowała uniwersum o której większość już zapomniała a samo wydawnictwo raczej nie stara się nikomu przypominać. No, ale niech będzie, przez te 2/3 było co najmniej dobrze. Ocena 6/10.


  "Wiele śmierci Laili Starr" - Ram V, Felipe Andrade. Kupione tylko dlatego iż z jakiegoś niewiadomego powodu byłem święcie przekonany, że to jest s-f a miałem ochotę przeczytać akurat taką historię. Źle się dzieje w państwie duńskim, albo raczej w hinduskim niebie. A może zresztą nie źle a dobrze. Oto na sam szczyt biurowca zostaje przed oblicze dyrektora czyli boga Brahmy (zaświaty jako korporacja, no nie można nazwać tego szczytem kreatywnego pisarstwa) wezwana hinduska Śmierć czyli babeczka z klasą oraz sześcioma ramionami, aby wysłuchać niespecjalnie pomyślnych dla niej wieści. Oto gdzieś na Ziemi narodziło się niemowlę, które w przyszłości zostanie naukowcem, który to rozwiąże zagadkę nieśmiertelności. Jako, że ludzie nie będą już umierać, potrzebna jest tzw. reorganizacja firmy czyli cięcia a więc dział Śmierci zostaje zamknięty z którego to powodu wyląduje ona na bezrobociu. Ale jako, że od zawsze była dobrym i oddanym fachowcem to nie odejdzie tak bez emerytury, w nagrodę dostanie możliwość życia jako śmiertelniczka. Śmierć obudzi się w kostnicy w ciele Laili Starr (jakoś mało to hinduskie), 20-letniej studentki, która wypadła lub może wyskoczyła z okna podczas imprezy. Przypadek (albo i nie) sprawi iż Śmierć-Laila ocknie się dokładnie w tym momencie i tym samym szpitalu w którym właśnie się urodził Dariusz Szah czyli przyszły cudotwórca. Plan jest dosyć oczywisty, zamordować niemowlę zanim dokona tego co ma dokonać i odzyskać robotę. Jasne zadanie niespecjalnie nieprzyjemne, nawet dla kogoś takiego jak Śmierć, ale co trzeba zrobić, trzeba zrobić, tyle że morderstwo nie dojdzie do skutku bowiem Laila zginie w kompletnie przypadkowym (znowu albo i nie) wypadku...po czym się obudzi wskrzeszona przez kolejne bóstwo którego nazywa Pran (ciężko stwierdzić kto to dokładnie hinduska mitologia jest jeszcze bardziej pomieszana niż ta występująca u nas). Pran jest przeciwieństwem Śmierci, czyli awatarem życia i trochę nagina przy tym zasady a jego stosunki z bohaterką kojarzą się z byłymi kochankami co to ciągle pozostają przyjaciółmi. Problem w tym iż przywracanie Laili do życia trochę trwało więc niemowlę zmieniło się całkiem umyślnego dzieciaka, no ale cóż to w końcu za przeszkoda dla zdesperowanej bogini pragnącej odzyskać pozycję? Niewielka raczej, Laila powraca ze swoimi morderczymi zamiarami...i znowu ginie. Po raz kolejny zostanie przywrócona do życia i tak w kółko przez wszystkie pięć zeszytów, za każdym razem pojawiając się po dłuższym czasie nieobecności, gdyż jak twierdzi Pran, coraz trudniej mu w firmie tłumaczyć, dlaczego w ogóle ją ożywia.
   Fabuła jest jaka jest, nie jest to jakiś niezwykle dający do myślenia traktat filozoficzny a mam wrażenie coś takiego usiłował stworzyć Ram V. Zresztą mało który o ile w ogóle jakiś temat jest ważniejszy przecież. Powiem więcej sama historia jak i jej morał stają się doskonale przewidywalne już na etapie drugiego zeszytu. Laila spotyka Dariusz Szacha na różnych etapach jego życia i swoimi działaniami powoduje ukierunkowanie jego myślenia, ale zgodnie z podstawowymi prawami fizyki tak samo jak ona wpływa na niego, tak i on i reszta marnego pyłu ludzkiego uczy Śmierć czegoś się na temat samej siebie czyli śmierci oraz życia. Żebym nie został źle zrozumiany, to nie jest tak, że ten komiks pod względem treści leży, jest w porządku po prostu nie dowiemy się tutaj specjalnie niczego nowego, aczkolwiek rozkład tematyczny jest dosyć spory bo to nie tylko życie-śmierć ale i miłość, przyjaźń czy oczywiście przemijanie. Jego siła leży za to zupełnie gdzie indziej a mianowicie w rysunkach portugalskiego artysty. Och jak bardzo mi się ten komiks wizualnie podoba, ciężko powiedzieć, zresztą musiałbym też umieć. Uproszczona kreska, często "niechlujnie" kreślona, szarpana, niedokończona jakby gdy trzeba. Częste deformacje anatomiczne mające nadać obrazom większej dynamiki. Stylizacja na pewną "baśniowość" momentami wpadająca w tony prac Warwicka-Johnsona z wampirzej trylogii. Całość uzupełniają piękne, ciepło-pastelowe kolory przy których nakładaniu pomagała Ines Amaro, takie natychmiast kojarzące się z obrazem Indii kreowanym przez Bollywood (należy w tym momencie zapomnieć o filmikach oglądanych w internecie).Laila Starr to bez wątpienia jedna z najładniejszych o ile nie naj rysowanych dziewczyn jakie oglądałem ostatnimi czasy tak samo zresztą jak i cały komiks, rysunkowo lekki, zwiewny i czarujący jak i jego treść. Albowiem "Wiele śmierci Laili Starr" pomimo poruszania się wokół poważnych tematów, jest komiksem naprawdę łatwym w przyswojeniu, z dużą ilością humoru i pozbawionym tego poważnego zadęcia co często charakteryzuje podobne rzeczy. Co można dodatkowo uznać za plus bardzo mocno osadzony w hinduskiej mitologii oraz obyczajowości (oczywiście sporo niefajnych rzeczy przemilczający, ale też i bez lukrowania) i to przekazanych w sposób tak przystępny, że i kompletny laik się nie pogubi. No podobało mi się, może i nieco banalny, ale ocena nie będę ukrywał w większości za obrazki. Ocena 7/10.


  "Kapitan Ameryka:Biały" - Jeph Loeb, Tim Sale. Dopełnienie "kolorowej" trylogii Marvela. Tzn. cały czas byłem przekonany, że to trylogia, ale tutaj w posłowiu dowiedziałem się iż od początku całość była zaplanowana jako tetralogia, tylko po prostu "Biały" został napisany kawałek czasu później. No niech im będzie i tak nie wierzę. Konstrukcja komiksu podobna (nie do końca, ale o tym dalej) jak w przypadku bardziej znanych poprzedników. Poznamy początki kariery pierwszego patrioty Marvela oraz jego nastoletniego pomocnika Bucky'ego, dowiemy się co nieco o więzach ich łączących a to wszystko zostanie przedstawione w postaci wspomnień Kapitana.
  Co ja tam mogę powiedzieć o rysunkach Tima Sale czego nie powiedzieliby już inni? Kompletnie nic, więc skrócę to do niezbędnego minimum, no rysuje Tim Sale, jest zarypiście. Nie sądzę, aby znalazło się wiele indywiduów tutaj, któremu się jego prace nie podobają (no może były już "gwiazdor", ale i to nie jest pewne), w tym akurat komiksie trochę łagodniej może niż zwykle, ale to i tak ekstraklasa.
  No oprócz może oczywistej różnicy w stosunku do pierwotnej trylogii gdzie mieliśmy wspomnienia bohaterów o ich największych miłościach podczas gdy tutaj jeżeli możemy mówić o jakiejś miłości to raczej braterskiej, mamy tutaj do czynienia z jednak odrobinę inaczej skonstruowanym utworem. To nie jest jak w przypadku poprzedników zbiór luźno porozmieszczanych wydarzeń najczęściej z początków kariery danego superbohatera tylko z wyjątkiem krótkiego prologu skaczącego po kilku ważnych momentach, jedna przygodowo-wojenna opowieść o pierwszej bojowej misji Kapitana i Bucky'ego. Z jednej strony fajnie bo czuć tutaj klimacik oryginalnych, pierwszych komiksowych przygód Kapa z drugiej opowieść trochę traci na dramatycznym wydźwięku. W skrócie "Biały" nie wyciśnie nikomu łez z oczu i to nie tylko z powodu tego, że mamy do czynienia z dwoma facetami. Tzn. facetem i dzieciakiem. Tzn. w sumie dwoma dzieciakami. Albowiem mamy tu do czynienia z całkiem świeżym autorskim spojrzeniem na tę sprawę a w przemielonym przez 60 lat z okładem gatunku to nabiera wartości razy dwa. Zawsze jak mieliśmy zestawionych razem Steve'a i Jamesa w relacjach ojciec-syn lub ewentualnie starszy brat - młodszy brat, chociaż tak naprawdę dzieli ich ledwie kilka lat różnicy. Oczywiście w tym wieku, potrafi te kilka lat robić dużą różnicę a zwłaszcza na wojnie biorąc pod uwagę doświadczenie, ale w czym może być bardziej doświadczony chorowity chuderlak Steve po kuracji sterydowej niż mały ulicznik? Sam Kap nie aż taki chodzący ideał jak to często bywa co też uważam ze plus. Zarzuty te co zwykle przy "wojennych" komiksach tworzonych przez amatorów (w tym temacie, nie że w ogóle). Znowu jakieś dziwne hełmy, dziwne mundury, pojazdy będące mieszaniną to tego to owego, jakieś dziwne krzyże zamiast swastyk, później z kolei walenie swastyk wszędzie gdzie się da, no i Kapitan Ameryka prężący się przez Nickiem Fury (występuje wraz ze swoimi Wyjącymi Komandosami). Myślałem, że jest raczej oczywiste, że Kapitan w ksywie to nie tylko nazwa własna, ale i funkcja więc nigdy kapitan by nie czapkował przed sierżantem, nawet dla żartu i taki wywrotowiec jak Steve Rogers, ale widocznie nie dla wszystkich. Cóż, 99% opinii na które się natknąłem, wspominały, że "Biały" jest słabszym komiksem niż reszta jego starszych "braci" więc jakoś tak mi się zakodowało, że to jakiś przeciętniak dopisany na kolanie "for money". No i owszem okazało się, że komiks faktycznie nie sięga do poziomu poprzedników, nie tak wzruszający, nie tak wiele mówiący o bohaterach (albo jak w przypadku "Niebieskiego" o ich wybrankach) ale sam w sobie to naprawdę fajna lektura podparta świetnymi rysunkami. Ocena 7/10.

 
  "Niewidzialna Granica" - Benoît Peeters, Francois Schuiten. No i powoli zbliżam się do końca serii. Tym razem opisanym miastem będzie i tu niespodzianka bo nie będzie żadnego miasta. Oto młody (nareszcie, ale o tym raczej za miesiąc coś więcej) Roland de Cremer (tak, z TYCH de Cremerów), przybywa do Centrum Kartografii, aby objąć wakat na stanowisku no przecież, że kartografa. Roland jest znakomicie wykształcony w tym kierunku, więc oczywistym jest iż w rzeczywistości niewiele potrafi, ale jest młody, zdolny, pracowity i zostaje pupilkiem starego dyrektora więc błyskawicznie przemieni się w doświadczonego specjalistę. Z jakiegoś powodu kartografowie w tym świecie są bardzo ważni na tyle, że w Centrum znajduje się nawet burdelik, aby spracowani naukowcy mogli znaleźć wytchnienie w ramionach kochanek (co raczej nie jest standardem w miejscach gdzie rysuje się mapy, przynajmniej tak mi się wydaje, ba nawet nie wydaje bo dawno temu miałem trochę do czynienia z tematem). W tymże o to miejscu, młody bohater znajdzie zresztą swoją zdaje się pierwszą miłość Szkodrę, jedyną dziewczynę, która nie chce się tam rozbierać, ponieważ jak się później okaże ma na tyłku blizny (?) które wyglądają jak no właśnie mapa. Większą część komiksu, zajmie zapoznanie się z tym miejscem, ludźmi je zamieszkującymi i zasadami nim rządzącymi. Zresztą okaże się iż wbrew pozorom w Centrum nie tyle tworzy się mapy co buduje wielką makietę całej kraju. No, ale jak to bywa często dosyć spokojnej egzystencji ośrodka, przeszkodzi wiejący wiatr zmian, czyli sam marszałek Radisic, którego Roland okaże się protegowanym, któryż to wymusi zmianę trybu pracy. Od momentu pojawienia się marszałka Centrum przestanie być zamkniętym ośrodkiem badawczym a ma stać się atrakcją turystyczną połączoną z miejscem edukującym masy, albowiem Sodrownia-Woldaszja czyli miasto-państwo do którego należy miejsce pracy Rolanda po latach upokorzeń i przegranych wojen w końcu pokazało na co go stać i jest na najlepszej drodze aby podbić cały kontynent. Także stare mapy dawno już się zdezaktualizowały, zresztą cała ich koncepcja to już przeżytek, precz z przeszłością, one nie mają już pokazywać tego co było, lub nawet jest w tym momencie bo przecież sytuacja zmienia się dynamicznie. Mapy odtąd będą pokazywać, świat taki jaki powinien być, czas spojrzeć w świetlaną przyszłość. Stary dyrektor zostanie zwolniony a Rolandowi zasugerowane iż to on powinien stać się nowym zarządcą. No, ale młodzieniec to już nie jest taki zahukany frajer jak na początku, swój etos pracy posiada a na dodatek zatruwająca go powoli tajemnica dziewczyny nie pozwoli mu pogodzić się z jawnymi kłamstwami propagowanymi przez władze więc niewątpliwie czeka go zderzenie z systemem.
   Rysunki jak zwykle, więc nie będę się powtarzał, tym razem w kolorze. Fabuła szczerze mówiąc nie do końca mi podeszła (o tym też za miesiąc), ale wg mnie to jeden z ciekawszych komiksów serii. Po raz kolejny nie jest to żaden szczyt oryginalności, komiks eksploruje m.in. temat systemów totalitarnych i ich wpływu na ludzi, którzy mieli pecha zostać trybikami w ich niepowstrzymywalnych machinach. Przypadły mi do gustu kreacje marszałka Radisicia i jego zastępcy pułkownika Saint-Arnauda, to nie są jacyś krwiożerczy tyrani, czy też ludzie pragnący wybudować sobie za życia pomniki, pasożyty postanawiające się pożywić na ziemi swojej i cudzej ani nawet standardowi fanatycy (przynajmniej nie widać tego na pierwszy rzut oka), ale w pełni racjonalni mężczyźni posługujący się zimną i trudną do odparcia logiką, którzy po prostu robią to co musi zostać zrobione, aby kobiety spały spokojnie a dzieci mówiły po...sodrownianie-woldaszyjsku. Marszałek i jego przydupasy wzorem prawdziwych bolszewików, nie przyjmują prawdy taką jaka ona jest, ale ją sobie kreują wedle uznaniu bądź/i potrzeb. Nowe mapy nie mają odzwierciedlać rzeczywistości, one mają ją stworzyć, dostarczyć powodów do dalszej ekspansji. Podoba mi się również sam główny bohater, niby pozytywny, ale jest to bardzo niejednoznaczne. Czy jego uczucie do dziewczyny jest prawdziwe a może to tylko chorobliwa fascynacja i ambicja stworzenia tej "prawdziwej" mapy, co sprawia iż traktuje on Szkodrę jako w gruncie rzeczy przedmiot? I czy naprawdę on wypada pozytywnie na tle siepaczy reżimu? Jest tam pewnie jeszcze więcej ukrytych lub wręcz przeciwnie smaczków i znaczeń, ale albo ich nie zauważyłem, albo już o nich zapomniałem. Rzecz niespecjalnie oryginalna (tak jak cała seria), ale solidnie napisana i rozrysowana, jedna z fajniejszych pozycji w tej serii. Ocena 7/10.


  "Liga Sprawiedliwości tom 6 - Do Was Należy Zemsta" - Robert Venditti i inni. Coś się kończy, coś się zaczyna. Skończył Snyder, zaczął znany i raczej lubiany Venditti. Patrząc się na skład Ligi, można się domyślić, że akcja dzieje się niedługo przed tomem pierwszym ot taki hopsztos. Tom podzielony na trzy części w pierwszej nieco dłuższej historii Liga zmierzy się z Eradicatorem oraz oddziałem jego genetycznie zmodyfikowanych Daxamian (to Kryptończycy, którzy założyli na długo przed eksplozją ich rodzimej planety kolonię na innej), którzy tradycyjnie chcą zmienić Ziemię w Krypton. Druga nieco krótsza o Spectrze który znalazł się na wolności bez hamującego nieco jego moce detektywa Corrigana, który się wyrzekł swojej drugiej postaci co doprowadza do, tego że wszyscy ludzie na Ziemi zaczynają wypominać sobie nawzajem różne żale a później walczyć ze sobą. Do tego wszystkiego dojdzie jeszcze annual o sprzęcie ochronnym z siedziby Ligi, który zacznie atakować swoich właścicieli.
  Rysunki dalej poziom bardzo fajne. "Do Was Należy Zemsta" to taka bardzo, bardzo klasyczna Liga Sprawiedliwości, skierowana zresztą do nieco młodszego czytelnika. Jak ktoś szuka "dorosłych" treści, wielowątkowych historii lub jakoś szczególnie pogłębionych charakterów postaci to tutaj tego nie znajdzie. Za to znajdzie naprawdę sympatyczne historyjki które wyraźnie miały na celu nic więcej niż tylko dać się zrelaksować czytelnikowi po bombastycznych Metalach. Jednocześnie widać, że Venditti po prostu w niektórych elementach jest lepszy od Snydera, ot chociażby w tworzeniu relacji pomiędzy bohaterami jedna czy dwie scenki rozegrane pomiędzy Batmanem a Madame Xanadu i natychmiast widać błysk w oczach tej dwójki (Bruce ma słabość do brunetek więc kto wie może kiedyś?). Zdecydowanie bardziej podobała mi się nowelka numer jeden, zresztą zawsze lubiłem Eradicatora nie do końca podoba mi się to wachlowanie zakresem mocy Kryptonijczyków, jest trochę bez sensu. Druga jednak słabsza, chociaż rozczulająca była scena jak po przywróceniu sytuacji do normy w liverpoolskiej knajpie kibice kopanej poubierani w basketballowe jerseye (nawet nie w tych barwach co trzeba) z bójki przechodzą do wpadania sobie w objęcia, można się pośmiać zdrowo. Trzecia króciutka i raczej do zapomnienia, delikatnie powiązana z pierwszą. Podobało mi się w sumie, bezpretensjonalna rozrywka na przyzwoitym poziomie i tyle. Ocena -6/10.


 "Bohaterowie i Złoczyńcy tom 9 Batman i Superman - World's Finest:Strażnicy Sprawiedliwości" - Dave Gibbons, Steve Rude. Wielce interesująca sprawa komiks autorstwa współtwórcy jednego z najbardziej (o ile nie naj) znanych komiksów w historii, tym razem nie za sztalugą a za maszyną do pisania. O co chodzi, fanom gatunku wiadome, World's Finest to przygody najbardziej znanego duetu DC Comics, tytuł obecny praktycznie przez całą historię wydawcy, tym razem w postaci post-kryzysowej miniserii. Założenia dosyć interesujące, ot dwóch największych wrogów, dwóch największych herosów czyli Lex Luthor i Joker postanawia się "wymienić" miastami. Trochę szkoda, że nie bohaterami przy okazji, ale z drugiej strony o ile Batman i Lex byliby godnymi sparingpartnerami to co Supermana miałby robić z Jokerem (no w sumie Injustice udowodniło, że coś tam dałoby się wymyślić). Niestety słowo interesujące stawia kropkę właściwie po wyrazie "założenia".
  Pozytywnie mogę się wypowiedzieć z pewnością na temat wizualiów. Z samego początku rysunki nie bardzo mi podpasowały, ale dosyć szybko wkręciłem się w ich klimat. W oczywisty sposób z dosyć dużą elegancją mają nawiązywać do prac z czasów Złotej Ery i w tym momencie największy chyba plus stawiam przy naprawdę old-schoolowym projekcie Batmana, chociaż i Supermanowi żywcem wyciągniętemu z kreskówek Fleischera (no może trochę młodszemu i ładniejszemu) nic nie brakuje.
  Sam początek robi wrażenie, seria szybkich, ostrych niczym brzytwa kadrów pozbawionych tekstu. Gotham oświetlone krwistoczerwonym zachodem słońca Batman prowadzi pościg za zabójcą, który w momencie schwytania popełnia samobójstwo za pomocą trucizny Jokera. Grubo się zaczyna, pomyślałem z zadowoleniem bardzo w stylu "poważnego" komiksu z Batmanem. Drugi ciąg kadrów, tym razem rozświetlone pełnym słońcem Metropolis, Superman w niespecjalnie brutalny sposób chwyta handlarza kokainy ubranego w szałowy garnitur (pamiętajmy lata 80-te, takie typy to znak firmowy tych czasów niczym Michael J.Fox i tlenione blondynki), po czym za kołnierz ciągnie go na komisariat. Też fajnie, kolejna moja myśl mocno w duchu Supermana. No i tutaj niestety fajne momenty praktycznie się kończą. Fabuła jest mocno niewyraźna, dwóch łotrów wymienia się miastami i w sumie niewiele z tego wynika, Luthor chce wykupić Gotham a Joker powygłupiać w Metropolis, na samych bohaterów nie ma to żadnego wpływu. Całość sprowadza się do jakiegoś kompletnie z tyłka wyciągniętego starego gangstera czy tam kogoś, który niczym Żyd Fagin wysyłał dzieci z sierocińca na rabunek i ciężko stwierdzić co on ma wspólnego z nieświętym duetem. Tekstu jest dużo, rzekłbym nawet dużo za dużo, co sprawia że całość jest mocno mętna o i na dodatek niespecjalnie interesująco napisanego a na pewno nie na tyle, żeby próbować wyjaśniać jakieś niedopowiedzenia. Ogólnie dialogi trochę leżą tutaj, kilka razy coś tam się składa w dyskusjach pomiędzy bohaterami, dobrze wypadają kąśliwe odzywki Lois i Alfreda. Niespecjalnie ogólnie rzecz biorąc wypadają same czarne charaktery, Lex to nadęty bufon (nie to żeby jakaś nowość) który bardziej się opiera na swojej forsie niż na intelekcie czy czymkolwiek inny a Joker to jakiś podrzędny gangster tyle, że nieco ekscentryczny przypominający z zachowania bardziej Harley Quinn niż zabójczego klauna. Ciekawostka raczej tylko dla miłośników wykopalisk, ale ci raczej wiedzą że akurat tych dwóch miało swoje naprawdę różniące się od siebie wcielenia a te akurat nie są specjalnie udane. Ogólnie rzecz biorąc Dave Gibbons jakkolwiek znakomity grafik nie jest chyba najlepszym scenarzystą, pamiętam napisał całkiem przyzwoitą nowelkę w tym Zbawienie/Ofiarowanie wydanym przez Scream, która w sumie i tak była blada przy tej Milligana oraz Originals od Manzoku z dosyć absurdalnym tytułem biorąc pod uwagę, że było kompletną zrzyną z pewnego filmu a teraz jeszcze te "World's Finest". Taka "perła" z lamusa, która lepiej chyba aby w tym lamusie została. Ocena 5/10.

Offline Tomczi

Odp: Bo chodzi o to, żeby plusy nie przesłaniały nam minusów - sezon drugi
« Odpowiedź #819 dnia: Pn, 06 Lipiec 2026, 11:28:53 »
Ok SkandalistaLarryFlint, mam niewybredne pytanie, ale z czystej ciekawości: po co tyle tej superbohaterszczyzny czytasz? ;) Z braku laku innych komiksów na naszym rynku? z nostalgi? Czy kwestia kolekcjonerska, zacząłeś jakąś linię wydawniczą to będziesz czytał do zakończenia jej? Czy też bardziej w sumie nie uważasz żeby super-hero jakoś odstawały szczególnie negatywnie względem pozostałych komiksów więc moje pytanie bez sensu trochę jest :P
Tylko koszerne komiksy ;)
Fan weird fiction, hard sci-fi i surrealizmu po polsku i angielsku
"Chciałbym umić włoski coby więcej Dylana Doga poczytać"

Odp: Bo chodzi o to, żeby plusy nie przesłaniały nam minusów - sezon drugi
« Odpowiedź #820 dnia: Pn, 06 Lipiec 2026, 20:03:18 »
  Bo lubię. Odpowiedź najbliższa prawdy. Kiedyś już o tym wspominałem dlaczego. Zawsze do mnie trafiał koncept, pół-bogów chodzących pomiędzy ludźmi i te takie zwykłe pragnienie sprawiedliwości, którą ciężko znaleźć na ulicy. Zawsze też w pewien sposób podziwiałem ciągłość tego wszystkiego, wpływ na pop-kulturę i podobał mi się ten zwariowany fandom, który jest w stanie wyciągnąć pochodnie z powodu najmniej znaczącej pierdoły, chociaż sam nigdy się za członka jakiejś komiksowej rodziny nie uważałem, ani nie bawiłem w podobne rzeczy. Nie ukrywam, że jestem bardziej filmomaniakiem niż komiksomaniakiem i po części trochę te komiksy to dla mnie proteza dla hobby nr. 1 kupuję właściwie tylko superhero, S-F i komiksy historyczne na ten moment, czyli rzeczy które w kinie z uwagi na bardzo wymagające budżety bardzo rzadko są zrobione tak jak "trzeba". Komiks obyczajowy, przygodowy, kryminał, sensację, komedię czy horror raczej omijam bo to bez problemu można znaleźć na ekranie na wyższym poziomie niż to co dostanę w komiksie. Zdarza mi się oczywiście kupować komiksy z tych gatunków, ale to już naprawdę wyjątkowo polecane tytuły. Kiedyś czytałem o wiele bardziej różnorodnie, ale to już od dawna brak miejsca a i ceny rosnące nie zachęcają do eksperymentów. Z reguły erotykę też biorę (omijam polską) cycki lubię w każdej postaci, czy to rzeczywiste w ręce, czy na ekranie czy narysowane. Raczej omijam klasyczne fantasy z którego dawno już "wyrosłem" czy biografie których akurat w tej postaci po prostu nie lubię, niespecjalnie do mnie trafia również surrealizm. Najczęściej biorę z klucza serii lub autorów, raczej stawiam na historię, ale zdarza mi się coś ze względu na grafiki wziąć, wydawcy też wchodzą w grę, jedni trafiają do mnie bardziej, inni mniej jeszcze inni wcale.
  A cała reszty to też wszystkiego po części trochę z nostalgii, trochę z zaburzeń powiązanych z kompulsywnym zbieractwem. Najciekawsza chyba ostatnia uwaga i owszem nie uważam, żeby super-hero jakoś negatywnie odstawało od reszty tego co jest na rynku. Owszem 80% tego gatunku to typowa lektura "do kibla" przeczytać i zapomnieć, ale osobiście nie uważam, żeby inne gatunki wydawane u nas miały dramatycznie wyższy stosunek rzeczy wybitnych do przeciętniaków. Wiem, że są osoby fleksujące się swym własnym "wyrafinowanym" gustem i deprymujące kalesoniarstwo jako jakiś tam podrzędną gałąź komiksu w mojej opinii zupełnie niepotrzebnie. To, że ktoś tam opisze sobie własne wewnętrzne przemyślenia na temat życia, miłości, religii, etyki, polityki itd. to nie czyni z automatu komiksu ważnym bo przemyślenia autora wcale nie muszą być głębsze niż każdego innego człowieka idącego po ulicy. To że ktoś operuje swoim własnym, rozpoznawalnym na pierwszy rzut oka "autorskim" stylem rysowania nie wyklucza koniecznie tego iż takie maziaje to powinno się w kiblu na drzwiach prezentować a nie jako "sztukę". Jakieś wspomnienia z dzieciństwa lat 80-90-00 też do mnie nie trafiają, bo niekoniecznie autorkę/autora spotkało coś ciekawszego niż mnie osobiście. To nie gatunek czyni komiks dobrym tylko jego autorzy. No przy drobnej pomocy wyobraźni czytelnika.

Odp: Bo chodzi o to, żeby plusy nie przesłaniały nam minusów - sezon drugi
« Odpowiedź #821 dnia: Pt, 24 Lipiec 2026, 13:13:48 »
 Podsumowanie czerwca. UWAGA JAK ZAWSZE MOGĄ POJAWIĆ SIĘ SPOILERY!!!


  "Świat Arkadiego" - Caza. Grubaśna epopeja z pogranicza sci-fi i fantasy zajmująca dwa blisko 300-stronicowe tomiszcza (format też naprawdę spory). Podobno klasyka europejskiego komiksu, ja pierwszy raz w życiu usłyszałem o tym komiksie jak się ukazał w zapowiedziach. Akcja rozgrywa się na Ziemi dalekiej przyszłości, 10000 lat po tym jak ustał ruch obrotowy planety. Doprowadziło to do ogromnej katastrofy ekologicznej (i każdej innej) oraz faunę i florę (łącznie z gatunkiem ludzkim) na skraj zagłady. Sytuacja wygląda tak, że jedna strona Ziemi jest cały czas obrócona w stronę słońca co czyni z jednej połówki wypaloną słońcem pustynię niezdatną do życia a z drugiej pokrytą wieczną nocą zmarzlinę zamieszkałą przez różnorakie potworności, cały świat otoczony jest przez pierścień gruzu pozostawiony przez zniszczony Księżyc. Seria, która wystartowała w magazynie Pilote była wydawana w formie albumów przez Les Humanoides Associés co stanowi część problemów trapiących ten tytuł (o tym pod koniec). Polski wydawca czyli Lost in Time wydał go w kolejności chronologicznej, czyli zaczynamy od prequela dopisanego po latach, który czytany w pierwszej kolejności wydaje się mocno niejasny, ale raz natychmiast naświetli czytelnikowi status quo przedstawionego świata, dwa faktycznie dopisze pewne rzeczy do dalszej części fabuły. Tak czy inaczej, bohaterem prequela będzie barbarzyński wojownik Arkas członek plemienia jednego z niewielu pozostałych zresztą zmutowanych potomków całej ludzkości, podobno żołnierz znakomity ale nie można go określić jako obowiązkowego co wpędzi go w niemałe kłopoty. Arkas z początku pojawi się także w pierwszym tomie, ale w końcu zginie w czasie kolejnej wyprawy a jego miejsce zajmie jego zmutowany syn Arkadi. Przy okazji dowiemy się, że oprócz tych nędznych żywych trupów, którym się wydaje że są "czystokrwistymi" ludźmi (co oczywiście daje im prawo w ich mniemaniu do gnębienia tych bardziej zmutowanych) żyjących na granicy dwóch połówek planety w wiecznym półcieniu istnieje jeszcze wysokostechnicyzowane zarządzane przez żyjącą SI i obsługiwane przez półboskie istoty będące po części cyborgami a po części robotami zwane Tytanami, miasto w samym biegunie ciemności. Tak czy inaczej przed każdym bohaterem a Arkadi takowym jest lub dopiero będzie droga od zera jest jeszcze bardzo długa. A, że jak wszyscy wiedzą przed wyruszeniem w drogę należy zebrać drużynę to i Arkadi będzie musiał taką zwerbować wśród mieszkańców zarówno techno-miasta Dis jak i dzikich pustkowi i wyruszyć w poszukiwaniu jednego z zagubionych Tytanów, Or-Fe i kto wie być może nawet uratować świat.
  Oprawa graficzna z pewnością zwraca na siebie uwagę, coś w sam raz dla miłośników starych pierników taka klasyczna dla europejskiego (chociaż nie tylko widać momentami pewne inspiracje Jackiem Kirby) komiksu s-f momentami psychodeliczna kreska, która w momencie wydania pierwszego tomu, zdaje się już wyszła z mody, ale to o ile dobrze pamiętam nie pierwszy raz, gdy Caza opóźnia się w stosunku do reszty świata. Ogólnie rzecz biorąc z pewnością może się podobać, jest szczegółowo i z rozmachem, tak samo mogą się podobać dosyć żywe kolory nałożone przez Scarlett Smulkowski. Mi szczerze mówiąc nie do końca przypadają do gustu twarze rysowane przez francuskiego artystę, jakieś takie wszystkie (prawie) dosyć grubą krechą kreślone, wolę coś jednak subtelniejszego, ale to już kwestia osobistych preferencji. Nie do końca podchodzą mi projekty niektórych postaci, zwłaszcza tych które powinny być bardziej "atrakcyjne" niż inne, niemniej za obrazki, całościowo bardzo wielki plus.
  Z pewnością plusem jeszcze jednym grafik jest to, że bardzo dobrze współgra ona z fabułą. Chociaż będę szczery to nie fabuła jest prawdziwą gwiazdą tego komiksu. A jest nią, zresztą podkreśla to nawet tytuł, world-building faktyczny bohater "Świata Arkadiego". Ja nie twierdzę, że to co wymyślił Caza jest nadzwyczajnie mądre czy specjalnie realistyczne, ale przecież wcale nie musi takie być, czuć tutaj że poszła w ruch wyobraźnia i w pewnych warunkach a takie tutaj zachodzą w zupełności to wystarcza. Rozbawił mnie szczerze mówiąc trochę ten pomysł na nieruchomą planetę przedzieloną linią dnia i nocy dokładnie w tym samym punkcie, ale w słowniczku mamy dopisane, że to tylko tak skrótowo mieszkańcy mówią a Ziemia tak naprawdę się obraca. W samym komiksie cały czas stoi, że jest nieruchoma, no i ciężko uwierzyć akurat, że i superkomputer i dzikus z namiotu używają tego samego myślowego skrótu, ale niech będzie autorowi, że wierzymy iż to tak miało być a nie że ktoś mu zwrócił uwagę, że to bez sensu i dopisał sobie w posłowiu. Spodobał mi się też bardzo zgrabne połączenie s-f z fantasy, przygodowej opowieści o barbarzyńskich wojownikach i kuszących czarodziejkach z historiami o robotach i ultrazaawansowanych cywilizacjach. Z jednej strony mnóstwo tu magii z drugiej większość z niej tłumaczona jest stojącą za nią technologią, nawet powód "zatrzymania się" obrotu Ziemi okazuje się na koniec wyjawiony (nie jest specjalnie sensowny za to jak większość rzeczy tutaj fajny). Na pewno też wrażenie robi wielotematyczność komiksu, bo to oprócz wcześniej wspomnianego przygodowej historii z gatunku pały i miecza mamy i antyutopię i postapo i eco-fantasy na nawet i naleciałościami komiksu superbohaterskiego a wszystko to przefiltrowane przez psychodeliczne wizje (nieco niemodny patent już wtedy) autora, jak w każdym dobrym s-f miejsce na pofilozofowanie sobie o kondycji i przyszłości człowieka znajdzie się również. Pomimo tej lekkiej patyny pokrywającej "Świat Arkadiego" dzięki zastosowaniu raczej powszechnie znanej symboliki (ot chociażby mitologicznej czy biblijnej) oraz uniwersalnym tematom kto wie czy dzisiaj nie aktualniejszym niż wtedy, komiks pod względem treści nie zestarzał się wcale (a dobra grafika nie starzeje się nigdy). Jak kto oglądał animowany "Gandahar" w produkcji którego Philippe Cazaumayou brał udział to natychmiast załapie o co chodzi, podobieństw jest naprawdę sporo. Nie jest to jednakże komiks bez wad, we znaki mu się daje dosyć długi "cykl produkcyjny" niektóre motywy nie znajdują miejsca aby odpowiednio wybrzmieć, niektóre rzeczy autor po drodze wycina wyraźnie nie mając pomysłu co z nimi zrobić, niektóre postaci nie znajdują jakiejkolwiek sensownej roli, niektóre rozdziały niespecjalnie potrafią zainteresować (naprzykład podróż w brzuchu wieloryba), nie wszystkie przygody wpasowują się w (dość bogatą) konwencję lub sprawiają wrażenie nieco wyjętych z miejsca gdzie kończą się plecy (naprzykład wizyta u księżycowych "wróżek", czy sceny na wulkanie). Problematyczny wydaje się również tytułowy Arkadi, bardzo niewyraźny i prosty jak trzonek od łopaty zwłaszcza na tle reszty ekipy. No, ale warto moim zdaniem przymknąć oko, dosyć dawno o ile dobrze mi się wydaje nie czytałem równie dobrego komiksu powiedzmy ogólnie fantastycznego, zdecydowanie coś dla wielbicieli, rozbuchanych, kompleksowo przemyślanych i oryginalnych uniwersów oraz epickich podróży. Ocena 7+/10.


    "Thor Gromowładny - tom 1 Bogobójca" - Jason Aaron, Esad Ribic. Nadejszła wiekopomna chwila, czas rozpocząć kolejną serię zalegającą od nie wiem ilu lat na moich półkach. Ten pierwszy tom już kiedyś czytałem, więc nie będę się szczególnie rozwodzić. Pamiętacie te czasy, gdy czytaliście komiks Marvela napisany 100% na poważnie bez ani JEDNEGO dowcipu? Ja pamiętam, że takie były, ale nie mogę sobie przypomnieć kiedy, gdzieś to w czasach Wojen Napoleońskich musiało być. No, ale jeżeli nie pamiętacie, bądź nie znacie to możecie się zapoznać z nimi przy okazji lektury Bogobójcy. Poważnie, ani JEDNEGO. Akcja rozgrywa się w trzech liniach czasowych, pierwszą jest przeszłość odległa o ponad 1000 lat, w którym młodociany Thor (trochę to bez sensu, on żyje tyle lat przecież) jeszcze nieodpowiedzialny miłośnik wina, kobiet i śpiewu (podmieńmy ten śpiew na rozbijanie czaszek) wraz z wierną załogą łupieżców w hełmach bez rogów (Ribic odrobił lekcję, zresztą to Europejczyk więc pewnie bardziej ogarnięty), wyruszy gdzieś na wybrzeża Islandii zapolować na tajemniczą istotę zajmującą się zabijaniem bogów. Drugą jest teraźniejszość, w której poważniejszy już Thor rozpocznie międzyplanterne śledztwo tyczącego się martwych jak kłody bóstw różnych ras, które przypomni mu o "przygodzie" jaka spotkała go właśnie te ponad tysiąc lat wcześniej o której z powodu koszmarnych przeżyć całkowicie zapomniał (takie małe boskie PTSD). Trzecia to sam kres dziejów, jednooki Thor władca wszystkich dziewięciu światów i Asgardu a jednocześnie jego ostatni żywy mieszkaniec wyrusza na swój ostatni bój.
  Wizualia przygotowane przez Esada jak zazwyczaj bajka, ba tutaj chyba nawet bardziej zwracają uwagę, bo on zazwyczaj preferuje raczej malarski styl. Tutaj mamy do czynienia z wyraźniejszym ołówkiem czy czym tam się kreśli linie.
  Będę się streszczał, no ciężko aby się nie spodobało. To taka jakby mroczna i krwawa wersja jakiejś nieznanej islandzkiej sagi. Jak nienawiść to do grobowej deski jak zemsta to jeszcze dalej Mega mi przypadła tutejsza wersja Thora, nie jest to jakiś szczególnie skomplikowany charakterologicznie typ (chociaż też i nie zupełnie prosty jak trzonek od nomen omen młota poszczególne wersje mocno się między sobą różnią) ale taki typowy nabity fizol, stosując nomenklaturę gier video połączenie w jednej postaci tanka i DPS-a. Ten Thor nie zajmuje się rozkręcaniem młota aby unieruchomić swojego przeciwnika w tornadzie, ten jak podnosi młot to po to aby nim przypier...niczyć z całkiem mile widzianym śmiertelnym skutkiem. Z wiecznie srogą miną (no chyba, że jest młody i pijany), wiecznie z twarzą w półcieniu. Wiem oczywiście, że to wszystko takie trochę edgy jest, ale Aaron nie przekracza tutaj granic dozwolonego kiczu. To jeden z tych komiksów, które jak często twierdzę jakbym dostał w ręce w wieku 15 lat, to bym pewnie piał z zachwytu i nigdy nie zrobił tak długiej przerwy. W sumie minęło, tyle tych lat a ja i tak pieję z zachwytu, nie wiem w sumie czy to dobrze czy źle świadczy o mnie, ale walić to (młotem). Fani Manowara a jeszcze lepiej Einherjera i jemu podobnych spokojnie mogą dodać plusik. Dodatkowy plus dla tomu pierwszego? Kompletny amator, nie mający zielonego pojęcia o uniwersum może w tym miejscu na spokojnie wskoczyć w serię. Nie ma żadnych aliasów, nie ma żadnych crossów (z wyjątkiem chwilowego występu Iron Mana), mitologia skandynawska jest chociażby w minimalnym stopniu znana każdemu, czarny charakter jest zupełnie nowy. Ocena 8/10.


  "Spider-Man i Czarna Kotka - Zło Które Ludzie Czynią" - Kevin Smith, Terry Dodson. Nie ukrywam iż jestem fanatykiem Kevina Smitha, jasne zdaję sobie sprawę, że najlepsze lata twórczości ma on za sobą już, że jego ostatnie produkcje to raczej lipa (aczkolwiek Masters of the Universe podobało mi się) a sam twórca stanowi swoją własną karykaturę  z której jedni robią memy a drudzy spluwają na widok. W sumie jakby nie patrzeć komiks jest mocno stary więc ta dygresja nie ma w sumie sensu. Do rzeczy zatem, miniseria z bohaterami jak w tytule. Felicia na prośbę przyjaciółki przerywa bardzo wczesną emeryturę w LA i wraca do Nowego Jorku zbadać sprawę śmierci jeszcze innej przyjaciółki. Los, jakżeby inaczej zetknie ją z byłym kochankiem, który akurat próbuje odkryć okoliczności zgonu jednego ze swoich uczniów, który to padł z powodu przedawkowania heroiny, której nigdy nie brał. "O dziwo" obydwie sprawy połączą się w tym samym punkcie, czyli świecie aktorów i milionerów, także jedna z seksowniejszych parek Marvela, będzie miała okazję  raz jeszcze poskakać po nowojorskich dachach i powspominać czasy młodości (niezbyt)chmurnej i durnej a także spuścić manto kilku czarnym charakterom.
  Nie przepadam za rysunkami Dodsona i szczerze mówiąc nigdy ich nie lubiłem. Nie to może, żebym uważał go za jakiegoś strasznie słabego grafika, ale jakoś drażniły mnie zawsze te obłe twarze i ogólnie całe postacie, tak samo jak i nieprzesadnie szczegółowe tła, czy na szczęście okazjonalne problemy z proporcjami ciała. No tym razem ciężko jednak nie uznać, że te wszystkie owale, którymi on nader hojnie obdziela wszystkich na swoich rysunkach okazują się całkiem przydatne, bo przecież na nich znajduje się Felicia Hardy. No jak ktoś chce popatrzyć na atrakcyjną lasencję każdym swoim ruchem czy gestem daje znać, że zajebiście wygląda i jest tego świadoma to tutaj może się spełnić, aczkolwiek ciężko uwierzyć, że z takim bufetem ona byłaby w stanie wykonywać te akrobacje. W każdym bądź razie, agresywna seksualizacja kobiecej postaci? W tym przypadku, oczywiście i ja jestem za a jak komuś nie pasuje to niech kupuje komiksy Kelly Thompson z jej wypłoszami o figurach 12-latek i stukilowymi kobietonami.
  "Zło..." rozpoczyna się jak raczej standardowy komiks o Spider-Manie i co ważne naprawdę dobry komiks o Spider-Manie. Na pierwszy plan wysuwa się oczywiście dynamika relacji pomiędzy dwójką bohaterów. Czarna Kotka wychodzi na to, że mocno żałuje zerwania z Peterem Parkerem (bo nie z Człowiekiem Pająkiem) i próbuje...właściwie ciężko powiedzieć co ona próbuje. W każdym bądź razie dwójka skacze po dachach, chwyta drobnych rzezimieszków, prowadzi śledztwo, walczy z superłotrami i flirtuje ze sobą (Peter delikatnie się zapomina, ale kto by się nie zapomniał chociażby delikatnie przy takiej kobiecie jak Felicia?), może to i trochę naiwne bo zachowują się jak nastolatki, ale za to jakie miłe, a Kevin Smith jest mistrzem pisania dialogów i nie da się tego nie zauważyć bo komiks pod tym względem błyszczy. Kłopoty się zaczynają jak dojedziemy do połowy. W posłowiu przytoczona jest historia, że Marvel wywalił Smitha na pieniądze i ten przestał pisać, później wrócił i dokończył, ale jakoś tak na szczegóły nie zwracałem uwagi. No tak czy inaczej dostajemy komiks przełamany na pół, pierwsze trzy zeszyty to luźna historia spotkania Spider-Mana i Czarnej Kotki kończąca się cliffhangerem w którym bohaterka zostaje odurzona przez główny czarny charakter, podczas gdy kolejne trzy zeszyty rozpoczynają się od obrazu Felicii siedzącej w więzieniu gdzie w scenie ze spotkania z adwokatem (załatwionym przez Pająka czyli wiadomo, że Mattem) iż została odnaleziona naga i nieprzytomna razem z ciałem zamordowanego w wyjątkowo drastyczny sposób złoczyńcy. No więc Cichy Bob postanowił poruszyć temat gwałtu i ogólnie przemocy seksualnej. No ok, tylko że obydwie połówki kompletnie ze sobą nie korelują pomimo iż teoretycznie to jedna fabuła (zresztą po raz kolejny odwołam się do posłowia i słów Smitha, że "jakby pisał to wtedy kiedy zaczął to byłaby to zupełnie inna historia, ale teraz to jest lepiej" - jasne gościu, pewnie). Pal licho, niedorzeczną zmianę, gdyby to jeszcze było zrobione porządnie, ale nie jest. Smith po poważnym temacie, po prostu przejechał walcem, to jest tak ordynarnie sztuczne, pozbawione jakiejkolwiek delikatności czy wrażliwości i ulepione z prymitywnej łopatologii iż gdyby nie kartki w kalendarzu pomyślałbym iż autor chce wejść prosto w dupę #METOO albo odhaczyć niezbędne punkty programowe, natomiast chcę wierzyć iż jeden z moich ulubionych reżyserów nie jest aż tak cyniczny i chciał dobrze, tylko po prostu nie wyszło. Felicia dostaje nowy origin, jako niewinna studentka zostaje zgwałcona przez swojego ówczesnego chłopaka, więc zaczyna wtedy trenować dopiero i wymyśla sobie, że skoro facet ukradł a właściwie zrabował jej dziewictwo to ona będzie teraz kraść facetom diamenty. No niech ktoś powie, że to normalne? No, ale ona nie będzie jedyną ofiarą gwałtu o co, to, to nie. Na trzy zeszyty, znajdzie się ich więcej a słowo gwałt zostanie odmienione na wszelkie sposoby, żeby nie było za dużo miejsca, to wepchną się jeszcze Daredevil i Nightcrawler no bo doskonale do tego typu historii będą pasować. Kur...de to się czyta jak jakiś esej gimnazjalisty, który postanowił zaszokować nauczycielkę i klasę i jednocześnie pochwalić się swoją społeczną wrażliwością i to w mini-serii która zaczynała jako typowa buddy-crime comedy z lekko erotycznym vibem (jeszcze chyba nigdy nie udało mi się tyle polgliszu w jednym zdaniu zmieścić). No gorzej tego się chyba nie dało zrobić, co jeszcze lepsze rysownik się nie zmienia i Felicia dalej skacze z tymi potężnymi balonami niemalże na wierzchu, rewelacyjnie sie to klei z tematyką. Jeszcze na koniec mały kamyczek do ogródka tłumacza, w scenie gdy tytułowa parka całuje się na oczach tłumu, nagle ukazuje się nam tekst "dach, dach na dachu aż dymi". Ja rozumiem, że tłumaczący może być smutnym kolesiem (lub kolesiówą, w sumie nie sprawdzałem), który nie zna fajnych piosenek, ale naprawdę nie sprawdził(a) jeżeli już nie z zawodowej to choćby czysto ludzkiej ciekawości? Ocena 5+/10.


  "Teoria Ziarnka Piasku" - Benoît Peeters, Francois Schuiten. Rzecz niespotykana dla serii, po raz pierwszy zdaje się nie dość, że wracamy do miasta które było już wcześniej przedstawione, ale i na główny plan wysuwa się dwójka bohaterów, którzy już wcześniej grali główne role czyli Constant z "Brusel" i Mary z "Pochyłego dziecka". Kolejną może nie nowością bo to już było w "Wieży", ale brak tutaj jakiegoś wyraźniejszego może nie przesłania a raczej tematyki. Ot jest trochę na temat architektury, trochę ustanowienia statusu rzeczywistości Mrocznych Miast, czyli rzeczy który były poruszane w dwóch wymienionych przeze mnie przed chwilą tomach. A tak naprawdę gros fabuły to zwykła opowiastka fantasy o pojawiających się znikąd przedmiotach pokroju piasku bądź kamieni i kłopotach z tym związanych. Constant to dalej na poły wyluzowany na poły spięty inteligent, Mary to dalej wkurzająca, przemądrzała pipa. Spoko się czytało, ale bez wielkiej historii. Ocena 6/10.
   To może na zakończenie (wiem, że dopisano jeszcze jeden tom, ale ja już odpadam) o całej serii.  Prosiłbym się specjalnie nie wzniecać o ile ktoś to czyta i przejmuje się jakimikolwiek opiniami, ale jestem szczerze zdumiony naprawdę pozytywnym odbiorem tych komiksów na forum. Podczas lektury tych dziewięciu tomów, odniosłem wrażenie iż obydwaj panowie (zwłaszcza scenarzysta) niespecjalnie potrafią tworzyć...komiksy. Nie wciągają te fabuły, ale one i pod względem "technicznym" nie wydają się umiejętnie napisane. Tempo opowieści raz jest zbyt szybkie, raz zbyt wolne, rozdziały (raczej wirtualne) bardzo często nie kończą się w odpowiednich miejscach i albo odczuwałem jakieś niedopowiedziane braki, albo w drugą stronę przesyt. Dialogi strasznie drewniane, autorowi udało się co nieco wykrzesać z głównych bohaterów, za to kompletnie fatalnie są pisane postacie kobiece zwłaszcza te z drugiego planu. Dosyć interesująca rzecz bo tylko bodajże w dwóch komisach bohaterowie są stosunkowo młodzi w reszcie w wieku minimum średnio-starszym a w każdym z nich mamy do czynienia ze scenami erotycznymi, które sprowadzają się do tego iż młoda dziewczyna pieprzy się bez jakiegokolwiek sensownego powodu z jakimś raczej bardziej niż mniej obleśnym podstarzałym facetem. Nie wiem może to jakieś mdławe fantazje erotyczne dwóch panów a może ich własne przygody z młodocianymi kochankami, dla mnie jako dla czytelnika to tak rzekłbym średnio. Tematyka wtórna i przemielona już tysiące razy w wielu przypadkach na o wiele ciekawsze sposoby. Zawsze można wymyślić iż Miasta bronią się klimatem, owszem jakiś tam jest, ale można sobie zapalić świece i puścić Lionela Richiego i też będzie klimat a czas koniec, końców raczej przyjemniej się spędzi.
   Nie mogę też pochwalić specjalnie jakoś szaty graficznej. Jasne technicznie jest to dobrze wykonane, porównania do Andreasa narzucają się same, zwłaszcza w tych wcześniejszych pozycjach, bo później grafik odbija trochę bardziej w kierunku realizmu. Tyle, że wystarczy sobie przypomnieć jakikolwiek obrazek w którym Rork stoi gdzieś w pustej przestrzeni, jego powiewające włosy i płaszcz, tam widać po prostu ruch, życie i światło. Ilustracje "Mrocznych Miast" są tego pozbawione, kompletnie statyczne w wielu przypadkach wręcz "martwe". Mamy do czynienia z kilkoma próbami zabawy stylistyką, ale za każdym razem wychodzi to tak samo czyli sztucznie. Niespecjalnie też wyszła sama kreacja świata stylizowana na Verne'owskie krainy fantazji. Sterowce i wszelkie inne maszyny pozbawione choćby krztyny oryginalności. Tam gdzie rysownik próbował dorzucić coś swojego wychodzi to tak sobie. Rozwaliły mnie zwłaszcza rowery podwieszane do szyn niczym jakieś trolejbusy, no jeden z autorów jest inżynierem, ja wiem że architektem, ale chyba choćby podstawowa wiedza na temat mechaniki powinna go obowiązywać, bez systemu jakichś kosmicznych przekładni które wymagałby o wiele większego zaawansowania technicznego niż ten jaki panuje w przedstawionym świecie ten dziadzia nie "przejechałby" na tym pięciu metrów a co dopiero zasuwałby sobie jak gdyby nigdy, nic po mieście. Ja wiem, że to niby pierdoła, ale skoro fabuła cię nie wciąga to w końcu szukasz tylko punktu zaczepienia do tego żeby się dowalić. Nie wiem, banalne te Mroczne Miasta i niby zamieszkane, ale jakieś takie puste. Może jakiś grzech teraz popełniam, ale następnym razem jak zobaczę na okładce nazwiska Schuiten albo Peeters to po prostu ominę.


  "Liga Sprawiedliwości tom 7 - Galaktyka Grozy" - Simon Spurrier i inni. No i koniec Ligi wydawanej w ramach DC Universe, najcieńszy zdaje się tomik ze wszystkich, kolejna wymiana autorów jeszcze na dodatek na scenarzystę, który ma opinię nie jakiegoś strasznie wyśmienitego, ot tak na dobicie serii można by pomyśleć. Dwie historie, pierwsza zajmująca większość tomu przedstawi nam kolejną całkowicie autonomiczną przygodę Ligi, tym razem w kosmosie. Grupa obrońców Ziemi natknie się na uszkodzony statek kosmiczny na którego pokładzie znajdzie się gromada jakiejś obcej rasy dzieci. Bohaterowie odholują zguby na ich rodzimą planetę, gdzie okaże się, że będą mieli do pokonania miejscową tyrankę. Po zaprowadzeniu porządku, okaże się iż właściwie zaprowadzili oni raczej straszny bałagan, na planecie żyją dwie frakcje o odmiennych poglądach, które nigdy się same sobą nie rządziły, będąc pod butem różnych takich a sytuację pogarsza nadciągająca wojna z kompletnie obcą rasą. Także Lidze nie pozostanie nic innego a zresztą na prośbę samych zainteresowanych sprzeniewierzyć swoim podstawowym zasadom i objąć władzę, co przysporzy im oczywiście mnóstwo różnych kłopotów. Krótsza historia nr.2 to reminiscencje pewnej bardzo znanej historii Alana Moore o Supermanie a mianowicie tej z Czarną Łaską.
  No i cóż mam powiedzieć, ku mojemu zaskoczeniu naprawdę mi się podobało. Identycznie do poprzedniego tomu, pierwsza historia pt. "Rządy" to taki bardzo old-schoolowy komiks superbohaterski i ze swoim bardzo wyraźnym morałem oraz humorystycznym sznytem również skierowany do nieco młodszego czytelnika. Pomimo czego jest to jednak naprawdę przyjemna lektura, zapewne dlatego iż opierająca się nie na młóceniu pięściami tylko na konfrontacji postaw i charakterów. Rysunki Aarona Lopresti przyjemnie klasyczne, chociaż pozbawione jakiegokolwiek pazura. Po dosyć sympatycznym, lekkim acz niegłupim czytadle doznamy dosyć sporego wstrząsu bo dwuzeszytowy "Ogród Łaski" Jeffa Lovenessa okaże się horrorem (m.in. dzięki fantastycznym rysunkom Robsona Rochy) pełną gębą, gdzie tym razem ofiarą pasożytniczej rośliny padnie w sumie jasne, że Batman. Nie ma się oczywiście nastawiać tutaj na jakąś oryginalną myśl, ale jest mroczny klimat i dosyć fajne dopowiedzenie czegoś o charakterach i podkreślenie różnic (znowuż oczywistych) między Batmanem a Supkiem. No i proszę niespodziewane mocne uderzenie na sam koniec dosyć paradoksalnie tom z numerem siedem, najmniej obiecujący i jednocześnie najbardziej treściwy, okazał się chyba moim ulubionym z całego zbioru, chociaż w sumie całość projektu odbieram dosyć pozytywnie. Ocena -7/10.


 "Bohaterowie i Złoczyńcy tom 10 Joker:Ostatni Śmiech" - Chuck Dixon, Scott Beatty i inni. Punkt wyjściowy do historii tej samodzielnej mini-serii całkiem frapujący oto Joker zamknięty w kolejnym zakładzie dla superpsycholi (tym razem niby poważniejszym niż Arkham) dowiaduje się, że niewiele życia mu zostało z powodu guza mózgu. Co zrobi zabójczy klaun w takim razie? No wiadomo, że nie przeprosi społeczeństwa i nie skontaktuje się z księdzem/rabinem/mułłą itp.itd., aby pojednać się z Bogiem. Postanowi odejść z fajerwerkami (bo jakże by inaczej?) wszczynając w więzieniu bunt, wypuszczając swój gaz Jokera (tym razem nie zabójczy, ale zamieniający ludzi tam się znajdujących w jego kopie) po czym w towarzystwie części z nich, ucieknie z tego miejsca pragnąć spuścić na cały świat wszystkie plagi egipskie. Co dosyć interesujące Batmana niewiele tu będzie a i sam Joker nie wydaje się główną postacią. Fabułę będziemy obserwować raczej z perspektywy dwóch par. Dicka i Barbary, którzy będą próbowali dostać się do wnętrza odciętego od świata Slab oraz dwójki nowych strażników Diny Bell i Shilo Normana, którzy będą próbowali się z niego wydostać.
  Za rysunki odpowiada, aż sześciu rysowników (jeden na jeden zeszyt) dosyć spójnych pod względem stylistyki, tyle że to kompletnie nie moja stylistyka. Powtarzałem już wielokrotnie, że początek wieku XXI w amerykańskim komiksie superbohaterskim uważam pod względem grafik za słaby i dokładnie to widzę tutaj. Kreskówkowe to w wyglądzie, krzykliwe, niechlujne z tymi kolorami z początków nakładania ich na komputerze (czyli raczej słabo wyglądającymi). Ogólnie wygląd tego komiksu kojarzy się raczej z komiksem młodzieżowym niż, czymś co miało trafić do dorosłego czytelnika.
  A jak z zawartością. No cóż, jakoś tak byłem przygotowany na jakiś mroczny, poważny tytuł. Jak ostatni to ostatni no nie? Zdawało się, że to dobry moment na jakąś psychologiczną wiwisekcję Jokera (wiem, że napisano już wcześniej takich ze sto). Zresztą nie oszukujmy się, ostatni śmiech wiadomo powinien zostać wysłany Batmanowi co jest oczywistością, ale raczej powinno to być coś wyjątkowo paskudnego. A może właśnie odwrotnie coś spokojniejszego? Rozliczenie legendy z jego legendy, może ostatni śmiech miał być gorzki? No, nie wiem w każdym razie wyobrażałem sobie coś poważniejszego, zwłaszcza biorąc pod uwagę okładki Bollanda. A dostałem no cóż...coś na kształt głupkowatego eventu wypełnionego akcją i dowcipasami, który momentami bardziej przypominał lekturę Deadpoola niż coś powiązanego z Batmanem. Nie twierdzę, że to jest jakieś złe, w sumie płynnie dosyć przebrnąłem i ani nie usnąłem, ani nie rzuciłem w kąt. Myślę, że w swojej klasie jest co całkiem przyzwoity komiks, tyle że to kompletnie nie moja klasa. Nie kupuję tego komiksu (metaforycznie bo w rzeczywistości przecież kupiłem), nie kupuję postaci w stylu Power Girl, nie kupuję końca świata, nie kupuję podprzestrzennych przejść, nie kupuję samego pomysłu na chorobę, nie kupuję przeładowania postaciami komicznymi, ogólnej infantylności zarówno w formie jak i w treści i jeszcze wielu innych rzeczy. A przynajmniej nie kupuję tego wszystkiego w komiksie o ostatnich dniach Jokera, bo są historie w których te elementy mogłyby stanowić siłę. Ocena 5/10.