Garth Ennis, Jacen Burrows – "Punisher Max – tom 11"Za chwilę minie dekada, odkąd Egmont ruszył z wydawaniem Punishera w wersji Max – szok, zwłaszcza że zaczynałem kupować niedługo po premierze... – tymczasem wreszcie dotarliśmy do końca. Oczywiście ten odstęp jest pokłosiem tego, że Ennis wkrótce po starcie polskiej edycji zdecydował się powrócić do postaci i dopisać jeszcze kilka zeszytów, ale szczęśliwie dochodzimy do momentu, gdy wszystko poświęcone tej interpretacji Franka (przy okazji także Fury’ego) mamy już na naszym rynku. W ostatnim tomie dostajemy dwie 6-częściowe historie, niekoniecznie perfekcyjnie zebrane pod kątem fabularnym, natomiast spójne ze względu na autorów oraz wojskową tematykę, która w obu jest istotna, chociaż w nieco innych wymiarze. Czy warto było czekać? Cóż, tu odpowiedź może nie być jednoznaczna.
Tom rozpoczyna zapoczątkowany w 2019 roku "Soviet" i w mojej opinii to mniej interesująca połowa zbioru. Historia traktuje o dosyć losowej przygodzie Punishera, który rozpracowując rosyjską mafię, natrafia na byłego radzieckiego żołnierza o podobnej motywacji. Szybko okazuje się, że panowie mają ze sobą wiele wspólnego i postanawiają przeprowadzić wspólną operację dorwania słynnego mafioza. Ta miniseria to takie typowe kino akcji przełożone na język komiksu. Dzieje się dużo, tekstu jest mało, przez kolejne zeszyty przechodzi się błyskawicznie, a fabuła nie bawi się w jakieś meandry, tylko zmierza prosto do celu. Czyta się to jak taką historię poboczną, po którą można, ale absolutnie nie trzeba sięgnąć i generalnie tym właśnie ten komiks jest. Wydarzenia umieszczono w bliżej niesprecyzowanym punkcie czasu, choć sposób rysowania postaci pozwala domniemywać, że przed głównym runem Ennisa. Do życiorysu Franka w sumie nic to nie wnosi, ale lektura jest bezbolesna i nadal całkiem przyjemna, jednak trzeba się nastawić, że nie będzie to najmocniejsza rzecz z Punisherem tego scenarzysty, a jedynie solidny dodatek. Jako że "Soviet" wyszedł w linii Max, ma tu miejsce kilka brutalnych akcji, aczkolwiek wydały mi się dość sztucznie wstawione – Ennis potrafi być wirtuozem makabry, ale w tym przypadku wygląda to raczej na coś odbębnionego z obowiązku i nie kopie tak, jak powinno, a przede wszystkim nie jak najlepsze momenty w jego scenopisarskiej karierze.
Zdecydowanie ciekawsza jest druga część, czyli "Get Fury". Miniseria, o której mówi się, że ma być pożegnaniem Ennisa z Castlem (choć od tego czasu zdarzyło mu się wykorzystywać tego bohatera w antologiach "Black, White & Blood"), po wielu perturbacjach – kłopoty zdrowotne Gorana Parlova, pierwotnie mającego odpowiadać za rysunki, Punisher na cenzurowanym w USA – ukazała się dopiero w 2024 roku, mimo że zapowiedziana była praktycznie równolegle z "Soviet". Tym razem fabuła cofa się do wojny w Wietnamie i podejmuje wątki rozpoczęte w "Fury: My War Gone By". To właściwie kontynuacja tamtej historii, dlatego przed lekturą warto się zaznajomić z drugim tomem Fury’ego, gdyż na tym etapie obie serie tworzą jedną całość – tym lepiej, że Egmont uzupełnił u nas też tę odnogę, dzięki czemu mamy wszystko w spójnym wydaniu, czego nie mogą powiedzieć nawet Amerykanie. W komiksie Ennis ponownie splata losy obu postaci – Fury zostaje pojmany przez Wietnamczyków, CIA nie wierząc w szanse jego odbicia, wysyła w ślad za nim Franka, który jako doskonały snajper ma zdjąć pułkownika, zanim ten trafi na przesłuchanie. Przyszły Punisher przyjmuje zadanie, szybko jednak staje się jasne, że ma na nie własny plan. Zaprezentowane tu połączenie bohaterów jest atrakcyjne, fabuła i postacie ciekawsze, klimat lepszy, dodatkowo całkiem zgrabnie zazębia się to z pozostałymi wojennymi komiksami o tej dwójce, a brutalność wydaje się jakby bardziej na miejscu... Nadal nie jest to szczyt możliwości autora, ale według mnie solidna robota, która finalnie spina wszystkie dokonania Ennisa w linii Max niezłą klamrą.
Podobnie jak przy scenariuszu, tak i w warstwie rysunkowej obie miniserie łączy nazwisko twórcy, czyli znanego z "Providence" Jacena Burrowsa. W teorii więc tom powinien wyglądać bardzo spójnie – to jednak tylko teoria, bo obie historie mają swój indywidualny charakter, a kończąc pierwszą i przechodząc do następnej odczułem spory przeskok. Byłem przekonany, że choć rysownik ten sam, to już za kolorowaniem musiała stać inna osoba, być może też kto inny był inkerem, bo kreska zdawała się lekko różnić. Tymczasem po zajrzeniu w creditsy ze zdziwieniem stwierdziłem, że za oba komiksy odpowiada dokładnie ten sam zespół artystów, więc tym bardziej warto zwrócić uwagę, że udało się zróżnicować oba projekty – co natomiast mają wspólnego, to że grafika Burrowsa jest naprawdę atrakcyjna dla oka. "Soviet" prezentuje się mocno realistycznie, wręcz filmowo i jest dosyć klimatycznie pokolorowany. Wygląda trochę neonowo, dużo akcji dzieje się w nocy, a kolorystyka ciąży w kierunku fioletu, różu i turkusu. Moje jedyne zastrzeżenie jest takie, że w niektórych szybszych momentach kreska Burrowsa sprawiała wrażenie zbyt statycznej, a postacie sztywnych, tak jakby nie do końca udawało się oddać na kadrach dynamikę wydarzeń. "Get Fury" ma cieplejszą kolorystykę, korespondującą z egzotycznym miejscem akcji i panującą w nim temperaturą, jak i militarnym tonem opowieści. Bohaterowie wydają się mieć grubsze kontury (pojawiały się u mnie skojarzenia ze Stevem Dillonem), a same rysunki prostsze, tak jakby delikatnie nawiązywały do stylistyki lat, w których rozgrywa się fabuła.
Podsumowując więc, jest to solidnie wykonane i estetyczne, ale na pewno nie daje tak mocno po głowie, jak wcześniejsze odsłony Maxa i w rankingu musiałbym najnowszy tom ustawić w dolnych rejonach – choć być może nie na najniższej pozycji, bo nadal najsłabiej wspominam niektóre zeszyty z tomu 6 i 10. Fajnie, że dostaliśmy to uzupełnienie, fani mogą bez bólu postawić je jako dodatek do runu Ennisa, a dla reszty będzie to raczej tylko i aż przyzwoita robota. Co i tak może okazać się godnym uwagi, bo przecież nastała pora na zabawy Franka z potworami...
3/6 – trzyma poziom, choć wyżyny serii to nie są.