Będzie kontrowersyjnie. Doczytałem właśnie do 180 strony Potwory i dalej na razie mi się nie chce. Początek wciąga i ciekawi, ale teraz to jest takie zamulanie, co chwilę zapiski z notatnika (zrobione jeszcze nieczytelną czcionką), że muszę sobie zrobić przerwę. BWS wziął znane w sumie motywy tajne programy rządowe, naziście w armii amerykańskiej po wojnie, wykorzystywanie ludzi, trauma wojenna, "duchowe więzi" u czarnoskórych
nawet sprawnie je zmiksował, ale nie widzę tutaj, na razie, żadnej dodanej wartości. Do tego dziwne powiązanie ze sobą wszystkich głównych postaci (w kraju większym niż Europa)
nie pozwala mi w to wszystko "uwierzyć".
Może to mój problem z tym autorem, bo czytałem Weapon X ze 2 razy i uważam ją tylko jako ładnie oprawioną wydmuszkę.
Przeczytam do końca i ocenię całościowo, na razie żałuję, że nie wziąłem się zamiast tego w pierwszej kolejności za X-menów Hickmana (przekartkowałem i nawet nie wiedząc kto to pisał od razu by się wiedziało - mapki, definiecje, przeskoki w czasie itd. wszystko tu jest
).
Dziś miałem z godzinkę na poczytanie (ostatecznie przeciągnęło się do 2h) i stwierdziłem, że skończę
Potwory. Z jednej strony trochę mi było szkoda czasu, z drugiej chciałem mieć "czyste sumienie", skończyć i wrzucić do kartonu "na sprzedaż". A jednak było zaskoczenie. Historia ponownie (tak jak początek) mnie wciągnęła. Czytając chciało się wiedzieć co dalej, nawet w jednym czy dwóch momentach wzbudził komiks u mnie jakieś emocje. Rysunkowo też jest dobrze (choć wcześniej, żeby przełamać rutynę komuś tutaj stwierdziłem, że nie ma szału

). Całościowo oceniam, że nie jest to żadne arcydzieło, ale solidny komiks, ze swoimi wadami i bardzo męczącym środkiem (choć jak się zastanowić to jest ten środek potrzebny jako podbudowa pod dalsze strony, ale lekkie skrócenie, szczególnie pamiętników wyszłoby całości na plus). Z zastanawianiem się jest jednak taki problem, że po lekturze i ułożeniu tego w głowie wychodzi dużo elementów, które są szyte zbyt grubymi nićmi. A może inaczej, są bardzo komiksowe, w tym złym tego znaczeniu - uproszczenia, zbiegi okoliczności itp. Jakby autor chciał bardzo napisać na poważnie, ale komiksowy rodowód/braki w warsztacie mu na to nie pozwoliły. Przykłady:
1. Niemiaszek "załatwia" ojca, a potem trafia do niego syn (Ameryka i cały świat są takie małe).
2. Czarny doktor w Niemczech, który służy z Tomem to ojciec czarnego żołnierza, który "obsługuje" syna Toma (nawias jak wyżej

).
3. Powell po 20 latach znajduje się akurat tam gdzie trzeba (choć w to jestem w stanie najbardziej uwierzyć, bo on miał swoją obsesję)
A końcowe (początkowe w sumie) wprowadzenie jako rozwiązania
jakichś sił nadprzyrodzonych, które opętały Toma
to już zagranie na poziomie Dorisona, ew. Bendisa.
Na pewno zaszkodziły mojemu odbiorowi tego komiksu te zachwyty jakie tu się pojawiały i wielkie słowa - arcy, opus magnum. Z czystą głową pewnie oceniłbym całość na 8/10, tak daję
7/10, bo mimo, że z 70% komiksu czyta się dobrze i z zaciekawieniem to jednak całościowo nie dowozi.
Choć jestem w stanie zrozumieć ilość nagród dla tego komiksu, bo to taka pozycja pod nie stworzona. Dobra graficznie, trochę lekko taniej dramy, tajny projekt, naziści, voodoo i jeszcze parę rzeczy w miarę sprawnie zmiksowanych. Ale całościowo to pozycja dość bezpieczna i zachowawcza.