Autor Wątek: Bo chodzi o to, żeby plusy nie przesłaniały nam minusów - sezon drugi  (Przeczytany 343091 razy)

0 użytkowników i 2 Gości przegląda ten wątek.

Offline Takesh

Odp: Bo chodzi o to, żeby plusy nie przesłaniały nam minusów - sezon drugi
« Odpowiedź #795 dnia: Śr, 01 Kwiecień 2026, 11:51:43 »
No ja właśnie na mojej hałdzie wstydu mam tego starego Star Treka. Cieszy Twa dobra opinia. Tylko czasu brak...

A! Guy Gardner też czeka... :o :'(

Offline Nawimar III

Odp: Bo chodzi o to, żeby plusy nie przesłaniały nam minusów - sezon drugi
« Odpowiedź #796 dnia: Śr, 01 Kwiecień 2026, 13:47:03 »
Bardzo mi miło :) Niestety czas (czy może raczej jego brak) faktycznie jest problemem. Darowałem już sobie rozpisywanie planów co do lektury kolejnych serii, bo się to zrobiło mocno frustrujące. Także w kontekście kolejnych serii z uniwersum Star Treka.

Odp: Bo chodzi o to, żeby plusy nie przesłaniały nam minusów - sezon drugi
« Odpowiedź #797 dnia: So, 04 Kwiecień 2026, 12:46:30 »
  Nieco opóźnione podsumowanie lutego, ale miałem ostatnio wyjątkowo dużo pracy, obiecuję poprawę. Właściwie na mocno superbohatersko, ale ja już od jakiegoś czasu rzadko kiedy inne komiksy kupuję. UWAGA JAK ZAWSZE MOGĄ POJAWIĆ SIĘ SPOILERY!!!


  "Local Man tom 1" - Tom Seeley, Tony Fleecs. Połączenie superbohaterszczyzny, kryminału i komedio-dramatu, wydaje się że powinno to być całkiem smaczne komiksowe danie. Oto główna postać tego przedstawienia Jack Xaver, były superbohater znany niegdyś pod pseudonimem Crossjack, były członek największej (?) superbohaterskiej grupy występującej pod nazwą "Trzecia Generacja". Jack powraca do Farmington stereotypowego małego amerykańskiego miasteczka gdzieś tam w czarnej dupie Ameryki w kompletnej niesławie, znienawidzony przez dosłownie wszystkich (jego tożsamość jest powszechnie znana), obarczony wszelkiego rodzaju sądowymi zakazami na wykonywanie jakichkolwiek czynności, wykazujących choćby cień prawdopodobieństwa iż będzie się parać znowu gromieniem przestępczości. Z tego co zrozumiałem te wszystkie kłopoty spotkały go dlatego iż zabawiał się żoną przywódcy Trzeciej Generacji Camo Crusadera. Z jednej strony, brzmi to nieco sensownie bo pewnie kochasia żony Kapitana Ameryki też by (prawie) wszyscy nienawidzili, z drugiej nie do końca mnie to przekonuje a sam Crusader o ile faktycznie nieco przypomina Kapitana Amerykę to gruntownie przemieszanego z Punisherem i religijnym fanatykiem, toteż nie chce mi się wierzyć aby społeczeństwo obdarzyło go aż taką miłością jak pierwszego patriotę Marvela. No w każdym razie były ulubieniec telewizji śniadaniowych oraz kobiet i barmanów (o tym będzie później) wróci do domu z podkulonym ogonem na dodatek prosto do piwnicy swoich rodziców, znaczy się tryb przegryw #mocno. Na domiar złego spotka swoją byłą szkolną miłość (od której sam uciekł superbohaterować) teraz już dzieciatą żonę miejscowego szeryfa i najważniejszą figurę w całym miasteczku. Z szeryfem można się domyślić, żadną miarą nie zostaną przyjaciółmi a to się akurat trochę źle składa bo na starcie zostanie zamordowany jeden z jego starych aczkolwiek od dawna niegroźnych superwrogów, który również był mieszkańcem Farmington czyli w/w mieściny. Jack oczywiście szybciutko wyląduje w pudle, ale z braku jakichkolwiek dowodów zostanie równie szybko wypuszczony. No, cóż nie ma rady, tak czy inaczej czas przestać chować się w piwnicy, przywdziać maskę (kominiarkę) i jako zupełnie nowy obrońca sprawiedliwości Local Man (i tak wszyscy wiedzą, że to on) oczyścić się z podejrzeń, rozwikłać sprawę a razem z nią niczym w Twin Peaks rozerwać osnuwającą Farmington pajęczynę zupełnie niespodziewanych tajemnic.
   Rysunki Fleecsa w stylu, właściwie nawet nie wiem czy to można nazwać w stylu bo są niemalże identyczne jak etatowego rysownika kryminałów Eda Brubakera, Seana Phillipsa. Trochę Michael Lark czy Paul Azaceta też będą dobrym tropem. Problem w tym, że nie są to tak dobre rysunki jak wymienionych właśnie. Jest w porządku, ale bywa niechlujnie i jednak chyba nie tak wprawnie. Oko przyciąga bardzo stonowana, często pastelowa kolorystyka opierająca się głównie na czerwieniach, żółciach, fioletach i różach jako, że akcja bardzo często toczy się o zmierzchu. To tyle jeżeli chodzi o grafikę głównego ciągu fabularnego, bo mamy też sceny retrospekcji z czasów Trzeciej Generacji i Crossjacka kiedy rysownik przeskakuje na coś bardziej przystającego do komiksu superbohaterskiego lat 90-tych, robi się bardziej kolorowo i przaśnie, aczkolwiek wolałbym chyba aby autor naśladował któregoś z bardziej znanych rysowników tamtych czasów, bo szczerze mówiąc nie do końca udatnie te rysunki symulują te, tamte. Za to z pewnością kiczowate projekty różnych bohaterów doskonale oddają ducha minionych czasów. No, ale dwa różne style to mało, dostaniemy jeszcze trochę wspomnień Ingi, czyli byłej sympatii Jacka, które są jednokolorowe i w stylistyce nie wiem "Archiego"? No w każdym bądź razie szata graficzna jest urozmaicona i na zadowalającym poziomie, aczkolwiek wątpię aby u kogokolwiek spowodowała westchnienie zachwytu.
   Tak się zastanawiając, mógłbym się nazwać fanem Toma Seeleya. Nie jest on jakoś szczególnie często pojawiającym się na naszym rynku scenarzystą i jeżeli już to raczej jako autor pojedynczych zeszytów, ale wydany w ramach DC Rebirth "Nightwing" naprawdę mi się podobał i jak dla mnie był najlepszą serią spośród tych wypuszczonych przez Egmont, toteż oczekiwania miałem szczerze mówiąc spore. Z przykrością muszę stwierdzić iż "Local Man" nie do końca im sprostał. Najprościej aby określić ten komiks, byłoby chyba użycie słów bardzo wyluzowany "Watchmen". Może zacznę od mocnych stron, z pewnością autorowi znakomicie udało się odtworzyć klimat małego amerykańskiego miasteczka, tutaj jest celująco. Bardzo podoba mi się kreacja postaci w tym komiksie. Już samego Jacka da się polubić, z samych jego wspomnień wynika iż jako Crossjack był zarozumiałym dupkiem. Teraz starszy i doświadczony przez los, stara się, ba nawet często mu to wychodzi być po prostu lepszym człowiekiem. Natomiast niewiele rzadziej zdarza mu się powielanie dokładnie tych samych błędów. Nie tylko zresztą postać tytułowa jest porządnie skonstruowana, autor potrafi zaskoczyć czytelnika pewnymi faktami, niby wiemy co myśleć o jakimś tam bohaterze, ale wystarczy ukazanie historii z jej perspektywy i wszystko nabiera nowego wymiaru. Jasne niby umieszczenie wszystkich w sferze pewnej szarości, czyli dobrzy nie są wcale tacy dobrzy a źli nie są do końca źli wydaje się dosyć prostym zabiegiem, ale to jak wszystko inne trzeba potrafić zrobić a Seeley zdecydowanie potrafi. Animacja bohaterów wychodzi mu naprawdę dobrze, to nie są narysowane na kartkach postacie, ale żywi ludzie. Problematyczne jest to że komiks wygląda, że byłby zdecydowanie lepszy gdyby powstał jako autonomiczna powieść graficzna. Wydanie w odcinkach zeszytowych zdecydowanie mu się nie przysłużyło, nie jestem pewien jak to w rzeczywistości wyglądało, ale cały czas miałem wrażenie, że scenarzysta nie bardzo na starcie wiedział jak ta historia będzie wyglądać, może ewentualnie miał jakiś ogólny zarys. Fabuła jest strasznie chaotyczna, w czasie pisania chyba mocno zmieniały się koncepcje, bo zakończenia niektórych wątków są dosłownie wyjęte z tyłka a większości kompletnie bez znaczenia. I szczerze? Główny wątek fabularny dla mnie jest jakby niedorzeczny, nie bardzo go "łyknąłem". Humor obecny, czasem śmieszy, częściej nie. Co prawda Image działa na innych zasadach niż pierwsza dwójka, ale to jednak co prawda bardzo luźno, ale powiązane ze sobą uniwersum, także dostaniemy cameos różnych znanych postaci z ichnich serii (tak sam ON wskrzeszony ostatnio przez Studio Lain też się pojawi). Kurka muszę chyba wrócić do starych obyczajów, kupować po prostu całą serię i dopiero wtedy czytać, bo tak z jednej strony z chęcią bym przeczytał zakończenie, z drugiej wiem że na moich półkach ten komiks nie zostanie na 100% więc nie bardzo mam ochotę wydawać pieniądze. Nie jest źle, ale naprawdę myślałem że będzie lepiej. Ocena 6/10.


  "Astonishing X-Men tomy 1,2 Życie X, Człowiek zwany X" - Charles Soule i inni. Co prawda vol.4 Astonishing składa się z siedemnastu zeszytów, ale można by powiedzieć, że pierwsze dwa tomy to osobna dwunastozeszytowa mini-seria. Pod dwoma nieco enigmatycznymi tytułami wydań zbiorczych czyli "Życie X" oraz "Człowiek zwany X" kryje się ni mniej ni więcej historia powrotu do życia Charlesa Xaviera (martwego jak na gatunek w sumie dosyć długo, bo od czasu gdy zabił go Cyclops w AvX). Skład X-Men odmienny od tego, który hasał w poprzedniej serii. Postacie z wyjątkiem Fantomexa i Beasta święcące triumfy bardziej w latach 90-tych, znane i lubiane chociaż raczej z drugiego szeregu (no może z wyjątkiem Gambita, który miał swój moment w świetle reflektorów gdy robił za mega-gwiazdę i Wolviego chociaż tutaj w postaci Old Man Logana). Akcja zaczyna się w Londynie i w sumie tam się kończy jak zwykle trzeba będzie ocalić świat a przynajmniej to jedno miasto. Zagrożenie dosyć spore bo Shadow King a później Proteus, czyli w sumie raczej standard.
  Rysunki też standard u Marvela, czyli co zeszyt kto inny (wbrew temu, co stoi w spisie treści mam wrażenie, że artyści wymieniają się częściej) czego specjalnie nie lubię, żeby nie rzec nie cierpię. Chociaż tym razem dla odmiany dali nazwiska przynajmniej przyzwoite bo mierny poziom rysowników w tej stajni to raczej standard niż wypadek. No dobra z tymi przyzwoitymi może trochę przesadziłem, bo jest tu tego cały przekrój. Od Jima Cheung którego zawsze lubiłem za wpadający lekko w manierę Romity Jr. styl (podoba mi się też jak rysuje dziewczyny, atrakcyjniejsze zdecydowanie niż faceci i zawsze z takimi a la smutnymi minami), czy znanego i raczej lubianego Mike Del Mundo, poprzez anonimów pokroju Matteo Buffagniego (który poradził sobie całkiem przyzwoicie) po gości których organicznie wręcz nie trawię takich jak Ed McGuiness. Oczywiście stylistycznie od sasa do lasa, aby oglądający nie poczuł się zbyt komfortowo. Jednym słowem, no powiedzmy że jak na Marvel to jest znośnie i lepiej nie drążyć już tematu.
  Soule za cel postawił sobie chyba, aby czytelnik ani przez sekundę się nie nudził umieszczając na co drugiej stronie eksplozję albo cios w ryj. Paradoksalnie istnieje całkiem spora  grupa czytelników, dla której im więcej akcji tym jest nudniej i szczerze mówiąc niespecjalnie się im dziwię. Natomiast muszę przyznać iż jak na akcyjniak jest to naprawdę sprawnie napisane. Postacie zachowują się zgodnie z charakterami (tutaj chyba złoty medal dla Xaviera, ciało inne ale to ciągle ten sam wiecznie knujący wujek, który się nikomu nie tłumaczy bo i po co?), każdy dostanie swój czas antenowy i spełni jakąś rolę w historii, będzie kilka fabularnych zwrotów a niektóre prawie zaskakujące, sama fabuła jest naprawdę nieźle rozplanowana i w sumie interesująca a całość potrafi o dziwo przytrzymać czasami w napięciu mimo iż wiemy że przecież na końcu i tak musi być happy-end. Autor nie starał się napisać jakiejś serii, która przejdzie do legendy i odciśnie swój ślad w historii mutantów na wieki wieków, ale dostał konkretne zadanie do którego podszedł jak typowy zadaniowiec...i mam wrażenie, że wyszło to na dobre komiksowi bo wg mnie jest wyraźnie lepszy niż nie oszukujmy się kiepska seria Jeffa Lemire. Jeszcze drobna uwaga, specjalnie zwróciłem uwagę i nie jestem pewien pierwszy raz widzę nazwisko (chociaż to niewiele znaczy bo rzadko kiedy sprawdzam), ale wydaje się że do Egmontu dołączyła nowa pani tłumaczka. Szczerze mówiąc, całkiem nieźle jej wyszła robota zdaje się (nowa jest to pewnie jeszcze się stara a nie jak stare wygi DeepL Premium czy co tam się używa na profesjonalnym poziomie i laska), ale rozśmieszyła mnie nazwa "jasnowidze" (chyba nie muszę mówić o kogo chodzi) podczas gdy w oryginale występuje "psychics" i określenie to powtarzane jest konsekwentnie przez wszystkie zeszyty. Jako konsultant merytoryczny fuchę tam załapał znany raczej w środowisku Kamil Śmiałkowski. Nie mam pojęcia czy do jego zadań należy tylko tłumaczenie ksyw i nazw własnych czy może powinien przeglądać całość, ale jak na moje to, no chyba częścią pracy do której najbardziej się przykłada jest wyprawa do redakcji po czek (o ile redakcja Egmontu działa tak jak ta w Daily Bugle). Nie będę rąk załamywał z tego powodu bo to żaden grzech śmiertelny po prostu jak oglądałem tych jasnowidzów to mi się śmiać trochę chciało. A tak w ogóle to robotę robi Shadow King, jeden z moich ulubionych przeciwników X-Men. Ocena 6+/10.


   "Brusel"- Benoît Peeters, Francois Schuiten. No i następny tom, tym razem muszę przyznać że już sam początek okazał się zaskakujący, bowiem zaczynamy od wstępniaka, który tłumaczy nam o czym dokładnie jest komiks (w sensie nie fabuły tylko tematyki). Praktyka raczej nieczęsta, co dosyć zabawne akurat trafiło na komiks, którego "morał" jest najzupełniej jasny, wolałbym żeby obydwaj panowie wytłumaczyli mi na ten przykład "Wieżę", no ale pewnie jako architektów (czy tam architekta) pewnie dla nich los ich miasta bo mamy do czynienia oczywiście z mroczną wersją Brukseli jest bolesny (mi się podoba, ale ja nie jestem architektem). W każdym razie wszyscy twierdzą, że seria ta mocno się opiera na tematyce miejskiej architektury, poniekąd jest to faktycznie prawda, ale nie zawsze ta architektura pełni wyraźną fabularną rolę, czasem sprowadzając się jedynie do roli tła. Natomiast akurat w tym komiksie okazuje się ona clou programu.  Bohaterem tym razem będzie Constant Abeels - kwiaciarz, ale kwiaciarz nie taki zwykły, bo dokonał on właśnie odkrycia które całkowicie zmieni obraz jego branży, udało mu się wyprodukować bowiem kwiaty z plastiku, które w jego mniemaniu wkrótce podbiją wszystkie rynki. Póki co start jest skromny, Constant w małej kwiaciarni pracuje nad ulepszeniem swojego wynalazku. No, ale czasy niespokojne, takie które nie pozwolą drobnemu przedsiębiorcy rozwijać w spokoju swojego plastikowego imperium, otóż rada miasta uznała Brusel za twór kompletnie przestarzały i ciągle tracący na znaczeniu więc zapadnie decyzja o jego gruntownej przebudowie w celu przywrócenia do roli stolicy świata. W tym samym czasie Constant zapadnie na tajemniczą chorobę a jego wizyta u lekarza przemieni się w groteskową epopeję która skontaktuje go ludźmi na samym szczycie piramidy społecznej i doprowadzi do zawarcia znajomości z różnymi również (a właściwie najczęściej) groteskowymi personami.
   Ten akurat tom spodobał mi się, nie wiem możliwe dlatego iż jest stosunkowo łatwy do interpretacji i dotykający problemów dosyć przyziemnych. Mamy ścierające się frakcje polityczne z których jedni pełni zapału twierdzą o konieczności przebudowy całego miasta niezależnie od kosztów inni się temu pomysłowi sprzeciwiają. Nawet pośród popierających jedną lub drugą stronę nie ma żadnej jednomyślności, czy może zrobić to w ramach "terapii szokowej" czy może drogą ewolucji, czy wyburzyć wszystko stare, czy może tylko cześć? Co z mieszkańcami, przecież wiadomo że dla wielu będzie to ciężar (finansowy dajmy na to) nie do udźwignięcia a po tyłku dostanie jak zawsze zresztą najbardziej biedota. Zresztą nie wszystkich zaangażowanie w projekt będzie zupełnie bezinteresowne, część widzi w wielkim projekcie okazję do napchania własnych kieszeni Dostanie się, także i systemowi ochrony zdrowia. Constant trafi do olbrzymiego najnowocześniejszego na kontynencie szpitala wizytówki nowego Brusel, który w rzeczywistości okaże się olbrzymim niedokończonym na wpół pustym pudłem, w którym pacjenta szybciej się wykończy niż wyleczy. O tak, w tym mieście nie tylko na polu architektury trwa walka innowatorów z tradycjonalistami. Nauka to również pole bitwy na którym ścierają się różne, często mocno niedorzeczne koncepcje i wynalazki. Nie trzeba chyba wspominać iż cała ta sytuacja powoduje iż przeszły-przyszły urbanistyczny klejnot mrocznego świata w skutek wszelkich szalonych często kompletnie niewykonalnych pomysłów, niekompetencji urzędniczej oraz kompletnego chaosu zarówno w warstwie decyzyjnej jak i wykonawczej przemienia się w dokładną odwrotność tego czym miał się stać, obrazek niestety nader często znany z ekranów tv. Całość ogólnie bardzo mi się kojarzyła z "Procesem" Franza Kafki, nie chciałbym w tym momencie wyjść na członka jakiegoś Ahnenerbe, ale Constant wygląda jak Żyd, co w sumie doskonale pasuje. Bohater w swojej surrealistycznej podróży przez zdewastowane ulice oraz zimne szpitalne korytarze obije się dokładnie o ten sam mur niechęci, niezrozumienia, obojętności a czasem źle ukierunkowanej gorliwości co Józef K. Zupełne nowum dla serii, komiks wydał mi się całkiem zabawny. O ile "Proces" jest dramatem zawierającym pewne elementy humorystyczne, tak "Brusel" odniosłem wrażenie jest czarną komedią tyczącą się w sumie dosyć poważnej tematyki. Ogólnie całkiem przyjemnie to wyszło, nie wiem może hardkorom Miast nie bardzo podejdzie takiej jasne wyłożenie kawy na ławę i brak tej "aury tajemnicy" i niedopowiedzeń. Mi się akurat to podobało plus fajny dieselpunkowy klimacik. Ocena 7/10.


  "Liga Sprawiedliwości tom 3 - Planeta Jastrzębi" - Scott Snyder i inni. Ten tom zaczniemy od Jokera, najpierw kilka stron retrospekcji o tym jak Luthor go zwerbował do swoich planów i o tym jaki był jeden, jedyny warunek klauna. Ogólnie mam wrażenie, że mogło to nastąpić pod wpływem czytelników, którzy zwrócili uwagę że Joker pasuje do tej serii jak siodło do świni. Snyder jak już wspomniałem wcześniej bawi się w nowej Lidze Sprawiedliwości w Granta Morrisona a sam zamysł na Legion Zagłady czyli drużyna złożona z nemesis największych superbohaterów prosto z wesołych lat 60-tych, jest takim bardzo morrisonowym patentem. W każdym bądź razie tak jak większość autorów prześciga się w robieniu z Jokera coraz większego czubka tak Snyder postąpił odwrotnie i zrobił z niego całkiem zdroworozsądkowo myślącego gościa. Książę Gotham wymiksowuje się z Legionu i całej historii z powodu tego iż obawia się Batmana Który Się Śmieje a jak to ma w zwyczaju robi to z przytupem, naprawdę niezły pomysł i dobry zeszyt. Dalej przechodzimy do tytułowej historii w której  Hawkgirl, J'onn J'onzz oraz John Stewart odwiedzają Thanagar i ku mojemu zdziwieniu...również jest naprawdę nieźle. W końcu przestają młócić pięściami i strzelać laserami na prawo i lewo a dostajemy jakąś tajemnicę i suspens, jastrzębio-ludzie przyjmują ich z pozoru z otwartymi ramionami, ale od początku widzimy, że kryje się za tym coś niejasnego. W końcu autorzy postanowili odsłonić przed nami główny punkt programu. Za Ścianą Źródła pochowana była Perpetua (wyglądająca nieco jak główna zła wróżka z Diablo 4) członkini jakiejś rasy superbogów którzy zajmują się tworzeniem multiwersów i matką Monitora, Antymonitora i Kowala Światów.  Perpetua, po cichu stworzyła uniwersum z ciemności a nie ze światła, ale gdy synowie zorientowali się, że postępuje wbrew zwyczajom pokonali ją i wezwali resztę jej ziomków, którzy naprawili spapraną robotę a renegatkę wtrącili na wieczność do mamra. To właśnie ją chce wskrzesić Luthor za pomocą Totalności. Cóż nie oszukujmy się, po raz kolejny nie jest to szczyt kreatywnego pisarstwa, ale ma chociaż ręce i nogi co nie zawsze jest oczywistością w tym gatunku. Drugą częścią albumu jest próba załatania dziury w Ścianie za pomocą Tytanów Omega (jednak się na coś przydali), która zakończy się prawie-powodzeniem, czyli kompletnym fiaskiem i która niestety powraca do formuły standardowego łubu-dubu, aczkolwiek uzupełni nieco informacji o Perpetui. Ostatni zeszyt to jakiś powrót do przyszłości w którym okaże się, że Lex i Marsjański Łowca znali się jako dzieci, nic specjalnie ciekawego.
  Rysunki po raz kolejny na poziomie niezły z wyłączeniem pierwszego zeszytu, którym zajmował się Guillem March, który to postanowił wyróżnić się z tłumu nawiązując stylistyką do prac autora jednego z klasycznych komiksów o Jokerze "Człowieka który się śmieje" czyli Douga Mahnke, naprawdę niezła robota. Cóż mogę powiedzieć? No podobało mi się, nie jest to z pewnością Bóg wie jak dobry czy jakkolwiek oryginalny komiks, ale raz cała seria nabrała już kształtów, dwa poziom z tomu na tom naprawdę rośnie (chociaż może nie w sposób geometryczny) a w porównaniu do katastrofy Bryana Hitcha to niebo a ziemia. Ocena 6+/10.


  "Bohaterowie i Złoczyńcy tom 5 Co się stało z Krzyżowcem w Pelerynie? i inne opowieści o Batmanie" - Neil Gaiman i inni. Tytuł wyraźnie przypominający ten z tomu o Supermanie, zresztą sam komiks powstał z założenia jako batmanowy odpowiednik legendarnej historii o Supermanie. Jak to się udało autorowi, którego może nie tyle nie cenię co po prostu nie lubię? Tytułowa historia (kolejna powtórka) nie jest specjalnie obszerna, ot dwa zeszyty aczkolwiek ponadstandardowej objętości. Zaczyna się dosyć zaskakująco a mianowicie...pogrzebem Batmana. Nasz ukochany superbohater, leży sobie spokojnie w trumnie a na uroczystość zjeżdżają się wszyscy jego sprzymierzeńcy i wrogowie, na dodatek robi on za narratora zza grobu dla całości. Trzeba przyznać iż punkt wyjściowy jest całkiem interesujący a dalej robi się tylko ciekawiej. Przemowy nad drewnianą skrzynką rozpoczyna Catwoman, która opowiada w jaki sposób Nietoperz spotkał swój koniec (nie do końca sensowny) a po niej na scenę wchodzi Alfred, który przedstawia całkowicie inną wersję tego wydarzenia, ba nawet całkowicie inną wersję (doprawdy zadziwiającą) całej kariery Obrońcy Gotham. Tyle z ilustrowanych opowieści, wypowie się jeszcze kilka osób, ale zostaną te wypowiedzi skrócone do niezbyt długich monologów, lub wręcz kilku zdań. Dosyć szybko się zorientujemy, że oni wszyscy nie mogą mówić o tej samej osobie, ba chyba nawet nie należą do tych samych światów, muszę przyznać że przykuł moją uwagę autor w tym momencie. Dalej przejdziemy do ducha Batmana który czuwał nad całym ceremoniałem i jego spotkania z duchem matki i w tym momencie Gaiman trochę chyba zbyt szybko wyskoczył z rozwiązaniem zagadki, bo jeżeli jesteśmy cokolwiek domyślni to wyczaimy wielki finał zanim on nastąpi, tym niemniej muszę przyznać że ostatni splash-page rozbawił mnie chociaż pewnie to nie zasługa scenarzysty a bardziej inwencja rysownika, którym jest Andy Kubert (więc wiadomo, że pod względem grafiki jest dobrze). Muszę przyznać, że spodobał mi się ten komiks, fabularnie był zaskakujący a to już od dawna raczej rzadko mi się zdarza, no i to zakończenie, samo się na usta ciśnie Batman Forever. Zresztą nie o fabułę przecież tu chodzi a o samą meta-zabawę postacią Batmana a ja do takich zabiegó mam, muszę przyznać słabość. Tytułowa historia zajmuje nawet nie połowę tomu, oprócz niej "w gratisie" dostaniemy najpierw klasykę wydaną u nas już któryś tam raz czyli klasyczny "Czarno-biały świat" duetu Gaiman/Bisley oraz kilka zeszytów (lub ich fragmentów) "Secret Origins" autorstwa w większości po raz kolejny Neila Gaimana (chociaż pojawią się tam również Alan Grant i Mark Verheiden). Pierwsza w kolejności oczywiście dama czyli Pamela Isley no i oprócz zgodnie z tytułem serii przedstawionej po krótce historii jej życia, przeboje które z nią przechodzi nowy terapeuta w Arkham. Króciutka historyjka, bardzo dobra (oczywiście abstrahując od faktu, że w wariatkowie nie ma żadnych zabezpieczeń przeciwdziałających zdolnościom Ivy), czuć tą duszną, rozerotyzowaną (oczywiście w dozwolonych czyli mocno purytańskich granicach) paranoję która zaczyna ogarniać biednego frajera wokół, którego owija się trujący bluszcz. Uznałbym ten fragment nawet za znakomity (oczywiście w granicach rozsądku te kilkanaście stron to trochę zbyt mało żeby to wystarczająco rozpisać), gdyby nie bardzo słabe rysunki naprawdę dobrego zresztą Marka Buckinghama (nie wiem co tam się stało, wprawiał się dopiero?) na których najbardziej traci sama Poison Ivy, obarczona naprawdę nieatrakcyjną fizjonomią (aczkolwiek jeden czy dwa kadry znajdą się naprawdę udane). Następnym w kolejce będzie król podziemia Pingwin, jego segment napisany przez Granta a zilustrowany przez Sama Kietha jest naprawdę niezły, aczkolwiek sprowadza się koniec, końców do dosyć banalnej historyjki o nękanym słabeuszu. Dalej miejsce na scenie dostanie Riddler, ale tę część pominąć można milczeniem ze względu na równie słabą treść autorstwa Gaimana jak i nieudane grafiki Berniego Mireault. Last but not least wyskoczy Harvey Dent w kryminalno/romansowej interpretacji Verheidena i tutaj znowu wracamy na poziom "bardzo dobry". Wszystkie opowiastki połączy fabularnie ekipa skandalizującego programu telewizyjnego, którego mądra inaczej gwiazda postanowiła pokazać ludzkie oblicza najbardziej znanych szaleńców w Gotham a na zakończenie wisienką na torcie ma być wywiad z Jokerem (który wiadomo jak się skończy). Na sam koniec albumu, dostaniemy Annual, obok którego żaden czytelnik nie powinien przejść a mianowicie "Śmiertelną Glinę" samego Alana Moore. Kolejny dobry komiks w tym zbiorze, aczkolwiek raz że czytam to właśnie w Batman Prey, to sama historia nie wydaje mi się jakoś oryginalna, mam wrażenie że gdzieś tam kiedyś już widziałem coś takiego. Dwie ciekawostki, jeden fabuła opiera się na postaci Clayface'a, tych było kilku plus jedna kobieta, ale ta wersja tej postaci na 99% jestem pewien w żadnym komiksie w Polsce się wcześniej nie pojawiła. Dwa Clayface to jeden z najstarszych wrogów Batmana. Podsumowując naprawdę dobry zbiór "Co się stało z Krzyżowcem w Pelerynie?" to może nie jest żelazny klasyk pokroju "Powrotu Mrocznego Rycerza" czy "Roku Pierwszego" i nie stoi jakąś wyjątkowo misterną fabułą, ale to naprawdę oryginalna impresja na temat mitu Batmana a dopakowana naprawdę dobrymi dodatkami sprawia iż ten tom kolekcji to coś czego nie powinien odpuścić żaden fan Człowieka Nietoperza. Ocena 7+/10.

Offline Nawimar III

Odp: Bo chodzi o to, żeby plusy nie przesłaniały nam minusów - sezon drugi
« Odpowiedź #798 dnia: Pt, 01 Maj 2026, 11:12:43 »
Kwiecień

Strażnicy – formuła zastosowana w przypadku linii wydawniczej DC Compact to dla mnie z różnych względów strzał w dziesiątkę. Nie mogłem zatem się powstrzymać i także ten zbiorek znalazł się w moim posiadaniu. Jako że po raz ostatni odświeżyłem sobie „Strażników” odległe trzynaście lat temu, toteż niecnie skorzystałem z okazji, by raz jeszcze przyswoić sobie owo dzieło z gatunku wiekopomnych (zero ironii). Z jednej strony nadal zdecydowanie warto ten tytuł znać; także z tego względu, że wbrew multiplikowanej do bólu opinii nie jest to „dekonstrukcja superbohaterskiego mitu”, a jego swoista quasi-apoteoza. Dość przecież wspomnieć, że punktem startowym do realizacji tego przedsięwzięcia był zamysł odgruzowania nieszczególnie popularnych postaci z oferty wydawnictwa Charlton. A jednak na tej bazie udało się wytworzyć fabułę, która stała się niezbywalną częścią komiksowego kanonu w całej jego rozciągłości. Gdyby nie nośność zaklęta w konwencji nie zdołałby tego osiągnąć nawet najzdolniejszy twórca. A skoro już o nim mowa, to nie dziwię się, że niejednokrotnie (a przy tym bez znamion kokieterii) dawał on do zrozumienia, że przynajmniej część wątków „Strażników” wzbudza w nim obecnie zażenowanie. Uwzględniając, że w trakcie rozpisywania tej opowieści był on świeżo po trzydziestce, tego typu ocena z współczesnej perspektywy ani trochę nie zaskakuje. Niemało tu bowiem pretensjonalności i obsesji typowych dla pokolenia wyrosłego na snobizmie antykulturowego buntu. Niemniej pomimo drobnych zgrzytów czytelniczo rzecz niezmiennie cieszy i raduje.

Kajtek i Koko. Na topach Pitekantropa t. 1: Niebezpieczny wąsik – tytułowi bohaterowie tej serii zaiste musieli odczuwać ogrom sympatii wobec Profesora Kosmosika skoro bez wahania wyruszali ku powierzonym im przezeń zadaniom. Tak było także w przypadku tej opowieści która jawi się niczym rozpędzony, fabularny rollercoaster na miarę w swoim czasie wzbudzających ogrom ekscytacji przygód Sandokana. Jak zwykle w przypadku niezapomnianego Klasyka także w przypadku tego tytułu mamy do czynienia z mistrzowską robotą.

Tytus, Romek i A’Tomek, Zaginione księgi, księga VI: Powrót do tropików – podobnie jak przy okazji wcześniejszych osłon tej inicjatywy, także tym razem mamy do czynienia z mieszanką pomysłów bezcennego Papcia Chmiela. Z jednej bowiem strony część z nich w późniejszych latach, w nieco odmienionej formule, znalazła się w „kanonicznych” księgach. Inne z kolei pozostały częścią „gazetowego” dorobku wspomnianego. Dlatego jak dla mnie (a podejrzewam, że nie jestem w tym odczuciu odosobniony) możliwość rozpoznania „zaginionych ksiąg” była doznaniem z gatunku bezcennych.
 
Guy Gardner: Warrior nr 25 – jubileuszową, „ćwierćsetkową” odsłonę tej serii uświetniono jej podwójną rozpiętością. W niej zaś skoncentrowano się przede wszystkim na szczegółach pochodzenia „Wojownika” oraz zgodnego z jego imieniem przeznaczenia. Sprawa okazała się na tyle istotna, że wymagała gościnnej wizyty Phantom Strangera, który jak wiadomo wielbicielom uniwersum DC nie zwykł fatygować się z byle powodu. Całość uzupełniono galerią ilustrującą ważne momenty w dziejach Guya w wykonaniu m.in. Marka D. Brighta, Gene’a Ha i Dana Jurgensa.
 
Star Trek nr 9 – kolejna misja z gatunku wikłania się w konfrontacje przeciwko wyzwaniom z gatunku dotąd nierozpoznanych i na pierwszy rzut oka omnipotentnych. Niby zatem standard znany m.in. z odcinka pierwszej telewizyjnej produkcji z udziałem załogi USS Enterprise pt. „Kto opłakuje Adonisa?” (a przy okazji również inicjującego dzieje „Następnego pokolenia” „Spotkania w Fairpoint”), a jednak schemat zastosowany przez Martina Pasko (scenarzystę serii) „zagrał” zgodnie zapewne z jego zamierzeniem. Poczucie grozy towarzyszące rozpoznaniu pokładu napotkanego USS Endeavuor oraz kolejne próby rozwikłania przyczyn napadów agresji u członków załogi dowodzonej przez kapitana Kirka generuje stosowne napięcie. Nieco gorzej poszło natomiast odpowiedzialnemu za zilustrowanie tej opowieści Dave’owi Cockrumowi. Można pokusić się przy tym o przypuszczenie, że sprawy miałyby się pod tym względem znacząco lepiej, gdyby do tego przedsięwzięcia zaangażowano nakładacza tuszu Toma Palmera, który niewiele później wzbudzać miał w pełni uzasadniony entuzjazm czytelników serii „Star Wars”.   

X-Men: Wojna w Asgardzie
– zbiór po prostu piękny już tylko z racji jego warstwy plastycznej. Nic w tym zresztą dziwnego jeśli uwzględni się, że w realizacji zawartych w nim opowieści uczestniczyli tak wyjątkowi plastycy jak Paul Smith i Arthur Adams. Nie dziwię się, że obaj panowie wręcz uwiedli czytelników „The Uncanny X-Men vol.1” i „The New Mutants vol.1” finezją swoich stylizacji, a okoliczność umiejscowienia tej historii w przestrzeniach popularnego wówczas za sprawą Walta Simonsona Asgardu dodało całej sprawie pikanterii. Przy okazji umożliwiło odzianie urokliwych mutantek w na swój sposób egzotyczne kostiumy. Kolejną istotną lukę w dziejach podopiecznych Charlesa Xaviera mamy zatem w polskich edycjach ich perypetii zapełnioną.

Marvel Origins t.85: Thor 13 – ciąg dalszy niezmiennie doskonałej passy duetu Stan Lee/Jack Kirby w kontekście tej właśnie serii. Przy czym jej niniejsza odsłona (a także kolejna w ramach tej kolekcji) okazała się ciągiem przełomowych wydarzeń, które za sprawą niekorzystnego zbiegu przypadków wyzwoliły moc niszczącą o potencjale zgładzenia mieszkańców Asgardu. Miał to ponadto być wstęp do zaistnienia zupełnie nowej generacji metaistot, fortunnie utrącony w efekcie popularności Thora i jego boskich pobratymców. Nieco rozczarowany tą okolicznością Kirby dołożył jednak starań, by oprawa wizualna tego wydarzenia okazała się w pełni adekwatna do jego apokaliptycznej rangi. 
 
Guy Gardner: Warrior nr 26 - reminiscencje Godziny Zero dają o sobie jeszcze znać, ale już tylko w postaci przekazów medialnych o konsekwencjach tego wydarzenia. Oczywiście na kolejne wyzwania Guy nie musi długo czekać. Nawet jeśli swoją rangą znacząco ustępują one zmaganiom z pochodną przekształceń rzeczywistości przez Parallaxa, to jednak zakusy oddziału osobliwych terrorystów dotyczą głównego lokatora Białego Domu. Guy z kolei wciąż jeszcze nie kontroluje swoich nowych możliwości, co z automatu zwiększa skalę zaistniałego wyzwania. Historia nie porywa w porównywalnym stopniu, co poprzednie, bo to nie ta skala wyzwania. Zilustrował ją jednak znany m.in. z ,,Promethei” James H. Williams III, plastyk zdecydowanie wybitny (choć z drugiej strony już tęskno za Mytchem Byrdem), który jeszcze na moment do tworzenia tej serii powróci.

Star Trek nr 10 - po raz kolejny okazuje się, że dysponowanie zaawansowaną technologią w obliczu naporu prymitywnych, acz licznych i zdeterminowanych tubylców, może nie wystarczyć. Dotkliwie przekonał się o tym nawet tak twardy zawodnik jak Spock. A to zaledwie początek ingerencji przedstawicieli Floty Gwiezdnej w cywilizacyjny rozwój kolejnego świata ,,nawiedzonego” przez załogę USS Enterprise. Tym razem rozpisaną przez kolejnego już scenarzystę tej serii, Michaela Fleischera.

Punisher Ricka Remendera t.1 – po wyczynach Gartha Ennisa w linii wydawniczej MAX każdy kolejny scenarzysta oddelegowany do przybliżania przypadków „Franciszka Zameckiego” zasadnie jawić się mógł niczym Syzyf na samym dnie rozległego kamieniołomu. Rick Remender najwyraźniej nie zamierzał kopać się z przysłowiowym mastodontem i wraz z objęciem powierzonej mu posady zdecydował się podążyć ścieżką pastiszu. Co prawda nie spotkał się wówczas z entuzjazmem czytelników (wśród których – szczerze to przyznaję – byłem również ja), ale z dzisiejszej perspektywy nie tylko trudno przejawiać wobec wspomnianego autora pretensje, ale wręcz wypadałoby mu pogratulować twórczej odwagi. Ostatecznie projekt ten prędko dobiegł końca, aczkolwiek obecnie można go śmiało uznać za oryginalną wariacje na temat tytułowej postaci. Do tego momentami całkiem zabawną. Dlatego chętnie sięgnę po drugi (i ostatni) zbiór tej serii, by przekonać się jak dalej poprowadzony został koncept „Franken-Castle’a”. 
 
Guy Gardner: Warrior nr 27 - Guy coraz pewniej czuje się w swojej nowej postaci, aczkolwiek wciąż reaguje przede wszystkim instynktownie. W tej odsłonie jego przypadków towarzyszy mu znany z ,,Rządów Supermanów” John Henry Irons alias Steel, a i z samym Człowiekiem ze Stali jest okazja wymienić słówko. O dziwo, w przyjaznej atmosferze! Krótko pisząc niegdysiejszy Green Lantern coraz pewniej i śmielej kroczy swoją nową ścieżką. Do tego znowuż w oprawie plastycznej Mytcha Byrda.

Star Trek nr 11 - nie tak dawno temu pozwoliłem sobie zauważyć, że idealnym wzmocnieniem zespołu tej serii byłby Tom Palmer, który doskonale sprawdził się jako nakładacz tuszu m.in. w serii ,,Star Wars”. I oto jest, a wraz z nim charakterystyczny dlań poblask, idealny dla scen rozgrywających się w przestrzeni kosmicznej. Co do samej fabuły to nie sposób opędzić się od poczucia, że Martin Pasko (scenarzysta tego epizodu) miał za sobą lekturę ,,Solaris” Stanisława Lema. Swoją drogą znać, że był potencjał na bardziej rozbudowaną historię, ale najwyraźniej wspomniany scenarzysta zdecydował się pozostać przy preferowanym wówczas trendzie, tj. zwartej, ograniczonej do jednego epizodu opowieści.
 
Hernán Cortés i podbój Meksyku – album, który już tylko swoją pieczołowitą warstwą plastyczną olśnił mnie od pierwszego przejrzenia. Szczególny także z tego względu, że zawarta w nim tragiczna (a na swój sposób także heroiczna) opowieść wygenerowała we mnie zamiłowanie do dziejów konkwisty oraz odkryć geograficznych w całej ich rozciągłości. Z typową dlań fachowością Stefan Weinfeld ujął w ramy komiksowej fabuły wspomnienia Bernala Diaza del Castilllo (który notabene osobiście pojawia się w jednym z kadrów), uczestnika podboju Meksyku. Mnogość obsadhttps://forum.komikspec.pl/Themes/default/images/bbc/bold.gify, dosycenie w liczne dramatyczne zwroty akcji oraz dojrzała, precyzyjna kreska mistrza Jerzego sprawiają, że pomimo upływu czterech dekad od pierwodruku tej realizacji niezmiennie zachowuje ona pełnie jej pierwotnych walorów. Obok „Legend Wyspy Labiryntu” dla mnie jest to najbardziej udana realizacja bezcennego duetu Weinfeld/Wróblewski. 
 
Marvel Origins t. 86: Avengers 10 – to niezmiennie jedna z moich ulubionych serii Domu Pomysłów, a jednak na tym jej etapie z jednej strony trudno nie wspominać z sentymentem tego, co wyczyniali w jej wczesnych epizodach Stan Lee i Jack Kirby; z drugiej natomiast chciałoby się, aby już nastał dla tego przedsięwzięcia czas takich plastyków jak Barry Smith i Neal Adams. W tej kolekcji niemal na pewno się tego nie doczekamy, aczkolwiek nie sposób wykluczyć, że pewnego dnia także późniejsze odsłony marvelowskich Mścicieli współtworzone przez wspomnianych twórców również u nas zostaną opublikowane.

Guy Gardner: Warrior nr 28 - ekspozycji nowych możliwości protagonisty tej serii ciąg dalszy. Tym razem przy udziale szczególnie problematycznego Majora Force, a także ultymatywnie z nim skonfliktowanego Kyle’a Raynera. Jak zapewne nietrudno się domyślić bieg spraw upływa pod znakiem pełnoskalowej rozwałki; do tego w niezłym stylu. Mitch Bird krechy swojej nie szczędził, a ciąg dalszy tej afery znalazł swoją kontynuacje w miesięczniku ,,Green Lantern vol.3”.
 
Green Lantern vol.3 nr 60 – koncept by połączyć rozgrywającą się w serii „Guy Gardner: Warrior” opowieść „Capital Punishment” z solowym tytułem poświęconym wówczas jednej z najbardziej popularnych osobowości uniwersum DC – tj. Kyle’owi Raynerowi – nie był rzecz jasna przypadkiem. Odmieniony Guy wciąż przecież był nowością z którą czytelnicy musieli się jeszcze opatrzeć. Kierowany przez Rona Marza „Green Lantern vol.3”, z liczną bazą odbiorców, był zatem ku temu idealną „sceną”. Konkludująca tę historię fabuł zawarta w tym właśnie epizodzie dramaturgicznie została sprawnie rozegrana. Równocześnie okazała się ona ważnym etapem w dojrzewaniu tytułowego bohatera do wciąż nowej dlań roli ostatniego powiernika Pierścienia Mocy.
 
Tarzan: Człowiek Małpa – pierwsza odsłona adaptacji najważniejszych dokonań Edgara Rice’a Burrougsa może mnie tylko i wyłącznie cieszyć. Miło że pomimo ogromu nawarstwiającej się popkulturowej oferty osobowości wykreowane przez wspomnianego autora co jakiś czas powracają w uwspółcześnionych interpretacjach. Wybór adaptacji losów Tarzana jako realizacji tę inicjatywę otwierającą jest w pełni zrozumiały. W wymiarze plastycznym rzecz przekonuje, a modyfikacje względem literackiego pierwowzoru według schematów współcześnie nam suflowanych ani trochę nie zaskakują. Po prostu już się opatrzyły i osobom myślącym zobojętniały. Ogólnie czuję się „kupiony” i aż chciałoby się ujrzeć w tej formule dalsze losy Władcy Dżungli. Równocześnie nie będę ukrywał, że najbardziej wypatruję adaptacji „Księżniczki Marsa”, w tym przedsięwzięciu również uwzględnionej.
 
Star Trek nr 12 – kolejna bardzo udana, a zarazem zamknięta historia, która z powodzeniem sprawdziłaby się jako epizod telewizyjnego serialu. Pozornie standardowa misja ratunkowa rychło okazuje się kolejnym spotkaniem z przedstawicielami obcej, dotąd nieznanej cywilizacji. Brzmi jak typowa opowieść z udziałem uczestników „Gwiezdnej Włóczęgi”, a jednak w tym przypadku szybko okazuje się utworem gruntownie przemyślanym i o znacznej głębi fabularnej. Do tego Tom Palmer nadal na pokładzie tego projektu. 

Odp: Bo chodzi o to, żeby plusy nie przesłaniały nam minusów - sezon drugi
« Odpowiedź #799 dnia: So, 09 Maj 2026, 12:34:26 »
 Podsumowanie marca, znowu opóźnione, miałem nadrobić ale jakoś po raz kolejny miałem aktywny miesiąc. UWAGA JAK ZAWSZE MOGĄ POJAWIĆ SIĘ SPOILERY!!!


  "Batman:Łowy" - Doug Moench, Paul Gulacy. Story-arc wydany bardzo dawno temu niedaleko samego początku w jednej z najlepszych batmanowych serii a mianowicie "Legends of the Dark Knight" i szczerze mówiąc jedna ze sporych dziur na naszym rynku, która już dawno temu powinna być zasypana. Nie jest to z pewnością tytuł kalibru tych takich wszyscy wiemy jakich, które "każdy musi przeczytać" ale jednak istnieje w pamięci fandomu, zresztą o ile dobrze pamiętam to ten komiks w mojej świadomości przewija się już od czasów TM-Semic czyli gdzieś tam Marvel Arek musiał o nim wspominać na stronach klubowych. Ku mojemu zdziwieniu okazało się iż "Prey" nie jest jedynym komiksem w tym tomie, albowiem stanowi dokładnie jego połowę czyli pięć zeszytów, drugą połową będzie napisana po dziesięciu latach przez tych samych twórców bezpośrednia kontynuacja czyli "Terror". Fabuła ma miejsce gdzieś tam na samym początku kariery Batmana w czasie gdy nie posiadał on jeszcze nawet samochodu (co okaże się dosyć ważne). Jak to tradycyjnie bywa ma swoich fanów tak samo jak i przeciwników, do których należy również burmistrz, który aby pokazać wyborcom iż jest twardy, sprawczy i trzyma się dokładnie litery prawa składa obietnicę w trakcie talk show iż zostanie człowiekiem, który doprowadzi Batmana przed oblicze sądu. Do tego celu wyznacza Jima Gordona, jeszcze nie komisarza a kapitana, aby ten utworzył policyjny oddział specjalny mający na celu, tylko i wyłącznie zająć się tą sprawą a na swojego konsultanta bierze znanego psychologa Hugo Strange'a, który podejmuje się sprofilowania i odkrycia tożsamości mściciela. Gordon na dowódcę grupy wyznacza detektywa Maxa Corta wąsatego twardziela żywcem wyciągniętego z lat 80-tych (klasyka w opór - szanuję) i tutaj zawodzi go nos (jeszcze "młody" i niedoświadczony więc wybaczamy). Z założenia Maxowi ma się nie udać gdyż jest "głupi ale nie tępy" a także ma "obsesję aczkolwiek nie jest szalony", tyle że to nie do końca jest stan faktyczny, Max jest naprawdę szalony a napędzająca go determinacja potrafi zniwelować przymiotnik "głupi", dodając to iż do jego umysłu dobierze się dodatkowo jeszcze bardziej ześwirowany Strange oznacza, że Batman ma naprawdę duże kłopoty. W całą sprawę wmiesza się jeszcze Catwoman. Jak napisałem wcześniej dostaniemy tutaj jeszcze sequel tej historii. Oto po kilku miesiącach (czasu uniwersum) zza grobu powraca zwariowany doktorek, który zaczyna zabijać pragnąc przyciągnąć uwagę Nietoperza, za pomocą nieco niewiarygodnego fortelu wyciągnie z Arkham Johnatana Crane i razem stworzą swój mały House of Horror, mający stanowić śmiertelną pułapkę dla bohatera Gotham.
  Osobiście nie trawię rysunków Gulacy'ego, problemy jakie trawią plansze wykonane przez tego faceta są raczej zainteresowanym znane i jest ich zbyt dużo aby wymieniać. Ze swojej strony nadmienię tylko co mnie najbardziej drażni, kompletny brak umiejętności rysowania ludzi z jakiegokolwiek kąta co sprawia iż wszyscy wyglądają jak Quasimodo z kreskówki Disneya. Natomiast muszę przyznać iż akurat w "Łowach" jego rysunki nie są tak złe jak często bywały, może miał więcej czasu? A może ktoś mu kupił kątomierz i linijkę do wyznaczania linii perspektywy i mierzenia proporcji? Podobają mi się te płaskie, dawno nieużywane kolory a przede wszystkim sceny walki. Warto im poświęcić chociażby to jedno zdanie, Gulacy zdaje się przerysowywał po prostu scenki z jakichś podręczników samoobrony i innych tego typu pozycji w stylu "Walcz jak Bruce Lee". Z jednej strony nie bardzo dynamicznie to wyszło, z drugiej wygląda bardziej realistycznie niż większość scen bijatyk, jakie mamy okazję zobaczyć w komiksach tego typu. "Terror" to już niestety Gulacy, którego znam i nie lubię, momentami wygląda to naprawdę kuriozalnie.
  "Prey" jest komiksem kryminalno-sensacyjnym i ku mojemu zdziwieniu okazał się bogatszy w treść niż zakładałem na początku. Batman to nie jest niezwyciężony i nieomylny do zerzygania heros jakiego znamy dzisiaj, tylko początkujący w swoim fachu facet, którego zranić i to na różne sposoby da się jak najbardziej. Ten Batman potrafi dostać po gębie nawet od ulicznych zbirów, ale przecież taki przeciwnik jak Hugo Strange nie zadowoli się prymitywną wygraną na ubitym polu, od dręczenia fizycznego, które koniec końców ma tylko osłabić zwierzynę ma swojego pionka Maxa Corta oraz resztę policji. Tak, tym razem to nie Batman będzie polował, to on tutaj będzie celem polowania. Szalony profesorek pragnie udowodnić swoją wyższość intelektualną nad Batmanem. Batmanem, który nie tylko nie jest tą maszyną do pokonywania superłotrów, ale on nawet nie jest pewien swojego powołania. Mamy tutaj do czynienia z Bruce'em, który jest pełen wątpliwości nawet co do swoich własnych motywacji, czy działa z właściwych pobudek? Czy walczy o sprawiedliwość? Broni niewinnych? Czy może się miota z nieprzepracowaną traumą, albo kieruje nim tylko rządza zemsty? Wątpiący Batman jest łatwiejszym celem dla psychologicznego ataku, który ma go złamać, więc będziemy mieli swego rodzaju powtórkę z Knightfallu czy Sekty, aczkolwiek mam wrażenie iż może w skrótowej formie, ale jakoś lepiej tutaj rozpisaną. Na pewno mogą się spodobać rozwój współpracy Batmana z Jimem Gordonem, który sam wątpi w sensowność pokładania nadziei w wariacie, który przebiera się za nietoperza, czy Hugo Strange, który za pomocą oczywistej dedukcji (chociaż przeprowadzonej nieco okrężną drogą) odkrywa tożsamość zamaskowanego protagonisty. Jasne można się zżymać na niedorzeczne momentami plot twisty (powodowane głównie przez konieczność pewnej kompresji scenariusza), czy groteskową do bólu postać psychologa, który nawet w postaci "na co dzień" nie kojarzy się ze stabilną osobą, która miałaby pełnić jakiekolwiek funkcje publiczne, ale przymykamy na to oko. Część druga "Terror" jest niestety wyraźnie słabsza od oryginału, natomiast ciągle jest to całkiem niezły komiks, po prostu jest trochę "płycej" w tym przypadku. Wielki plus za mocno niespodziewany fabularny zwrot akcji, oraz szersze spojrzenie na Stracha na Wróble, dla fanów tego czubka. Ja wiem, że całkiem spore grono ludzi naśmiewa się z banalnego powiedzonka "kiedyś to bylo, teraz to nie ma" tyle, że nigdy tego tytułu nie czytałem więc o żadnym sentymencie nie ma mowy a po lekturze mogłem powiedzieć tylko "kiedyś to bylo, teraz to nie ma", od czasów "Impostera" żaden komiks z Batmanem nie sprawił mi tyle frajdy co "Łowy". Ocena 7+/10.


  "Marvel Noir" - autorzy różni. Dopełnienie świata Noir, z którym polski czytelnik miał okazję się w końcu po raz pierwszy zapoznać przy okazji tomu ze Spider-Manem. Tym razem zamiast jednego, czterech superbohaterów w czterech mini-seriach, każdej po cztery zeszyty czyli pełnia symetrii zachowana. Na pierwszy ogień idzie Daredevil autorstwa Alexandra Irvina z rysunkami Toma Cokera, obydwaj panowie raczej mi nieznani więc w sumie nie miałem żadnych oczekiwań. Początek najzupełniej klasyczny, do biura prywatnego detektywa wkracza dystyngowana i powabna rzecz jasna dama...no i właśnie tutaj mamy pierwszą różnicę nie prawnika a detektywa a detektywem okaże się nie kto inny a...Foggy Nelson, kuty na cztery nogi stary wyjadacz w swoim fachu u którego młodzieniaszek Matt będzie dopiero terminował (oczywiście Foggy doskonale wie czym po godzinach zajmuje się jego podopieczny). Dalej odhaczamy kolejne obowiązkowe podpunkty tego typu opowieści, wieczna noc, wieczny deszcz, pierwszoosobowa narracja, bohater zaplątany w swoje własne obsesje również seksualne (na punkcie kobiety podpowiem). Jest mrocznie, brutalnie i bez żadnych uśmieszków zza kadru. Przypomina to, to nieco wspomniane przeze mnie ostatnio Criminal Brubakera, wszystko jest tak na sztywnie i z kijem w tyłku, że o włos się mija z parodią gatunku, ale się mija a my jako czytelnicy dostajemy świetną chociaż może ciut mało oryginalną opowieść, która nie ma się czego wstydzić nawet na tle takich nazwisk jak Miller czy Bendis, zwłaszcza biorąc pod uwagę bardzo udane grafiki, kojarzące się nieco z rysunkami Andrei Sorrentino wsparte symulacją klasycznego kropokowanego rastru.
 Opowieścią numer dwa będzie Luke Cage, Mike Bensona i Adama Glassa z rysunkami Shawna Martinbrougha. Kolejna, faktycznie klasycznie noirowa opowieść tym razem, faktycznie detektywistyczna dla fanów klimatu Harlemu. Ot w czarnej dzielnicy zostaje zamordowana piękna blondynka z wyższych sfer. Dzisiaj będzie oznaczało to kłopoty dla okolicznych mieszkańców, w czasach międzywojennych oznaczało kłopoty o wiele większe, nic więc dziwnego, że całkiem sporo osób jest zainteresowanych rozwiązaniem sprawy. Do roli detektywa wyznaczony zostanie Luke Cage, który właśnie...opuścił więzienie (niespodzianka). Powiedziałbym, że nie do końca podeszło mi do gustu to opowiadanie, bo rozwiązanie zagadki to kompletna abstrakcja. Poważnie, autorzy co prawda wzorem każdego kiepskiego pisarza kryminału nie dają żadnego tropu czytelnikowi do rozsupłania sprawy samemu, ale w sumie wcale się nie dziwię, nie wierzę, że istnieje choćby jedna osoba na tym łez padole, która odgadłaby może nie kto zabił tylko dlaczego. Natomiast autorzy w rewelacyjny sposób zabawili się z samą postacią Luke'a, tutaj faceta z zachowania przypominającego bardziej gangstera niż superbohatera (zresztą sam twierdzi bo narracja też oczywiście pierwszoosobowa, że za niewinność nie siedział) a to ledwie początek. Poważnie jak tworzyć alternatywne wersje postaci to jest wzór-konspekt jak z pomocą wcale nie tak olbrzymich zmian, można podyskutować z mitologią danej postaci. No i wisienka na torcie, czyli zakończenie rodem z Sin City. Jeżeli nawet mini-seria nie przypadnie nam do gustu jako całość to warto chociażby dla tych kilku ostatnich stron.
  Jako trzeci trafi nam się Iron Man napisany przez Scotta Snydera i rysunkami Manuela Garcii. To dokładnie ta sama postać, która wystąpiła w tomie ze Spider-Manem więc tym razem nie dostaniemy noir a przygodową pulpę. A w niej morskie potwory, faszyści z monoklami i ich piękne agentki, dieselpunkowe zbroje, nowego autora magazynu przygód Tony'ego czyli Franka Finlaya znaczy się Pepper Potts pod pseudonimem. Na przygodowo, na wesoło i na akcyjnie. No i mniej więcej poziom wyżej niż to co w Spider-Manie Noir.
  Jako ostatni na tapetę trafi Punishera Franka Tieriego z rysunkami Paula Azacety i ta historia najmniej ze wszystkich przypadła mi do gustu. Fajny pomysł na dwóch Punisherów czyli ojca i syna i właściwie chyba tyle. Bo oprócz tego dostaniemy jakiś dziwny wątek żydowskości Franka (tutaj Castelione czy jakoś tak, podobnie do oryginału, ale nie tak samo), który z jednej strony zajmuje trochę miejsca z drugiej nie wiadomo czemu służy a historii zdecydowanie brakuje kilku stron. Oraz nieco groteskowy klimat (ten olbrzymi transwestyta to niedorzeczny koszmarek) rodem z "Witaj ponownie Frank", który na tle całej historii, która stara się być na poważnie wypada no cóż...groteskowo. Nawet rysunki Azacuety, którego bardzo cenię, wypadają jakoś tak marniej niż zwykle. Nie to może, aby była tragicznie, ale...
  Nie będę więcej smędził, no mi się podobał ten tom, jest wyraźnie lepszy niż Spider-Man. Co prawda każde następne opowiadanie, wydaje mi się słabsze niż poprzednie, ale zaczynamy z na tyle wysokiego poziomu, że na koniec na pewno nie będziemy szorować po dnie. Naprawdę warto, chociażby dla pierwszych dwóch komiksów. Jeżeli tylko nie będzie nam przeszkadzać fakt, że nie są to komiksy, które odmienią nasze życie, ani redefiniują swój gatunek, lub chociażby stanowią dla niego jakiekolwiek kamienie milowe a od siebie daję dodatkowego plusa za brak żarcików. Dodatkowa ciekawostka, wydano już u nas większość i brakuje tylko przygód X-Men, które w sam raz zmieściłby się w trzecim nieco cieńszym tomie. Ocena 7/10.


  "Pochyłe Dziecko" - Benoît Peeters, Francois Schuiten. Fabularne rozwinięcie "Pochyłej Mary" z tomu "Droga do Armilii". Autorzy ponownie postanowili nieco poeksperymentować z formą swojego tworu, komiks składa się z trzech naprzemiennych  wątków, które na sam koniec splecą się ze sobą. Pierwszy to historia Mary Van Rathen i jest to pod względem fabuły niemal dokładnie ten sam komiks co w "Drodze...", oczywiście mocno rozszerzony w objętości w stosunku do oryginalnego shorta z wyjątkiem zmienionego zakończenia. Drugi to historia grupy naukowców dokonujących bardzo ważnego odkrycia (dzięki któremu dowiadujemy się, ze "przekrzywienie" dziewczyny to żadne czary). Trzeci zobrazowany za pomocą fotografii to pamiętnik pewnego wypalonego twórczo malarza, który w 1898 roku aby odzyskać wenę zakupuje dom na odludziu gdzieś niedaleko południowego wybrzeża Francji (zaskoczenie).
  Szczerze mówiąc nie do końca wiem co mam myśleć o tym tomie. Najbardziej problematyczna wydaje się tytułowa bohaterka, jej po prostu nie da się polubić. Z jednej strony przesłanie twórców jest dosyć jasne i całkiem uniwersalne, dotyczy się odrzucenia przez społeczeństwo (w jakiejkolwiek formie) wszystkich nie pasujących do "wzorca". Z drugiej nie dałem rady współczuć w którymkolwiek momencie Mary bo z jej postawy przebija się skrajny egocentryzm. W jej dialogach wiecznie słychać "ja, ja, ja..." przy braku jakiejkolwiek refleksji nad swoją własną postawą w stosunku do innych (nie to, żeby otoczenie jakoś szczególnie jej dobrem wypłacało, bo większość stara się ją raczej wykorzystać). Są tacy, którzy mogą widzieć w jej postępowaniu wysoko rozwinięty indywidualizm połączony z koncentracją na realizacji swoich pragnień, mi najbardziej w oczy się rzucało jak bardzo ona ma wszystko i wszystkich w dupie. Co najlepsze na sam koniec, Mary jako mimo że wagabundka to potomkini wysokiego rodu zostaje zarządzającą (nie jest podane jak dokładnie funkcja się nazywa) miasta z którego pochodzi i oczywiście okazuje się w tym idealna i kochana przez całe społeczeństwo. Prawdopodobnie autorzy starali się zasugerować iż to jej niedopasowanie sprawiło wzrost poziomu empatii dzięki, któremu potrafi spojrzeć na każdy problem z różnych punktów widzenia. Szkoda tylko, że nie bardzo to wynika z fabuły. Do tego trochę rozważań o sztuce, nie moje poletko więc trudno mi to ocenić. Za to bardzo ważna wiadomość dla wszystkich co fascynują się światem Mrocznych Miast, ten komiks bardzo mocno określa jego status quo. Rysunkowo zdecydowanie najlepszy póki co ze wszystkich tomów, tzn. jeżeli ceni się klasyczną, realistyczną kreskę. Ogólnie komiks jak najbardziej w porządku, ale jakoś mnie nie zachwycił, z pewnością nie miałem poczucia straconego na lekturę czasu, ale też i jakoś nie doznałem uczucia, że mam do czynienia z czymś chociażby naprawdę dobrym. Ocena 6+/10.

 
  "Liga Sprawiedliwości tom 4 - Szósty Wymiar" - Scott Snyder i inni. Ziemię nawiedza Mxyzptlk z pozoru wróg, który okaże się przyjacielem. Okaże się, że zdaje on sobie sprawę z zagrożenia jakim jest Perpetua więc wspomoże siły dobra wysyłając Supermana do jakiegoś szóstego wymiaru aby spotkali trzech braci synów kosmicznej demonicy (koncepcja czym jest szósty wymiar będzie tłumaczona, ale dosyć mętnie zdaje się z łamaniem czwartej ściany włącznie a i tak koniec końców to wygląda jak jakiś standardowy alternatywny wszechświat). Kilka sekund po zniknięciu w portalu Superman powróci, ale starszy o jakieś kilkadziesiąt lat i oznajmi "Wygraliśmy" po czym zaprosi resztę Ligi do przyszłości. Do przyszłości, gdzie bohaterowie spotkają również swoje odpowiednio starsze wersje. Do przyszłości świetlanej, epoki pokoju i dobrobytu w której pokonano wszelkie zagrożenia łącznie z Perpetuą. Ale uwaga!!! Nie dajcie się zwieść, podstarzali superbohaterowie okażą się tak naprawdę źli (nikt nie spodziewał się hiszpańskiej inkwizycji!!!) a ich sposób na zwycięstwo nie do przyjęcia dla kogoś, kto jest superbohaterem, co wiadomo musi skończyć się wielkim mordobiciem, co dosyć interesujące po stronie tych popsutych opowie się Batman, który stwierdzi iż wyliczył że nie było innego wyjścia aby odnieść zwycięstwo (spokojnie wiadomo, że to jego standardowy plan w planie który jest w innym planie). W każdym bądź razie po załatwieniu sprawy w wymiarze szóstym do Ligi dołączy nowa postać czyli sam Kowal Światów, tyle że po powrocie okaże się...że sytuacja jest jeszcze gorsza niż wcześniej, Lex wykonał swój ruch. Końcowa część tomu to mini-seria w serii trzyzeszytowe "Apex-Predator" w którym Luthor zabijając J'Onna i przejmując jego DNA przemienia się w szczytową formę dwunogiego drapieżnika, który leżał u podstaw planu Perpetuy stworzenia armii mającej pobić resztę superbogów. Rysunkowo dalej poziom naprawdę dobry, podobała mi się scena zbiórki międzywymiarowych superbohaterów w której widzimy różne alternatywne wersje Ligi Sprawiedliwości a pomiędzy nimi, drużynę bohaterów Marvela, wiadomo że nie odtworzoną 1:1, ale bez trudu da się rozpoznać kto jest kto a ja lubię takie żarciki. Komiks całkiem niezły, nie nudziłem się aczkolwiek poprzedni nieco bardziej przypadł mi do gustu, mimo tego po kiepskim początku ku mojemu zdziwieniu Snyder i Tynion 4 radzą sobie jakoś. Ocena 6/10.


  "Astonishing X-Men tom 3 - Dopóki Starczy Tchu" - Matthew Rosenberg, Greg Land i inni. Dokończenie serii Astonishing, zmiana autora = w tym przypadku zmiana właściwie kompletnie wszystkiego. Możemy zapomnieć o poprzednich dwóch tomach, tom z numerem trzy nie ma z nim kompletnie nic wspólnego no z wyjątkiem tego, że występują mutanci. Na pierwszy plan w tym wypadku wysuwa się Havok, o którym dowiemy się, że próbuje wrócić na superbohaterską ścieżkę po tym jak został superłotrem i próbował zniszczyć cały świat (oczywiście polski czytelnik poruszający się tylko wśród wydań polskojęzycznych nie ma prawa wiedzieć o co chodzi, tutaj napomknięto tylko, że nie do końca była to wina Alexa). Bohater ciągle poszukiwany przez policję najpierw spotyka Avengers, którzy po starej znajomości przymkną na niego oko, ale nie oszczędzą kilku cierpkich słów które można porównać do kopa w jaja. Jeszcze bardziej soczystego kopa w te same miejsce dostanie po powrocie do Szkoły Dla Młodych Talentów, od aktualnej  przywódczyni X-Men, która stwierdzi, że nie może siebie już nazywać X-Menem, nie ma żadnego prawa do podejmowania jakichkolwiek decyzji i ogólnie żeby zrobił wypad z posiadłości i już więcej się nie zjawiał. Co zrobi w takim razie młody, rzutki i ambitny superbohater (którym młodszy Summers raczej nie jest)? No oczywiście, założy swoją własną konkurencyjną supergrupę, rekrutując jej członków spośród kiedyś bardzo prominentnych członków drużyny a dzisiaj wyrzutków na peryferiach świata herosów. I tutaj muszę zaznaczyć, że rooster bardzo przypadł mi do gustu a wszystkie te postacie niegdyś bardzo lubiłem. Alex rozpocznie budowę nowego teamu od Beasta, który porzucił fach herosa i został wykładowcą uniwersyteckim i który weźmie ze sobą Seana Cassidy zamienionego w bezmózgiego zombie (znowuż nie wiadomo o co chodzi, ten wątek akurat był okropny, dlaczego Beast trzymał go w takim stanie?), do tej trójki dołączą jeszcze Dazzler (hell yeah!) bez powodzenia próbująca wskrzesić swoją karierę piosenkarki, Colossus rozpaczający po kolejnym zerwaniu z Kitty=Katyą w stylu prawdziwego Ruska czyli zapijający się hektolitrami wódy i zarastający brudem oraz Warpath wysłany przez Katiuszę po to aby Havoka na wszelki wypadek mieć na oku. Wrogami będą Reavers (których też zawsze lubiłem), z którymi X-Men będą musieli podpisać chwilowe zawieszenie broni, aby przeciwdziałać spiskowi jednej z agencji wywiadowczych.
  Rysunki Land i Edwards czyli wyższe stany średnie. Nie ma się czym zachwycać, ale też i nic nie spowoduje skrzywienia ust. Energetyczny, wyrazisty dobrze się klei z fabułą utrzymywaną w szybkim tempie. Przy okazji poprzedniego tomu wspomniałem o Soule'u jako zadaniowcu, cóż w tym przypadku Rosenberg jest jeszcze bardziej nastawiony na cel. A mianowicie w tamtym momencie cała seria już była ustawiana pod start Hickmana, więc scenarzysta dostał do zrobienia komiks o X-Menach, który stanie całkowicie gdzieś z boku i nie będzie już absolutnie nic mieszał w zastanym status quo i udało mu się zrealizować to zadanie całkiem nieźle. Ogólnie jak słyszę gdzieś zlepek słów Marvel i humor to zazwyczaj dostaję torsji, ale tutaj mamy do czynienia w gruncie rzeczy z luźnym i zabawnym (mniej lub bardziej, nie oszukujmy się raczej mniej) akcyjniakiem, po przeczytaniu którego, zresztą ku mojemu zdziwieniu zorientowałem się że ani się nie nudziłem ani nie irytowałem ani nie dostałem torsji a w gruncie rzeczy całkiem miło spędziłem czas. Jako bonus dostaniemy Annual opowiadający o pierwszym spotkaniu nowego Xaviera-X ze swoimi starymi uczniami, który nie dość że okaże się całkiem niezły fabularnie (jak dobrniemy do końca, bo przez większość czasu wydaje się niespecjalnie ciekawy) to jeszcze bardziej zwraca uwagę rysunkami Travela Formana, które z jednej strony wydają się bardzo paskudne z drugiej tak oryginalne w przypadku komiksu superhero, że aż interesujące. Po krótce, cieniutki tomik przez który przebijemy się dosyć szybko, bez jakichkolwiek aspiracji do dostania się któregoś ze zbiorów "best off", który podejrzewam jednakże, że da kilka chwil radości zwłaszcza fanom mutantów a choćby i samym faktem że przy lekturze nie będą oni zmuszeni do przewracania oczami. Ocena 6/10.


  "Bohaterowie i Złoczyńcy tom 7 Nieskończony Kryzys:Projekt OMAC" - autorzy różni. Event prowadzący do jeszcze większego eventu, o tempora o mores. Dosyć obszerny tom przełamany na pół, aczkolwiek niesymetrycznie, druga historia jest nieco dłuższa. Zaczniemy od czegoś zwącego się "Odliczaniem do Nieskończonego Kryzysu" w którym pióra moczyło aż trzech scenarzystów i nie są to nazwiska z łapanki a mianowicie byli nimi Geoff Johns, Greg Rucka oraz Judd Winick. W odliczaniu żadnego zegara nie zobaczymy, za to poobserwujemy miotanie się Teda Korda, który prowadząc śledztwo tajemniczego odpływu pieniędzy oraz kradzieży sprzętu ze swojej podupadającej firmy wpadnie na trop wielkiego spisku, gdy okaże się, że ktoś wszedł w posiadanie wszystkich najbardziej wrażliwych danych wszystkich członków Ligi Sprawiedliwości. Część druga będzie stanowić de facto konkluzje wynikające ze śledztwa Blue Beetle'a, w których okaże się, że jedna z wywiadowczych agencji Check-Mate aż dwa razy utraci kontrolę nad sama sobą. Najpierw poprzez działania swojego nowego szefa (który zdaje się zwariował) a później po jego "dymisji", zostanie przejęta przez jego tajny plan, który dosłownie zaczął żyć swoim własnym życiem, co będzie skutkowało wypuszczeniem na świat OMAC-ów morderczych androidów mających za zadanie wymordowanie wszystkich meta-ludzi na całej Ziemi. Obydwie historie przedzieli jeden zeszyt Supermana w którym przedstawiony zostanie czytelnikowi pierwszy atak OMAC-a, aczkolwiek nie wydaje się on niezbędny (ogólnie konstrukcja tego tomu jest nieco dziwna, ale o tym za chwilę).
   Nudzi mi się trochę już pisanie tego za każdym razem, ale jak zwykle w przypadku DC rysunki trudno określić jako coś poniżej poziomu dobry, nazwiskami jakie pojawiają się w rubryczce "ołówek" są na przykład Rags Morales, Ivan Reis czy Phil Jimenez więc zorientowani zdają sobie sprawę, że ci panowie fuszerki nie odstawiają. Może i słabiej się robi jak pałeczkę przejmuje niejaki Cliff Richards, ale i to nie jest coś co sprawiałoby że z wielką przykrością będziemy przewracać kolejne strony.
   Trochę takie mieszane uczucia mam co do tego tomu. Pierwsza historia ta z Blue Beetlem w sumie przypadła mi do gustu, na pewną (bardzo, bardzo małą skalę) miałem pewne skojarzenia z Watchmenami, wiecie samotny bohater-detektyw naprzeciwko całego świata, wrogów którzy na niego polują i przyjaciół którzy nie pomagają. Do pełni szczęścia brakuje mu tylko prochowca i kapelusza. Jakiś tam klimacik jest, zagadka w sumie też wciągająca. Troszeczkę drażni wieczne stękanie Teda Korda jaki on jest mały i nic nie znaczący w stosunku do pierwszej ligi Ligi i ogólnie że wszyscy mają go gdzieś, mam wrażenie że autor chciał podkreślić brak pewności siebie i kompleksy bohatera, ale czytając o tym co drugą stronę podejrzewamy raczej depresję w tym przypadku, jeszcze gorzej się robi jak dołącza Booster Gold, który jak wiadomo jest jeszcze większym frajerem. Zakończenie może jakieś 30 lat temu lub w komiksie innego gatunku uznałbym za świetnie, dzisiaj i w tym miejscu powoduje tylko gorzki uśmiech. Dalej robi się trochę dziwnie, bo wydarzenia rozegrały się w kilku różnych seriach i nie wiedzieć dlaczego wybrano zeszyt Supermana z pierwszym atakiem Omaca, który szczerze mówiąc na tle innych streszczonych w antrakcie wydaje się kompletnie nieistotny. Sam Project Omac zaczyna się w sumie interesująco, scenarzyści starali się oddać nieco szpiegowskie klimaty i personalne rozgrywki w Szach-Macie co wyszło nawet zgrabnie. Niestety, ale wyraźnie zabrakło już pomysłu na zakończenie przemieniające się w banalną eventozę w której "niepokonane" Omaki standardowo degradowane są do roli szeregowych kitowców branych na strzał a Batman okazuje się po raz kolejny kompletnym kretynem. No nie wiem w sumie co mam powiedzieć, miałem chyba nadzieję widząc nazwiska scenarzystów na coś lepszego a dostałem komiks dobry, który obniża loty ze strony na stronę właśnie w stronę średniaka. Ocena niech będzie zatem również pośrodku między jednym a drugim -6/10.

Offline michał81

Odp: Bo chodzi o to, żeby plusy nie przesłaniały nam minusów - sezon drugi
« Odpowiedź #800 dnia: So, 09 Maj 2026, 13:27:52 »
Dodatkowa ciekawostka, wydano już u nas większość i brakuje tylko przygód X-Men, które w sam raz zmieściłby się w trzecim nieco cieńszym tomie.
Czy ja wiem czy takim cieńszym? Weapon X Noir + Wolverine Noir + X-Men Noir + X-Men Noir: Mark of Cain prawie taki sam objętościowo.

Odp: Bo chodzi o to, żeby plusy nie przesłaniały nam minusów - sezon drugi
« Odpowiedź #801 dnia: So, 09 Maj 2026, 14:10:18 »
  Jakoś tak na palcach liczyłem i wyszło mi mniej ze 100 stron lekko licząc.

Offline Nawimar III

Odp: Bo chodzi o to, żeby plusy nie przesłaniały nam minusów - sezon drugi
« Odpowiedź #802 dnia: Pn, 01 Czerwiec 2026, 00:28:48 »
Maj
 
Marvel-Must-Have t.19. Superbohaterowie Marvela: Turniej Mistrzów – polskiej edycji tej, jak czas pokazał, przełomowej opowieści, wypatrywałem od dawna, choć szczerze pisząc nie spodziewałem się realizacji tego oczekiwania. Nie da się bowiem ukryć, że „Turniej Mistrzów” to z dzisiejszej perspektywy propozycja przede wszystkim dla pasjonatów konwencji i jej procesu rozwojowego. Nie jest również tajemnicą, że publikacja tego projektu przekonała ówczesnych włodarzy Domu Pomysłów do kolejnego tego typu projektu, czyli „Tajnych Wojen”, które (nie wnikając przy tym w ogólną jakość tego przedsięwzięcia) walnie przyczyniły się do utrwalenia trendu w ramach wspomnianej konwencji przejawiającej się wydarzeniami angażującymi ogół superbohaterskich społeczności. Oczywiście już wcześniej tego typu inicjatywy przytrafiały się zarówno w uniwersum DC (kooperacji herosów z Ziemi-1 i Ziemi-2), jak i Marvelu („Wojna Avengers z Defenders”); niemniej to właśnie niniejszy, nieco przypadkowy eksperyment okazał się prototypem modelu opowieści, bez którego nie sposób wyobrazić sobie zasadniczych ram superbohaterskiej konwencji. Dodatkowym walorem tej „zbiorówki” jest udział w niej takich plastyków jak John Romita Młodszy, Bill Sienkiewicz, Jackson Guice, Tom Palmer, Marshall Rogers oraz przedstawiciel czołówki moich ulubionych komiksowych plastyków w osobie Kevina Nowlana. Cieszę się, że mamy to!

Skradziony skarb
- ten komiks miał w sobie wszystko co potrzebne, by chociaż w wyobraźni na moment wydobyć się z siermięgi schyłczanego PRL: wartką akcję, egzotyczne plenery, zdeterminowanego protagonistę i szałową blondynkę. Nie było zatem zaskoczenia, że Jerzy Wróblewski brawurowo wręcz odnalazł się w roli ilustratora tej opowieści, która dla wielbicieli sensacji nadal może okazać się emocjonującą lekturą. Dodatkową atrakcją tego wydania jest publicystka w wykonaniu Macieja Jasińskiego, wnikliwie zaznajomionego z twórczością i spuścizną mistrza Jerzego.

Guy Gardner: Warrior nr 29 - Booster Gold, Ozymandiasz czy przedstawiciele Fantastycznej Czwórki to tylko pierwsze z brzegu przykłady rodem z superbohaterskich społeczności chętnie i skwapliwie na swoim wizerunku zarabiające. Na ówczesnym etapie ich tropem zdecydował się podążyć protagonista niniejszej serii, uruchamiając sieć barów ,,Warrior”. Huczny przebieg uroczystego otwarcia pierwszego z nich po brzegi wypełnił ramy tego epizodu. O tyle to nie dziwi, że stawili się nań niemal wszyscy herosi ówczesnego uniwersum DC (w tym obecnie już niemal zapomniane grono takich osobowości jak m.in. Fate, Damage i Gunfire). Jak nie trudno się domyślić nie obyło się bez przysłowiowej ,,burdy na weselu”, co z pieczołowitością i uwielbieniem dla detali ujął w kadr wielce utalentowany Phil Jimenez (,,New X-Men”, ,,Nieskończony Kryzys”). Tym samym można zaryzykować ostrożne twierdzenie, że akurat ta odsłona serii ,,Guy Gardner: Warrior” okazała się swoistym mikro-crossoverem.

Bat-Man: Pierwszy Rycerz
– teoretycznie to się mogło udać; sprzyjała temu już tylko okoliczność osadzenia niniejszej opowieści w roku debiutu Mrocznego Rycerza, kiedy to forsowany przez administracje ówczesnego prezydenta Stanów Zjednoczonych Nowy Ład stopniowo wytracał swoją moc sprawczą, a kolejny globalny konflikt zdawał się już nieunikniony. Trudno byłoby zatem o bardziej dojmującą nastrojowość. A jednak po lekturze opowieści takich jak właśnie ta trudno opędzić się od poczucia, że w jej przypadku wszyscy stracili czas – począwszy od jej pomysłodawcy, plastyka i redakcji, poprzez realizatorów polskiej edycji tego przedsięwzięcia. Stąd przynajmniej w moim przypadku „Pierwszy Rycerz” okazał się fabularną pustką z której niewiele sensownego wynika. 

Star Trek nr 13 - ach, ci Klingoni... Same z nimi problemy... A przynajmniej na przybliżanym w tej serii etapie dziejów Gwiezdnej Floty, gdy o zamustrowaniu na pokład jednej z jej jednostek rekrutów pokroju Worfa nie mogło być wówczas jeszcze mowy. Dlatego w tej odsłonie ,,Gwiezdnej Włóczęgi” konfrontacja z dążącymi do zdominowania kolejnego świata Klingonami nie uwzględnia brania jeńców. A wszystko to wśród przedstawicieli cywilizacji z miejsca wzbudzającej skojarzenia z inną słynną marką fantastyki naukowej.
 
Action Comics nr 709 - kolejna odsłona tourneé odmienionego Guya po rubieżach uniwersum DC. Była już okazja do odwiedzenia zyskującej na popularności serii ,,Green Lantern vol.3”; tym razem natomiast ,,Broń Ostateczna Vuldarian” trafia do najstarszego tytułu z udziałem Człowieka ze Stali. Ilustracja zdobiąca okładkę tej odsłony ,,Action Comics” nie pozostawia złudzeń co do charakteru wizyty Guya w Metropolis... Wzajemnych ,,uprzejmości” zatem tu nie brakuje, co umiejętnie ujął w kadr Jackson Guice, notabene autor warstwy plastycznej poprzedniej wizyty Guya na łamach tego tytułu (w numerze 688).
 
Guy Gardner: Warrior nr 30 - tym razem to Kal-El zagościł w solowym tytule Guya. Formuła z ,,Action Comics”, tj. wywołana czynnikami innymi niż racjonalne konfrontacja, znajduje tu swoje przedłużenie. Przy tej okazji Mitch Byrd dołożył starań by podczas rozrysowywania protagonisty tej serii nie zabrakło efektowności na miarę oczekiwań ówczesnych czytelników. Przy okazji w sposób szczególny daje o sobie znać skala wyzwań z którymi Guy zmuszony jest się borykać jako powiernik genetycznego dziedzictwa Vuldarian.
 
Marvel Origins t.87: Spider-Man 14
– na tym etapie rozwoju serii Stan Lee mógł już sobie pozwolić na cytowanie samego siebie (a przy okazji również pierwszego rysownika tej serii w osobie Steve’a Ditko), co wbrew pozorom nie odbierało temu przedsięwzięciu jego nośności, a wręcz ją pogłębiało. Równocześnie rangę wiodącego wątku zdaje się stopniowo zyskiwać relacja Petera z Gwen Stacy, a przy okazji również jej ojcem, kapitanem Stacy. Czas pokazał, że to właśnie ta relacja stać się miała jedną z najbardziej cenionych przez wielbicieli przypadków „Przyjaciela z Sąsiedztwa”.

Star Trek nr 14 – Martin Pasko najwyraźniej dobrze poczuł się w roli scenarzysty tej serii i tym samym po raz kolejny to właśnie on raz jeszcze zaproponował fabułę z udziałem załogantów USS Enterprise. Tym razem, przy okazji wizyty wspomnianych na jednym ze światów układu Zeta Reticuli, sięgnął on po motyw rodem paleoastronautyki. Po raz kolejny okazuje się zatem, że cywilizacja starożytnego Egiptu niekoniecznie była tworem tylko i wyłącznie lokalnym… Z współczesnej perspektywy nieprzesadnie oryginalna koncepcja okazała się kanwą dla całkiem umiejętnie opowiedzianej historii.

Marvel-Must-Have t.20. Hulk: Tumult Fugit
– Peter David to scenarzysta bez którego nie sposób wyobrazić sobie dziejów marki „Sałaty Marvela”. Jego powrót do współtworzenia perypetii Hulka był zatem nielichym wydarzeniem; tym bardziej, że szanowny pan scenarzysta niezmiennie był w dobrej twórczo formie. Nic zatem dziwnego, że także zawarta w niniejszym tomie opowieść okazała się przekonująco rozpisaną wędrówką ku głębi złożoności umysłowości Bruce’a Bannera, a przy okazji także zielono-szarych hipostaz Hulka w niej „zakotwiczonych”. Mimo że nie brakuje tu tzw. rozwalanki, to jednak nacisk położono przede wszystkim na analizę trawiących nieszczęsnego naukowca traum i emocjonalnych złogów. Przebieg tej opowieści fachowo rozrysował Lee Weeks, a skonkludował ją skądinąd dobrze Peterowi Davidowi znany Jae Lee. 

Guy Gardner: Warrior nr 31 - także tym razem Beau Smith postawił na sprawdzone już przezeń ,,chwyty” czyli mnogość obsady, powracające niczym batarangiem odniesienia do pozaziemskiego dziedzictwa Guya oraz kłopoty z zachowaniem kontroli nad jego wciąż nowymi zdolnościami. Mnie to kupuje; tym mocniej, że całość ujęto efektowną kreską Mitcha Byrda. Krótko pisząc przyjemny rozrywkowiec, który póki co za każdym razem chłonę z niemałą przyjemnością.

Star Trek nr 15 - kolejna misja i kolejny popis improwizowanej zaradności podkomendnych kapitana Kirka, a przy okazji również jego samego. Po raz kolejny znać, że Martin Pasko bardzo dobrze czuł się w roli scenarzysty tego tytułu, a Gil Kane (którego zaangażowano do zilustrowania tego epizodu) również wykazał się pełnią profesjonalizmu.
 
Marvel Origins t.88: Fantastic Four 17
– wydawało się, że po ponad siedemdziesięciu odsłonach serii, która zapoczątkowała Erę Marvela Dynamiczny Duet odpowiadający za jej realizacje do cna wystrzela się z konceptualnego potencjału. Tymczasem nic z tych rzeczy, bo mimo żonglowania wcześniej już sprawdzonymi konceptami (by wspomnieć trzy kluczowe w tym tomie osobowości, tj. Psycho-Mana, Silver Surfera i Galactusa) panowie Lee i Kirby zdołali zaproponować zbiór fabuł, które pomimo upływu blisko sześciu dekad od ich pierwotnej prezentacji nadal iskrzą mnogością emocjonujących pomysłów i wizualizacjami ryjącymi uwrażliwioną na komiksowe piękno banię z mocą eksplodującej bomby Gamma. Możliwość rozpoznawania klasyki tej rangi i jakości to przynajmniej jak dla mnie radość w najczystszej postaci. 

Wielki Grom – truizmem jest stwierdzenie w myśl którego plaga rozwodów uderza przede wszystkim w dzieci z rozbitych związków. Z problemem tym boryka się również nastoletni Olek, bohater realizacji, która pierwotnie planowana była jako produkcja filmowa. Muszę przyznać, że po jej lekturze z jednej strony mogę tylko żałować, że taki film nie powstał (przynajmniej jak dotąd); z drugiej natomiast cieszę się, że jego scenariusz nie przepadł i doczekał się realizacji w tej właśnie formule. Wątek quasi-superbohaterski oraz umiejętna polemika z często lansowaną obecnie teorią kryzysu męskości wzbogaca tę spójnie „pospinaną” fabułę. Mam nadzieję, że pomimo niełatwych realiów rynkowych autorom – Stanisławowi Szumiejko i Bartłomiejowi Sicie – nadal będzie się chciało twórczo realizować w ramach komiksowego medium.
 
Guy Gardner: Warrior nr 32 - przepoczwarzenia zarówno Guya, jak i solowej serii z jego udziałem najwyraźniej okazały się niewystarczające. Niniejszy epizod (notabene inicjujący nową mini-sage pt. ,,The Way of Warrior”) jest zatem kolejnym etapem w ,,extremizacji” tego przedsięwzięcia według schematów praktykowanych we wczesnym Image Comics. Dodam, że jak dla mnie z dzisiejszej perspektywy całkiem dobrze przyswajalnej. Szerokokątne kompozycje rozciągnięte na dwie plansze podsycają epicki wymiar zawartej tu opowieści, a gościnny występ ówczesnego, obecnie zapomnianego składu Ligi Sprawiedliwości (w jej szeregach udzielali się wówczas m.in. znani z serii ,,Infinity Inc.” Obsidian i Nuklon) dodatkowo zwiększyło dramatyzm zmagań z zagrożeniem blisko powiązanym z pozaziemskim dziedzictwem Guya.
 
Legendy X-Men: Whilce Portacio – mimo że w tzw. liczbach bezwzględnych perypetie Złotego Zespołu X-Men nie cieszyły się aż takim wzięciem jak Zespołu Niebieskiego (tj. pododdziału tej drużyny dowodzonego przez Scotta „Cyclopsa” Summersa), to jednak nie sposób odmówić im epickości i rozmachu na miarę najbardziej wymagających wyzwań z którymi zmuszeni byli mierzyć się wychowankowie Charlesa Xaviera. Tym lepiej się stało, że także ta część historii mutantów Marvela została u nas przypomniana i uzupełniona o fragmenty w czasach TM-Semic pominięte. Ładnie się to „spina” z jednej strony z „Legendami X-Men: Jim Lee”, z drugiej z opublikowaną/wznowioną w ramach „Punktów zwrotnych” „Pieśnią egzekutora”. Czytelnicy, którzy ponad trzy dekady temu nie mieli możliwości zapoznać się z tymi historiami teraz będą mieli okazje uczynić to kompleksowo. Z kolei fani sięgający pamięcią do czasów świetności „Drużyny z Rzymskiej” zyskali okazję by je sobie odświeżyć we współczesnej jakości poligraficznej.

Star Trek nr 16 – wizyty załogi USS Enterprise w odległych światach zamieszkiwanych przez podejrzanie znajome istoty to przynajmniej w przypadku podkomendnych Jamesa T. Kirka niemal standard. Tak się sprawy miały także w tej serii, czego przykładem, obok m.in. epizodów czwartego i piątego, jest także niniejszy. Zdobiąca jego okładkę ilustracja nie pozostawia pod tym względem wątpliwości i tym samym załoganci wspomnianej jednostki Floty Gwiezdnej natykają się na… skrzaty… Nie trzeba zapewne szczególnej przenikliwości, by domyślić się, że nie będzie to spotkanie na wzór interakcji sierotki Marysi z poddanymi króla Błystka, tudzież Thorgala z Tjahzim…
 
Kapitan Żbik: Smutny finał - po lekturze ostatniego epizodu oryginalnych przypadków tytułowego oficera MO chciałoby się rzec: gdzie Jan Żbik nie może, tam eSBeka pośle. I rzeczywiście w tej odsłonie przez wielu wielbionej serii inicjatywę przejawia nade wszystko oficer SB, który sprytnie ogrywa siatkę złoczyńców parających się szpiegostwem przemysłowym. Sam zaś major Żbik z rozbrajającą szczerością przyznaje, że jego rola dobiegła końca... Czas ,,miziania” się z tzw. ludem pracującym miast i wsi znalazł wówczas swój faktycznie smutny finał, a zarządzająca PRL-em klika kremlowskich sługusów zdecydowała się ów lud stratować wojskowymi buciorami... W tym kontekście ostatniego ,,Żbika” można śmiało uznać za mimowolnie trafne popkulturowe ujęcie zjawiska ostatecznego tąpnięcia złudzeń o „socjalizmie z ludzką twarzą”.

Tytus, Romek i A'Tomek: Nowe Przygody, Księga I
- ogólnie dobrze, że ta inicjatywa doczekała się realizacji. Jednocześnie jednak za jej sprawą raz jeszcze unaocznia się jak niepowtarzalnym fenomenem był Papcio Chmiel. Dlatego o skali dosycenia w ,,dowciplinę”, porównywalną z utworami rzeczonego nie sposób tu mówić. Osobiście nie jestem przekonany czy jej osiągnięcie w ogóle jest możliwe; niemniej skoro zjawili się śmiałkowie chętni do sprawdzenia swoich na tym polu sił, to mimo wszystko chętnie pochodnej ich twórczych wysiłków będę się przyglądał i im kibicował. 

Guy Gardner: Warrior Annual nr 1 - gdy w 1995 r. letnie wydania specjalne tytułów publikowanych przez DC Comics poświęcono uzupełnieniu genezy ich protagonistów, ta okoliczność nie ominęła pierwszej odsłony rocznika poświęconego Guyowi. Odpowiadający za fabularny kierunek tej serii Beau Smith nie omieszkał skorzystać z okazji by raz jeszcze skonfrontować odmienionego Gardnera z jego pozaziemskim dziedzictwem. W starannej, quasi-horrorystycznej stylistyce na modłę estetyki w duchu okresu extreme Guy przechodzi kolejny przełom w oswajaniu się ze swoim nowym statusem. Niby tzw. fajerwerków tu nie brakuje, a jednak w gruncie rzeczy zbyt wiele się tu nie wydarzyło. Stąd ma się poczucie jakby Smith zaczynał w powierzonym mu zadaniu kręcić się w kółko...
 
Star Trek nr 17 – powrót Mike’a W. Barra jako scenarzysty tej inicjatywy wydawniczej przejawił się historią o potencjale fabularnym dostrzegalnie przekraczającym rozpiętość jednego epizodu. Nie pierwszy już raz i aż szkoda, że poza nielicznymi wyjątkami decydenci tego tytułu unikali bardziej rozbudowanych opowieści. Ta odsłona niniejszej serii to również powrót Toma Palmera w funkcji nakładacza tuszu, a także debiut w tym przedsięwzięciu Eda Hannigana („Batman: Legends of the Dark Knight”, „Green Arrow vol.3”) jako jego rysownika. Fachowość obu panów znać to już tylko po widowiskowej planszy otwierającej ten epizod. 

Komiks i My nr 19 – nie będzie zapewne zaskoczeniem, że także ta odsłona magazynu okazała się zjawiskowa zarówno pod względem doboru komiksowych utworów (m.in. „importowana” z Bułgarii „Tamara” i „Chan Altsek”), jak i publicystyki (artykuł „Polski Flash Gordon” Sławomira Zajączkowskiego). Co szczególnie cieszy w tym roku przed nami jeszcze bagatela trzy numery tej liczącej już dekadę inicjatywy. 
 
Era AI: Robot Oli – anonsowana jako „pierwszy komiks z ilustracjami wygenerowanymi przez AI!” produkcja Roberta Zaręby to również jeszcze jeden (po m.in, zbiorze opowiadań „Gwiezdne krucjaty”) przejaw sardonicznego humoru tego autora, naznaczonych pesymizmem refleksji o ludzkiej naturze i śmiałych prognoz z zakresu kierunków rozwoju cywilizacji. Zapewne nie w wszystkich entuzjazm wzbudzi narzędzie za którego pomocą wspomniany zwizualizował swój scenariusz. Trzeba jednak przyznać, że finalny efekt prezentuje się nadspodziewanie dobrze. 
« Ostatnia zmiana: Pn, 01 Czerwiec 2026, 00:30:36 wysłana przez Nawimar III »

Offline deFranco

Odp: Bo chodzi o to, żeby plusy nie przesłaniały nam minusów - sezon drugi
« Odpowiedź #803 dnia: Pn, 01 Czerwiec 2026, 01:30:32 »

Skradziony skarb
- ten komiks miał w sobie wszystko co potrzebne, by chociaż w wyobraźni na moment wydobyć się z siermięgi schyłczanego PRL: wartką akcję, egzotyczne plenery, zdeterminowanego protagonistę i szałową blondynkę. Nie było zatem zaskoczenia, że Jerzy Wróblewski brawurowo wręcz odnalazł się w roli ilustratora tej opowieści, która dla wielbicieli sensacji nadal może okazać się emocjonującą lekturą. Dodatkową atrakcją tego wydania jest publicystka w wykonaniu Macieja Jasińskiego, wnikliwie zaznajomionego z twórczością i spuścizną mistrza Jerzego.

Ten komiks to dla mnie mały fenomenik. W momencie premiery czytało się go świetnie, a dziś, powiedzmy, że daje radę.
Nie wiem czy to autorski scenariusz czy adaptacja, ale pani Małgorzata Holender Rutkowska wykonała dobrą robotę.
U mnie obok Szninkla i Miasta milczących rewolwerów najlepsze co wydano w PRL jeśli chodzi o one-shoty.
Czuć ten bondowski vibe (np. Operacja Piorun), tak odmienny od tych dydaktycznych, siermiężnych milicyjniaków.
Aż szkoda, że nie powstało więcej przygód Montellano (a może scenariusze ciągle leżą w szufladzie  :-\).
Mając pod ręką takiego rysownika jak Wróbel, byłaby hitowa seria.

Właśnie doczytałem, że pani Małgorzata zmarła w 2025 roku  :(

Czekam na: Bob Morane, Ric Hochet, Vampirella, Tomb of Dracula, Den, Indiana Jones, Xenozoic, Barb Wire, Alpha, Estelle

Odp: Bo chodzi o to, żeby plusy nie przesłaniały nam minusów - sezon drugi
« Odpowiedź #804 dnia: Cz, 04 Czerwiec 2026, 14:42:09 »
  Podsumowanie kwietnia, znowu opóźnione, ale się staram. UWAGA JAK ZAWSZE MOGĄ POJAWIĆ SIĘ SPOILERY!!!


  "Moon Knight" - Brian Michael Bendis, Alex Maleev. Dosyć zabawny fakt, ale drugoligowy superbohater (może się to trochę podniosło po w sumie przyzwoitym serialu Disneya) otrzymuje trzecią już w kraju nad Wisłą pełną serię a w sumie zdaje się zaraz wystartuje lub już wystartowała czwarta, podczas gdy kilku bardziej znanych i ważniejszych do dzisiaj nie doczekało się nawet jednego komiksu (chyba znowu mnie trochę poniosło w sumie te wszystkie kolekcje jednak przeleciały mocno większą część roosteru więc ci najważniejsi raczej po chociaż jednym komiksie dostali). Marc Spector przeprowadza się do Los Angeles, powodu wyjazdu z Nowego Jorku nie podano, albo go nie pamiętam, ale pewnie ma być spokojniej niż w stolicy świata. Tak czy inaczej nowe miasto, nowe otwarcie, nowe schizy. Tym razem odpuszczamy standardowe osobowści Rycerza Chonsu czyli taksówkarza, biznesmena, zamaskowanego policjanta i w sumie reszty zapomniałem. Tym razem mamy Marca Spectora producenta serialu (o samym sobie) oraz Moon Knighta, przy czym działa to najzupełniej normalnie czyli facet przebiera się w kostium i zwalcza przestępczość, będąc jednocześnie świadomym że się tylko przebrał. Tzn. działa to prawie normalnie bo ma wokół siebie trzech towarzyszy z Avengers, którzy nieustannie mu doradzają i których widzi i rozmawia z nimi tylko on. A przyjaciółmi tymi są (i tutaj pewnie największa nowość w serii) Kapitan Ameryka, Wolverine i Spider-Man (to czasy New Avengers), obsadzeni w dosyć oczywistym schemacie mędrzec-wojownik-ten pośrodku. Znaczy to ni mniej, nie więcej iż szajba dalej jest konkretna, aczkolwiek Mark tym razem zdaje sobie sprawę iż to są tylko wytwory jego umysłu (co nie przeszkadza mu nieustannie się z nimi konsultować). Superbohater obijając na początku podrzędnych kryminalistów trafi zupełnym przypadkiem na koleżankę po fachu, która z dosyć mieszanymi uczuciami zostanie jego wspólniczką czyli Echo oraz na głowę Ultrona, co oznacza intrygę z półki zdecydowanie zbyt wysokiej dla kolesia, który rzuca gwiazdkami ninja. Intrygę, która się oprze się na tajemniczej postaci próbującej zawładnąć półświatkiem największego miasta Kalifornii, którą roboczo dwójka bohaterów nazwie Kingpinem LA.
  Co do rysunków Maleeva z jednej strony jestem na tak, z drugiej na nie. Na tak bo to przecież zarypisty grafik, dwa że mamy powtórkę z rozrywki z Daredevila, no może jest tu minimalnie bardziej kreskówkowo-komiksowo. Powtórkę taką do przesady, kompletnie nie widać miejsca akcji, równie dobrze akcja mogłaby się dziać w Nowym Jorku. W jednym miejscu chyba mamy kadr z widokiem na ocean i odrobinę więcej czerwieni i pomarańczu użytych do kolorowania. Oczywiście kolorowania w stylu Matta Hollingswortha do rysunków Alex Maleeva czyli brudno-bordowego oraz zakurzonie-ceglastego. Oprócz tego, żadnych charakterystycznych miejscówek, zero charakterystycznej dla miasta niskiej zabudowy, tylko Moon Knight skaczący po wieżowcach a chyba większość się orientuje, że Downtown w Los Angeles nie jest specjalnie rozbudowane, więc bohater skacze chyba non stop z tych pięciu drapaczy chmur na krzyż. Czas akcji również jak w Daredevilu czyli 90% to noc. Wiadomo, że samo w sobie to super wygląda, ja jednak oczekiwałbym większej graficznej odrębności tego tytułu.
  Seria ta pisana była już ponad dwadzieścia lat temu synochroniczne z Daredevilem i niestety lub stety, skoro dostaliśmy jedną z najlepszych (dla sporej części czytelników naj-) serii z przygodami Śmiałka, większość pary poszła w ten drugi tytuł. Moon Kight w wykonaniu Bendisa to całkiem przyjemny tytuł, scenopisarz to mistrz w tworzeniu, żywych zajmujących dialogów i tutaj one błyszczą. Problem raczej w tym, że historia niespecjalnie wciąga. Tempo rozwoju akcji a mamy tutaj do czynienia z kryminałem (peleryniarskich nawalanek niezbyt wiele i raczej tradycyjnie na koniec) jest zdecydowanie zbyt powolne (najfajniejsze są ostatnie zeszyty) a dobór czarnego charakteru nie jest specjalnie przekonujący. Komiks jest dosyć solidnie wypakowany humorem i to takim no powiedzmy zabawnym, nieco wyższych lotów niż ustandaryzowany dowcip z filmu Disneya, tylko czy Moon Knight to tytuł który tego humoru potrzebuje? Najlepszym chyba elementem jest tutaj relacja Marka Spectora z Mayą Lopez, co akurat też zawsze było jednym z większych talentów Bendisa, tyle że o ile sceny z udziałem tej dwójki są naprawdę przyjemne, to jednocześnie zastanawiamy się czy one są w jakikolwiek sposób sensowne. No bo tytułowy bohater to facet od którego normalna albo i nienormalna dziewczyna powinna się raczej trzymać z daleka i co ona tak naprawdę w nim widzi. Może z wyjątkiem tego że jest przystojny. I bogaty. I mają wspólne hobby. Dobra może w sumie niepotrzebnie się zastanawiałem. Na pewno na plus, takie domyślne porównanie środowiska superbohaterów do środowisk muzycznych czy aktorskich, wszyscy tam się lepiej bądź gorzej znają a połowa ze sobą spała, więc zawsze można skorzystać z telefonu do przyjaciółki. Autorzy wprowadzili na scenę też kilka fajnych postaci drugoplanowych aczkolwiek nie dostają one szansy specjalnie skrzydeł rozwinąć, bo seria została przedwcześnie anulowana, chociaż w sumie przygodny czytelnik nie ma się czym martwić, obydwu panom odpowiedzialnym za tytuł udało się to na tyle w miarę zgrabnie zakończyć iż możemy uznać całość za mini-serię pozostawiającą kilka wątków otwartych na później. No w sumie fajnie było, czytadło sympatyczne, ale po tych nazwiskach naprawdę można było spodziewać się dużo, dużo więcej. Ocena 6+/10.


  "Opowieści o Niedoskonałej Przyszłości" - Alfonso Font. Zbiór opowiadań S-F bardziej lub mniej hard (ale raczej bardziej) o tematyce jak w tytule. Trochę mnie ten komiks zaskoczył, na pierwszej stronie pokraczny stworek zwraca się do wszystkich Ziemian, że dążą do zagłady a że reszta kosmicznego społeczeństwa nie ma zamiaru potykać się o szczątki planety to przesyłają nam kilka wersji możliwych przyszłości ku przestrodze. Wskazywało to na solidne komediowe zacięcie zbioru i rzeczywiście kilka pierwszych nowelek to typowe czarne komedie z których oczywiście mało która kończy się szczęśliwie, ale później znajdą się i takie nie tylko na całkowicie poważnie, ale i wręcz na tragicznie, tym niemniej humor (wisielczy) raczej dominuje. Krótka piłka, wszystko to widzieliście już w obydwu lainowskich "Szokach Przyszłości", ba pierwszy komiks jest rzekłbym nawet na żywca zerżnięty (tylko nie pamiętam gdzie i w sumie nie wiem kto od kogo ściągał). Rysunki Fonta, bardzo dobre, staroszkolne bez udziwnień. Lekkie inspiracje Giraudem czy Mezieresem, jako że to Europa a nie USA to i trochę nagości się znajdzie. Jeżeli ktoś jest miłośnikiem krótkiej formy w takich klimatach bez problemu może dodać do oceny, jeżeli nie, można przeczytać na spokojnie, ale nie trzeba. Ocena 6+/10.


  "Phoenix Zmartwychwstanie:Powrót Jean Grey" - Matthew Rosenberg i inni. Tom umiejscowiony gdzieś pomiędzy tymi ostatnio czytanymi przeze mnie Astonishing, o spoilerach nie ma raczej mowy, skoro wszystko mamy w tytule. Oto Jean Grey jedna z najbardziej kochanych przez fanów postaci i najbardziej znaczących dla całej serii a jednocześnie jedna z najczęściej wyśmiewanych bo sprowadzona do roli memu. Parafrazując pewną jedną bardzo znaną księgę i pewien mniej znany dowcip "Stacja XXXVII Jean Grey zmartwychwstaje po raz n-ty!", nic to jedziemy z tym koksem. Zaczyna się nieźle widzimy, leżącą na ulicy raczej martwą dziewczynkę, która zostanie ożywiona tylko z dziwnymi oczami (taki negatyw Alinoe), przez rudą małolatę (czyli już wiemy do czego autorzy piją). Później przerzucimy się do kwatery głównej X-Men (ci w kompletnie innej konfiguracji, niż drużyny z Astonishing, zaczęło mnie to powoli drażnić), tam standardowe pierdu-pierdu gdzieś tam, coś tam wykryto jakieś anomalie, ale po rozróbie z Shadow Kingiem nie ma dostępu do telepatów, więc trzeba będzie to zrobić "analogowo" i sprawdzić osobiście, więc bohaterowie podzielą się na jakieś tam grupy i rozlecą po całym świecie. Cięcie i kolejny przeskok, tym razem do jakiegoś miasteczka na zadupiu, gdzie poznamy Jean młodą kelnerkę w klasycznej knajpce z hamburgerami. Jean mieszka z rodzicami, ma miłego chłopaka o imieniu Scott chociaż póki co to jeszcze nic poważnego, jest powszechnie lubiana chociaż ma opinię lekko zakręconej marzycielki, czasami wydaje się że jej życie przecieka między palcami. Jean ostatnio ma trochę problemów, trapią ją męczące koszmary a to w kosmosie znajduje się jako astronautka a to gdzieś fruwa sobie po kosmosie bez skafandra, z czasem sny przeniosą się do jawy, objawiając się w postaci wizji, najczęściej śmierci i zniszczenia. Sama bohaterka, zaczyna podupadać na zdrowiu (głównie psychicznym) z tego powodu, jak sama twierdzi (czasami jakby kątem oka dostrzega coś, czemu jak się przypatrzy dokładniej wraca do takiej postaci w jakiej być powinno), ale całe jej dotychczasowe życie zmieni się o 180o w momencie gdy, restauracyjkę odwiedzi dystyngowany starszy dżentelmen o imieniu Erik a ona sama uda się po odbiór samochodu do jednookiego znajomego mechanika o imieniu Patch.
  Rysunkowo jest przyzwoicie, na pięć zeszytów dostajemy czterech rysowników, nie jest to z pewnością rekord, ale wynik całkiem niezły trzeba przyznać. Nazwiska może nie z pierwszej ligi, ale wszyscy raczej znani. Na szczęście cała czwórka ma dosyć podobną manierę więc nie dostaniemy jakiegoś szoku poznawczego niemniej ciężko nie zauważyć, że bohaterowie na przestrzeni dwóch-trzech stron potrafią się różnić wyglądem. Ogólnie wolałbym kogoś zupełnie innego (o tym za chwilę), ale biorąc pod uwagę jak komiksy Marvela na przestrzeni ostatniej dekady zrobiły się mierne pod względem graficznym (każdym innym też), nie pozostaje stwierdzić nic innego, że dobrze jest jak jest, bo mogło być o wiele gorzej.
  Nie ukrywajmy wyszło to wszystko trochę banalnie. Komiks w formie nieco generycznego quasi-horrorku łączącego Twin Peaks z prozą wielkiego P.K. czyli o rzeczywistości ukrytej pod rzeczywistością na przestrzeni ostatnich kilku lat nakręcono lub napisano z pięćdziesiąt podobnych pozycji. Szczerze mówiąc największym chyba problemem tego komiksu są sami X-Men a właściwie ich obecność. Jak na moje lepiej by to wypadło, gdyby ograniczono ich obecność do prologu i epilogu a skupiono się na samej Jean Grey kręcącej się po jednej z wersji Silent Hill bardziej w typie regularnego straszaka niż komiksu próbującego scalić elementy grozy ze standardową superbohaterską nawalanką, co niespecjalnie się udaje. Trochę szkoda, że nie zdecydowano się na taki krok, tym bardziej że mamy tutaj nawet sceny (niezbyt) krwawych zabójstw co nie jest standardem u Marvela. Rosenberg nie jest może jakimś geniuszem scenopisarstwa, ale jednocześnie na tyle sprawnym iż dałby radę coś takiego stworzyć. W tym momencie widziałbym kogoś pokroju Sienkiewicza czy Macka lub jakiegoś ich naśladowcę, no ale cóż jest jak jest. Trochę szkoda, że nie zdecydowano się na taki krok, rozumiem że starano się zachować spójność z resztą X-tytułów, no ale to i tak osobna mini-seria na dodatek niby "ważna" więc redakcja mogła chyba sobie pozwolić na lekkie zejście z kursu. Tym niemniej stwierdziłem iż podczas (niedługiej) lektury w sumie bawię się całkiem spoko, ale na sam koniec dobiła mnie rozmowa pomiędzy Jean a Phoenix (która okazuje się panią Fenixową) jak pomiędzy dwoma najlepszymi psiapsiółkami. Tzn. ja rozumiem pewien związek dusz i tak dalej, ale wydawałoby się iż jeden z najpotężniejszych kosmicznych bytów na dodatek w żaden sposób antropoidalny będzie połączony z Jean raczej na poziomie mentalnym a nie będzie się posługiwał poprawną gramatycznie współczesną składnią w rozmowie przypominającą chit-chat u kosmetyczki podczas której ruda zaapeluje do człowieczeństwa omni-istoty a ta się z nią zgodzi i zniknie niczym zdmuchnięty płomyk. Facepalm. No cóż, może przy okazji następnej śmierci będzie nieco lepiej. Warto zwrócić na galerię alternatywnych okładek, niektóre są znakomite. Ocena 5+/10.


  "Liga Sprawiedliwości:Wojna Totalna - Rok Łotrów" - Scott Snyder i inni. Zakończenie stażu Snydera na łamach Ligi Sprawiedliwości i powiem szczerze nie mam pojęcia co tu się odjaniepawliło. Seria dotychczas wydawana w standardowych, numerowanych trejdach nagle zostaje wydrukowana jako spory "grubas" w twardej okładce i bez numeru, no trochę to konfudujące. Żeby było jeszcze śmieszniej, tomiszcze zaczyna się od króciutkiego prologu, przybliżającego co nieco cwancyg Luthora podczas pobytu superbohaterów w szóstym wymiarze, po czym dostaniemy powtórkę ostatnich trzech zeszytów z poprzedniego tomu tylko dla zmyłki ze tytułem zmienionym z "Apex-Predator" na "Lex-Predator" no naprawdę dało się to chyba jakoś czytelniej zrobić. Po swoistym przeżyjmy to jeszcze raz, dostaniemy garść tie-inów opowiadających o tym co się działo z kilkoma złoczyńcami podczas tytułowego "Roku Łotrów", szczerze mówiąc niespecjalnej jakości z których stosunkowo najciekawszym jest ten o Lexie stworzony przez Jasona Latoura, a najgłupszym jest zeszyt o Sinestro napisany przez Marka Russela, który również postanowił zabawić się w Granta Morrisona, ale jest w tym jeszcze słabszy niż Scott Snyder. Po tym niespecjalnie pasjonującym i nie oszukujmy się zdecydowanie zbyt długim fragmencie dostaniemy w końcu "mięso", czyli tytułowy wielki event. A tam dokładnie to czego byśmy się spodziewali jedni w przyszłość, drudzy w przeszłość, superbohaterów cała masa z różnych wszechświatów, niedorzeczne pomysły że jedna drużyna ląduje w 7 grudnia 41 w Pearl Harbor gdzie spotyka Amerykańskie Stowarzyszenie Sprawiedliwości i odpiera ataki japońskiego lotnictwa dowodzonego przez Legion Zagłady. Nawiasem mówiąc Legion zgodnie z przewidywaniami zostanie kompletnie wydymany przez Perpetuę (najbardziej rozśmieszył mnie los Brainiaca mam nadzieję, że cierpi ona na uporczywe wiatry). Jednym słowem jest na bogato, na głupkowato i na w sumie fajnie jak ktoś ma wysoko ustawioną poprzeczkę tolerancji żenady. Po pięciu zeszytach nastąpi w końcu finałowa bitka z Perpetuą, której zwycięstwo załatwi...Hawkgirl, bardzo słabo to jest napisane, tak bardzo naciągnięty pomysł żeby Jastrzębica spartoliła sprawę, że to aż bolało dosłownie fizycznie. W każdym bądź razie po tych emocjach (albo wręcz przeciwnie) dostaniemy chwilę przerwy a mianowicie...wyciągnięty kompletnie z tyłka i właściwie nie wiadomo co robiący w tym miejscu, kompletnie niepowiązany w fabułą jeszcze jeden tie-in z podtytułem "Year of the Villain" opowiadający tym razem o Jokerze. Co o wiele bardziej interesujące jego autorem okazał się TEN John Carpenter i szczerze mówiąc...jest znakomity. Reżyser połączył kilka form Jokera jakie przewinęły się przez te kilkadziesiąt lat w różnych mediach (również i tę z serialu z Adamem Westem) w jednej postaci co pozwoliło mu na całkiem świeże i nieco odmienne spojrzenie na autora zabójczego żartu. Trochę śmiać mi się z tego chciało męczył konia i męczył Snyder tą swoją pisaniną raz mu lepiej szło, raz gorzej a tu przyszedł stary mistrz bez jakiegoś olbrzymiego doświadczenia (chociaż też nie tak, że bez żadnego, kilka komiksów już w swojej karierze zmajstrował) i pokazał jak to się robi. W każdym bądź razie ostatnia runda nie okazała się ostatnią, Liga po śmierci Starmana który wydawał się ostatnią deską ratunku wraca jak zbite psy na Ziemię i tutaj nastąpi dogrywka. Liga w o wiele większej liczbie niż zwykle bowiem w swoje szeregi zaciągnęli każdego kto może walczyć i tutaj zamierzają walczyć do ostatniego żołnierza za Vater...pardon za całą ludzkość. Oznacza to jeszcze większe mordobicie niż wcześniej, Perpetuę będą wspomagać Anty-monitor który zdradził oraz Lex na czele armii super-drapieżników na jego kształt i podobieństwo, niezwyciężonych maszyn wojennych, które tradycyjnie okażą się kitowcami na jeden strzał. Spodobał mi się ten rozdział szczerze mówiąc, walka odbywa się nie tyle na pięści i lasery z dupy (z Perpetuą bo z kitowcami to wiadomo) co w sferze mentalnej i przypomina sceny z Czarodziejki z Księżyca co dla mnie jest plusem bo zawsze lubiłem. Perpetua niczym królowa Nahelenia czy jak jej tam było objawia się jako wielka projekcja na niebie i namawia ludzi, aby wybrali ją jako władczynię rzeczywistości, podczas gdy superbohaterowie apelują do wszystkich ludzi dobrej woli. W tym momencie dzięki poświęceniu jednej z postaci powraca Marsjański Łowca Ludzi tylko po to aby swoją bardzo dobrą przemową o sile miłości, przyjaźni i poświęcenia doprowadzić do klęski tych dobrych w powszechnych wyborach nowej wizji świata. I w tym momencie okazuje się, że mojej konfuzji wcale nie był koniec, bo fabuła po pozornym zakończeniu oczywiście cliffhangerem leci dalej. Tyle, że jednocześnie stanowi kontynuację poprzedniej historii bo gnębiony przeczuciem, że popełnił bardzo poważny błąd Lex dalej w postaci Drapieżnika lata gdzieś po Ziemi i szuka podpowiedzi do tego co ma dalej robić a z drugiej na plan pierwszy wskakuje Batman Który się Śmieje, który to rozpuścił jakiś wirus przemieniający ludzi więc również superbohaterów (między innymi takich, którzy kilka stron wcześniej walczyli z siłami Perpetuy) w ich mroczne odbicia. Sama historia nazywa się zresztą "Zarażeni:Epilog" (epilog czego?). Sam komiks w porządku, zresztą rozmowa pomiędzy Lexem a przemienioną Supergirl to jeden z najbardziej konstruktywnych dialogów w całej serii, problem w tym, że epilog z nazwy w rzeczywistości jest prologiem do kolejnego eventu czyli Batman:Death Metal, także czytając dalsze tomy Ligi Sprawiedliwości nie doczytamy się końca. Kur...de jak ja nie cierpię takich akcji, już poprzednim razem czytając Action Comics z Rebirth, gdy okazało się, że w całej serii były dwa główne story-arki i ani jeden, ani drugi nie miał zakończenia w Action Comics, obiecałem sobie, że więcej takiego błędu nie popełnię no i dałem się znowu w balona zrobić.
   Tak podsumowując, tak jak nie lubię Scotta Snydera i w tym momencie muszę dopisać bo wcześniej nie wspominałem również Jamesa Tyniona IV (obecny jest w serii od początku, ale to Snyder jest przedstawiany jako główny autor a nie zwracałem uwagi który pisał co), to muszę przyznać, że obydwaj poradzili sobie nadspodziewanie przyzwoicie co nie jest równoznaczne z tym, że to jest jakoś szczególnie dobre. Na dobrą sprawę Justice League vol 4 uwypukla wszystkie wady autora czy tam autorów. Braki w umiejętności pisania dialogów oraz połączona z tym słabość w przedstawieniu jakichkolwiek poruszających któreś z uczuć czytelnika relacji. Pojedyncze scenki pomiędzy Supermanem a Batmanem, coś tam z Batmanem i Jarro to wszystko a to przecież całkiem sporo zeszytów jest. Szczytem tutaj dynamika pomiędzy J'onn J'onzzem a Hawkgirl, dwiema bardzo ważnymi dla całości postaciami, które się ze sobą tutaj sparują a pomiędzy którymi nie ma jakiejkolwiek chemii, więcej które w pewnym momencie dostaną swojego syna z alternatywnej rzeczywistości z którym nie będą miały jakiejkolwiek sensownej interakcji. Nie ma miejsca na rozbudowanie żadnych więzi, bo fabuła jest tak rozbuchana iż postacie non stop muszą tłumaczyć co właśnie robią, lub coś się dzieje. Co oczywiście powiązane jest z faktem, że stawki dosłownie każdej przygody są tak niedorzecznie wielkie, że wydaje się że cała reszta (o ile jakakolwiek została) nie ma żadnego znaczenia, co sprawia że przez większość czasu mamy wszystkich bohaterów głęboko w dupie i skupiamy się na samej opartej wiecznie na macguffinach fabule. Fabule, która mimo wszystko potrafi wciągnąć, Snyder miewa niezłe pomysły o ile akurat nie próbuje na siłę naśladować Granta Morrisona bo ani jego intelektu nie ma, ani wyobraźni, tyle że nie do końca potrafi przekuć je w dobre komiksy. No i nie zapominajmy o świetnych rysunkach właściwie wszystkich artystów, którzy przewinęli się przez łamy New Justice. Oczywiście znowu z uwagą a mianowicie chodzi mi o postać Cheetach. Ja wiem, że to nie jest komiks dla jakichś pokręconych zoofili, ale na 3/4 kadrów na których jest ona rysowana o ile nie są to kadry z gadającymi głowami to wypina w stronę czytelnika tyłek lub już w ogóle nie wiedzieć dlaczego krocze. Oczywiście śladu jakiegokolwiek układu rozrodczego lub wydalniczego brak tak samo jak i choćby zarysu sutków. Niech oni ją ubiorą, albo rysują w jakichś innych pozycjach, bo powiedziałbym że wygląda jak rozebrana Barbie, tyle że Barbie naturalniej wygląda, oczywiście inne postacie kobiece jakoś ta dziwna maniera rysowania omija. Nie wiem pewnie jakby poprzednia Liga była jakaś dobra, to by nie było tak miło, ale ta seria na jej tle dosłownie błyszczy (co nie było trudne). A tak naprawdę ma kilka naprawdę fajnych momentów jak przygoda na Planecie Jastrzębi czy wizyta u Ligi z przyszłości. Jak ktoś oczekuje kolejnego wielkiego eventu wstrząsającego całymi posadami wszechświata tak aby na koniec nawet kurz się nie posypał, to może spokojnie zacząć od tego. Ocena za całość odrobinę niższa, ale sam Rok Łotrów to 6+/10.


  "Cień Mężczyzny" - Benoît Peeters, Francois Schuiten. Tom siódmy serii "Mroczne Miasta", tym razem bohaterem będzie Albert Chamisso, agent ubezpieczeniowy, świeżo upieczony żonkoś. Nowo poślubionej małżonki zazdroszczą mu wszyscy znajomi, gdyż to piękna młoda dama z towarzystwa, która niespodziewanie wydała się za młodego, zdolnego lecz dopiero będącego na dorobku urzędnika. Prawda jak to często bywa w rzeczywistości wcale nie jest taka kolorowa, bowiem Albertowi w doznawaniu domowego szczęścia przeszkadzają nocne koszmary, podobno dręczące go od dzieciństwa, ale bardzo zwielokrotnione od dnia ślubu, które to sprawiają że bohater odsuwa się zarówno psychicznie jak i co bardzo ważna przecież w czasie miesiąca miodowego fizycznie od swojej żony. Udręczony protagonista udaje się do jakiegoś zwariowanego lekarza, który daje mu równie zwariowane i podobno nie do końca bezpieczne lekarstwo, które jednakże okazuje się skuteczne, Albert po raz pierwszy od dawna zasypia w spokoju. Skuteczne poniekąd, bo jedno leczy za to powoduje drugie, coś dziwnego zaczyna dziać się z jego cieniem. Pierw zaczyna nabierać on koloru a później przemienia się w dokładny obraz swojego właściciela wyglądający jak wytwór jakiegoś rzutnika. Rzeczy takiej nie da się nie zauważyć więc nieszczęśnik dosyć szybko staje się jakby cyrkową atrakcją, miejscowym skandalistą ba nawet podejrzewany jest o jakieś niecne zamiary. Nieszczęśliwa i wyraźnie niedopieszczona Sara w końcu rzuca mu w twarz ślubnym kontraktem a na domiar złego firma ubezpieczeniowa której wszyscy pracownicy byli pewni błyskawicznej drogi na szczyt bohatera roluje go w identyczny sposób jak on wcześniej rolował swoich klientów pozbawiając ubezpieczenia, odprawy a na końcu samej pracy. Albert ląduje może nie na ulicy, bo za oszczędności wynajmuje jakąś norę w najgorszej dzielnicy, gdzie doprowadzany do granic szaleństwa przez swoją dolegliwość stacza się w otchłań quasi-menelstwa. Ale rzadko kiedy jest tak źle, żeby nie mogło być lepiej. Na jego drodze w dół stanie Minna młoda tancerka erotyczna, która wprowadzi go w świat teatru i pokaże nowe perspektywy.
  W zeszłym miesiącu stwierdziłem iż "Pochyłe Dziecko" pod względem graficznym prezentuje się najlepiej z dotychczas wydanych albumów, liczyłem na formę zwyżkową, ponieważ gdy pod pewnymi względami oprawa wizualna tworzona przez Schuitena to arcymistrzowstwo tak pod innymi można by jeszcze sporo poprawić. Niestety nadzieje były płonne, rysownik wraca do swojej starej formy i popełnia te same błędy. Piękna żona Alberta posiada minimum pięć różnych twarzy a nie wszystkie są piękne, ja wiem iż powiada się że kobieta ma wiele obliczy, ale to chyba nie ma znaczenia dosłownego. Ogólnie rzecz biorąc "Cień mężczyzny" to jeden z najłatwiejszych do interpretacji tomów w serii. Zresztą jeden z kadrów a właściwie ich serii, ukazujących scenę z przedstawienia w którym bohater występuje wraz z Minną, wykłada nam sens całości w sposób nader dobitny. Albert na początku to gość którego nie da się polubić, oschły i nieczuły męczybuła na dodatek zajmujący się wysysaniem krwi z ludu pracującego miast i miast. Jego cień to jego wewnętrzne ja, pragnące wyswobodzić się z okowów życia którego nienawidzi, pracy której nie cierpi, małżeństwa (nie jest to powiedziane, ale to małżeństwo z jego strony to raczej bez miłości oportunistyczne posunięcie, tam zdaje się ani jednego przejawu choćby odrobiny czułości w stosunku do blondyny nie było) które go dusi (?). Ale, ten jeden zbieg okoliczności czy może dar losu jak kto woli, gdy na horyzoncie pojawia się nowa dupeczka i nagle mamy do czynienia z zupełnie nowym człowiekiem. Kąpiel, żyletka, wyprostowane plecy, błysk w oku, odnalezienie nowej być może nigdy nie znanej, albo odwrotnie bardzo znanej lecz głęboko ukrytej prawdziwej pasji. Każdy z nas zna takie historie czy to na przykładzie znajomych lub rodziny czy nawet na swoim własnym. Problem z tym albumem jest taki, że tam nic więcej nie ma, może to i życiowe, ale strasznie zgrane. Ocena 6/10.


  "Bohaterowie i Złoczyńcy tom 8 Aquaman:Z Głębin" - Geoff Johns, Ivan Reis, Joe Prado. Start powszechnie chwalonej serii wydanej w ramach New 52 a odpuszczonej swego czasu przez Egmont autorstwa Johnsa. Jak to właściwie w większości przypadków całej tej linii ni to relaunch ni to kontynuacja poprzednich tytułów, ot Arthur wraz z Merą opuszczają Atlantydę i przeprowadzają się na powierzchnię. Szczerze mówiąc mocno ten tytuł kojarzył mi się z serią Dana Abnetta (a raczej na odwrót skoro ten był pierwszy) Znowu z Aquamana się śmieją, że gada z rybami, znowu nikt go nie lubi, znowu gorącokrwista Mera musi lać się z tubylcami. Nawet graficznie te tytuły są bardzo podobne. Niestety akurat w tym przypadku mocno się rzuca w oczy jedna z (naj)większych wad wszystkich tych kolekcji (niektórych pozycji, nie wszystkich). Mianowicie Aquaman to typowa reklamówka, mająca skłonić ewentualnych czytelników do zapoznania się z całością co oczywiście w Polsce jest kompletną abstrakcją. Kilka pierwszych zeszytów, niby pierwszy story-arc z podwodnymi potworkami zakończony, ale nie jest on specjalnie zajmujący ani specjalnie oryginalny. Ogólnie w całym komiksie niewiele się w sumie dzieje, ale trudno raczej oczekiwać po początkach, które mają oswoić nabywców z nowym status quo i pełnić raczej rolę ekspozycji. Tak po prawdzie to początek serii z Rebirth sprawił na mnie lepsze wrażenie, ale w końcu aquamanowy staż Johnsa ma opinię jednego z najlepszych momentów tego superbohatera więc dalej jest pewnie lepiej. Tyle, że na naszej szerokości geograficznej tom z numerem osiem sprowadza się do przyzwoitego czytadła, które raczej szybko wylatuje z głowy. Ocena 6/10.

Offline perek82

Odp: Bo chodzi o to, żeby plusy nie przesłaniały nam minusów - sezon drugi
« Odpowiedź #805 dnia: Wt, 23 Czerwiec 2026, 17:48:31 »
Drugi kwartał był całkiem całkiem. Pojechałem na Komiksową Warszawę, zakupiłem trochę nowości, zdobyłem dedykacje od Marzeny Sowy.

***** Poza skalą

Codzienna walka – kiedyś wypożyczyłem z biblioteki i od tamtej pory czekałem na wznowienie. Parę lat czekałem od zapowiedzi do druku. No ale jest i nadal świetnie się to czyta. Praktycznie każdy tytuł Larceneta mi siada (najmniej Droga, ale to raczej wina pierwowzoru, a nie adaptacji). Nawet Terapia Grupowa, która nie miała raczej większego odzewu jest u mnie na półce i też kiedyś jeszcze ją odpalę. Tylko jeden problem mam z tym tytułem – nie zmieścił mi się na półce obok innych Larcenetów (Blast, Brodeck, Terapia). No ma większy format. Musi stać obok Toppiego.

**** Znakomite

Murena (tom 1 zbiorczy) – moja pierwsza styczność z tą serią i wsiąkłem od pierwszej strony, a właściwie od okładki. W fabryce pokazałem i od razu przykuła uwagę. Musiałem odfoliować, bo towarzystwo chciało zobaczyć, czy rysunki też są w tym stylu. No nie są, ale też są świetne. A sama okładka wygląda, jakby była jakąś limitką, a przecież nie ma innej. A z czym to się je? Śledzimy młodość Nerona, który w wyniku machinacji swojej matki zostaje cesarzem Rzymu. Większość akcji rozgrywa się na „salonach”, gdzie krzyżują się losy, interesy i ambicje poszczególnych bohaterów i gdzie one decydują, kto jest czyim sojusznikiem, a czyim wrogiem. A jak komuś podpadniesz, to nie ma zmiłuj: otrują cię, albo wbiją miecz w serce. Sama historia wydaje się być dość mocno oparta na prawdziwych wydarzeniach (są przypisy objaśniające, kto kogo , z kim i czy na pewno). W międzyczasie Rzymianie oddają się ucztom, orgiom, chodzą do łaźni i patrzą na walki gladiatorów. No jest wszystko, czego się oczekuje od komiksu opowiadającego o tych czasach. Neron zdradza pewne oznaki szaleństwa, więc w sumie wiadomo, co wykombinuje, ale już na to czekam.

Brzask – parę osób spotyka się w ruinach warszawskiej kamienicy w styczniu 1945 r. i opowiada o swoich losach w trakcie Powstania Warszawskiego, bombardowań czy pobytu w obozie w Pruszkowie i o tym, co robią w zupełnie zniszczonym mieście. Zawsze mnie strasznie przygnębiał ten widok, czy to w filmach / serialach / na starych zdjęciach, czy jako opis w książce. Sterty gruzu były placem zabaw dla dzieciaków jeszcze wiele lat po wojnie. Sam znam kamienice, na których widać ślady po kulach (a wcale zamiłowania do historii nie mam). Ale to przecież ludzie i ich historie są o wiele trudniejsze do zniesienia – rozdzielenie z rodziną i brak wiadomości o ich losie to i tak może być lepsza wersja niż świadomość, że już tej rodziny nie ma. To zobrazowane uproszczonym rysunkiem (ale nie aż tak jak w Festiwalu) robi piorunujące wrażenie. Dla mnie to jeden z lepszych polskich komiksów. Pokazuje siłę tego medium, które na równi z innymi potrafi przedstawić krótki, mały epizod w sposób intrygujący i wbijający w fotel.

*** Dobre

Kwiat, Bakteria, Bronx – trzy słowa są tytułami trzech zbiorów krótszych historii: Kwiat – rozgrywa się w czasie wojny w Wietnamie, gdzie Amerykanie i Wietnamczycy korzystają z usług prostytutek. Można powiedzieć, że to jedna dłuższa historia, chociaż na początku tak nie wygląda. Bakteria jest umiejscowiona w świecie przyszłości, gdzie życie ludzkie jest zaprogramowane do granic absurdu (taka mieszanka 1984 / Nowy wspaniały świat i trochę Matrixa – przynajmniej tak mi się jeden wątek skojarzył). To jedna historia złożona z kilku krótszych części (tak po prostu była wydawana). Bronx jest zbiorem krótkich form, rozgrywających się w półświatku w tytułowej dzielnicy Nowego Jorku. Nie nudziłem się ani chwili, a rysunkowo też jest super. Też świetnie wydane na grubym offsecie. Trochę jakby w stylu komiksów Mandioca, ale to LiT. Mocny tytuł.

Barbara (tomy 1-2) – miałem na początku lekką obawę, że całe dwa tomy będą pełne krótkich epizodów, w których nasza nie do końca ubrana bohaterka będzie cudem uchodzić z kolejnych awantur. Na szczęście dość szybko historia zaczyna się układać w większą całość. Dochodzą kolejne szczegóły, nowi bohaterowie mają dodatkowe wiadomości. Wtedy okazuje się, że ten świat po apokalipsie nie jest aż tak przypadkowy i chaotyczny. I nie wydaje się to wszystko wtórne, przynajmniej dla mnie, który rzadziej sięga po sci-fi. Mam wrażenie, że później autorzy nabrali ochoty na zwiększanie spektakularności swojej historii i rozciągnęli naszą ziemską perspektywę na dużo większą skalę i w drugim tomie dzieją się już rzeczy dla mnie mniej ciekawe, jak latanie w kosmosie czy strzelanie laserami, ale udało się to wszystko uratować końcówką i rozwiązaniem akcji. A rysunkowo, panie, masakra. Dla wielbicieli ramotek to będzie cieszyć oko, jak mało co.

Miraże rozszerzonej nadrzeczywistości – zbiór chyba kilkunastu komiksów autorstwa Druilleta. W części odpowiadał i za scenariusz i za rysunki, w części współpracował z innymi artystami. W krótkiej notce można doczytać, że polskie wydanie jest kompilacją trzech komiksów wydanych na Zachodzie, co sprawia, że mamy do czynienia z najbardziej kompletną wersją. I chwała za to wydawcy! A w środku jest to, co czytelnicy komiksów Druilleta znają – dziwne światy, wypełnione dziwnymi stworami, gdzie przygody bohaterów nie zawsze podlegają jakiejś logice, czy prawom fizyki. Sci-fi miesza się z fantasy, czasem erotyką czy pornografią. Pan raczej nie odmawiał różnych środków rozszerzających wyobraźnię, przez co nie zawsze łatwo jest nadążyć, ale dawkując sobie te historie, można czerpać sporo przyjemności. Szczególnie, że warstwa graficzna jak zwykle dowozi, a czasami to nawet więcej (w jednym komiksie, akurat rysowanym przez kogo innego, rozkładówka dosłownie wbiła mi się tak mocno, że zupełnie zapomniałem o czym właściwie czytam i musiałem się cofać – chyba najbardziej spektakularna plansza, jaką widziałem). Dla fanów postaci Lone Sloan, czy Vuzz znajdą się dedykowane epizody (jeśli nie fabularnie, to na pewno rysunkowo nawiązujące).
Komiksy Druilleta, czy jego kolegów z tamtej epoki nie zawsze mi siadają. Myślę, że gdybym je poznawał 50 lat temu, to pewnie odbiór byłby inny. Nie przeszkadza mi eksperymentowanie z formą, szukanie nowych pomysłów, surrealizm, łamanie schematów itd. To jak najbardziej doceniam. Za to nie rozumiem tego zafiksowania na sci-fi, kosmos, statki kosmiczne, lasery… Rzadko zaglądam w takie obszary. Chyba wtedy takie tematy jarały ludzi.

Ostatni gasi światło – jedno niepozorne zdarzenie pociąga za sobą nieoczekiwane konsekwencje dla mieszkańców jednej z kamienic i wciąga wszystkich w spiralę przemocy. Gatunek można określić jako czarną komedię, trochę w stylu Tarantino, czy Guya Ritchie (trochę skojarzyły mi się Pulp fiction czy Przekręt – zarówno w zakresie rozwiązań fabularnych, jak i pokazywania scen z różnych perspektyw i składania historii w całość z kilku odrębnych epizodów). Komiks może trochę niepozorny, ale w środku świetnie zrobiony.

Lone wolf and cub (10-14) – w 10. tomie ojciec i syn zostali rozłączeni. Później się odnajdują i mają kolejne przygody. Wziąłem się za czytanie, bo skończyły mi się komiksy papierowe. Kiedyś mam nadzieję doczytam do końca tę serię, bo jakkolwiek ogólnie jest dość wtórnie (chcą go zabić, a on  i tak wszystkich posieka na plasterki), to jednak są też i bardzo fajne puenty. Coś mi się wydaje, że to będzie moja ulubiona manga.

Jakby odór diabła – zbiór kilku (5-6) opowiadań grozy. Akcja dzieje się gdzieś na francuskiej (albo podobnej) prowincji a bazą dla nich są stare przesądy, opowieści, wierzenia i inne zabobony. Pojawią się wilkołaki, wstające z grobów trupy i inne upiory. Tak trochę jakby wyjęte z twórczości Lovecrafta czy innego Poe. I gustownie zilustrowane. To już kolejny taki zbiór wydany przez Mandiocę. Kupiłem na Komiksowej Warszawie. I byłoby super, gdyby nie defekt – niektóre strony mają odbite inne rysunki, jakby strony zostały zbyt szybko w drukarni złożone, przed wyschnięciem i odbiły się. Może jakoś kiedyś wymienię.

Doktor Bezwartościowy – biografia psychiatry, który przez całe życie dowodził, że agresja i skłonność do przemocy wynikają wyłącznie ze środowiska, w którym człowiek funkcjonuje. Sam komiks można podzielić na trzy etapy – badania przestępców (a właściwie zwyrodnialców, bo mowa o kanibalach, pedofilach i ogólnie tego typu odchyłach), działalność społeczna w nowojorskim Harlemie oraz krucjata przeciwko komiksom, które wg głównego bohatera miały mieć zły wpływ na młodzież i powodować wzrost przestępczości. Komiks wydaje się dość wiernie oddawać historię postaci. Parę rzeczy próbowałem potwierdzić w necie i się zgadzało. Sam tytuł, jak i wpływ psychiatry na rynek komiksowy wskazują na ewidentnie negatywne podejście autorów, ale wczytując się w historię, ocena jest bardziej zniuansowana. Oprócz ewidentnego fanatyzmu w kontekście medium komiksowego, dr Wertham dał się poznać jako zaangażowany społecznik, zadeklarowany przeciwnik segregacji rasowej i ogólnie jako wspierający ochronę praw obywatelskich naukowiec (chociaż jego metody były niejednokrotnie krytykowane).
Na pewno nie jest to łatwa lektura, ani krzykliwy tytuł. Są przysłowiowe ściany tekstu. Porównania do komiksu o Eddiem Geinie tych samych autorów nasuwają się same.

Wieszcz (księga 2) – drugie tomiszcze utrzymane w podobnej tematyce i stylu, co poprzednie, mimo zmieniających się co chwilę autorów. Ten tom podobał mi się chyba trochę mniej niż poprzedni, szczególnie historia z Amazonką mnie trochę podmęczyła. I ogólnie więcej chyba było wzajemnych kłótni bogów między sobą, niż historii ludzkich w tym tomie. Jedyne, czego mi zabrakło w tej serii to
Spoiler: PokażUkryj
jakiegoś nawiązania do Iliady / Odysei. Skoro bohaterem był Homer, to aż się prosiło moim zdaniem o jakieś easter eggi chociaż.
Chwała wydawnictwu, że tak szybko wydano obydwa tomy.

** Niezłe / można przeczytać

Po ucieczce z Alcatraz – Alcatraz to oczywiście słynne więzienie położone na wyspie niedaleko San Francisco. Więzienie, z którego nikt nie uciekł, ale nie znaczy, że nikt nie próbował. W 1962 trójka śmiałków opuściła wyspę, ale ślad po nich zaginął. Nigdy już się nie znaleźli, więc prawdopodobnie utonęli. Ta historia została zekranizowana – Clint Eastwood zagrał główną rolę (niedawno widziałem i polecam). Natomiast komiks zaczyna się, gdy śmiałkowie płyną pontonem przez zatokę. Udaje im się dotrzeć na brzeg, ale to dopiero początek trudności. Życie zbiega wcale nie jest łatwe, a wolność okazuje się bardzo skomplikowana i mająca wysoką cenę. Mają zaplanowaną trasę, ale wszystko idzie jak po grudzie. To były czasy bez kamer, internetów itd., ale amerykańska prowincja wcale nie okazuje się rajem. Komiks to taki miks akcji / kryminału, bo oprócz zbiegów śledzimy też poczynania śledczych. W sumie scenariusz ma dość filmowy charakter, a może nawet na serial by się nadał (tak jak np. Ścigany). Rysunki w stylu malarskim (w sumie nie wiem, czy malowane, czy tak tylko trochę stylizowane w tym kierunku) wpadają w oko. Przyjemna, rozrywkowa lektura.
 
Drom – trochę taki traktat filozoficzny o początkach ludzkości, naszej naturze, religii i jej funkcji i tym co nas popycha do złych i dobrych rzeczy. Komiks jest w dużej mierze niemy i dużo eksperymentuje z kompozycją plansz, gdzie na jednej stronie mogą być duże lub malutkie kadry. Trzeba nieraz samemu sobie dopowiadać, co tam właściwie się dzieje. Autorzy z jednej strony prowadzą historię w jakimś kierunku, ale wiele miejsca zostawiają też czytelnikowi i ta skąpość dialogów to właśnie taki zabieg, żeby sobie w swoim sosie to przetrawić. Nie jest to mój ulubiony gatunek, ani może nie być wielkim hitem, ale podskórnie czuję, że gdybym sprzedał, to bym kiedyś chciał do niego zajrzeć i spróbować jeszcze raz.

Bibliomania – to jeden z tych komiksów, gdzie wszystko ogranicza tylko fantazja autorów. Papier przyjmuje wszystko i na kolejnej stronie nasza bohaterka i my z nią trafiamy w nowe, dziwne miejsce. Królicza nora ma tutaj postać hotelu, którego każdy pokój ma innego, dziwnego lokatora. Główna bohaterka wielu z nich odwiedzi, a to wszystko będzie się odbywać w odmętach szaleństwa, trochę jakby w sennej / koszmarnej oprawie. Czytając do głowy przyszedł mi Azyl Arkham, gdzie Batman błądził w ciemnościach i czegoś szukał. Rozmiar mangowy trochę odebrał wrażeń wizualnych, ale jak dla okazjonalnego zjadacza tego gatunku i tak było oryginalnie i atrakcyjnie. Komiks nie z mojej bajki, ale ciekawa odskocznia.

Świat Sarvan – główna bohaterka napaliła się na przybysza z nieba, a tu pech, bo on jakiś niechętny. Ba, nawet skąpe stroje, które co chwila się gubią nie pomagają. Komiks z początku lat 80-tych, publikowany w jakimś magazynie, przez co składa się raczej z krótszych epizodów powtarzających schemat walki z jakimiś stworami. Taki trochę mix fantasy, sci-fi i erotyki. Czytałem niedługo po Barbarze i ten pierwszy tytuł bardziej mi przypadł do gustu. Sarvan zestarzała się chyba jednak trochę lepiej niż Barbarella (do której silnie nawiązuje przedmowa). Dla fanów podobnych, lekko już ramotkowatych tytułów z tamtą kreską.

Bouncer (tom 4) – wydaje mi się, że trzyma poziom poprzednich tomów. Te czytałem już dość dawno, ale pamiętałem, że jest to dość brutalny western, gdzie autor nie pieści się z bohaterami i dość łatwo dostać kulkę albo kosę. I tak tutaj też jest. Fabuła jest powiązana z poprzednim tomem, ale nie na tyle, żeby trzeba było go sobie przypominać. Rysunkowo również jest dobrze, oczywiście dla fanów realistycznej kreski. Jest na pewno atrakcyjnie dla oka.

Tunele – miałem trochę problem w trakcie czytania tego komiksu, bo z jednej strony rzecz dzieje się na pograniczu izraelsko-palestyńskim, więc w atmosferze wzajemnej nieufności, zagrożenia, wrogości itd. Z drugiej strony acja się rozgrywa w kręgu archeologów szukających biblijnego artefaktu, więc trochę przygody ala Indiana Jones. Tutaj też dochodził dość humorystyczny sposób przedstawiania bohaterów, akcji i rysunków. I taki dysonans poznawczy towarzyszył mi do końca, a wcale nie jest łatwo do niego dotrzeć, gdyż jest to dość gruby komiks i momentami może trochę przegadany. Mi zajęło to chyba ze trzy wieczory. Ale ostatecznie wrażenia są na plus, jako powiedzmy komiks rozrywkowy. Za to posłowie wskazywało na dużo poważniejszy zamiar – bardziej ekumeniczno-historyczno-religijny. Dla mnie to nie było takie wyraźne. Może znam się mniej na tych tematach, albo nie jestem takim marzycielem.

Doktor Who – moja pierwsza styczność z tym uniwersum i ewidentnie zabrakło mi jakiegoś wprowadzenia. Parę stron wstępu zamiast galerii okładek czy iluś stron ze szkicami sprawdziło by się o wiele lepiej. Bez tego komiks staje się bardzo chaotyczny i mało zrozumiały. W szczególności nie wiadomo, dlaczego pojawiają się w nim trzy oddzielne historie (dwie pierwsze lekko męczące zresztą). Są różni Doktorzy, różni pomocnicy, różne stwory z kosmosu. Trochę nie wiadomo po co i na co to wszystko. Dopiero trzecia fabuła przykuła moją uwagę i zacząłem czytać z większą przyjemnością. Ale nieznajomość świata nadal trochę to wszystko utrudniała. Posłowie K. Śmiałkowskiego może trochę pomogło, ale dostał aż całą jedną stronę na przybliżenie 60-letniej historii komiksów / seriali / książek i słuchowisk. No słabo to Egmont rozegrał. Jak wyjdzie drugi tom, to pewnie się jeszcze skuszę, bo ostatnio znowu przypomniałem sobie wątek podróży w czasie (seriale Podróżnicy, Dark, Ciała) i nadal mnie to bawi.

Mątwa Arystotelesa – na pierwszy rzut oka, dość oklepana historia o spotkaniu ekscentrycznego urzędnika nadzorującego biuro rzeczy znalezionych w jakimś angielskim miasteczku z nierozgarniętym uczniem wysłanym do niego na praktyki. Z biegiem czasu oczywiście okaże się, że ta dwójka zacznie się coraz lepiej dogadywać. Dla mnie to jednak przede wszystkim opowieść o samotności i jak czasem łatwo człowieka wrzucić do szufladki dziwak i nieudacznik, bez bliższego poznania. Pouczająca lektura.

Universal Monsters: Potwór z Czarnej Laguny żyje! – pulpowa historia o poszukiwaniu prawdy na temat tajemniczego potwora kryjącego się w amazońskiej dżungli. Scenariusz nadawałby się na tani horror klasy B/C jakiegoś początkującego reżysera, który później okazałby się następcą Camerona, Spielberga czy innego Raimiego. Jedyny minus, jaki mi się narzuca, to długość komiksu, zafałszowana ilością dodatków. Sam komiks kończy się w połowie albumu. Można się zdziwić.

Wydział 7 (zeszyt 17) – taki trochę przerywnik (spin-off) głównej serii. Pani Doktor wyjeżdża do Izraela i tam ma przygodę zwiedzając starożytne ruiny. Można by rzec, że taki zapychacz. Zaczyna mi się ta seria trochę dłużyć, bo czekam parę miesięcy na kolejny krótki zeszyt (człowiek się rozbestwił i nawet czekanie na grube integrale się dłuży). Nie spodobały mi się rysunki twarzy – po co zostały poczernione? Wszyscy wyglądają, jak jakieś upiory.

Thorgal. Saga – Bogini bursztynu – Thorgal rzuca się kolejny raz na pomoc swojej rodzinie. W sumie trochę odgrzewane kotlety. Może samo zawiązanie intrygi było dość absurdalne, ale w gatunku fantasy to chyba jest dopuszczalne. Dalej dość klasycznie – Thorgal trafi, gdzie ma trafić, swoją szlachetnością wygra z przeciwnikami i przeciwnościami losu i wróci do domu. Lekki plusik za oprawę graficzną – kilka dużych rozkładówek z efektownymi pejzażami.

Brama orientu – drugi album z serii przygód Maxa Fridmana, czyli szpiega pracującego dla Francuzów w przededniu II wojny światowej. Poprzednio był zaplątany w aferę na Węgrzech, teraz trafia do Stambułu, gdzie wspólnie z kolegami i przeciwnikami spróbuje przechwycić zbiega z Rosji. Sama konstrukcja komiksu jest dość zbliżona do pierwszego albumu – śledzimy zmagania poszczególnych wywiadów, które działając w ukryciu próbują przechytrzyć przeciwników. Mało kto mówi tutaj prawdę. Sojusze są nietrwałe, nazwiska nieprawdziwe. Dochodzi do zdrad, albo po prostu do przedkładania własnych rozkazów lub oceny sytuacji ponad chwilowe znajomości. Sam bohater, co mi się bardzo podoba w tej serii, ma ograniczony wpływ na rozwój sytuacji, jak i na końcowy wynik. Ponad wszystkimi agentami zasuwającymi na ulicach miasta działają ich przełożeni, a nad nimi wielka polityka. Wojna zbliża się wielkimi krokami i dzisiejsi rywale mogą niedługo zostać przyjaciółmi z przymusu. To nakłada na fabułę dodatkowy wymiar, czyniąc ją jeszcze bardziej złożoną.
Właściwie to nie wiem do końca, czego mi tutaj zabrakło, ale jakoś oceniam tę część troszkę niżej niż pierwszą. Wszystko niby się zgadza, ale jakoś zabrakło mi w tym emocji. W komiksie dzieje się bardzo dużo i na tych ok. 50 stronach może nie wystarczyło już miejsca na rozwój postaci? A tych jest wcale niemało. Ale poza tym, to przemyślana, dość realistyczna historia szpiegowska. Czekam na kolejne odcinki.

Spawn Origins (tomy 1-2) – nigdy wcześniej nie czytałem nic z tej serii. Wziąłem jako niewymagającą lekturę do nudnych meczów i przynajmniej 10 pierwszych zeszytów się do tego nieźle nadawała. Później ta historia zaczęła mnie trochę nużyć. Kręciło się to wszystko wokół tych samych problemów głównego bohatera (zmartwychwstałem, ale żona ma już innego i co tu z tym faktem począć?). Trochę szkoda, bo można było ciekawiej to wszystko pisać. Scenariusze Todda już 30 lat temu wydawały mi się trochę dęte, pełne patosu i ogólnie miałem wrażenie, że najpierw rysuje, a później wymyśla, jakby to posklejać w jakąś historię. Ale rysunkowo przeniosłem się w świat wspomnień. Da się poczuć klimat lat 90. NY jakby żywcem zdjęty ze Spidermana. Są też gościnne występy A. Moore’a i F. Millera w drugim tomie.
Myślę, że odłożę resztę tomów na świętego nigdy.

* Nie podeszło lub wręcz wymęczyło

Traum 1999 – nie jestem pewny, o czym jest ten komiks. Składa się z kilku rozdziałów, które chyba nie są ze sobą fabularnie połączone (jest jakiś rytualny poród, później patrzymy na niespełnionego pisarza w średnim wieku, następnie na środowisko kapel rockowych i na końcu jakieś postapo. Wewnątrz tych epizodów również jest dziwnie. Właściwie to jakby się oglądało męczący sen, gdzie co chwila coś nowego się pojawia, to co przed chwilą nas zajmowało, nagle znika bez wyjaśnienia. Nie widać jakiejś większej spójności, czy przyczyn / skutków kolejnych wydarzeń. Nie jestem fanem takich komiksów. Za to rysunkowo jest znakomicie. Wielkie czarnobiałe plansze, urozmaicone kadrowanie, gra światłocieniem. Trochę w stylu Black Hole Burnsa, tylko w naprawdę dużym formacie. Tak dużym, że jednak przydałaby się twarda okładka. Ta miękka, czy tam tekturowa nie sprawia wrażenia trwałości, szczególnie że mój egzemplarz był zupełnie odklejony i właściwie wypadł z okładki. Przed lekturą musiałem się pobawić klejem.
Black Dahlia **
Dylan Dog: Mater morbi ***
Chaos, Podróż do piekła ***
Nonnonba **
Historia Dylana Doga **

Offline wujekmaciej

Odp: Bo chodzi o to, żeby plusy nie przesłaniały nam minusów - sezon drugi
« Odpowiedź #806 dnia: Wt, 23 Czerwiec 2026, 21:21:02 »
Ta miękka, czy tam tekturowa nie sprawia wrażenia trwałości, szczególnie że mój egzemplarz był zupełnie odklejony i właściwie wypadł z okładki. Przed lekturą musiałem się pobawić klejem.

To jest tak specjalnie zrobione. Nazywa się jakoś oprawa z otwartym grzbietem.

Offline perek82

Odp: Bo chodzi o to, żeby plusy nie przesłaniały nam minusów - sezon drugi
« Odpowiedź #807 dnia: Wt, 23 Czerwiec 2026, 21:41:10 »
O ja nieobyty w świecie, nie wiedziałem. Naprawiłem coś co nie było zepsute. Pierwszy raz się z czymś takim spotkałem, o ile nie licząc Spidermana 8/91 którego parę razy widziałem bez okładki.

Wstyd normalnie.
Black Dahlia **
Dylan Dog: Mater morbi ***
Chaos, Podróż do piekła ***
Nonnonba **
Historia Dylana Doga **

Offline Rodrigues

Odp: Bo chodzi o to, żeby plusy nie przesłaniały nam minusów - sezon drugi
« Odpowiedź #808 dnia: Śr, 24 Czerwiec 2026, 09:16:13 »
O ja nieobyty w świecie, nie wiedziałem. Naprawiłem coś co nie było zepsute. Pierwszy raz się z czymś takim spotkałem, o ile nie licząc Spidermana 8/91 którego parę razy widziałem bez okładki.
Wstyd normalnie.

Super historia :P :)
Ja do niedawna też nie znałem takiej oprawy. Dowiedziałem się o niej dopiero kiedy przeczytałem recenzję wydania graficznego Katedry (Dukaj, Bagiński) i kiedy wpadły fotki publikacji:

Offline jahred666

Odp: Bo chodzi o to, żeby plusy nie przesłaniały nam minusów - sezon drugi
« Odpowiedź #809 dnia: Śr, 24 Czerwiec 2026, 19:22:05 »
dla mnie ta "szwajcarska okładka" to jest coś przekoszmarnego. Nie wiem co za idiota to wymyslił i czemu to jest powielane. Przy częstym korzystaniu z takiej książki, ona poprostu się rozpadnie. Może celem było zrobienie czegoś na pokaz, albo do jednokrotnego użytku?....