Drugi kwartał był całkiem całkiem. Pojechałem na Komiksową Warszawę, zakupiłem trochę nowości, zdobyłem dedykacje od Marzeny Sowy.
***** Poza skaląCodzienna walka – kiedyś wypożyczyłem z biblioteki i od tamtej pory czekałem na wznowienie. Parę lat czekałem od zapowiedzi do druku. No ale jest i nadal świetnie się to czyta. Praktycznie każdy tytuł Larceneta mi siada (najmniej Droga, ale to raczej wina pierwowzoru, a nie adaptacji). Nawet Terapia Grupowa, która nie miała raczej większego odzewu jest u mnie na półce i też kiedyś jeszcze ją odpalę. Tylko jeden problem mam z tym tytułem – nie zmieścił mi się na półce obok innych Larcenetów (Blast, Brodeck, Terapia). No ma większy format. Musi stać obok Toppiego.
**** ZnakomiteMurena (tom 1 zbiorczy) – moja pierwsza styczność z tą serią i wsiąkłem od pierwszej strony, a właściwie od okładki. W fabryce pokazałem i od razu przykuła uwagę. Musiałem odfoliować, bo towarzystwo chciało zobaczyć, czy rysunki też są w tym stylu. No nie są, ale też są świetne. A sama okładka wygląda, jakby była jakąś limitką, a przecież nie ma innej. A z czym to się je? Śledzimy młodość Nerona, który w wyniku machinacji swojej matki zostaje cesarzem Rzymu. Większość akcji rozgrywa się na „salonach”, gdzie krzyżują się losy, interesy i ambicje poszczególnych bohaterów i gdzie one decydują, kto jest czyim sojusznikiem, a czyim wrogiem. A jak komuś podpadniesz, to nie ma zmiłuj: otrują cię, albo wbiją miecz w serce. Sama historia wydaje się być dość mocno oparta na prawdziwych wydarzeniach (są przypisy objaśniające, kto kogo , z kim i czy na pewno). W międzyczasie Rzymianie oddają się ucztom, orgiom, chodzą do łaźni i patrzą na walki gladiatorów. No jest wszystko, czego się oczekuje od komiksu opowiadającego o tych czasach. Neron zdradza pewne oznaki szaleństwa, więc w sumie wiadomo, co wykombinuje, ale już na to czekam.
Brzask – parę osób spotyka się w ruinach warszawskiej kamienicy w styczniu 1945 r. i opowiada o swoich losach w trakcie Powstania Warszawskiego, bombardowań czy pobytu w obozie w Pruszkowie i o tym, co robią w zupełnie zniszczonym mieście. Zawsze mnie strasznie przygnębiał ten widok, czy to w filmach / serialach / na starych zdjęciach, czy jako opis w książce. Sterty gruzu były placem zabaw dla dzieciaków jeszcze wiele lat po wojnie. Sam znam kamienice, na których widać ślady po kulach (a wcale zamiłowania do historii nie mam). Ale to przecież ludzie i ich historie są o wiele trudniejsze do zniesienia – rozdzielenie z rodziną i brak wiadomości o ich losie to i tak może być lepsza wersja niż świadomość, że już tej rodziny nie ma. To zobrazowane uproszczonym rysunkiem (ale nie aż tak jak w Festiwalu) robi piorunujące wrażenie. Dla mnie to jeden z lepszych polskich komiksów. Pokazuje siłę tego medium, które na równi z innymi potrafi przedstawić krótki, mały epizod w sposób intrygujący i wbijający w fotel.
*** DobreKwiat, Bakteria, Bronx – trzy słowa są tytułami trzech zbiorów krótszych historii: Kwiat – rozgrywa się w czasie wojny w Wietnamie, gdzie Amerykanie i Wietnamczycy korzystają z usług prostytutek. Można powiedzieć, że to jedna dłuższa historia, chociaż na początku tak nie wygląda. Bakteria jest umiejscowiona w świecie przyszłości, gdzie życie ludzkie jest zaprogramowane do granic absurdu (taka mieszanka 1984 / Nowy wspaniały świat i trochę Matrixa – przynajmniej tak mi się jeden wątek skojarzył). To jedna historia złożona z kilku krótszych części (tak po prostu była wydawana). Bronx jest zbiorem krótkich form, rozgrywających się w półświatku w tytułowej dzielnicy Nowego Jorku. Nie nudziłem się ani chwili, a rysunkowo też jest super. Też świetnie wydane na grubym offsecie. Trochę jakby w stylu komiksów Mandioca, ale to LiT. Mocny tytuł.
Barbara (tomy 1-2) – miałem na początku lekką obawę, że całe dwa tomy będą pełne krótkich epizodów, w których nasza nie do końca ubrana bohaterka będzie cudem uchodzić z kolejnych awantur. Na szczęście dość szybko historia zaczyna się układać w większą całość. Dochodzą kolejne szczegóły, nowi bohaterowie mają dodatkowe wiadomości. Wtedy okazuje się, że ten świat po apokalipsie nie jest aż tak przypadkowy i chaotyczny. I nie wydaje się to wszystko wtórne, przynajmniej dla mnie, który rzadziej sięga po sci-fi. Mam wrażenie, że później autorzy nabrali ochoty na zwiększanie spektakularności swojej historii i rozciągnęli naszą ziemską perspektywę na dużo większą skalę i w drugim tomie dzieją się już rzeczy dla mnie mniej ciekawe, jak latanie w kosmosie czy strzelanie laserami, ale udało się to wszystko uratować końcówką i rozwiązaniem akcji. A rysunkowo, panie, masakra. Dla wielbicieli ramotek to będzie cieszyć oko, jak mało co.
Miraże rozszerzonej nadrzeczywistości – zbiór chyba kilkunastu komiksów autorstwa Druilleta. W części odpowiadał i za scenariusz i za rysunki, w części współpracował z innymi artystami. W krótkiej notce można doczytać, że polskie wydanie jest kompilacją trzech komiksów wydanych na Zachodzie, co sprawia, że mamy do czynienia z najbardziej kompletną wersją. I chwała za to wydawcy! A w środku jest to, co czytelnicy komiksów Druilleta znają – dziwne światy, wypełnione dziwnymi stworami, gdzie przygody bohaterów nie zawsze podlegają jakiejś logice, czy prawom fizyki. Sci-fi miesza się z fantasy, czasem erotyką czy pornografią. Pan raczej nie odmawiał różnych środków rozszerzających wyobraźnię, przez co nie zawsze łatwo jest nadążyć, ale dawkując sobie te historie, można czerpać sporo przyjemności. Szczególnie, że warstwa graficzna jak zwykle dowozi, a czasami to nawet więcej (w jednym komiksie, akurat rysowanym przez kogo innego, rozkładówka dosłownie wbiła mi się tak mocno, że zupełnie zapomniałem o czym właściwie czytam i musiałem się cofać – chyba najbardziej spektakularna plansza, jaką widziałem). Dla fanów postaci Lone Sloan, czy Vuzz znajdą się dedykowane epizody (jeśli nie fabularnie, to na pewno rysunkowo nawiązujące).
Komiksy Druilleta, czy jego kolegów z tamtej epoki nie zawsze mi siadają. Myślę, że gdybym je poznawał 50 lat temu, to pewnie odbiór byłby inny. Nie przeszkadza mi eksperymentowanie z formą, szukanie nowych pomysłów, surrealizm, łamanie schematów itd. To jak najbardziej doceniam. Za to nie rozumiem tego zafiksowania na sci-fi, kosmos, statki kosmiczne, lasery… Rzadko zaglądam w takie obszary. Chyba wtedy takie tematy jarały ludzi.
Ostatni gasi światło – jedno niepozorne zdarzenie pociąga za sobą nieoczekiwane konsekwencje dla mieszkańców jednej z kamienic i wciąga wszystkich w spiralę przemocy. Gatunek można określić jako czarną komedię, trochę w stylu Tarantino, czy Guya Ritchie (trochę skojarzyły mi się Pulp fiction czy Przekręt – zarówno w zakresie rozwiązań fabularnych, jak i pokazywania scen z różnych perspektyw i składania historii w całość z kilku odrębnych epizodów). Komiks może trochę niepozorny, ale w środku świetnie zrobiony.
Lone wolf and cub (10-14) – w 10. tomie ojciec i syn zostali rozłączeni. Później się odnajdują i mają kolejne przygody. Wziąłem się za czytanie, bo skończyły mi się komiksy papierowe. Kiedyś mam nadzieję doczytam do końca tę serię, bo jakkolwiek ogólnie jest dość wtórnie (chcą go zabić, a on i tak wszystkich posieka na plasterki), to jednak są też i bardzo fajne puenty. Coś mi się wydaje, że to będzie moja ulubiona manga.
Jakby odór diabła – zbiór kilku (5-6) opowiadań grozy. Akcja dzieje się gdzieś na francuskiej (albo podobnej) prowincji a bazą dla nich są stare przesądy, opowieści, wierzenia i inne zabobony. Pojawią się wilkołaki, wstające z grobów trupy i inne upiory. Tak trochę jakby wyjęte z twórczości Lovecrafta czy innego Poe. I gustownie zilustrowane. To już kolejny taki zbiór wydany przez Mandiocę. Kupiłem na Komiksowej Warszawie. I byłoby super, gdyby nie defekt – niektóre strony mają odbite inne rysunki, jakby strony zostały zbyt szybko w drukarni złożone, przed wyschnięciem i odbiły się. Może jakoś kiedyś wymienię.
Doktor Bezwartościowy – biografia psychiatry, który przez całe życie dowodził, że agresja i skłonność do przemocy wynikają wyłącznie ze środowiska, w którym człowiek funkcjonuje. Sam komiks można podzielić na trzy etapy – badania przestępców (a właściwie zwyrodnialców, bo mowa o kanibalach, pedofilach i ogólnie tego typu odchyłach), działalność społeczna w nowojorskim Harlemie oraz krucjata przeciwko komiksom, które wg głównego bohatera miały mieć zły wpływ na młodzież i powodować wzrost przestępczości. Komiks wydaje się dość wiernie oddawać historię postaci. Parę rzeczy próbowałem potwierdzić w necie i się zgadzało. Sam tytuł, jak i wpływ psychiatry na rynek komiksowy wskazują na ewidentnie negatywne podejście autorów, ale wczytując się w historię, ocena jest bardziej zniuansowana. Oprócz ewidentnego fanatyzmu w kontekście medium komiksowego, dr Wertham dał się poznać jako zaangażowany społecznik, zadeklarowany przeciwnik segregacji rasowej i ogólnie jako wspierający ochronę praw obywatelskich naukowiec (chociaż jego metody były niejednokrotnie krytykowane).
Na pewno nie jest to łatwa lektura, ani krzykliwy tytuł. Są przysłowiowe ściany tekstu. Porównania do komiksu o Eddiem Geinie tych samych autorów nasuwają się same.
Wieszcz (księga 2) – drugie tomiszcze utrzymane w podobnej tematyce i stylu, co poprzednie, mimo zmieniających się co chwilę autorów. Ten tom podobał mi się chyba trochę mniej niż poprzedni, szczególnie historia z Amazonką mnie trochę podmęczyła. I ogólnie więcej chyba było wzajemnych kłótni bogów między sobą, niż historii ludzkich w tym tomie. Jedyne, czego mi zabrakło w tej serii to
jakiegoś nawiązania do Iliady / Odysei. Skoro bohaterem był Homer, to aż się prosiło moim zdaniem o jakieś easter eggi chociaż.
Chwała wydawnictwu, że tak szybko wydano obydwa tomy.
** Niezłe / można przeczytaćPo ucieczce z Alcatraz – Alcatraz to oczywiście słynne więzienie położone na wyspie niedaleko San Francisco. Więzienie, z którego nikt nie uciekł, ale nie znaczy, że nikt nie próbował. W 1962 trójka śmiałków opuściła wyspę, ale ślad po nich zaginął. Nigdy już się nie znaleźli, więc prawdopodobnie utonęli. Ta historia została zekranizowana – Clint Eastwood zagrał główną rolę (niedawno widziałem i polecam). Natomiast komiks zaczyna się, gdy śmiałkowie płyną pontonem przez zatokę. Udaje im się dotrzeć na brzeg, ale to dopiero początek trudności. Życie zbiega wcale nie jest łatwe, a wolność okazuje się bardzo skomplikowana i mająca wysoką cenę. Mają zaplanowaną trasę, ale wszystko idzie jak po grudzie. To były czasy bez kamer, internetów itd., ale amerykańska prowincja wcale nie okazuje się rajem. Komiks to taki miks akcji / kryminału, bo oprócz zbiegów śledzimy też poczynania śledczych. W sumie scenariusz ma dość filmowy charakter, a może nawet na serial by się nadał (tak jak np. Ścigany). Rysunki w stylu malarskim (w sumie nie wiem, czy malowane, czy tak tylko trochę stylizowane w tym kierunku) wpadają w oko. Przyjemna, rozrywkowa lektura.
Drom – trochę taki traktat filozoficzny o początkach ludzkości, naszej naturze, religii i jej funkcji i tym co nas popycha do złych i dobrych rzeczy. Komiks jest w dużej mierze niemy i dużo eksperymentuje z kompozycją plansz, gdzie na jednej stronie mogą być duże lub malutkie kadry. Trzeba nieraz samemu sobie dopowiadać, co tam właściwie się dzieje. Autorzy z jednej strony prowadzą historię w jakimś kierunku, ale wiele miejsca zostawiają też czytelnikowi i ta skąpość dialogów to właśnie taki zabieg, żeby sobie w swoim sosie to przetrawić. Nie jest to mój ulubiony gatunek, ani może nie być wielkim hitem, ale podskórnie czuję, że gdybym sprzedał, to bym kiedyś chciał do niego zajrzeć i spróbować jeszcze raz.
Bibliomania – to jeden z tych komiksów, gdzie wszystko ogranicza tylko fantazja autorów. Papier przyjmuje wszystko i na kolejnej stronie nasza bohaterka i my z nią trafiamy w nowe, dziwne miejsce. Królicza nora ma tutaj postać hotelu, którego każdy pokój ma innego, dziwnego lokatora. Główna bohaterka wielu z nich odwiedzi, a to wszystko będzie się odbywać w odmętach szaleństwa, trochę jakby w sennej / koszmarnej oprawie. Czytając do głowy przyszedł mi Azyl Arkham, gdzie Batman błądził w ciemnościach i czegoś szukał. Rozmiar mangowy trochę odebrał wrażeń wizualnych, ale jak dla okazjonalnego zjadacza tego gatunku i tak było oryginalnie i atrakcyjnie. Komiks nie z mojej bajki, ale ciekawa odskocznia.
Świat Sarvan – główna bohaterka napaliła się na przybysza z nieba, a tu pech, bo on jakiś niechętny. Ba, nawet skąpe stroje, które co chwila się gubią nie pomagają. Komiks z początku lat 80-tych, publikowany w jakimś magazynie, przez co składa się raczej z krótszych epizodów powtarzających schemat walki z jakimiś stworami. Taki trochę mix fantasy, sci-fi i erotyki. Czytałem niedługo po Barbarze i ten pierwszy tytuł bardziej mi przypadł do gustu. Sarvan zestarzała się chyba jednak trochę lepiej niż Barbarella (do której silnie nawiązuje przedmowa). Dla fanów podobnych, lekko już ramotkowatych tytułów z tamtą kreską.
Bouncer (tom 4) – wydaje mi się, że trzyma poziom poprzednich tomów. Te czytałem już dość dawno, ale pamiętałem, że jest to dość brutalny western, gdzie autor nie pieści się z bohaterami i dość łatwo dostać kulkę albo kosę. I tak tutaj też jest. Fabuła jest powiązana z poprzednim tomem, ale nie na tyle, żeby trzeba było go sobie przypominać. Rysunkowo również jest dobrze, oczywiście dla fanów realistycznej kreski. Jest na pewno atrakcyjnie dla oka.
Tunele – miałem trochę problem w trakcie czytania tego komiksu, bo z jednej strony rzecz dzieje się na pograniczu izraelsko-palestyńskim, więc w atmosferze wzajemnej nieufności, zagrożenia, wrogości itd. Z drugiej strony acja się rozgrywa w kręgu archeologów szukających biblijnego artefaktu, więc trochę przygody ala Indiana Jones. Tutaj też dochodził dość humorystyczny sposób przedstawiania bohaterów, akcji i rysunków. I taki dysonans poznawczy towarzyszył mi do końca, a wcale nie jest łatwo do niego dotrzeć, gdyż jest to dość gruby komiks i momentami może trochę przegadany. Mi zajęło to chyba ze trzy wieczory. Ale ostatecznie wrażenia są na plus, jako powiedzmy komiks rozrywkowy. Za to posłowie wskazywało na dużo poważniejszy zamiar – bardziej ekumeniczno-historyczno-religijny. Dla mnie to nie było takie wyraźne. Może znam się mniej na tych tematach, albo nie jestem takim marzycielem.
Doktor Who – moja pierwsza styczność z tym uniwersum i ewidentnie zabrakło mi jakiegoś wprowadzenia. Parę stron wstępu zamiast galerii okładek czy iluś stron ze szkicami sprawdziło by się o wiele lepiej. Bez tego komiks staje się bardzo chaotyczny i mało zrozumiały. W szczególności nie wiadomo, dlaczego pojawiają się w nim trzy oddzielne historie (dwie pierwsze lekko męczące zresztą). Są różni Doktorzy, różni pomocnicy, różne stwory z kosmosu. Trochę nie wiadomo po co i na co to wszystko. Dopiero trzecia fabuła przykuła moją uwagę i zacząłem czytać z większą przyjemnością. Ale nieznajomość świata nadal trochę to wszystko utrudniała. Posłowie K. Śmiałkowskiego może trochę pomogło, ale dostał aż całą jedną stronę na przybliżenie 60-letniej historii komiksów / seriali / książek i słuchowisk. No słabo to Egmont rozegrał. Jak wyjdzie drugi tom, to pewnie się jeszcze skuszę, bo ostatnio znowu przypomniałem sobie wątek podróży w czasie (seriale Podróżnicy, Dark, Ciała) i nadal mnie to bawi.
Mątwa Arystotelesa – na pierwszy rzut oka, dość oklepana historia o spotkaniu ekscentrycznego urzędnika nadzorującego biuro rzeczy znalezionych w jakimś angielskim miasteczku z nierozgarniętym uczniem wysłanym do niego na praktyki. Z biegiem czasu oczywiście okaże się, że ta dwójka zacznie się coraz lepiej dogadywać. Dla mnie to jednak przede wszystkim opowieść o samotności i jak czasem łatwo człowieka wrzucić do szufladki dziwak i nieudacznik, bez bliższego poznania. Pouczająca lektura.
Universal Monsters: Potwór z Czarnej Laguny żyje! – pulpowa historia o poszukiwaniu prawdy na temat tajemniczego potwora kryjącego się w amazońskiej dżungli. Scenariusz nadawałby się na tani horror klasy B/C jakiegoś początkującego reżysera, który później okazałby się następcą Camerona, Spielberga czy innego Raimiego. Jedyny minus, jaki mi się narzuca, to długość komiksu, zafałszowana ilością dodatków. Sam komiks kończy się w połowie albumu. Można się zdziwić.
Wydział 7 (zeszyt 17) – taki trochę przerywnik (spin-off) głównej serii. Pani Doktor wyjeżdża do Izraela i tam ma przygodę zwiedzając starożytne ruiny. Można by rzec, że taki zapychacz. Zaczyna mi się ta seria trochę dłużyć, bo czekam parę miesięcy na kolejny krótki zeszyt (człowiek się rozbestwił i nawet czekanie na grube integrale się dłuży). Nie spodobały mi się rysunki twarzy – po co zostały poczernione? Wszyscy wyglądają, jak jakieś upiory.
Thorgal. Saga – Bogini bursztynu – Thorgal rzuca się kolejny raz na pomoc swojej rodzinie. W sumie trochę odgrzewane kotlety. Może samo zawiązanie intrygi było dość absurdalne, ale w gatunku fantasy to chyba jest dopuszczalne. Dalej dość klasycznie – Thorgal trafi, gdzie ma trafić, swoją szlachetnością wygra z przeciwnikami i przeciwnościami losu i wróci do domu. Lekki plusik za oprawę graficzną – kilka dużych rozkładówek z efektownymi pejzażami.
Brama orientu – drugi album z serii przygód Maxa Fridmana, czyli szpiega pracującego dla Francuzów w przededniu II wojny światowej. Poprzednio był zaplątany w aferę na Węgrzech, teraz trafia do Stambułu, gdzie wspólnie z kolegami i przeciwnikami spróbuje przechwycić zbiega z Rosji. Sama konstrukcja komiksu jest dość zbliżona do pierwszego albumu – śledzimy zmagania poszczególnych wywiadów, które działając w ukryciu próbują przechytrzyć przeciwników. Mało kto mówi tutaj prawdę. Sojusze są nietrwałe, nazwiska nieprawdziwe. Dochodzi do zdrad, albo po prostu do przedkładania własnych rozkazów lub oceny sytuacji ponad chwilowe znajomości. Sam bohater, co mi się bardzo podoba w tej serii, ma ograniczony wpływ na rozwój sytuacji, jak i na końcowy wynik. Ponad wszystkimi agentami zasuwającymi na ulicach miasta działają ich przełożeni, a nad nimi wielka polityka. Wojna zbliża się wielkimi krokami i dzisiejsi rywale mogą niedługo zostać przyjaciółmi z przymusu. To nakłada na fabułę dodatkowy wymiar, czyniąc ją jeszcze bardziej złożoną.
Właściwie to nie wiem do końca, czego mi tutaj zabrakło, ale jakoś oceniam tę część troszkę niżej niż pierwszą. Wszystko niby się zgadza, ale jakoś zabrakło mi w tym emocji. W komiksie dzieje się bardzo dużo i na tych ok. 50 stronach może nie wystarczyło już miejsca na rozwój postaci? A tych jest wcale niemało. Ale poza tym, to przemyślana, dość realistyczna historia szpiegowska. Czekam na kolejne odcinki.
Spawn Origins (tomy 1-2) – nigdy wcześniej nie czytałem nic z tej serii. Wziąłem jako niewymagającą lekturę do nudnych meczów i przynajmniej 10 pierwszych zeszytów się do tego nieźle nadawała. Później ta historia zaczęła mnie trochę nużyć. Kręciło się to wszystko wokół tych samych problemów głównego bohatera (zmartwychwstałem, ale żona ma już innego i co tu z tym faktem począć?). Trochę szkoda, bo można było ciekawiej to wszystko pisać. Scenariusze Todda już 30 lat temu wydawały mi się trochę dęte, pełne patosu i ogólnie miałem wrażenie, że najpierw rysuje, a później wymyśla, jakby to posklejać w jakąś historię. Ale rysunkowo przeniosłem się w świat wspomnień. Da się poczuć klimat lat 90. NY jakby żywcem zdjęty ze Spidermana. Są też gościnne występy A. Moore’a i F. Millera w drugim tomie.
Myślę, że odłożę resztę tomów na świętego nigdy.
* Nie podeszło lub wręcz wymęczyłoTraum 1999 – nie jestem pewny, o czym jest ten komiks. Składa się z kilku rozdziałów, które chyba nie są ze sobą fabularnie połączone (jest jakiś rytualny poród, później patrzymy na niespełnionego pisarza w średnim wieku, następnie na środowisko kapel rockowych i na końcu jakieś postapo. Wewnątrz tych epizodów również jest dziwnie. Właściwie to jakby się oglądało męczący sen, gdzie co chwila coś nowego się pojawia, to co przed chwilą nas zajmowało, nagle znika bez wyjaśnienia. Nie widać jakiejś większej spójności, czy przyczyn / skutków kolejnych wydarzeń. Nie jestem fanem takich komiksów. Za to rysunkowo jest znakomicie. Wielkie czarnobiałe plansze, urozmaicone kadrowanie, gra światłocieniem. Trochę w stylu Black Hole Burnsa, tylko w naprawdę dużym formacie. Tak dużym, że jednak przydałaby się twarda okładka. Ta miękka, czy tam tekturowa nie sprawia wrażenia trwałości, szczególnie że mój egzemplarz był zupełnie odklejony i właściwie wypadł z okładki. Przed lekturą musiałem się pobawić klejem.