Autor Wątek: Bo chodzi o to, żeby plusy nie przesłaniały nam minusów - sezon drugi  (Przeczytany 215471 razy)

0 użytkowników i 1 Gość przegląda ten wątek.

Offline Rodrigues

Odp: Bo chodzi o to, żeby plusy nie przesłaniały nam minusów - sezon drugi
« Odpowiedź #525 dnia: Nd, 18 Grudzień 2022, 12:33:50 »
Utknąłem w połowie SBM, ale motywujesz mnie do wzięcia się za kolejne tomy ;)
Z jakiego komiksu jest ten kadr? Edycja 19 - START 06.12.2025 o godzinie 20:00

Odp: Bo chodzi o to, żeby plusy nie przesłaniały nam minusów - sezon drugi
« Odpowiedź #526 dnia: Nd, 18 Grudzień 2022, 12:49:58 »
  Jak masz na półce to czytaj, bo jest w drugiej połówce kilka fajnych tomów. Jak nie masz, to może być problem bo jak we wszystkich kolekcjach, końcówka była w o wiele mniejszym nakładzie niż start więc nie łatwo i nie tanio będzie coś tam kupić.

Offline perek82

Odp: Bo chodzi o to, żeby plusy nie przesłaniały nam minusów - sezon drugi
« Odpowiedź #527 dnia: Śr, 28 Grudzień 2022, 13:35:46 »
Małe podsumowanie kwartału. To tylko krótkie opinie, a nie recenzje (żeby mi nie zarzucać, że nie umiem w recenzje - to wiem:))

1.   Znakomite

Bernard Prince (tom 3) – wszystko w tej serii mi odpowiada: realistyczny rysunek (pełen detali, żywych kolorów, różnorodne tła / miejsca akcji, wręcz filmowe kadrowanie, pełne dynamiki, emocji), pomysły na kolejne odcinki, które rzucają naszych bohaterów w różne rejony świata i dają im coraz to trudniejsze wyzwania (oczywiście motywem przewodnim jest łódź / woda, ale niektóre odcinki rozgrywają się na pustkowiu czy wręcz przeciwnie – w wielkim mieście). Mocnym atutem serii jest również humor – nienachalny, ale cały czas obecny i związany z jednym bohaterów. W moim odczuciu komiks ten zestarzał się z godnością. Przygody nie są przekombinowane, nie ma w nich rożnego rodzaju gadżetów, które były modne w innych komiksach tamtego okresu (Bruno Brazil, czy Luc Orient). Pełna satysfakcja po każdym z tomów.

Button Man – wysłane w liście (linku) do Mikołaja i znaleziony pod choinką. Wchodzi jak gorący nóż w masło. Bez żadnych wstępów wpadamy w wir akcji. Prawie nic nie wiemy o bohaterze – lubię takie zagrywki fabularne. Komiks przypomniał mi klimatem 100 naboi albo serię o Bournie, gdzie również bohater jest dla czytelnika enigmą (zresztą dla siebie też). Raz ścigają go, raz ściga on. Nikt się z nikim nie szczypie, jeśli próbujesz go załatwić, to wiedz, że bez zastanowienia strzeli ci między oczy. Bez hamletyzowania i rozprawianiu o ludzkiej naturze i złu, które w ludziach siedzi. Komiks kapitalnie narysowany, z ciekawymi kompozycjami całych stron. Na duży plus trzeba zaliczyć, że na każdą z trzech części jest nowy pomysł na prowadzenie akcji. Autorzy nie wpadli w pułapkę ciągnięcia jednego wątku do granic wytrzymałości – wprowadzają nowych bohaterów (inna rzecz, że tu dość szybko się oni zużywają i jest to po prostu potrzebne), przenoszą akcję w inne miejsca. Niby główny wątek jest ten sam, ale w nowym, odświeżonym wydaniu w każdej z części. Wielki plus za piękne wydanie! W Top 10 tego roku.

Epilog – chyba jedno z największych zaskoczeń tego roku. Dorzuciłem w ostatniej chwili do jakiegoś zamówienia. Młody dziennikarz pracuje nad tematem, w którym historia rodzinna przeplata się z burzliwą historią Hiszpanii z czasów Franco. Czy to, co odkryje zmieni jego nastawienie do ojca, czy wręcz przeciwnie, jeszcze bardziej umocni go w nazwijmy to niechęci? Klimat podobny do komiksów Paco Roci, gdzie najważniejsze są wzajemne relacje między ludźmi i pokazane jest, jak trudne czasy mogą te relacje niszczyć, tak jak niszczą też samych ludzi. Wielki twist na koniec podbija ocenę. Rysunek jest dość oszczędny, jednak dobrze oddaje ogólny nastrój i emocje bohaterów. Na tylnej okładce jest kilka kadrów w kolorze i cóż – chętniej bym przytulił taką wersję. Również w Top 10 tego roku.

Słyszeliście, co zrobił Eddie Gein? – komiks / reportaż – tak to sobie określiłem na prywatny użytek. Mroczna historia, znakomicie dobrany rysunek (z jednej strony realistyczny, wręcz naturalistyczny, a z drugiej dwukolorowy, surowy) i szaleniec, którego chyba nie da się ogarnąć. Tego nie da się nazwać złem, to coś innego, niewyobrażalnego. Podobno życie pisze najlepsze scenariusze. Średnio to pasuje do tego komiksu, bo z jednej strony pokazuje prawdziwe wydarzenia, ale z drugiej – no właśnie, to się naprawdę wydarzyło. Przez to trochę trudno mi patrzeć jak na zwykły, kolejny komiks z fabułą i rysunkami. Mocna rzecz.

Tom Strong (tomy 1-3) – trzy tomy zabawy konwencją. Jest origin, jest pełno akcji i jest tribute w ostatnim tomie plus nazwijmy to zakończenie (przypomniała mi się historia Moore’a Whatever happened to the man of tomorrow? – chyba moja ulubiona z Supermanem). W to wszystko wplątane podróże w czasie, paradoksy, wojaże w kosmosie, różne wymiary, naziści. Napakowane wszystkiego po brzegi. Ale z klasą i swadą, jak na Mistrza przystało. Wrzucone na półkę między Swamp Thinga i Prometheę.

Toppi (tom 3) – to jest czysta poezja. Magia. Odlot. Miazga. To co Toppi potrafi stworzyć na kartce papieru, to trudno opisać czy zrozumieć. Tym razem szukamy legendarnych skarbów i złotych miast z różnej maści szaleńcami, desperatami (czyt. ludźmi, którzy chcą odmienić swój los). Po pierwszym tomie wydawało mi się, że taki styl to właśnie to baśni / stworów / ciemnych lasów najlepiej pasuje. Później był dziki zachód Ameryki i wszystko się ładnie komponowało. Tu nie miałem już wątpliwości, że znowu będzie sztos. Ale znowu mam przeczucie, że już się to wyczerpało, że kolejne zbiory nie będą już takie niesamowite. I wiem, że się znowu mylę:) I czekam, żeby się o tym przekonać. Nie wiem, jaką przyjmiemy konwencję w głosowaniu na komiks roku, ale jeśli każdy tom potraktujemy osobno, to ja już podium obsadziłem.

Comanche (tomy 6-10 starego wydania) – seria trzyma swój poziom. Może jest trochę zbyt słodko czasami. Wiadomo, że dobrze się skończy. Ale czyta się to na jednym wdechu. Czytałem z biblioteki. Nie wiem, czy się skuszę na zakup, bo drogie to, miejsca brakuje.

2.   Dobre

Blast (tom 1) – tutaj mam pewien problem, bo był dość duży hype na ten tytuł (zresztą samo nazwisko kojarzone z Raportem Brodecka tłumaczy te oczekiwania), a jednak nie rzucił mnie na kolana tak, jak miałem nadzieję, że się stanie. Trudno cokolwiek mi zarzucić, bo bardzo lubię komiksy (książki i filmy też) o ludzkiej naturze, i to z reguły tej gorszej strony. Tematy podróży, poszukiwania siebie, swojego miejsca, celu. Rysunek jest zupełnie inny, niż w Raporcie. Trochę mnie to wstrzymywało z zakupem, ale ostatecznie pękłem (no co, kurna, kto czasem nie wstanie w dobrym humorze i nie pęknie nagle w jakimś temacie?). W żadnym wypadku nie żałuję, bo to komiks, który zostaje w głowie. Ale czekam na ciąg dalszy, bo najlepsze, czuję, ciągle przed nami.

Bug (tomy 1-3) – Bilal ciągnie swoje rozważania na tematy związane z wpływem technologii na przyszłość ludzkości. Bawi się swoimi pomysłami, czasami staje się to trochę męczące, ale nagrodą są jego rysunki. I nie przeszkadza mi, że wszystkie kobiety wyglądają podobnie, faceci zresztą też. Boję się tylko, że ta seria nie była przemyślana od początku do końca i że w trakcie rysowania pojawiają się nowe pomysły, które wysyłają naszych bohaterów w kolejne miejsce, żeby coś jeszcze się zadziało, żeby było więcej wszystkiego. Miałem nadzieję, że w trzecim tomie będzie konkluzja – no nie było. Może się okazać, że temat zostanie zajechany na maksa i całość trochę straci swojego wydźwięku. W Nikopolu udało się tego uniknąć.

Hellblazer Delano (tomy 1-3) – pojawiły się niedawno na forum negatywne opinie (że narracja męcząca) i miałem podobne odczucia, ale jest coś w Johnie takiego, że no nie mogę przerwać czytania jego przygód. Szczególnie, że tutaj były te początkowe, można by rzec oryginalne. Ściany tekstu mi nigdy nie przeszkadzały. A rysunki – ja takie właśnie uwielbiam. Jak w niektórych Sandmanach, Swamp Thingu – brudne, trochę wyblakłe, deszczowe, stare dobre Vertigo. Może całość nie wchodziła tak dobrze jak inne runy, ale nikt nie obiecywał, że z magią jest zawsze łatwo, lekko i przyjemnie. Na razie wstrzymałem się z się z serią Carey’a. Rysunki nie za bardzo mi pasują (przyzwyczaiłem się do trochę innego stylu w historiach Constantine’a). Ale odnotowuję pozytywne reakcje, więc pewnie się złamię, jak będzie całość dostępna.

Julia (tomy 1-5) – z przyjemnością czytam tę serię o pani detektyw, co łączy teorię z praktyką. Mały format sprawia, że rysunki muszą być dość precyzyjne, nie ma miejsca na wodotryski. I tak jest. Oprócz tego trochę humoru. Jest już chyba wydany kolejny tom, tym razem czarno-biały. Trochę szkoda, ale dorzucę do najbliższego zamówienia.

Cień mężczyzny – są wszystkie cechy, z których słynie ta seria. Jakieś dziwne miasto, człowiek, który ma jakąś nudną pracę i nagle staje się coś niezwykłego. To wywraca wszystko do góry nogami. Rysunki oczywiście ekstraklasa, bez dwóch zdań. Precyzyjne, wyraźne, drobiazgowe wręcz. Zakończenie trochę mnie zaskoczyło – i to w takim sensie, że przewracam stronę, a to finito. Nie ma więcej. Tak trochę jakby bez pełnej satysfakcji na koniec. Takie życie. Znaczy komiks 

Niezwyciężony – zakupiony w końcu po tylu ochach i achach. Pojawił się nagle na Bonito w dziwnie niskiej cenie (nieco ponad 100), to wziąłem szybko, żeby później nie żałować. Chociaż nie czytałem pierwowzoru, to mam wrażenie, że oddaje wiernie ducha – mnie klimat bardzo przypominał Solaris. Na pewno komiks do powtórnej lektury, a może i samego mistrza Lema też wezmę na tapet (w ostatnim kwartale przeczytałem niemal wszystko, co kurzyło się na półkach i w nowy rok wchodzę z czystym kontem). Komiks pięknie wydany, a okładka (wziąłem limitowaną) na żywo wygląda fenomenalnie.

Świat mitów Gilgamesz – dla mnie najlepszy tom tej serii (do tej pory). A nie zaczynało się jakoś spektakularnie. Dwóch zabijaków wpada na siebie, leją się do upadłego, a później zaczynają bromance, bujają się razem, robią rozpierduchy, hulanki, swawole, te klimaty. Ale druga część, to już zupełnie inna bajka (tutaj: mit). Szczególnie opowieść starca. Nie znałem tego mitu. A szkoda, bo ma niemniej uniwersalnego przesłania niż niektóre, najbardziej znane greckie mity. Posłowie (jak zwykle kapitalne) zawiera nie tylko analizę tekstu, ale również przybliża historię jego powstania (tyle ile dzisiaj się daje to ustalić). Rysunki w stylu poprzednich części, czyli solidny, europejski styl i poziom.

Wielkie wyprawy – znane klasyki wymieszane z mniej znanymi, też krótszymi formami. Tytuł trochę mylący, bo oprócz historycznych opowieści podróżniczych, są i inne, w tym Spadająca gwiazda i komiksy o średniowiecznych wojnach z naszymi zachodnimi sąsiadami. Z przyjemnością odświeżyłem niektóre tytuły, inne poznałem. Świetna inicjatywa.

Ziemia, niebo kruki – od razu ten tytuł wpadł mi w oku. Widziałem duży potencjał w historii o trzech zbiegach z sowieckiego łagru, przy czym każdy z innej parafii. Miałem kiedyś fazę na takie tematy (Archipelag Gułag, Jeden dzień z życia…), plus autorzy Zakazanego portu. Nie zawiodłem się, ale też nie było szukania szczęki po podłodze. Historia nie ma wielkich zwrotów akcji, ale nie ma też czasu na nudę. Śmierć zawsze jest gdzieś na horyzoncie, jest mróz, głód, zmęczenie. Rysunki wprowadzają taki niejednoznaczny klimat (tak ja to przynajmniej odbieram) – z jednej strony pustkowie, poczucie beznadziei, a z drugiej czasami nieco bajkowe scenerie lasów, wzgórz. Dodam jeszcze, że duża część dialogów jest w różnych językach (niemiecki i rosyjski). Nie ma dodanych tłumaczeń, ale z kontekstu da się pewnie zrozumieć. Się okazało, że niemiecki trochę jeszcze pamiętam, rosyjskiego mniej. Taki zabieg, żeby czytelnik się wczuł w rolę głównego bohatera.

Życie nie jest złe, jeśli starcza ci sił – trafione na olx w niezłej cenie i w stanie jak nowy. Nie będę udawał, że komiks mnie zachwycił, że go zrozumiałem od A do Z i że jest to dla mnie wiekopomne dzieło. Tak na pewno nie jest, bo nie ma co ukrywać, jestem prostym zjadaczem komiksów i jak to niedawno mi uzmysłowiono – staram się przede wszystkim rozumieć, na pewno bardziej niż czuć (tak przynajmniej zrozumiałem, gdy nie poznałem się na aksamitnej rękawicy). Tutaj też tak trochę jest, ale tym razem znalazłem coś dla siebie – główny ma jakąś manię, misję, szuka informacji, poświęca czas. Ma pasję i nawet jeśli jest mało- lub niezrozumiała, to trzyma się kciuki, żeby coś z tego wyszło na koniec. Do powtórnej lektury, na pewno.

3.   Niezłe / można przeczytać

Cartland (tom 3) – seria trochę zmieniła charakter, bohater zainteresował się swoim dzieckiem. Akcja wyraźnie zwolniła i nawet jak dochodzi do finałowej rozgrywki, to nie jest tak, że każdy strzał i ktoś pada. Jest budowanie napięcia, są emocje bohaterów. Niestety, zawiódł mnie zupełnie finał komiksu i całej serii. Ale to na tyle, że sprzedam wszystkie 3 części, bo wiem, że już nie będę chciał wrócić do tego komiksu. Już w pierwszym tomie trochę mnie irytował główny bohater, który niby przeżył tragedię, stoczył się na dno, ale jak wpadła w ręce robota, to za 5 minut był zwarty i gotowy. I jak już miałem nadzieję, że po tych trzech tomach, coś drgnie, pojawi się jakaś wyraźna motywacja u głównego bohatera, jakaś przemiana, rozwój postaci, to nagle szlag bombki (tak przy świętach) trafił. Oprócz tego, to jest jednak trzy tomy solidnego, mięsistego westernu. Więc, też bez tragedii.

Luc Orient (tomy 2-3) – lepiej mi się czytało, niż kosmiczne przygody z pierwszego tomu. 50 lat temu komiks pewnie robił wrażenie – nowoczesne gadżety, komunikacja, pojazdy. Intrygi niemal z archiwum x. Dzisiaj te pomysły trochę trącą myszką i wprowadzają niezamierzony element humorystyczny. Dla mnie to do przeżycia, ale niektórzy nazwą ramotką i trudno będzie odmówić trochę racji.

Yans (tomy 2-3) – pierwszy raz poszedłem z lekturą dalej. Mam takie odczucia, jak pewnie większość, że im dalej w las, tym brakowało świeżości. Lektura nie robiła takiego wrażenia, jak na samym początku. Moją uwagę zwróciło wydanie (to ostatnie, powiększone) – bardzo mi się podoba. Chcę takiego Thorgala.

Łasuch: Powrót – nie ma startu do głównej serii. Można przeczytać, ale nie jest to konieczne.

KiK Londyński kryminał – pierwszy raz czytałem i może przez to, że nie odczuwam do tego tytułu sentymentu, to nie bawiłem się jakoś super. Podobne gagi w Śladem białego wilka mnie bawiły, a tutaj już nie do końca. A przygody w kosmosie to już naprawdę musiałem się zaprzeć, żeby doczytać.

Postapo (tomy 1-3) – dwie rzeczy mi ciągle przeszkadzały w tym komiksie. Jak to możliwe, że w 21 wieku nikt nie wie, co się stało, że świat się rozsypał? Przecież to nie jest tak, że zostały wszędzie gruzy, że w ciągu paru chwil wszystko zniknęło. To był jakiś proces, więc coś ludzie powinni wiedzieć. Duże miasta zostały (w tym sensie, że nie ma tam dołu po jakiejś bombie). Pojawiają się jakieś formacje wojskowe. W czasie lektury ciągle mi to siedziało z tyłu głowy i odbierało przyjemność. Druga rzecz to powszechność broni – pistoletów, karabinów. Tak trochę mi się to naciągane wydawało. Tak, żeby komiks był bardziej amerykański, niż nasz swojski. W tego typu historiach lubię, jak wszystko się w miarę trzyma kupy (sama apokalipsa wysysa ze mnie pokłady odpowiedzialne za przymykanie oka).

4.   Nie podeszło lub wręcz wymęczyło

LND Nemo – Do Stulecia podchodziłem 2 razy, do Czarnych akt też, Burzy zupełnie nie zrozumiałem. Nemo również drugi raz spróbowałem i znowu nie chwyciło. Pierwsze 2 tomy uważam za genialne, ale później poczucie humoru i eksperymenty Moore’a mnie przerastają. Także, dziękuję postoję.

Noir burlesque (tom 1) – widziałem parę opinii, że komiks jest sztampowy. No i w moim odczuciu jest. Można było odtickowywać kolejne elementy gatunku noir, które po kolei się pojawiają. Nawet rysunek (swoją drogą zjawiskowy) również nie próbował niczym zaskoczyć. Nawet sobie pomyślałem, że jak się pojawią kolorowe dodatki, np. sukienki, to parsknę śmiechem. I bach na następnej stronie to mam. Dodając do tego oklepaną historię, to wyszło jak wyszło. Może, gdyby to był większy integral i pełniejsza historia, to odbiór byłby inny. Pas.

Na dzisiaj nie mam żadnej kupki wstydu. Została jedna książka. Na liście do zakupu jest Nestor Burma, poprzedni tom Mrocznych miast, Borgia, Julia, Figurki z Tilos.
Jak sobie popatrzę na ten kwartał plus parę tytułów z poprzednich i jestem zadowolony z tego roku.
Rising stars (1-2) **
w0rldtr33 (1-2) **
Astronom ***
The Woods (2) *
Locke & Key (Keyhouse compendium) ***

Offline laf

Odp: Bo chodzi o to, żeby plusy nie przesłaniały nam minusów - sezon drugi
« Odpowiedź #528 dnia: Śr, 28 Grudzień 2022, 14:04:33 »
Dzięki za opinię dotyczącą Noir. Miałem to w schowku, ale już nie mam  ;).
Tom Strong właśnie niedawno skończony. Niestety lektura nie przyniosła mi aż tyle frajdy, co poprzednie dzieła Moore'a z sekcji SH (Miracleman, Top 10), to jednak sama zabawa konwencją była zaiste przednia  :). Całą serię zaklasyfikował bym w kategorii "Dobre".
Martwi mnie Twoja opinia dotycząca LND  :(. Do kupienia zostały mi 2 tomy serii pobocznych. Jako że biorę wszystko od Moore'a to LND w całości również zakupię, ale już teraz obawiam się lektury  ???

Offline Kadet

Odp: Bo chodzi o to, żeby plusy nie przesłaniały nam minusów - sezon drugi
« Odpowiedź #529 dnia: Śr, 28 Grudzień 2022, 17:40:29 »
Bernard Prince (tom 3) – wszystko w tej serii mi odpowiada: realistyczny rysunek (pełen detali, żywych kolorów, różnorodne tła / miejsca akcji, wręcz filmowe kadrowanie, pełne dynamiki, emocji), pomysły na kolejne odcinki, które rzucają naszych bohaterów w różne rejony świata i dają im coraz to trudniejsze wyzwania (oczywiście motywem przewodnim jest łódź / woda, ale niektóre odcinki rozgrywają się na pustkowiu czy wręcz przeciwnie – w wielkim mieście). Mocnym atutem serii jest również humor – nienachalny, ale cały czas obecny i związany z jednym bohaterów. W moim odczuciu komiks ten zestarzał się z godnością. Przygody nie są przekombinowane, nie ma w nich rożnego rodzaju gadżetów, które były modne w innych komiksach tamtego okresu (Bruno Brazil, czy Luc Orient). Pełna satysfakcja po każdym z tomów.

Ja też uwielbiam "Bernarda". Taka ramotka to jak nie ramotka - świetnie się czyta, akcja trzyma w napięciu, rysunki dopracowane... Świetnie wychodzą te opowieści z chłodniejszych klimatów, na przykład ta o pożarze z drugiego integrala czy ta o statku pośród lodu z trzeciego. Cały czas żyję nadzieją, że Kurcowi uda się w końcu wydać czwarte wydanie zbiorcze.
Bardzo Was proszę o wsparcie i/albo udostępnienie zbiórki dla dziewczynki walczącej z rakiem: https://www.siepomaga.pl/walka-agatki.

Dziękuję z całego serca!

Offline perek82

Odp: Bo chodzi o to, żeby plusy nie przesłaniały nam minusów - sezon drugi
« Odpowiedź #530 dnia: Śr, 28 Grudzień 2022, 18:01:01 »
Odcinek z pożarem mnie zupełnie pozamiatał. To gdzieś pisałem kiedyś wcześniej.
Rising stars (1-2) **
w0rldtr33 (1-2) **
Astronom ***
The Woods (2) *
Locke & Key (Keyhouse compendium) ***

Offline Nawimar III

Odp: Bo chodzi o to, żeby plusy nie przesłaniały nam minusów - sezon drugi
« Odpowiedź #531 dnia: Cz, 29 Grudzień 2022, 23:21:49 »
No i znowu minął rok...
 
Grudzień 

Superman vol.1 nr 422 - uwzględniając, że kolejny epizod tej serii de facto zakończył jej byt w formule ewoluującej nieprzerwanie od blisko pięciu dekad, można śmiało uznać tę odsłonę niniejszego tytułu za właściwe pożegnanie z przedkryzysowym Supermanem. Także z tego względu, że za kolejną odpowiadał już Alan Moore, który jak wiadomo standardowych fabuł najzwyczajniej nie miał w zwyczaju pisywać. W tym akurat przypadku mamy do czynienia z pochodną kooperacji Marva Wolfmana i Curta Swana, a sam Superman ,,po staremu" wzdycha ,,Na wielki Krypton!", do otwarcia swojej antarktycznej samotni używa giga-klucza, a w jej wnętrzu użytkuje tzw. superkomputer o trącącej myszami ,,powierzchowności" Eniaca. Fabuła jest spójna choć równocześnie nieprzesadnie porywająca. Jednak ogólnie się nie zestarzała, a jeśli już to raczej w dobrym stylu. Natomiast bardzo przekonująco prezentuje się okładka tego epizodu w wykonaniu Briana Bollanda.
 
Shazam: The New Beginning nr 1 - po sfinalizowaniu serii z lat 70. zarząd DC Comics najwyraźniej nie bardzo wiedział co ma uczynić, z niegdysiejszym Kapitanem Marvelem. Stad dopiero w mini-serii ,,Legendy" dysponent potęgi czarodzieja Shazama raz jeszcze dał dowód, że wśród śmiertelników nie ma sobie równych. Niejako za ciosem zaproponowano zatem mini-serie, która zapewne w przypadku przychylnego jej odbioru miała szanse zmienić tryb na pełnowymiarowy miesięcznik. Tak się jednak w przypadku ,,New Beginning" nie stało. Zapewne nieprzypadkowo, bo przynajmniej pierwszy epizod tego przedsięwzięcia jawi się jako przejaw niewykorzystanej szansy zarówno ze strony scenarzysty jak i rysownika. Z ciekawością czekam zatem na więcej.

Marvel Classics Comics nr 28: Kidnapped – w swoim czasie niemal kanoniczna powieść młodzieżowa (a przy okazji podstawa do adaptacji w formie serialu telewizyjnego z pamiętnym motywem muzycznym skomponowanym przez Valdimira Cosma) obecnie raczej nuży niż wciąga i tak też sprawy mają się także z niniejszą opowieścią. Zilustrowana bez wyrazu i polotu oraz przeładowana tekstem to już raczej materiał o charakterze nie tyle rozrywkowym, co w najlepszym razie historycznym.
 
Lonesome t.3 – jak zwykle w przypadku pochodnej talentu Swolfsa mamy do czynienia z solidną i warsztatowo dojrzałą realizacją. Ponadto wykazującą znamiona prób autora połączenia dwóch jakości gatunkowych. Ogólnie jednak trudno nie dopatrzeć się w tym albumie znamion wtórności względem chociażby serii „Durango”. Niemniej przygody z tą serią nie zamierzam kończyć; tym bardziej, że końcówka epizodu wskazuje na perspektywę dalszego (a co najważniejsze sensownego) rozwoju świata kreowanego.
 
Kapitan Żbik: Człowiek z burtą cz.1 – pomimo upływu mnóstwa czasu od pierwszego wydania tej opowieści sprawia ona wrażenia nadspodziewanie wartkiej. Niewykluczone, że z powodu absencji przez większą jej część głównego bohatera serii, a zatem także osobliwej powagi przezeń roztaczanej, charakterystycznej dla zasadnie cenionych funkcjonariuszy Milicji Obywatelskiej. Spisał się także Grzegorz Rosiński, któremu dane było zilustrować także ów epizod z rozległego zasobu spraw bezcennego stróża prawa.
 
Świat Mitów: Gilgamesz – z racji mego uwielbienia dla literackiego pierwowzoru oczywiście nie mogłem przegapić także tej pozycji i nie ukrywam, że byłem tą lekturą w pełni usatysfakcjonowany. Choćby z tego względu, że starożytna Mezopotamia z rzadka tylko bywa tłem dla opowieści w prezentowanych u nas komiksowych produkcjach.
 
Marvel Classics Comics nr 28: The Pit and the Pendulum – tym razem miast pełnej adaptacji jednego utworu zdecydowano się na wybór trzech opowiadań Edgara Allana Poe. Pomimo okoliczności, że w ich przypadku mamy do czynienia z opowieściami mocno już archaicznymi, to jednak zaangażowani do ich zilustrowania plastycy postarali się by trafnie ująć dramaturgie i specyfikę literackich pierwowzorów.
 
Shazam: The New Beginning nr 2 - wystarczyło, że na scenę wkroczył Czarny Adam, a z miejsca sytuacja ulega znaczącemu zdynamizowaniu. Jednak to wciąż nie jest jakość porównywalna z ,,Człowiekiem ze Stali" Johna Byrne'a, która Billiemu Batsonowi faktycznie zapewnić by mogła deklarowany w tytule tej mini-serii nowy początek.
 
Bohaterowie i Złoczyńcy: Legion Samobójców. Próba ognia
– wprost i pokrótce rzecz ujmując świetny tom. O ile warstwa plastyczna w wykonaniu Luke’a McDonnella niekoniecznie musi obecnie zachwycać, o tyle scenariusz Johna Ostrandera spokojnie bije na głowę niejedną, współcześnie powstającą fabułę. Do tego raz jeszcze wykazuje zasadność reguły w myśl której „(…) nieważny jest bohater, ważna jest fabuła”. Rzeczywiście wspomniany scenarzysta z dużym wyczuciem „użytkuje” osobowości wcześniej traktowane raczej jako element dalszego tła. Zaiste znowuż okazuje się, że druga połowa lat 80. ubiegłego wieku to był wręcz znakomity czas dla superbohaterskich produkcji spod szyldu DC Comics.

Kapitan Żbik: Gotycka komnata cz.2 – w odróżnieniu od pierwszej odsłony tej opowieści tym razem niemal całkowicie zdominował ją tytułowy bohater. Co więcej w towarzystwie powabnej niewiasty. Fabularnie całość wypada jako utwór dosycony, acz równocześnie czytelnika nieprzytłaczający. Jak na rozpiętość komiksu dzieje się zatem sporo i w szybkim tempie, a odpowiadający za warstwę plastyczną Grzegorz Rosiński zadbał o wysoki poziom tej części przedsięwzięcia. Do tego stopnia, że momentami można zapomnieć, że w przypadku tej pozycji mamy do czynienia z produkcją propagandową powstałą w bardzo ponurych czasach. 
 
Smerfy i Wioska Dziewczyn: Kij Wierzby
– w odróżnieniu od poprzednich epizodów tej serii mamy do czynienia z otwartym zakończeniem; szykuje się zatem „grubsza” intryga. W odróżnieniu jednak od zarówno klasycznych odsłon serii macierzystej, jak i części albumów powstałych z inicjatywy kontynuatorów dzieła Peyo, w przypadku tego przedsięwzięcia nadal mamy do czynienia z produkcją stricte przygodową, bez ambicji ujmowania w bajkowej formule uniwersalnych treści. Przy czym nie ma w tym oczywiście nic zdrożnego. 

Daredevil Marka Waida t.2 – sprawdzony przy licznych rozrywkowych przedsięwzięciach scenarzysta raz jeszcze zdał pod tym względem egzamin. Umiejętnie bowiem utkał z cytatów ciąg fabularny dosycony rozrywką i wartką akcją. Trudno jednak opędzić się od poczucia, że to ledwie chwilowy przerywnik przed faktycznie wartymi rozpoznania opowieściami porównywalnymi z zaproponowanymi przez Briana Michaela Bendisa i Eda Brubakera. Kłopot w tym, że na takowe przyjdzie nam zapewne jeszcze bardzo długo poczekać… A póki co pozostaje kontemplować się opowiastkami, które owszem bawią, acz w pamięci na długo nie zapadają.

Shazam: The New Beginning nr 3
– dużo gadaniny i niewiele ponad  to. Kapitan Marvel bezbarwny niemal zupełnie, choć Sivana jeszcze bardziej. Jedyną z lekka iskrzącą osobowością jest co najwyżej Black Adam, choć też bez spodziewanej rewelacji. Do tego Tom Mandrake, plastyk zdecydowanie wyjątkowy, jakby odgórnie pozbawiony został sposobności do wykazania się tak charakterystyczną dlań ekspresją. Stąd już na ten moment można zaryzykować twierdzenie, że okoliczność iż z tego przedsięwzięcia nie „wypączkowała” pełnowymiarowa seria nie było zjawiskiem przypadkowym.
 
Conan Barbarzyńca: Kraina Lotosu – dla obieżyświata tej klasy co Conan wizyta w Czarnych Królestwach czy nawet na stepach Turanu to zdecydowanie za mało. Toteż mocarnego Cymeryjczyka zagnało aż do tytułowej Krainy Lotosu, prastarego i rozległego Khitaju o którego cudownościach krążyły wśród królestw zachodu liczne, często wręcz niewiarygodne legendy. Owa wizyta w wymiarze fabularnym co prawda z nóg nie ścina; aczkolwiek rozwój akcji, ujmując rzecz kolokwialnie, bieży wartko i wciągająco. Do tego tytułowy bohater jest tu w pełni sobą, co może tylko i wyłącznie cieszyć.   
 
Marvel Classics Comics nr 36: A Christmas Carol – z racji nastrojowości chwili pozwoliłem sobie na przeskok ku finalnej odsłonie tej serii z racji tytułowej adaptacji. Rozczarowania ogólnie nie ma, bo i pierwowzór literacki niezmiennie ujmujący. Warstwa plastyczna wykonana została jednak co najwyżej poprawnie oraz bez znamion i zamiaru uchwycenia mistycznej aury długowiecznej opowieści Dickensa. Szkoda.
 
Proces Kapitana Ameryki – stwierdzenie, że Ed Brubaker to fachura jakich autentycznie mało to truizm w najczystszej formule. Niniejszy, ósmy już zbiór jego twórczej „opieki” nad jedną z najbardziej wymagających w prowadzeniu marek Domu Pomysłów idealnie ujmuje fenomen tego scenarzysty. Stąd także tym razem jest wartko, emocjonująco i z poczuciem przyswajania sobie utworów gruntownie i sensownie obmyślanych. 

Bohaterowie i Złoczyńcy: Godzina Zero. Kryzys w czasie – jeszcze jedna próba uporządkowania zawikłanego kontinuum najstarszego superbohaterskiego uniwersum, w moim przekonaniu składna i po prostu udana. Jest napięcie oraz poczucie uczestniczenia w faktycznie przełomowych wydarzeniach. Przekonujący dobór kluczowych osobowości oraz staranna warstwa plastyczna. Świetnie, że nareszcie doczekaliśmy polskiej edycji tej w swojej klasie ważnej opowieści.

Shazam: The New Beginning nr 4 – zadeklarowany w tytule tej mini-serii zamiar nowego otwarcia w dziejach tej postaci miał spore szanse się powieść. Sprzyjała temu zarówno ówczesna dobra passa DC Comics, jak i legenda wpisana w postać wybrańca czarodzieja Shazama. Niestety ów zamiar się nie powiódł. Zawinił zbyt zachowawczo rozpisany scenariusz i nie zawsze trafna reinterpretacja uczestników tej fabuły (Sivana). Można tylko i wyłącznie żałować, a pokrzepiać się tym, że niecałą dekadę później w kontekście tej marki Jerry Ordway wprost pozamiatał. Do tego zamaszyście i z rozmachem.
 
Venom: Zabójczy obrońca – całkiem zgrabnie rozpisana fabułka w stylu powstających na przełomie lat 80. i 90. ubiegłego wieku. Aż szkoda, że nie doczekała się ona swojej polskiej edycji na łamach kwartalnika „Mega Marvel”, bo jej ówczesny odbiór byłby zapewne bardziej przychylny. Niemniej miło, że to mamy.
 
Kajtek i Koko: Londyński kryminał – mistrz Janusz w doskonałej formie. Nie jest to co prawda skala realizacyjna porównywalna z „Sagą Białego Wilka” czy „Na tropach Pitekantropa”; znać jednak, że klimat dobrze wspominanego Teatru Sensacji „Kobra” był rzeczonemu autorowi nieobojętny. Do tego cieszy okoliczność, że Egmont kontynuuje „ubarwianie” przygód Kajtka i Koka.
 
Marvel Classics Comics nr 29: The Prisoner of Zenda
– w swoim czasie niniejsza powieść autorstwa Anthony’ego Hope’a wśród odbiorców przygodowych fabuł zrobiła wręcz furorę. Dziś już de facto zapomniana niknie raczej w cieniu „Wicehrabiego de Bragelonne” Aleksandra Dumasa Starszego (jako tematycznie pokrewnej). Tymczasem z komiksowej adaptacji mniemać można, że także pierwowzór literacki nieprzypadkowo doczekał się tak znacznej popularności. Toteż wiodąca intryga wciąga; nawet pomimo przeładowanej tekstem warstwy plastycznej, notabene typowego (a przy tym w pełni zrozumiałego) zjawiska dla tej serii. 
 
Ciemna Strona Marvela: Doktor Strange
– na tle dotąd przyswojonych przeze mnie odsłon tej kolekcji (a jak do tej pory była ku temu okazja w przypadku „Venoma”, „Wolverine’a” i „Daredevila”) niniejsza wypada zdecydowanie najlepiej. Do tego zarówno w wymiarze plastycznym jak i wiodących konceptów w nim zawartych. Ta okoliczność tym bardziej mnie uradowała, że mam poczucie niedosytu autentycznie udanych opowieści z udziałem tej postaci o niemal nieograniczonym przecież potencjale fabularnym. Mocna rzecz nie tylko dla fanów komiksowej magii.

Odp: Bo chodzi o to, żeby plusy nie przesłaniały nam minusów - sezon drugi
« Odpowiedź #532 dnia: Nd, 08 Styczeń 2023, 10:40:43 »
  Podsumowanie grudnia w którym ciągle próbuję dogonić zakończenie kolekcji Superbohaterowie Marvela i zaczynam już widzieć metę a także kończę lub po prostu kontynuuję "grube" serie wydane na naszym rynku już jakiś czas temu, z racji świątecznej przerwy trochę mi się udało nadrobić. Uwaga jak zawsze mogą pojawić się pewne SPOILERY!!!

  "SM 110 Spider-Gwen" - autorzy różni. Pierwszy zeszyt to pierwsze pojawienie się postaci na kartach komiksu, czyli Edge of Spiderverse n.2, który wydano na naszym rynku w ramach WKKM. Jestem mega-fanem postaci i serii panów odpowiedzialnych za Spider-Gwen vol.1, więc zdziwiłem się nieco a także rozczarowałem, że główna atrakcja albumu to nie jakiś fragment vol.2 Spider-Gwen (vol. 1 to ten WKKM przed chwilą wspomniany) czy któraś z serii Ghost-Spider a drużynowy tytuł Web-Warriors. WW czyli grupa kilkorga pająko-ludzi (np. hinduski Spider-Man Pavitar Paratva...coś tam, coś tam, wyglądający prawie jak oryginał tyle że z większym nosem i  w tych ichnich bamboszach - byłem pod naprawdę dużym "wrażeniem" tego pomysłu) z różnych wymiarów (np. takiego, który jest dokładnie taki sam jak "nasz" tylko wszystko jest na styl starożytnego Egiptu, byłem tutaj pod jeszcze większym "wrażeniem"), którzy po pokonaniu tych pająko-wampirów z rasy Morluna bronią całego multiświata używając ich twierdzy jako bazy wypadowej. Nie lubiłem tego wymysłu Straczynskiego kiedyś, teraz nie lubię go jeszcze bardziej. Przeciwnikiem nowo-powstałej grupy super-herosów będzie Elektro, który pozna Elektro-Steve Jobsa z innego wymiaru, który to wpadnie na pomysł żeby sprowadzić Elektrów z wszystkich wymiarów i podbić wszechświat (Elektro-dinozaur, Elektro-zapaśnik, Elektro-harleyowiec, Elektro-ruda laska, Elektro-zielona laska...nie będę już udawał, że byłem pod wrażeniem). Ach żebym nie zapomniał to wszystkim tym Elektrom jako wsparcie logistyczne będą służyć dr. Octopusowie z różnych wymiarów (jasne ku...rka). Do naszej wesołej kompanii dołączy za to nowa steam-punkowa Spider-dziewczyna oraz dr. Octopusowa, która w swoim wymiarze jest członkinią Avengers (na jej widok opadło mi już dosłownie wszystko). Rysunki Davida Baldeona to kreskówkowy styl pozbawiony kompletnie pazura Jasona Latoura rysującego oryginał czy chociażby wdzięku Fiony Staples, styl którego raczej nie lubię, chociaż pochwalę za dosyć sporą jak na konwencję szczegółowość i całkiem niezłą dynamikę. Cóż mogę do tego wszystkiego dodać? Scenariusz Mike Costy jest głupi, nudny i bez sensu, można by pomyśleć że skrojony pod młodego czytelnika tyle, że bohaterowie wyłącznie latają po kadrach i walą po gębach setki wariantów Elektro więc nie bardzo rozumiem co młodemu czytelnikowi miałaby lektura tego komiksu dać. Najciekawsze wydaje się postacie czyli Spider-Woman Anya Corazon i Peter Parker Noir dostają najmniej czasu na scenie, więc nic dziwnego, że seria szybko zdechła i nikt nie próbował tego reaktywować. Przy okazji możemy się przekonać jak durny jest pomysł splatania wszystkich wymysłów Marvela w jedno uniwersum, myśl że taki Spider-świnka może teraz spokojnie wyskoczyć w Daredevilu Millera czy w Sadze o Mrocznej Phoenix Claremonta nie mieści się w mojej wizji świata. Rysunki oblecą, reszta słabiutka. Ocena 3+/10.

  "SM 111 Kingpin" - autorzy różni. Tom podzielony na dwie mniej więcej różne części. Pierwsza to znane już u nas "Nigdy więcej Spider-Mana", czyli klasyk nad klasykami prosto ze stajni Lee/Romita Sr. Może i idzie się pośmiać dzisiaj z pomysłów w stylu "nie, nie możemy ich zwyczajnie odstrzelić trzeba ich zalać wodą w piwnicy, takie są zasady Gangów z Nowego Jorku", natomiast pomimo tego, że całość trąci myszką to fabularnie jest to dalej dobre a można naprawdę podziwiać z jaką sprawnością Stan potrafił prowadzić i rozwijać postacie. Tak samo jak i można sobie przypomnieć czasy gdy Spider-Man nie był tak fizycznie potężny jak dzisiaj. Drugą częścią jest kolejna żelazna pozycja w portfolio Marvela czyli tzw. powieść graficzna "Miłość i Wojna" autorstwa Franka Millera i Billa Sienkiewicza. Założenia startowe są takie iż Kingpin aby pomóc swojej żonie Vanessie będącej w stanie katatonii porywa niewidomą żonę znanego lekarza, aby zmusić go do współpracy. Nieopatrznie jednak jak na niego, powierza ją opiece jednemu ze swoich pomagierów kompletnie pokręconemu ćpunowi, co biorąc pod uwagę że do sprawy wmiesza się Daredevil, zwiastuje kłopoty. Dobry tom, napewno powyżej średniej, ale dla mnie lekki zawód i o ile nie czepiam się absolutnie stareńkiego Pająka to miałem nadzieję, że tak znany komiks jak "Love & War" pokaże jednak nieco coś więcej niż to co mi pokazał. Ani tam za bardzo miłości ani wojny, na wielki plus kreacja Cheryl Mondat żony profesora, której piękno, czystość i niewinność doskonale kontrastują z brudem i brzydotą zewnętrznego i przestępczego świata (zresztą trudno nie zauważyć że stanowiłaby idealną partnerkę dla Matta Murdocka). Natomiast cała reszta jest na poziomie nieźle i tyle, mam wrażenie, że gdyby nie przepiękne malunki Sienkiewicza (był przy tym komiksie chyba w życiowej formie), ta powieść byłaby znana raczej wyłącznie jako któreś tam numery Daredevil vol 1. Tak czy inaczej ocena nie mniejsza, ale i niestety nie większa niż 7/10.

  "SM 112 Iceman" - autorzy różni. Kolejny X-tytuł w kolekcji i znowuż zbudowany jak jego poprzednicy. Znaczy się pierwsza część to fragment serii X-Men Origins o podtytule Iceman, druga to część następnego wielkiego eventu czyli kawałek kolejnego sporego cross-overu "Operacja:Zero Tolerancji". Początków Bobby Drake'a nie znałem, ale to nic zaskakującego, przebojowy, popularny, "kochająca" dziewczyna, naprawdę kochający rodzice zdaje się bez problemów finansowych i mutacja całkowicie odmieniająca jego życie. Część druga to analogicznie do tomu o Banshee, ledwie urywek historii, ale za to jakoś tak bardziej sensownie wyciągnięty z kontekstu, czyli Iceman, jego nowo zapoznana koleżanka dr. Reyes oraz Marrow jedna z Morloków kontra podrabiające ludzi Super-Sentinele i dowodzący nimi wariat w kolejnym rządowym anty-mutanckim programie zainicjowanym przez senatora Kelly'ego. Jak kto lubi akcyjniaki rodem z lat 90-tych, to będzie kontent. Tak samo jak i ktoś nie ma uczulenia wesołe i kolorowe jak pisanki wielkanocne rysunki, wtedy pewnie początkujących a dzisiaj znanych nazwisk w stylu Salvador Larocca czy Carlos Pacheco. Kolejną analogią do tomu o Banshee jest to, że całość "Operacji..." podobnie jak "Phalanx Covenant" wydano w Stanach w ramach serii Milestones, więc istnieje jakieś prawdopodobieństwo, że zostanie wydane i u nas. Ja poczekam na taką sposobność, całkiem przyzwoity tomik. Ocena 6/10.

  "SM 113 Niesławny Iron Man" - Brian Michael Bendis, Alex Maleev. Nieczęsty przypadek w kolekcji, wyłącznie jedna historia czyli pierwsze sześć (połowa znaczy się) zeszytów serii Infamous Iron Man. Jakoś niespecjalnie byłem przekonany do tego pomysłu, stosunkowo niedawno latał jeszcze Otto Ocatavius w roli Spider-Mana, teraz kolejny superbohater został zastąpiony przez nawróconego od wieki, wieków łotra. No, ale zapomniałem że Bendis to przynajmniej kiedyś swoisty znak jakości. Po krótce Victor Von Doom po wydarzeniach na Battleworld stwierdza iż skoro nie dawał rady jako zły władca wszechświata to może znak, aby spróbować swoich sił jako obrońca maluczkich. Wybór pada na martwego Tony'ego Starka a Victor tak mocno wkręci się w odgrywanie roli tego herosa, że będzie próbował poderwać jego dziewczynę tę hinduską panią doktor. Rysunków Maleeva polecać raczej nikomu nie muszę, może nie ma tu takich szaleństw i prób eksperymentowania jak w Daredevilu, ale prosta linia utrzymująca w ryzach przyciemnione kolory to klasa sama w sobie. Dosyć fajnie wyszła Maleevowi uleczona twarz Victora, taka w sumie dosyć przyjemna, ale kojarząca się z wizerunkami tych wysoko postawionych nazistów co to po "pracy" wracali do domu bawić się z dziećmi. Co ja mogę powiedzieć? Dr. Dooma w tej wersji może polubić to będzie nieodpowiednie słowo, ale da mu się kibicować. Victor w przeciwieństwie do Ottona, który wyraźnie się jarał swoją nową funkcją, napędzającą jego wewnętrzną megalomanię, przypomina raczej nieco odjechanego dziwaka, który z zakłopotaniem przyznaje że nie jest może najlepszy w nowej roli, ale z robocią precyzją próbuje wyeliminować swoje błędy (zresztą na słowa tej Amiri, Amary czy jak jej tam, która po poznaniu jego motywacji zarzuca mu, że nie jest żadnym bohaterem, ale dalej potworem w ludzkiej skórze stwierdza że może i tak, ale się stara i będzie lepiej). Sam komiks oceniam na dobrze fajne rysunki a Bendis to ciągle mistrz w pisaniu dialogów, ale trudno mi polecić go komuś innemu, bo właściwie prowadzi nas donikąd. Z racji tego, że mamy do czynienia ledwie z połową, wszelkie wątki tak naprawdę zaczną być zarysowywane a sam komiks jak tak się zaczniemy nad tym zastanawiać to na dobrą sprawę jest "o niczym", ot poobserwujemy sobie jak się zachowuje Victor Von Doom w roli superbohatera. Seria wychodziła gdzieś w okolicy bendisowego Invincible Iron Man i skoro Egmont sięgnął po tamtą serię a tę ominął, to pewnie nie ma do niej zamiaru wracać. A szkoda. Ocena -7/10.

  "SM 114 Rogue" - autorzy różni. Pod koniec kolekcji wyjątkowo obrodziło zmutowanymi tomami, dobra niech będzie, kto nie lubi X-Men ten traci. Rogue, dosyć specyficzna postać, właściwie wszyscy ją lubią, ale raczej mało kto chyba uznaje za ulubioną postać z komiksów superhero. No w każdym razie, ucieszyłem się na widok okładki, Rogue często występuje w X-Men, bierze udział w najważniejszych wydarzeniach, ale w większości wypadków raczej tak z drugiego planu, nawet w filmach została potraktowana nieco po macoszemu więc była okazja do bliższego zapoznania się z postacią. Szczerze mówiąc, podczas lektury zdałem sobie sprawę, że nawet nie wiem jak postać damy z południa ma faktycznie na nazwisko i musiałem pchany ciekawością sprawdzić to w internecie (Anna Marie, nazwisko nieznane co jest nieco dziwne bo jej przeszłość to nie jest jakaś wielka enigma no i okazało się że jednak już te imiona słyszałem chociaż nie pamiętam kiedy). W każdym razie, tom zaczyna się od napisanego przez Chrisa Claremonta annuala Mighty Avengers z debiutem Rogue (jeszcze z tą zakazaną gębą członkini Bractwa Złych Mutantów) i jest dosyć ważny nie tylko ze względu na tenże debiut, ale również i wytłumaczenie skąd ona posiada swoje moce. Kolejnym zeszytem jest nr. 171 serii X-Men tego samego autora w którym Anna Marie dołączy do Szkoły dla Niezwykłych Talentów w którym przekonamy się, że X-Men (może z wyjątkiem Colossusa) pomimo tego że sami byli odtrąconymi wyrzutkami to mieli w sobie zadziwiająco mikroskopijne pokłady zdolności do przyjmowania odrzuconych (na szczęście Profesor X oprócz tego, że potrafił przytulić i pogłaskać po głowie potrafił również przywalić z liścia). Pomimo dosyć sporej odległości czasowej zeszyt ten będzie fabularnie nawiązywał do w/w annula. Daniem głównym tomu, będzie jednak miniseria "Rogue" autorstwa Howarda Mackie z rysunkami Mike'a Wieringo. Tytułowa bohaterka już w postaci znanej do dzisiaj czyli zielonookiej ślicznotki w klasycznej wojskowej kurtałce uda się do Nowego Orleanu, aby rozliczyć się z przeszłością, a skoro Nowy Orlean to wiadomo Gambit, czyli jedna z najsympatyczniejszych parek Marvela w akcji. A akcji będzie sporo, tytuł to dosyć standardowy przedstawiciel "nineties" w komiksie i o ile przy streszczeniu zwalczające się klany zabójców i złodziei, obdarzone supermocami kobiety czekające tylko na okazję aby odegrać się na zapewne niespecjalnie niegdyś wiernym Remym, czy nie wiadomo kim będące i wyskakujące nie wiadomo skąd postacie brzmią raczej głupio to w praniu (znaczy się w lekturze) sprawdzają się naprawdę dobrze. Tak samo jak i rysunki Wieringo, którego raczej nie lubię a który zaskoczył mnie na plus swoimi wczesnymi pracami. Owszem nie wygląda to specjalnie oryginalnie, Wieringo starał się naśladować styl Marka Bagleya z okazjonalnymi wtrętami Romity Jr. Zdarzają się sporadyczne błędy anatomiczne, czy zaburzenia perspektywy (tradycyjnie najczęściej przy rysowaniu twarzy), ale całość prezentuje się naprawdę przyjemnie, zwłaszcza sama Rogue (ogólnie większość kobiet tutaj) ze swoimi kusząco dużymi wargami i olbrzymimi oczami, no i dostaniemy jedną z jej ikonicznych ilustracji. Na dobrą sprawę znalazłem tutaj jedną wadę, tanie rozgrzeszenie (oczywiście Anna żadnego rozgrzeszenia nie potrzebowała) na zakończenie, stanowiące dosłowną ilustrację pojęcia deus ex machina. No w każdym razie jak ktoś nie ma wyjątkowego uczulenia na lata dziewięćdziesiąte to polecam, komiks który dopowiada nieco o bohaterce którą mimo iż lubiłem wcześniej to po lekturze polubiłem jeszcze bardziej. Ocena 7/10.
 
  "Doom Patrol tom 3" - Grant Morrison, Richard Case i inni. Ostatni tom zacnej serii autorstwa Szalonego Szkota. Tym razem żarty się skończyły, na start dostaniemy ostateczny koniec Bractwa Dada czyli imperium kontratakuje (w sumie jest tu jeden żart, całkiem zresztą dobry z tym spikerem z tv i to na pierwszej stronie). No dobra, kolejny zeszyt w sumie jest kolejnym dowcipem, mamy tu do czynienia z parodią kosmicznych komiksów Stana Lee z lat 60-tych i to parodię kompleksową wliczając w to rysunki, bełkotliwe "naukowe" dialogi i odautorskie wstawki scenarzysty a podczas potyczki z vertigową wersją Galactusa i jego kosmicznym heroldem-hippisem zakończy się wątek tego żyjącego mózgu, który zajął ciało Robotmana. Ale to już naprawdę koniec dowcipów, dalej na siłę pokręcony i udający że jest czymś więcej niż jest w sposób którego u Morrisona nie cierpię origin nowej wersji Negative Mana i przechodzimy do dania głównego. Czyli, ostatecznego pojedynku (w którym sporą rolę odegra grantowa podróba Johna Constantine czyli Willoughby Kipling) z wychodzącym z głowy Dorothy, Świecarzem. Sporo, z tego fragmentu zaczerpnięto do bodajże drugiego sezonu Doom Patrolu od HBO, chociaż tam wszystko na potrzeby TV zostało odpowiednio uładzone, tu jest zdecydowanie ostrzej. Za rysunki odpowiada sporo więcej artystów niż wcześniej i powiem szczerze tak jak nie miałem nic do prac Case'a, który w tym tomie zdecydowanie wspiął się na wyżyny swoich umiejętności (w tej serii nie wiem jak gdzie indziej) to jednak nieco bardziej pojechane prace Seana Phillipsa nie wiem czy nie pasują do całości nawet bardziej. Co zaskakujące końcówka jeszcze bardziej pogłębi charaktery głównych postaci a sam epilog słodko-gorzki i nieco melancholijny mocno przypadł mi do gustu. Ostatni zeszyt "Imperium Krzeseł" jest naprawdę świetny, a DC udało się zakończyć serię w momencie gdy jeszcze żałujemy że to już koniec a nie wtedy gdy już tylko czekamy na dobicie żywego trupa. No powiedzmy prawie zakończyć, bo jako bonus dostaniemy jeszcze komiks "Doom Force", czyli będącą raczej żartem "kontynuację" Patrolu w którym dorosła już Dorothy dowodzi kolejną ekipą dziwolągów a będącą parodią superbohaterszczyzny lat 90-tych. Będę szczery, trochę się przy tym pośmiałem, zresztą trudno się nie uśmiać oglądając grupę wyraźnie się nabijającą z Wild CATS z rysunkami w stylu Rob Liefeld, pseudo-Rosomaka z widelcami i scyzorykami przyklejonymi do dłoni za pomocą taśmy samoprzylepnej i tym absurdalnym rodzeństwem z wyraźnymi problemami w sferze seksualnej jako czarnymi charakterami. Co na koniec, świetny tom, Morrison chyba dostał wcześniej cynk, że seria zbliża się ku zmierzchowi, wziął fabułę mocno w karby unikając już wydziwiania i napisał chociaż na swój zakręcony sposób dosyć czytelne zakończenie, wyjaśniające sporo przeszłych wydarzeń (np. co do wuja stało się z Elasti-Girl?). Chociaż mam wrażenie, że dostał cynk jednak odrobinę zbyt późno i kilka rzeczy (ważnych) wygląda jakby wzięło się znikąd, albo naprędce zostało skleconych. Tak czy inaczej, najlepiej wyglądający ze wszystkich trzech album i kto wie czy nie najlepszy pod względem treści. Świetna seria, fantastyczne zakończenie. Ocena 8+/10.

  "Transmetropolitan tom 4" - Warren Ellis, Darrick Robinson. Pozachwycałem się wyżej DP to czas pozachwycać się Transmetropolitanem...a figę, czwarty tom, to dosyć wyraźny spadek jakości. I nie leży w tym wina scenarzysty, bo czyta się to dalej dobrze na poziomie o którym większość dzisiejszych grafomanów może jedynie pomarzyć. Tyle, że poprzedni tom zapowiadał Le Grande Finale porachunków pomiędzy Pająkiem a Callahanem i wielkie zmiany w życiu niepokornego dziennikarza. Hmmm, zresztą spróbuję nie wpasowywać się w łatwy do wpadnięcia schemat obwiniania o wszystko złych wydawców i może to jednak wina Ellisa, który zobaczył że całość ładnie żre i postanowił wycisnąć z pomysłu parę dolarów więcej. W olbrzymim skrócie w tym tomie nic się nie dzieje!!! Nie ma żadnej zmiany status quo, Pająk niby znajduje jakiś niezależny portal i pomimo wszelkich zakazów jak podgryzał prezydenta tak dalej to robi. No dobrze pewną nowością jest jego śmiertelna choroba, ale jestem na 99% przekonany, że koniec, końców facetowi nic nie będzie. Jakoś tak mi podczas czytania przemknęło przez głowę, że ten tom jest wyłącznie próbą wzięcia mnie na przetrzymanie, ot powtórka z rozrywki z poprzednich tomów, tyle że pozbawiona tej świeżości, tego błysku i niestety tego pazura. Na plus próba ugryzienia z dosyć ciekawej strony tematu dziecięcej prostytucji i jak zawsze świetne rysunki chociaż i tu bez tej dozy szaleństwa z poprzednich tomów. Ot taka przerwa w nadawaniu programu, zapychacz przeciągający już chyba tylko "for money" całość. Mam nadzieję, że ostatni tom mnie nie rozczaruje. Ocena -7/10.

  "Invincible tom 6" - Robert Kirkman, Ryan Ottley. Poprzedni tom dał nam trochę odetchnąć skupiając się bardziej na rozwijaniu pewnych wątków i dodawaniu nowych. W tym tomie już na starcie Kirkman wali czytelnika wielkim młotem prosto w czachę. Levy Angstrom, ostatnio nie żyjący sprowadza na Ziemię kilkunastu Invinciblów z alternatywnych wymiarów którzy przeszli na stronę zła. Chyba nikt nie będzie zdziwiony, że skończy się to milionami ofiar, miastami zamienionymi w zgliszcza i wielką bijatyką z udziałem bohaterów świata Image (będą ofiary śmiertelne w tym postacie uczestniczące w komiksie od początku i pojawi się Spawn!!!). Gdy kurz bitewny już opadnie możemy zapomnieć o jakimkolwiek oddechu, Invincible jeszcze nie zdąży się z niego otrzepać a na planetę trafi kolejny Viltriumianin, co oczywiście oznacza jatkę rozpoczętą od nowa (to zabawne ale dopiero teraz zdałem sobie sprawę jak dużo autorzy tych bijatyk zaczerpnęli z Dragon Balla). Jako, że Kirkman lubi szokować to w czasie długiej i bardzo krwawej walki zabije on samą Atom Eve...tylko po to aby ożywić ją kilka stron dalej za to z większym biustem. Cóż, taki pomysł mógł powstać tylko w Ameryce tam kochają krwawe sceny i olbrzymie biusty. Dopiero po tych wszystkich przebojach przyjdzie czas na odsapnięcie. Znajdzie się czas na pogrzeby, wyznania i wewnętrzne przemiany, w tym czasie Omni-Man razem z Allenem będą latać po kosmosie i szukać broni, artefaktów oraz wojowników którzy pomogą im w walce z Imperium Viltrum a Cecil wpadnie na kolejny doskonały pomysł, który nawet nie mam wątpliwości odbije się wszystkim czkawką. Ivincible po opuszczeniu OIOM-u zmierzy się z wojowniczą księżniczką z kosmosu, gadającym tyranozaurem oraz mózgonogami, ale nie oszukujmy się po tych wszystkich wcześniejszych zagrożeniach takie przeciwności to żadne przeciwności co może stanowić dla serii pewien problem (właśnie zdałem sobie sprawę, że jeszcze nie pozbawiono Marka mocy, każdy porządny superbohater powinien chociaż raz biegać bez mocy). Rysunki jak to u Ottleya, kreskówkowa petarda w której kolorysta nie żałuje czerwonej farby, na dwa zeszyty powraca Cory Walker i myślę że dobrze się stało, że został zmieniony, obydwaj rysują podobnym stylem, obydwaj są bardzo fajni, ale Ottley jednak odrobinę fajniejszy. Szósty tom tego samego, ale przy dłuższych przerwach jakie robię dalej wciąga jak diabli, ba nawet nieco bardziej niż poprzednio dlatego ocena odrobinę wyższa, jak ktoś nie czytał a lubi gatunek to brać musowo. Ocena 8+/10.

  "The Goon tom 3" - Eric Powell. Królowa jest tylko jedna? Zapewne wiele księżniczek chciałoby zająć jej miejsce. Za to pewne jest że na Ulicy Samotnej, król jest tylko jeden i jest nim Zbir. Powell dalej ciągnie od tomu nr. 2 swoją mozaikę gagów i dramatów, która z daleka patrząc łączy się w jedną historię. Do miasta przybywa nowy czarownik, kupel po fachu Kapłana Zombie i dowiemy się, że istnieje cały krąg złych czarowników do których tenże Kapłan należy a których zasady mocno nagiął za co spotka go solidna kara. Nowy wróg wzorem klasycznych superłotrów z komiksów superbohaterskich zawiąże spółkę z innymi czarnymi charakterami (m.in. wskrzeszonym Labraziem) w okolicy i rzuci wyzwanie Zbirowi i jego paczce, czego on oczywiście nie pozostawi bez odpowiedzi (możemy raczej uznać, że to był ostatni pokerek Joey'a Kuli). Rysunki dalej ekstraklasa, Powell dalej lubi zmienić technikę w zależności od treści. W samą opowieść wkradło się zdecydowanie więcej poważnych (zginie parę postaci a których raczej byśmy o to nie podejrzewali) a i mrocznych akcentów, ale oczywiście nie zabraknie wulgarnych żartów i sprośnej satyry, a żadna grupa społeczna nie może się czuć bezpieczna przed czujnym i złośliwym okiem autora (Atticus Finch, który już co prawda od dawna nie strzela do transwestytów, ale zrobi wyjątek, skąd ten typ bierze takie pomysły?). Autor od pierwszego tomu konsekwentnie pogłębia charaktery postaci i rozbudowuje mitologię przedstawionego świata, a ja się coraz bardziej jaram serią jako całością. Podobnie jak w tomie drugim poczytamy garść shortów stworzonych przez innych artystów, które znowu nam udowodnią, że nie jest łatwo podrobić oryginał nawet doświadczonym twórcom.  Na koniec tomu dorzucono garść dodatków, to kolejne co trzeba przyznać Powellowi, on piękne kobiety, damulki w stylu noir i pin-up girls potrafi rysować jak mało kto. I zdecydowanie lubi ten sport. Ocena 9/10.

  "Hellboy tom 4" - Mike Mignola i inni. Zdaje się pierwszy tom przy udziale innych autorów niż twórca postaci. Zastrzeżenia mam te same co w przypadku Transmetropolitan, tom czwarty to już powtórka z rozrywki w sumie nie wnosząca kompletnie nic nowego, tyle że znajdująca się już w opadającej części amplitudy. Uwag nie mam tylko do tytułowych powieści - świetnego "Lichwiarza" z rysunkami Richarda Corbena, czyli podróży Hellboya przez Apallachy zamieszkałe przez jakżeby inaczej cały sabat czarownic oraz ich pana w którym Hellboy będzie raczej drugoplanową postacią, oraz w sumie króciutkiej "Trollowej Wiedźmy" podobno opartej o jakaś norweską legendę w bardzo fajny sposób przełamującą schemat pięknej i brzydkiej siostry. Do gustu przypadły mi jeszcze "Lew i Hydra" oraz ta z małpą w tajnej komnacie, reszta bardziej lub mniej do zapomnienia, no chyba że pod uwagę weźmiemy to, że odpowiadały za nie takie nazwiska jak P.Craig Russel, czy po raz pierwszy prezentujący dosyć realistyczne rysunki w serii Jason Alexander. Jest dobrze i tylko tyle, dla mnie lekki zawód. Ocena 7/10.

Offline Nawimar III

Odp: Bo chodzi o to, żeby plusy nie przesłaniały nam minusów - sezon drugi
« Odpowiedź #533 dnia: Wt, 31 Styczeń 2023, 22:36:16 »
Styczeń

The Fury of Firestorm nr 1 – seria z udziałem tytułowego bohatera w 1977 r. stanowić miała jedno z mocniejszych „uderzeń” w ramach  tzw. eksplozji DC. Inicjatywa ta zmierzająca do zwiększenia udziału wspomnianego wydawnictwa w komiksowym rynku zakończyła się jednak dotkliwą porażką czego „ofiarą” padł także właśnie wspomniany miesięcznik. Po kilku latach zarząd DC Comics zdecydował jednak o ponownym uruchomieniu solowego tytułu z udziałem Firestorma czego przejawem był właśnie niniejszy, premierowy epizod tego przedsięwzięcia. Nie wchodząc nadmiernie w szczegóły wypada jedynie nadmienić, że inicjatywa ta zapowiada się bardzo zachęcająco; choćby z racji udziału w niej Pata Brodericka, plastyka skrupulatnego i zarazem dysponującego charakterystycznym, z miejsca rozpoznawalnym stylem.
 
Saga t.10 – po kilku latach przerwy Brian K. Vaughan i Fiona Staples zdecydowali się powrócić z kolejną odsłoną swojego, w swoim czasie obcmokiwanego z każdej strony projektu. W moim przekonaniu nie bardzo wiadomo po co (choć z drugiej strony jest to oczywiście oczywiste). Skoro jednak przedsięwzięcie zostało na nowo podjęte to najwyraźniej ma ono swoich odbiorców. Osobiście zaliczam się do nich tylko i wyłącznie z recenzenckiego obowiązku.
 
Marvel Classics Comics nr 30: Arabian Nights – w tym akurat przypadku przeładowanie tekstem sięga zenitu, aczkolwiek dobór opowieści z przebogatej skarbnicy pierwowzoru literackiego (wśród nich m.in. o Alibabie i czterdziestu rozbójnikach) oraz maniera plastyczna wzbudzająca niekiedy skojarzenia z dokonaniami bezcennego Johna Buscemy kompensuje tę okoliczność.
 
Stan przyszłości: Superman – spodziewałem się jeszcze jednego zbioru bełkotliwych historyjek służących nade wszystko urabianiu potencjalnych czytelników według współcześnie forsowanych ideologicznych trendów, a tymczasem otrzymałem całkiem udanie rozpisany konglomerat fabuł z demaskacją systemów zbiorowej „federalizacji” jako przysłowiowym daniem głównym (konfrontacja Lexa Luthora z tytułowym bohaterem na tle zakusów tzw. starszych i mądrzejszych do „sfederalizowania” zarządzanej przez tego pierwszego planety; oczywiście nie za darmo…). Czy aby na pewno świadomą to już zupełnie inna sprawa. Do tego grono teoretycznie niewyróżniających się, acz fachowych plastyków.
 
The Fury of Firestorm nr 2 - dokończenie opowieści z udziałem Black Bisona to przede wszystkim jeszcze jeden przejaw warsztatowej sprawności i stylistycznej pieczołowitości Pata Brodericka, twórcy zaangażowanego do zilustrowania tej serii. Ogólnie cieszy, że ta postać ponownie otrzymała swoją solową serie.

X-Statix t.1 – stwierdzić, że niniejszy zbiór to zupełnie odmienne od wcześniejszych interpretacji spełnionego snu Charlesa Xaviera o obecności tzw. dzieci atomu w przestrzeni publicznej to jak nic nie stwierdzić. Tym bardziej warto osobiście przekonać się o zasadności dobrej prasy, którą zwykła się cieszyć to bez cienia wątpliwości nieszablonowe i korzystnie wyróżniające się przedsięwzięcie. 

Marvel Classics Comics nr 31: The First Men in the Moon – przynajmniej z mojej perspektywy piąta już w ramach tej serii adaptacja dokonań Herberta George’a Wellsa zdecydowanie cieszy. Tym bardziej, że w tym przypadku mamy do czynienia z utworem pochodzącym z jego najbardziej cenionego okresu twórczości. Ponadto mamy w tym przypadku do czynienia z polemiką wobec konceptów innego autora wczesnej science fiction, to jest nieco starszego do Wellsa Juliusza Verne’a. Ogólnie wizja tubylczej społeczności Księżyca obecnie mało kogo by przekonała; aczkolwiek w kategorii tzw. retro-fantastyki rzecz nadal broni się swoją spójnością i całościową wizją.
 
Młodość Blueberry’ego t.3 – w trakcie lektury tego zbioru wprost trudno uwierzyć, że nie współtworzył zawartych w nim opowieści mistrz Charlier. Akcja gna bowiem w tempie niezgorszym niż w najbardziej udanych odsłonach być może najlepszego westernu w dotychczasowych dziejach komiksu frankofońskiego. Co więcej są one sensowne i przemyślane! A do tego starannie i z finezją zilustrowane. Czegóż zatem chcieć więcej jak tylko kolejnych odsłon tej autentycznie porywającej serii!
 
Ocaleni. Anomalie kwantowe – kolejna wizyta pośród „Światów Aldebarana” nie tylko nie rozczarowuje, ale jest wręcz najbardziej udana ze wszystkich dotychczasowych. Niewykluczone, że na tę okoliczność istotny wpływ miała absencja do bólu irytującej Kim Keller. Na pewno koncept tytułowych anomalii kwantowych znacząco zdynamizował rozwój fabularny tej akurat odsłony „Światów…”. Miło, że jest perspektywa na więcej, tj. zapewne planowana przez moce sprawcze Egmontu polska edycja „Powrotu na Aldebarana”.
 
The Fury of Firestorm nr 3 - Killer Frost okazała się na tyle charyzmatyczną (a nade wszystko groźną) osobowością, że jej debiut w pierwszej serii z udziałem Firestorma stał się zaczynem dla jej długiej obecności w ramach uniwersum DC. Nie mogło zatem zabraknąć jej w odnowionym tytule poświęconym Nuklearnemu Herosowi. Do tego z mocnym przytupem. Ponadto Garry Conway (tj. szanowny pan scenarzysta tego przedsięwzięcia) zadbał o urozmaicenie rozwoju fabuły o elementy tzw. teen dramy. Uwzględniając, że jednym z jego najważniejszych dokonań twórczych było rozpisywanie przygód Petera Parkera na etapie studiów wychowanka cioci May to ów scenarzysta dysponował w tym kontekście znacznym doświadczeniem. Ponadto coraz śmielej poczyna sobie rysownik serii w osobie Pata Brodericka.
 
Bohaterowie i Złoczyńcy: Ścieżka Tornada
– w swoim czasie Brad Meltzer cieszył się famą wręcz objawienia w komiksowej branży, co raczej świadczyło o wciąż trawiących jej przedstawicieli kompleksach niż faktycznie wysokich umiejętnościach rzeczonego. Wystarczyło bowiem, że choćby drugoligowy prozaik zdecydował się spróbować swoich sił w komiksowym medium, a niemal na starcie postrzegany był w kategorii tzw. lepszej jakości. Uczciwie trzeba jednak przyznać, że wspomniany zdołał zaproponować całkiem udaną fabułę w ramach serii „Green Arrow vol.3” („The Archer’s Quest”), a „Kryzys tożsamości”, pomimo „dziur” fabularnych, okazał się komercyjnym i do pewnego stopnia także artystycznym hitem. Stąd oczekiwania wobec jego aktywności przy restartowanym miesięczniku „Justice League of America” były znaczne. Oglądnie rzecz ujmując wspomniany podźwignąć ich nie zdołał, aczkolwiek w wymiarze stricte rozrywkowym jest to pozycja warta rozpoznania. Zachwytów nie będzie, niemniej wielbiciele uniwersum DC z dużym prawdopodobieństwem rozczarowania nie doznają.
 
Marvel Classics Comics nr 32: White Fang – klasyka z gatunku takich, które nawet jeśli ulegną niebawem zapomnieniu, to stanie się tak ze znaczną szkodą dla świadomości przyszłych pokoleń wielbicieli beletrystyki. Jack London pisał bowiem z pasją i zaangażowaniem, których także obecnie nie sposób w trakcie lektury jego utworów przegapić. „Biały Kieł” był jedną z takich właśnie realizacji (obok m.in. znakomitego „Martina Edena”) od których wręcz nie mogłem się oderwać. Ów autentyzm narracyjny znać także w niniejszej adaptacji, mimo że ta nabrała znamion archaiczności w jeszcze większym stopniu niż jej pierwowzór literacki. Stąd także tę odsłonę niniejszej serii zaliczam do najbardziej w jej ramach udanych. 
 
Mumia t.1 – przykro to pisać, ale pierwsza odsłona adaptacji powieści Pawła Leśniaka w wykonaniu jego samego to jedno wielkie nieporozumienie. Położono tu praktycznie wszystko: od amatorskich rysunków po narracyjnie pogubioną fabułę. Szkoda, bo komiksowych realizacji osadzonych w starożytnym Egipcie nie mamy zbyt wiele. Po kolejne tomy (a jest ich ogółem bodajże sześć) jeżeli w ogóle sięgnę, to co najwyżej przez przypadek. Oby jako powieściopisarz wspomniany twórca sprawdzał się dużo lepiej.

Marvel Origins t.1: Spider-Man 1 – szczerze pisząc wykazałem się wobec testu tej kolekcji małą wiarą, a nawet jej niemal zupełnym brakiem. Stąd tym bardziej uradowała mnie wieść o jej pełnowymiarowym uruchomieniu. Toteż mimo że lekturę wczesnych roczników większości prezentowanej w niej serii mam już dawno za sobą, to jednak mimo wszystko sentyment zrobił swoje i kolejne tomy tej kolekcji odnajdą się także na mojej, mocno już stłoczonej innymi kolekcjami, półeczce. 
 
Bug księga 3 – album nie ścina co prawda z nóg objętością; trzeba jednak przyznać, że sporo się w nim dzieje, a co za tym idzie rozwój akcji prowadzony jest w zadowalającym tempie. Oczywiście zasadniczym walorem tej inicjatywy twórczej są ilustracje w wykonaniu mistrza Bilala (o ile rzecz jasna potencjalny odbiorca toleruje, a nawet lubi jego styl). Stąd pomimo niezbyt pospiesznego trybu realizacji tej serii na kolejną jej odsłonę zdecydowanie warto było czekać.

The Fury of Firestorm nr 4
– konkluzja rozpoczętej w poprzednim epizodzie opowieści nie zawodzi. Także z tego względu, że w ramach tzw. gościnnych występów dają o sobie znać dobrze zaznajomieni z tytułowym bohaterem przedstawiciele ówczesnego składu Ligi Sprawiedliwości. Krótko pisząc: stara, dobra superbohaterszczyzna. 

Bohaterowie i Złoczyńcy: Legion Super-Bohaterów – Nadciągająca ciemność
– szczerze pisząc jeszcze względnie niedawno nie uwierzyłbym, że kiedykolwiek doczekamy się polskiej edycji pełnowymiarowego albumu poświęconego tej drużynie, w swoim czasie jednego z najbardziej poczytnych hitów DC Comics. A jednak tak się stało i tym samym jest okazja by ocenić superbohaterską teen dramę na skalę kosmiczną, która obok bestselerowego „New Teen Titans vol.1” z powodzeniem podbiły serca nastolatków doby wczesnych lat 80. XX w.
 
Marvel Classics Comics nr 33: The Prince and the Pauper
– jak na bystrego i celnie definiującego czasy mu współczesne obserwatora (a takim „modelem” niewątpliwie był odpowiadający za pierwowzór tej adaptacji Mark Twain) z dzisiejszej perspektywa zawarta tu fabuła razi naiwnością. W swoim jednak czasie, obok takich m.in. utworów jak „Ivanhoe” uznawana byłą za swoisty „rozpalacz” przygodowych emocji. Współcześnie jednak to raczej ciekawostka z zakresu historii rozwoju literatury rozrywkowej niż rzecz faktycznie sama w sobie emocjonująca. I taka też jest niniejsza, całkiem solidnie zilustrowana adaptacja.

The Old Guard. Stara Gwardia. Księga druga: Siła spotęgowana
– jak widać także Greg Rucka nie wstydzi się korzystać z dobrych wzorców i przetwarzać na potrzeby współczesnej publiki. Stąd niniejsze przedsięwzięcie, wzbudzające jednoznaczne skojarzenia z cyklem filmów/seriali „Nieśmiertelny”, jest takim właśnie produktem powstałym nade wszystko z myślą o produkcji „strumieniowej”. To co cieszy w sposób szczególny to okoliczność, że druga odsłona tej inicjatywy twórczej jawi się jako utwór dostrzegalnie lepszy od tomu pierwszego.
 
Ciemna Strona Marvela: Punisher
– w zestawieniu z takimi seriami jak „MAX” czy wczesne „War Zone vol.1” niniejszy „wycinek” losów „Pogromcy” być może nie powala swoją ogólną jakością. Nie zmienia to jednak faktu, że wielbiciele „Człowieka-Armaty” z dużym prawdopodobieństwem otrzymają wraz z tym zbiorem jakość, która zapewne ich nie rozczaruje. No i dobrze znany pokoleniu TM-Semic „Tex” daje do zrozumienia, że ma jeszcze sporo do zaoferowania.

Offline Alfman

Odp: Bo chodzi o to, żeby plusy nie przesłaniały nam minusów - sezon drugi
« Odpowiedź #534 dnia: Śr, 01 Luty 2023, 18:44:43 »
Styczeń

Ocaleni. Anomalie kwantowe – kolejna wizyta pośród „Światów Aldebarana” nie tylko nie rozczarowuje, ale jest wręcz najbardziej udana ze wszystkich dotychczasowych. Niewykluczone, że na tę okoliczność istotny wpływ miała absencja do bólu irytującej Kim Keller. Na pewno koncept tytułowych anomalii kwantowych znacząco zdynamizował rozwój fabularny tej akurat odsłony „Światów…”. Miło, że jest perspektywa na więcej, tj. zapewne planowana przez moce sprawcze Egmontu polska edycja „Powrotu na Aldebarana”.
 

Psia krew, tak mnie ostatnio nudził Leo, że w zasadzie w koszyku miałem Anomalie tylko "z rozpędu".
A tu takie coś ...
No i trzeba będzie zakupić, echh  ;)

Odp: Bo chodzi o to, żeby plusy nie przesłaniały nam minusów - sezon drugi
« Odpowiedź #535 dnia: So, 18 Luty 2023, 13:23:49 »
  Podsumowanie stycznia, kontynuacja pochłaniania serii Superbohaterowie Marvela i nie licząc miniserii ze złoczyńcami to nareszcie finisz.


  "SM 115 Gambit" - autorzy różni. Pierwszy zeszyt czyli debiut Remy'ego na łamach Claremontowego Uncanny X-Men (i wogóle na wszystkich innych łamach)h, pomagającego udziecinnionej Storm w ucieczce przed Shadow Kingiem. Bohater pojawił się w formie właściwie niewiele różniącej się od tej ikonicznej. Francuskojęzyczny złodziej podobny do siebie samego, jedyna różnica w tym, że przedmioty którymi rzuca ładuje "energią kinetyczną" za pomocą tych dziwnych oczu. Daniem głównym jednakże będzie pierwsze siedem zeszytów trzeciej serii opisującej przygody bohatera autorstwa Fabiana Niciezy z rysunkami Steve Skroce'a. Zeszytów, które zdecydowanie cierpią na nadmiar wydarzeń zapełniających ich strony, bo czego tu nie ma? Kosmiczne artefakty, starożytne roboty, tajne rządowe programy, wampiry, wiedźmy voodoo, klany zabójców i złodziei (tom dopowiada co nieco do wydarzeń które mogliśmy przeczytać w tomie o Rogue), jacyś dziwaczni wyciągnięci nie wiadomo skąd wschodnioeuropejscy zabójcy, pościgi, strzelaniny i wybuchy (dużo wybuchów). Nie mam pojęcia, może Gambit vol.3 nawiązywał do jakichś wydarzeń w innych X-seriach, bo doprawdy ciężko było mi się czasem połapać o czym akurat czytam. Wrócimy tu do czasów młodości złodziejaszka z Luizjany, ale nie dowiemy się niczego czego byśmy się po tej postaci nie spodziewali. Mi osobiście najbardziej do gustu przypadł zeszyt z Rogue i X-Cutionerem, raz że jest Rogue, dwa postać czarnego charakteru jest całkiem interesująco-niejednoznaczna. Scenarzysta z rysownikiem dobrali się idealnie, tak jak scenariusz cierpi na nadmiar właściwie wszystkiego, tak to samo tyczy się obrazków. Ciężko opisać wrażenia wizualne, zwłaszcza gdy tak jak ja ma się marne (raczej żadne) pojęcie o technikach rysowniczych, ale tu jak na mój gust wszystkiego jest zbyt dużo i zbyt gęsto. Skroce momentami widać, że zapatrzył się na Geoffa Darrowa, ale to widać że nie ten kaliber talentu a sytuacji nie poprawiają koloryści, którzy zdaje się w czasie pracy nad serią odkrywali możliwości nowego oprogramowania graficznego co powoduje, że komiks wygląda jak folder wczasów na tureckiej Riwierze. Sama kreska może i czasami bawi pewną nieporadnością, ale jak się tak dokładniej przypatrzymy to wcale to nie wygląda źle a niektóre kadry mogą się podobać, napewno nie ma ten komiks się czego wstydzić jak stanie w szranki z tym co się odjaniepawla w "modern Marvel". Fani Gambita pewnie sięgną, reszta raczej nie musi, całość przyzwoita ale szkoda że jakiś redaktor nie podkarmił Niciezy ziółkami na uspokojenie bo mogło być dobrze. Aha na okładce mamy błąd fleksyjny, Hachette weszło na zupełnie nowy level. Ocena -6/10.

  "SM 116 Niewiarygodna Gwenpool" - Christopher Hastings i inni. Kolejna memiczna postać na okładce nie zapowiadająca nic co mogłoby zainteresować faceta w średnim wieku. "Nic to" westchnąłem niczym Wołodyjowski, zawsze daje szansę produktom popkultury i nie skreślam ich z góry.  Gwenpool to postać, która powstała (podobno, nie jestem pewien czy w to wierzę) na kanwie popularności jednej z alternatywnych okładek, która miała przedstawiać Gwen Stacy jako różnych bohaterów i bohaterki. O dziwo okazało się, że przy tworzeniu komiksu z bohaterką nie zdecydowano się na jej tożsamość martwej dziewczyny Petera Parkera z innego wymiaru a uczyniono nią jako Gwendolyn Poole, mieszkankę naszej (chyba) rzeczywistości, którą wessało do świata komiksów Marvela, których Gwen była fanką co wykorzystuje do łamania czwartej, siódmej oraz dwunastej ściany. W tomie znajdziemy trzy zeszyty serii Kaczor Howard w której w sprawie z Czarną Kotką zadebiutowała Gwen oraz tego samego autora pierwsze sześć zeszytów autonomicznej serii w której blond-różowowłosa pannica rozpocznie karierę lufy (bez skojarzeń) do wynajęcia i nieco wymuszoną współpracę z grupą MODOKA. Za rysunki w Howardzie oraz prologu pierwszego zeszytu odpowiada niezupełnie nieznany u nas Danilo Beyruth, którego rysunki kojarzące się nieco z Archie Comics (tymi nowymi nie tymi starymi) razem ze swoimi przyjemnymi dla oka kolorami mogą się nawet podobać. O wiele gorzej ma się sprawa z tytułowym ongoingiem, która dostała się w ręce czegoś zwącego się Gurihiru Studios co podobno jest japońskim duetem, którego prace wyglądają jakby umiejętności zdobywano czytając książeczki w stylu "Jak zostać prawdziwym japońskim mangaką". Nie mam pojęcia szczerze mówiąc, kto tak właściwie ma być klientem docelowym tej postaci. Całość sprawia wrażenie jakby była skierowana raczej do młodszej i dziewczęcej części rynku, tyle że naśmiewa się ze schematów komiksu superhero (z raczej marnym skutkiem), ale jednocześnie nabija się z konkretnych postaci. Owszem jestem w stanie wyobrazić sobie że amerykańskie dziewczęta znają Lady Thor czy Milesa Moralesa ale niby która zna Batroca czy Madame Hydrę? No i mocno tu widać tu zmianę koncepcji całości, podczas gdy na początku Gwendolyn wygląda jak młoda kobieta (w stylu rockowej gruppie) i wzorowana jest zdecydowanie na Deadpoolu radośnie mordując wszystko co jej się nawinie (tak aby nie było krwi) to dalej zabijanie się kończy a bohaterka zmienia wygląd raczej na dziewczynę w wieku szkolnym, która z racji rysunków może mieć równie dobrze 12 lat co i 16 (ma jakiś tam biust więc przyjmijmy że bliżej jej do szesnastki). No i szczerze mówiąc problematyczna jest sama bohaterka, ani za ładna, ani za mądra, ani za sympatyczna, ani zabawna naprawdę ciężko mi wymyślić jakiejś jej pozytywne cechy powiedzmy, że jest zgrabna i eeeee...różowa. Przechodzi co prawda jakąś tam przemianę wewnętrzną w trakcie przygód, ale jej efektów nie dane będzie nam zaobserwować, o motywach jej zachowania musiałem się dowiedzieć z tradycyjnego opisu na końcu tomu, bo dziewięć zeszytów było zbyt mało aby je zmieścić. Seria wytrzymała 20 zeszytów co w sumie nie jest taką małą liczbą a sama postać jakoś w tym Marvelu funkcjonuje więc ktoś to jednak musiał kupować, chociaż nie potrafię sobie wyobrazić kto to mógł być a najbliższym i najlepszym porównaniem do Gwenpool na naszym rynku, byłaby chyba Squirrel Girl i niech tak zostanie. Ach, żeby nie było to sama historyjka jest w sumie o dziwo w miarę interesująca, komiks okazał się lepszy niż myślałem chociaż i tak nawet nie średni. Ocena -4/10.


  "SM 117 Colossus" - autorzy różni. Kolejny X-tytuł pod koniec kolekcji, przygody opancerzonego tytana podzielone na trzy części. Pierwsza to wydana już u nas nie pamiętam czy w kolekcji, ale napewno w Essentialu od Mandragory wycięta z serii Claremonta/Byrne'a bezczelnie durna i cudownie staroświecka przygoda X-Men w Murderworldzie. Druga to mocno nie stanadardowo jak na wydawcę komiksów superhero seria vol. 1 Colossusa autorstwa Bena Raaba która była wydana w jednym albumie i niestety nie została dokończona. Pierwszy solowy Colossus nawiązuje tematycznie do poprzednika "Witajcie w Murderworldzie" bo mamy tu do czynienia z jakby dogrywką w kolejnym parku rozrywki (dosłownie) pomiędzy Arcadem a radzieckim kołchoźnikiem ze stali oraz jego towarzyszką (jedna z moich cichych faworytek w Marvelu idealne wcielenie uroczej i głupiutkiej jak but blondynki, dziś taka postać nie miałaby szans powstania) Meggan, po której wcześniejsi wrogowie będą musieli się zamienić w chwilowych sojuszników. Ostatnim jest po raz kolejny jeden zeszyt X-Men:Origins Christophera Yosta, który wprowadza jakieś KGB klimaty do historii Piotrka, który okazuje się zmieniał się w pancernika już przed traktorem i szczerze mówiąc nie ma specjalnego sensu. Rysunki Byrne - dobrze, ale to nie były jego najlepsze dni zdecydowanie, Hitch - typowe rysuneczki dla lat 90-tych z plusikiem za przedobrzoną ale jakąś taką sympatyczną mimikę postaci, Hairsine - dla miłośników ponurego realizmu w ciemnych barwach będzie w porządku. Sympatyczny tomik, ale ma jedną wadę o ile jego poprzednicy starali się z lepszym bądź gorszym skutkiem powiedzieć coś o swoich postaciach tak tutaj nie dowiemy się niczego nowego o bohaterze, bo to raczej typowe pif-paf-bum. No dobrze może to, że Piotr Nikołajewicz nie zaciągnął niewinnie-lubieżnej elficy do wyrka może, coś nam o tym bohaterze wyjaśnić (nie oceniam w którą stronę). Ocena -6/10.


  "SM 118 - Kitty Pryde" - autorzy różni. Były już dwie X-parki Jean-Cyclops i Rogue-Gambit więc czas na trzecią skoro był Rasputin będzie i Pryde. Pierwsze trzy zeszyty to fragment legendarnej Dark Phoenix Saga, kończy się w momencie gdy Jean telepatycznie miesza w głowie rodzicom Kitty, aby zostawili ją w szkole czyli jak dla postaci w całkowicie sensownym momencie, ale to wiadomo ci co znają to znają a ci co nie znają to koniecznie całość. Za to druga część to już naprawdę spora ciekawostka czyli sześcio-zeszytowa miniseria "Kitty Pryde & Wolverine" Chrisa Claremonta i Allena Milgroma będąca nieformalną kontynuacją kolejnej legendy czyli millerowskiego "Wolverine". Początek opowieści nie nastroił mnie pozytywnie a wręcz przeciwnie, Kitty na skutek kompletnie idiotycznego związku przyczynowo-skutkowego miesza się w porachunki pomiędzy swoim ojcem a Yakuzą i ląduje w Japonii. Biedactwo biega tam po ulicach kompletnie nie rzucając się w oczy w stroju baleriny w którym przecież nie ma gdzie wsadzić portfela i z łyżwami a na dodatek łapie grypę bo umiejąc przechodzić przez ściany nie ma gdzie spać i musi całą noc włóczyć się po deszczu. Później zostaje schwytana przez złego ninję w masce tengu i w ciągu jednego dnia wytrenowana też na złego ninję. Mniej więcej w tym momencie zdałem sobie sprawę, że to co czytam to kompletne bzdety. Na szczęście chwilę po tym na scenę wkroczy Logan i akcja potoczy się we właściwym kierunku a lektura zacznie sprawiać przyjemność. Tajemniczym wojownikiem okaże się Ogun były sensei Kanadyjczyka a Wolviemu uda się wyrwać Katarzynę spod jego wpływu (przy okazji powiedzmy od biedy sensownie uda się wytłumaczyć poprzednie dziwne zajścia). Później niczym Panu Miyagiemu przyjdzie mu zaleczyć fizyczne i mentalne rany swojej podopiecznej oraz za pomocą klasycznego znanego z filmów kung-fu treningu wzmocnić ją zarówno fizycznie jak i duchowo aby przygotować ją (i siebie) do spotkania z przeciwnikiem tak groźnym, że sam Wolvie nie wierzy że jest w stanie go pokonać, w czym zresztą pomogą mu jego była i aktualna kochanki Yukio i Lady Mariko. Na pierwszy rzut oka rysunki Milgroma z tymi dziwnymi rysowanymi niechlują często nieregularnie prowadzoną linią twarzami nie przypadły mi do gustu (zresztą wystarczy spojrzeć na pierwszą stronę), ale pierwsze wrażenie okazało się mylne. Jak już się przyzwyczaimy do tej niespecjalnie pięknej "stylówy" to nie sposób nie docenić, naprawdę doskonale rozrysowanych scen akcji (nieco w stylu Millera z lat 80-tych) czy kreatywnej mającej dodać filmowego efektu zabawy kadrami. Znaczy się za szatę graficzną, co prawda mocno już niedzisiejszą i nie powodującą miłości na pierwszy rzut oka, plusik. Jakby nie patrzeć, całość polecam nie jest może aż tak dobry jak oryginał (który w sumie też nie jest Bóg wie jak genialny), ale na pewnym poziomie naprawdę dobrze naśladuje ten klimat "ejtisowego" akcyjniaka w sztafażu kompletnie sztampowej japońszczyzny z ośnieżonymi górami i szoguńskimi zamkami, szklanymi wieżami należącymi do różnorakich Zaibatsu, gangsterami w fikuśnych kapeluszach i sumokami. Do pełni szczęścia brakuje jedynie kolorowych ninja, bo ci tutaj to tylko w jednym kolorze. Dla fanów postaci, dwójka tytułowych bohaterów jest tutaj postaciami na tym samym poziomie ważności, Kitty Pryde przejdzie sporą przemianę wewnętrzną (z silnej i niezależnej dziewczyny na jeszcze silniejszą i bardziej niezależną dziewczynę, ale niech już będzie że to duża zmiana) i zdaje się po raz pierwszy użyje pseudonimu Shadowcat, a Wolverine w swojej najbardziej klasycznej wersji samotnego kowboja-samuraja otrzyma równie dużo czasu antenowego, także dla tych co lubią któreś z nich bądź obydwoje a tych jest sporo, będzie z to komiks z serii "powinienem przeczytać". Ocena -7/10.


  "SM 119 - Ghost Rider (Robbie Reyes)" - Felipe Scott, Tradd Moore, Damion Scott. Całkiem interesująca sytuacja, tom otwiera pierwszy zeszyt serii All-New Ghost Rider a dalszą cześć będą stanowić zeszyty nr. 6-10, żeby było śmieszniej tom złożony z zeszytów 1-5 został już wydany w ramach WKKM, tak więc mamy kontynuację serii w dwóch osobnych cyklach tego samego wydawcy a że dobre żarty nigdy nie powinny się kończyć to oryginalna seria ma całe 12 zeszytów a jakim cudem nie udało się zmieścić Hachette 12 zeszytów w dwóch tomach to pozostaje ich słodką tajemnicą. Ja rozumiem, że seria i tak została raczej przerwana niż dokończona i te dwa ostatnie zeszyty pozostawiły czytelnika raczej z pytaniami niż odpowiedziami, ale to co zaprezentowano tutaj też raczej nie da się nazwać zakończeniem. No w każdym razie, tamten tom oceniłem dosyć wysoko i był jednym z większych zaskoczeń w całej kolekcji, tutaj dostaniemy jego początek w postaci takiego naprawdę old-schoolowego jedno-zeszytowego originu, który na 21 stronach wyjaśnia dokładnie tyle ile nam potrzeba z dodatkowym atutem w postaci kompletnie pojechanych rysunków Tradda Moore. Pozostała część, kontynuuje historię rozpoczętą w pierwszym numerze tę z Dr. Zabo i jego mutacyjnymi pigułkami i szczerze mówiąc nie jestem specjalnie pewien czy będzie dostatecznie czytelna bez posiadania tomu z WKKM. Ogólnie rzecz biorąc jest całkiem niezła, aczkolwiek wydaje mi się, że jednak trochę czuć opadający poziom scenariusza. Zresztą może to nie wina scenarzysty tylko zmiany rysownika. Miejsce Moore'a za sterami (kierownicą) zajmie tutaj Damion Scott (zbieżność nazwisk przypadkowa?) i chociaż ogólnie stara się nawiązywać do cartoonowych szaleństw poprzednika to jego rysunki za bardzo idą w stronę animkowej karykatury a z powodu dramatycznego przeładowania może nawet nie szczegółami bo jakieś strasznie szczegółowe nie są a po prostu elementami i liniami za pomocą których te elementy są przedstawiane są fatalnie nieczytelne a w ich odszyfrowywaniu praca kolorysty kompletnie nie pomaga. Mi ogólnie ten All-New GR przypadł do gustu, dobrze zrobiło tytułowi przeprowadzenie się z zatęchłego Nowego Jorku na Zachodnie Wybrzeże do dzielnic latynoskiej biedoty w klimaty nielegalnych nocnych wyścigów, szkół w których częściej niż na kolejnego czarnoskórego geniusza można potknąć się o etnicznie dowolnego pochodzenia gangstera lub aspiranta do tego miana i parterowych domków z palmami na tle malowniczych zachodów słońca. Natomiast mam wrażenie, że całość nie wykorzystała potencjału jaki się w niej krył, Robbie to fajnie wymyślona postać, z własnym bagażem problemów a Scott dobrze się wbił w mitologię Widmowych Jeźdźców i tu naprawdę był materiał na stworzenie porządnej young adult szkolnej obyczajówki z elementami horroru akcji w dosyć ciekawej otoczce nizin społecznych Los Angeles a tymczasem dostaliśmy miks jakichś niewiarygodnych dram z nawalanką z armiami mutantów po czym tytuł został zarżnięty a dalsze próby wydawania tytułu w postaci "he-he-he patrzcie jakie to śmieszne" przypominały już tylko patroszenie trupa i miały mniej więcej taki sam efekt przy próbach reanimacji, no cóż szkoda. Tomik nawet fajny, ale zdecydowanie bardziej polecam początek serii z Wielkiej Kolekcji Komiksów Marvela, chociażby ze względu na samą grafikę. Ocena 6/10


  "SM 120 - Nightcrawler" - autorzy różni. Tom o Nightcrawlerze, dosyć zaskakujący wybór jakoś na myśl nic mi nie przychodziło co by tu można napisać solowego o tym superbohaterze więc szczerze mówiąc z pewną dozą ciekawości, ale też i bez żadnego entuzjazmu rozpocząłem lekturę. Pierwsza cześć to w sumie już tradycyjnie jeden zeszyt X-Men Origins z podtytułem Nightcrawler i stanowi dosyć wierną kopię tego co dawno temu wymyślili Len Wein z Davem Cockrumem i tutaj zaczynają się odrazu schody. O ile większość komiksowych originów klasycznych superbohaterów da się bez problemu uwspółcześnić tak wizja cyrku jeżdżącego po współczesnych Niemczech z dziwadłami zamkniętymi w klatkach i jakichś wieśniaków z widłami i pochodniami jest kompletnie surrealistyczna. Reszta to standard czyli pierwsze użycie mocy, ksiądz który pomógł postawić pierwszy krok na ścieżce wiary (Kurt to żarliwy katolik) i spotkanie z Xavierem przedstawione za pomocą całkiem fajnych sporządzonych przy dużej pomocy ołówka (bądź jakiegoś jego odpowiednika nie znam się) rysunków Cary Norda i Jamesa Herrena. W każdym bądź razie to i tak tylko jeden zeszyt a danie główne to pierwszych sześć zeszytów (czyli równo połowa) Nightcrawlera vol.3. O ile nazwisko Roerto Aguirre-Sacassa kompletnie nic mi nie mówiło (no dobra był taki film z tym szurniętym Kinskym, zresztą polecam) o tyle nazwisko Daricka Robertsona już mówiło jak najbardziej, "no chyba bele czego by chłop nie firmował swoimi rysunkami" pomyślałem, no i okazało się, że się nie myliłem. Dostajemy w tym przypadku do ręki paranormalny kryminał połączony z horrorem, czyli coś czego ciężko byłoby się spodziewać po Marvelu (obecnie to chyba wcale). Już sam początek mocno zaskakuje, bo przenosimy się na odział psychiatryczny dla dzieci po czym dowiemy się, że w zamkniętej sali z 14 młodocianymi pacjentami zostanie znalezionych 13 rozerwanych ciał oraz jeden żywy chłopak z którym kompletnie utracono kontakt. O pomoc zostaną poproszeni X-Men, którzy na tamten moment wydawali się żyć w ostrożnej zgodzie z władzami NY i zobaczymy dosyć dziwny pomysł w którym natychmiast po scenie z zabitymi dziećmi (na rysunku pokazano tyle ile można w Marvelu było) oraz dosyć drastycznych opisach obrażeń, zobaczymy pierwszy dowcip w którym na pytanie Kurta dlaczego akurat on, Storm wskaże bijących się na trawniku Logana i Scotta i odpowie że na ten moment w sumie nie ma nikogo lepszego (też sobie facet moment znalazł na kawały). Rad nie rad, Kurt uda się do szpitala spróbować rozwiązać zagadkę w czym pomogą mu hoża ruda pielęgniareczka ubrana w nader obcisły kitel oraz Amanda Sefton była kochanka czarodziejka tudzież wiedźma mieszkająca w Limbo i robiąca tutaj za swoistą deus ex machina. Po rozwiązaniu zagadki koszmarnego szpitala, X-Men przez burmistrza Nowego Jorku zostaną wysłani do nowojorskiego metra z racji jakichś niewyjaśnionych zgonów i plotek o nawiedzonych tunelach, niepokojących jeszcze bardziej z racji zbliżających się obchodów 100-lecia tegoże przybytku. W tej części bardziej niż z horrorem będziemy mieli do czynienia z klasyczną spooky story z pewnymi naleciałościami z Pogromców Duchów. Jak rysuje Robertson, zainteresowani raczej będą wiedzieli i napewno nikt nie będzie rozczarowany (chociaż to poziomu szczegółowości i fantazji Transmetropolitan dużo tutaj brakuje), ciężko też ukryć, że z dosyć sporą dozą trudu przychodzi mu rysowanie kobiecych twarzy (chociaż znajdzie się tu kilka fajnych plansz) nie wiedzieć czemu jakoś rysowanie mężczyzn przychodzi mu łatwiej. Za to największym wygranym jest tutaj z pewnością główny bohater, tak jak uwielbiam Johna Byrne tak Nightcrawler mu nigdy nie wychodził (wogóle chyba rzadko komu), reszta grupy nazywała go elfem a dla mnie zawsze wyglądał jak zwykły diablok. Tutaj dzięki pracy doświadczonego Kalifornijczyka a także dzięki naprawdę znakomitym pomocnikom w postaci nakładającego tusz Wayne Fauchera oraz kolory Matta Milli, Kurt nabrał w końcu swoistej trójwymiarowości i wyłoniła się twarz sympatycznego młodego człowieka, naprawdę dobra robota. Robota dobra tak jak i cały tytuł, mocny, mroczny ale jednocześnie w dobrze dobranych momentach (z wyjątkiem tego wspomnianego wcześniej) potrafiący poluzować (wątki Kurt i kobiety), albo całkowicie rozładować atmosferę żartem (Logan lubi broadwayowskie musicale) i przypomnieć że mamy do czynienia z komiksem jakby nie patrzeć rozrywkowym. Mimo, że to tylko połowa serii, tom można czytać spokojnie, dwie historyjki są autonomiczne chociaż zakończenia wątków obyczajowych nie uświadczymy no i to kolejny dowód potwierdzający tezę, że jak ktoś utalentowany dostanie jakąś postać z drugiego czy tam piątego szeregu i z racji tego większą dozę swobody może z tego wykrzesać naprawdę coś nieoczywistego i fajnego nawet w Marvel Comics. Polecam, ocena 7/10.

Offline Nawimar III

Odp: Bo chodzi o to, żeby plusy nie przesłaniały nam minusów - sezon drugi
« Odpowiedź #536 dnia: Wt, 28 Luty 2023, 23:38:15 »
Luty

Marvel Origins t. 2: Fantastyczna Czwórka 1 - inicjatywa twórcza, która dla Marvela okazała się przysłowiowym strzałem w dziesiątkę i drogą ku pozycji lidera wśród wydawnictw specjalizujących się w superbohaterskiej konwencji. Tym bardziej cieszy, że jest szansa aby także polski czytelnik miał okazję sukcesywnie zapoznać się z tym materiałem. I chociaż z współczesnej perspektywy wczesne perypetie "Pierwszej Rodziny Marvela" razić mogą naiwnością, to mimo tego jest to naiwność z gatunku bardzo urokliwych, a niekiedy wręcz ujmujących.

Bohaterowie i Złoczyńcy. Superman: Na cztery pory roku - bardzo się cieszę, że nareszcie doczekaliśmy się wznowienia tego tytułu. Do tego, w odróżnieniu od jego pierwszej polskiej edycji, w przystępnej cenie. Co tu kryć: w przypadku tej akurat edycji mamy do czynienia z pochodną kooperacji jednego z najbardziej zgranych duetów w dotychczasowych dziejach tej konwencji. Stylowe, nakreślone finezyjną i zarazem wrażeniową kreską ilustracje oraz trafne ujęcie, delikatnie rzecz ujmując, "iskrzenia" pomiędzy tytułowym herosem, a jego zapiekłym adwersarzem. Nade wszystko jednak cieszy przybliżenie szczególnej więzi łączącej Clarka z jego przybranymi rodzicami oraz ich zasadniczego udziału w ukształtowaniu imponującej kultury wewnętrznej rzeczonego.
 
The Fury of Firestorm nr 5 – po konfrontacji z jak zawsze nieobliczalną i śmiertelnie groźną Killer Frost przydałoby się chociaż odrobinę odprężenia. Optymalnie przy relaksującej muzyce. Pech w tym, że „pogrywającym” jest dobrze znany czytelnikom przygód Flasha Pied Pieper co siłą rzeczy nie sprzyja choćby chwilowemu oderwaniu się od obowiązków superbohatera. Ponadto tym razem nieco więcej o relacji na linii obu „składników” tytułowego herosa, tj. oczywiście Ronnie’ego Raymonda i profesora Martina Steina. Krótko pisząc seria rozwija się w dobrych kierunkach.

Ciemna strona Marvela: Ghost Rider - kolejne miłe zaskoczenie. Spodziewałem się bowiem fabularnej miazgi w typie tej z udziałem obecnego Ghost Ridera (vide występy nowej jego wersji m.in. w kolekcji „Superbohaterowie Marvela”). A tu całkiem składnie rozpisane i efektownie rozrysowane opowiastki. Do tego z udziałem przedstawicieli osobliwej „społeczności” znanej jako Synowie Nocy.
 
Marvel Classics Comics: Robin Hood nr 34 - całkiem umiejętnie ujęte losy najsłynniejszego banity w dziejach, z uwzględnieniem kluczowych epizodów w jego żywocie, a przy okazji wykonane klasyczną, klarowną kreską. Z racji mojej słabości do tej tradycji niniejsza  lektura, pomimo archaicznej z dzisiejszego punktu widzenia formy wykonania, okazała się relaksującą i nostalgiczną zarazem rozrywką. 
 
Nieśmiertelny Hulk t.2 – kontynuacja błyskotliwie rozpisywanej serii nie zawodzi, choć równocześnie nie ścina z nóg w równym stopniu jak było to w przypadku tomu pierwszego. Mimo tego to nadal jedna z najbardziej udanych propozycji Marvela ostatnich lat z którymi miałem styczność. Oby tylko tempo prezentacji polskiej edycji tej serii nieco przyspieszyło. 

X-Men. Punkty zwrotne: Masakra mutantów – model narracji zaproponowany w tym zbiorze zapewne dla części odbiorców preferujących współcześnie realizowane komiksy wyda się zbyt archaiczny. Jednak jak dla mnie im dalej w opowieść, tym sprawy pod tym względem mają się lepiej i cieszę się, że nareszcie doczekaliśmy polskiej edycji tej w swojej klasie legendarnej historii. Choćby z tego względu, że uczestniczyli w tym przedsięwzięciu tak wprawni plastycy jak Alan Davis, Rick Leonardi, John Romita Młodszy, Sal Buscema oraz Barry Windsor-Smith.

The Fury of Firestorm nr 6 – zaciętych zmagań tytułowego herosa z wierchuszką drugoligowych szubrawców uniwersum DC ciąg dalszy. Pied Piepper dmie zatem w tzw. piszczały ile mocy w płucach, a Ronnie Raymond i profesor Martin Stein kontynuują niełatwą naukę wspólnej koegzystencji. Tymczasem na horyzoncie już objawia się kolejna troska na miarę potencjału Firestorma pieczołowicie zilustrowana przez nieocenionego Pata Brodericka.

Marvel Classics Comics: Alice in Wonderland nr 35
– tym sposobem sfinalizowałem rozpoznawanie zapewne dla wielu aż nazbyt archaicznej serii. Faktycznie „przebijanie” się przez niektóre jej odsłony wymagało nieco cierpliwości. Niemniej w ogólnym rozrachunku przeważyły adaptacje udane, a przy okazji stanowiące swoisty zapis jak do tego typu inicjatyw podchodzono niemal pół wieku temu. Tak też sprawy mają się z przełożeniem na „mowę” komiksu wciąż uznawanego za „niezbędnik” kanonu literatury anglosaskiej utworu Lewisa Carrolla. „Alicji w Krainie Czarów” (bo o tej powieści mowa) nie mogło zatem zabraknąć także w ramach tej inicjatywy. I co najważniejsze plasuje się ona wśród najbardziej udanych „momentów” tego przedsięwzięcia.   

Star Trek Voyager: Wyzwanie dla Siedem - dobrze się stało, że doczekaliśmy się opowieści traktującej o innej załodze niż dwie najbardziej przez fanów ,,Gwiezdnej Włóczęgi" wielbione (tj. oczywiście podkomendnych Jamesa Tiberiusa Kirka oraz Jean-Luca Picarda). Ponadto niniejsza opowieść, z umiejętnie zaprezentowanym wątkiem konfliktu społecznego jako jej fabularnym sednem, przekonuje. Chciałoby się jednak fabuły o większym stopniu rozpiętości i złożoności, porównywalnej, dajmy na to z „Lustrzanym wszechświatem”. Tym bardziej, że zarówno kapitan Kathryn Janeway jak i kilka innych osobowości z pokładu ,,Voyagera", spokojnie w takiej by się ,,odnaleźli". Liczę, że pewnego dnia doczekamy się takiej właśnie pełnoskalowej fabuły.
 
Smerf czarnoksiężnik – zgodnie z tytułem albumu znalazł się chojrak, który pozazdrościł mentorowi Smerfów (a przy okazji także ich zajadłemu adwersarzowi w osobie Gargamela) rozeznania w teorii i praktyce oddziaływania na rzeczywistość za pomocą wiedzy tajemnej. Jak to zwykle w takich przypadkach bywa (vide „Uczeń czarnoksiężnika”) wynikła z tego masa problemów. I bardzo dobrze, bo przecież schemat fabularny tej inicjatywy twórczej od zawsze polegał na zniwelowaniu problematycznego zjawiska zaburzającego właściwy rytm życiowej aktywności mieszkańców Wioski Smerfów. Ponadto w zbiorku znalazło się miejsce dla dwóch kolejnych, rozpiętościowo jej ustępujących opowieści, aczkolwiek jakościowo niezgorszych.

Bohaterowie i Złoczyńcy. Flash: Zabójcza prędkość
– gdy w swoim czasie Mark Waid stwierdził, że „(…) odkrycie Mocy Prędkości miało zatrząsnąć światem Wally’ego (Westa) w posadach (…)” zapewne nie zdawał sobie sprawy w jak wielkim stopniu ów koncept odmieni nie tylko wspomnianą przestrzeń przemierzaną przez ówczesnego Flasha, ale z czasem naruszy posady całego multiwersum. Nie inaczej bowiem wypada interpretować zaprezentowany również także w Polsce (do tego dwukrotnie!) „Flashpoint-Punkt krytyczny”, którego reminiscencje trwale odmieniły konglomerat równoległych wszechświatów znany z tytułów DC Comics. Tym bardziej warto zapoznać się z tą umiejętnie rozpisaną opowieścią, która mimowolnie okazała się początkiem koncepcji bez której nie sposób obecnie wyobrazić sobie nie tylko dziejów Szkarłatnych Sprinterów, ale też całej wspomnianej przestrzeni przedstawionej.
 
Fury of Firestorm nr 7 - tytułowy bohater tej serii miał już sposobność poznać/zmierzyć się z ponętną acz zarazem zabójczo niebezpieczną niewiastą. Mowa tu o debiutującej w pierwszym poświęconym mu tytule Killer Frost, której nie zabrakło już także i w tym miesięczniku (nr 3-4). Jak widać grono zmyślnych osobowości odpowiedzialnych za tę inicjatywę twórczą doszło do wniosku, że to za mało. Tym sposobem zaistniała okazja do debiutu Bette Sans Souci, również dysponentki urokliwej powierzchowności, a przy tym nie mniej zajadłej niż wspomniana chwilę temu problematyczna wersja "Królowej Śniegu". Jak czas pokazał nie był to ostatni znak życia ze strony Plastique (bo taki pseudonim-nieprzypadkowo zresztą-użytkuje rzeczona). Odegrała ona bowiem istotną rolę także w takich przedsięwzięciach jak „Suicide Squad vol.1”, a zwłaszcza „Captain Atom vol.1”. Zresztą już sam jej pierwszy występ z pełnym przekonaniem wypada uznać za udany.
 
Flash Gordon nr 1 - tym razem z klasyką komiksowej fantastyki ,,łamanej” z przygodą zmierzył się wciąż jeszcze rozwijający twórcze skrzydła Dan Jurgens. Uczciwie trzeba przyznać, że tak pod względem wizualnym jak i ujęcia fabuły w ramy wartkiej narracji wypada to bardzo obiecująco. Tzw. diaboliczny Ming (,,I like to play with things a while… before annihilation”) co prawda nie prezentuje się równie wystawnie, co nieodżałowanej pamięci Max von Sydov. Niemniej jego nowy wizerunek to ewidentnie jedna z mocniejszych stron (a jest ich tu więcej) tej interpretacji długowiecznego ,,tworu” Alexa Raymonda. Krótko pisząc inicjatywa ta zapowiada się bardzo interesująco.
 
Marvel Origins t. 3: Thor 1 – rozchylam ów tomik, a tu z miejsca niespodzianka! Okazuje się bowiem, że w jednym z zebranych tu epizodów „Journey into Mystery” (tj. magazynu w którym debiutował „Czempion Asgardu”) odnalazł się „osobnik” łudząco podobny do Rafała Otoki-Frąckiewicza (tj. jednego z aktywnych w serwisach internetowych komentatorów tzw. bieżączki)! Ach ten mistrz Kirby… Antycypował nawet tego niuniusia… Zresztą to właśnie m.in. z powodu „Króla” superbohaterskiego komiksu i jego wyczynów warto w ów tomik się zaopatrzyć. Część zastosowanych przezeń rozwiązań stylistycznych także współcześnie wywiera duże wrażenie. Odrobina urokliwej naiwności nie tylko nie psuje lektury tej propozycji wydawniczej, ale wręcz stanowi jej dodatkowy walor. W tym zwłaszcza w kontekście sposobu na rozpoznanie Lokiego kamuflującego się pod postacią gołębia.
 
Faithless t.3 – zachęcająco rozpoczęta seria i do pewnego momentu intrygująco rozwijana stopniowo oscylowała ku egzaltacji i po prostu tandecie. Stąd z interesująco zapowiadającego się konceptu jej scenarzysta przedryfował prosto w banał. Nie pierwszy to i zapewne nie ostatni raz w przypadku Briana Azzarello, którego konkluzje nigdy nie były najmocniejszą stroną.
 
Młodość Blueberry’ego t.4 – pustkowia i bezdroża Meksyku to jedna z ulubionych scenerii dla twórców westernowych fabuł. Przekonać się o tym można było chociażby w serii „macierzystej” przybliżającej losy Blueberry’ego. Jak się jednak okazuje ukazana wówczas wizyta rzeczonego właśnie w Meksyku nie była pierwszą. Znać to na podstawie opowieści otwierającej niniejszy zbiór, przybliżającej szczegóły z tej właśnie wyprawy. Druga natomiast to powrót na swoisty, równoległy front wojny secesyjnej rozgrywający się nie tyle na polach bitew tego konfliktu, a na zapleczu działań zantagonizowanych stron. Przy czym wysoka jakość poprzednich odsłon tej serii została zachowana.
 
Fury of Firestorm nr 8 - Garry Conway dalej ,,grzeje" sprawdzona formułę z czasów rozpisywania przezeń ,,The Amazing Spider-Man vol.1". Stąd zjawiska typowe dla studiujących młodzieńców fabularnie współegzystują z kolejnymi konfrontacjami. Tym razem skomasowani Ronnie i profesor Stein muszą stawić czoła aż za dobrze znanemu im Typhoonowi, osobnikowi o niebagatelnym, porównywalnym z tytułowym bohaterem potencjale oddziaływania na rzeczywistość. Wyszło to na tyle udanie, że nawet chwilowa absencja (poza ilustracją okładkową) Pata Brodericka aż tak bardzo nie uwiera.
 
Flash Gordon nr 2 - bieg wypadków okazuje się na tyle rozwojowy, że już na tak wczesnym etapie mini-serii dochodzi do bezpośredniej konfrontacji tytułowego bohatera ze standardowo problematycznym dlań Mingiem. Oczywiście to tylko preludium ku dalszemu zdynamizowaniu opowieści, a na scenę stopniowo wkraczają kolejne osobowości znane z oryginalnej, klasycznej serii. Do tego Dan Jurgens nie szczędzi swojego talentu i umiejętności.
 
Najemnik t.8 – zapowiedź gatunkowej reorientacji serii znać już było co najmniej od poprzedniego epizodu. Nie jest zatem dziełem przypadku, że tak się sprawy mają właśnie w niniejszym albumie, eksploatującym motywy zaczerpnięte z rasowego science fiction. Nie wyjawiając więcej szczegółów wypada jedynie nadmienić, że efekt finalny jest bardzo udany, a mistrz Vicente po raz kolejny wykazał się znakomitą wręcz formą twórczą. Ponadto autentyczna „wisienka na torcie”, którą jest zamieszczona w dodatku krótka forma, ewidentnie inspirowana „Ostatnim brzegiem” Neville’a Shute’a.

Offline sad_drone

Odp: Bo chodzi o to, żeby plusy nie przesłaniały nam minusów - sezon drugi
« Odpowiedź #537 dnia: Wt, 07 Marzec 2023, 00:15:23 »
Staram się wrócić do pisania opinii o przeczytanych komiksach, tu wrażenia z ostatniej kupionej sterty z podziałem na sprzedane i zostawione. Opinie króciutkie bo nie mam motywacji do pisania długich esejów, może jak się rozpędzę to się znowu zmieni ;).

Zostają na półce :

Technokapłani - Stary hipis ostrzega młodziez przed grami pełnymi przemocy w sosie lsd. Bardzo podobne do metabaronów, fabuła pełna niesamowitego patosu i pisana wedle tego samego schematu 8 razy, mimo to wizje które jodo roztacza przed czytelnikiem są na tyle interesujące że bawiłem się nieźle. Gdyby to nie było sci fi pewnie bym się rozstał bez żalu, ale tak mi się podobało.

Węgiel i krzem - Ciągle na stercie może do sprzedania, opowieść o relacji dwóch świadomych ai z dużymi przeskokami czasowymi, w tle upadek cywilizacji ludzi. Więcej się spodziewałem po tym tytule, jak na ambitne założenia za mało tutaj głębszych refleksji, przemiany cywilizacyjne w tle potraktowane są trochę po łebkach, zakończenie też bardzo przewidywalne. Niby dokładnie moje klimaty ale jednak nie siadło.

Ostatnie spojrzenie - Tripowa, dwutorowa opowieść o wchodzeniu w dorosłość i błędach których nie da się naprawić, rzeczywistość miesza się ze snami bohatera w której podświadomość przetwarza rzeczy które go spotykają. Jest tutaj dużo do interpretacji, ale nawet na bazowym poziomie bez wnikania w junga na jest to bardzo ciekawy komiks.

Wolverine snikt - Blame do którego ktoś wrzucił dla niepoznaki rosomaka. Jak się lubi blame to fajne, jak się nie lubi blame to nic ciekawego się tu nie znajdzie. Ja blame uwielbiam więc dobrze się bawiłem.

Życie i czasy conana - Świetny komiks, podróż przez wszystkie okresy życia conana ze spajającym je wątkiem lovecraftowskim, jestem pod wrażeniem ile z tak przeoranego ip aaronowi udało się wyciągnąć i zrobić coś nowego.

Conan zuba - Nie tak dobry jak aaron, ale to i tak kompetentna rozrywka z całkiem interesującymi wątkami paranormalnymi (opętany miecz, magiczny labirynt). Mi się conan w wydaniu magicznym najbardziej podoba, tu jeszcze wchodzą wątki samurajskie które też lubię więc dobrze się bawiłem.

poszło na sprzedaż :
Catamount - poprawny western z umiarkowanie atrakcyjnymi rysunkami i niesamowicie sztampową fabuła. Nie znalazłem tu dosłownie żadnego oryginalnego elementu, przeczytać można dla chwilowej rozrywki, ale za miesiąc nie będę pamiętał że ten komiks czytałem.

Doktor strange aaron/cates - Również poprawne czytadło, tym razem z wyjątkowo antypatycznym bohaterem i pisane jakby od niechcenia. Aaron w oczywisty sposób zrzyzna ze swoich własnych pomysłów których użył w thorze, tutaj ze znacznie bardziej mizernym wynikiem. Centralny pomysł o konsekwencjach używania magii jest interesujący, ale żaden z autorów nie wyciska potencjału w nim zawartego.

Miecz barbarzyńcy conana i conan exodus - Nic do powiedzenia nie mam o tych tomach oprócz tego że tydzień po lekturze nie pamiętam już co w nich było, takie to nijakie opowieści.

Powrót pszczołojada - Całkiem poprawnie napisany quasi dramat psychologiczny, niestety bez ciężaru emocjonalnego który autorka chciała osiągnąć. Ten sam problem miałem z dniami piasku, widać serce włożone w tworzenie komiksu ale jak bym się nie starał fabuła nie wzbudza we mnie większych emocji.
« Ostatnia zmiana: Wt, 07 Marzec 2023, 00:35:05 wysłana przez sad_drone »
If I Had More Time, I Would Have Written a Shorter Letter.

Odp: Bo chodzi o to, żeby plusy nie przesłaniały nam minusów - sezon drugi
« Odpowiedź #538 dnia: Wt, 07 Marzec 2023, 22:35:04 »
Staram się wrócić do pisania opinii o przeczytanych komiksach, tu wrażenia z ostatniej kupionej sterty z podziałem na sprzedane i zostawione. Opinie króciutkie bo nie mam motywacji do pisania długich esejów, może jak się rozpędzę to się znowu zmieni ;).

   Żadnych epopei pisać tutaj nie trzeba, ogólnie założeniem Lorda było zestawienie komiksów miesiąca i w miarę możliwości napisanie cokolwiek o nich, nawet jeżeli by to miało być zdanie lub dwa. Wrzucam tutaj te swoje wypociny, bo uważam, że trochę mało na tym forum wrażeń z komiksów, kosztem dyskusji o cenach, okładkach, zawartościach etc. Na dobrą sprawę regularnie udziela się tutaj łącznie ze mną dwóch użytkowników, plus kilku z doskoku okazyjnie, kilka osób pisze w odpowiednich do tematu działach, ale tego wszystkiego i tak niewiele i często gdzieś to przepada w tłumie. Można oczywiście sięgnąć do youtube, ale ja osobiście wolę kompaktowy tekst na kilka minut, niż oglądanie 20 minut najczęściej jakiegoś stękania. Można sięgnąć po recenzje w internecie i tak często robię, ale czasem mam ochotę zapoznać się z opinią "normalnego" czytelnika a nie profesjonalisty. Ja tam staram się napisać zawsze coś tam więcej (mam nadzieję, że nikogo nie zniechęca to na zasadzie "a nie chce mi się tak rozpisywać, to nic nie będę wrzucał), bo traktuję to trochę jako ćwiczenie umiejętności, które już dawno zatraciłem. Ostatnie dłuższe niż 5 zdaniowe notatki teksty to pisałem bardzo dawno temu w szkole. Więc jeżeli choćby jednej osobie ta bazgranina do czegoś się przyda to super a jeżeli nie to i tak dobrze, bo coś tam sobie mózgownicą poruszam. Swoją drogą, takie przelewanie swoich myśli "na papier", to strasznie trudne zajęcie, zawsze podziwiałem pisarzy a teraz podziwiam jeszcze bardziej.

Offline HugoL3

Odp: Bo chodzi o to, żeby plusy nie przesłaniały nam minusów - sezon drugi
« Odpowiedź #539 dnia: Śr, 08 Marzec 2023, 11:55:49 »
To i ja się podłączę, prawdopodobnie pierwszy raz odkąd tu jestem.
Do tej pory nic nie pisałem, bo raczej niczego odkrywczego do dyskusji nie wniosę.

X-men Age of Apocalypce tom 4 - pierwsze 3 tomy połknąłem dość szybko i analogicznie jeden po drugim. Czwarty kupiłem kilka miesięcy później i czekało kilka kolejnych na swój czas. Niestety, źle zrobiłem, że nie ruszyłem z kopyta od razu. Zapomniałem co się działo w poszczególnych wątkach - cała seria podzielona została na 9 różnych serii i w tym tomie znajdziemy po jednym zeszycie z każdej z nich. To też nie ułatwia lektury całości, ale chyba faktycznie nie ma innego sposobu i takie ułożenie zeszytów jest najrozsądniejsze i daje największą frajdę z lektury - nie trzeba się cofać ani skakać pomiędzy tomami, jak to miało miejsce na przykład w evencie "Tajne Imperium" wydanym przez Egmont w tomie o takim samym tytule oraz "Kapitanie Ameryce" Spencera.
W związku z tym, że te zeszyty się przeplatają - nie wszystkie historie radują tak samo, trudno napisać o nich, że są równe. Ponieważ to ostatni tom, czuć że bohaterowie muszą się spieszyć, aby zdążyć uratować świat na którym im zależy i z tego powodu miałem niedosyt jak mało miejsca dostały postacie, o których motywacji chciałbym poczytać więcej. Możliwe, że gdybym cofnął się do poprzednich tomów i odświeżył sobie te informacje byłoby mi łatwiej.
Event mogę z czystym sumieniem polecić, aczkolwiek jest to lektura raczej tylko dla fanów X-Men. Po lekturze nabrałem ochoty na przeczytanie "co było dalej" w chronologii świata mutantów. Tylko, że zamiast sięgnąć po to, co wydarzyło się od razu po AoA, zdecydowałem się na House of X/Power of X z Marvel Fresh.
Wiem, duży przeskok czasowy, ale chciałbym mieć porównanie jak wypadł event napisany całkiem niedawno -dość wysoko oceniany - z klasykiem z lat 90.

Wolverine tomy 1 i 2 - Mucha
Dodałem informację o wydawnictwie, aby nie pomylić tych tomów z tymi, które niegdyś ukazały się dzięki Egmontowi. Tamta seria zakończyła się na 4 tomach i w całości została napisana przez Jasona Aarona. Pamiętam, że byłem rozczarowany tamtymi zeszytami - niektóre pojedyncze historie jak popularna "Dorwać Mystique" były ciekawe, ale większość raczej zawiodła.
Dlatego do tomów Rucki i Millara podchodziłem ostrożnie. Tym razem się nie zawiodłem. W pierwszym tomie, autorstwa wspomnianego Rucki rozczarowały mnie dwie rzeczy - zmiana rysownika w połowie tomu oraz samo zakończenie, a może bardziej sposób w jaki zostało przedstawione. Robertson i Fernandez mają inny styl i ich Logan znacznie się różni - w wariancie przedstawionym przez tego pierwszego jest bardziej dziki i przygarbiony. Taka postawa wzbudza inne skojarzenia niż to, jak postać tę narysował Fernandez - kipiący testosteronem, umięśniony wojownik.
Natomiast co do zakończenia, problem miałem z ostatnim zeszytem. Komiksy czytam na krótko przed pójściem spać. Finał historii rozpoczyna się od informacji: "26 minut wcześniej". Dwie strony dalej "2 dni, 11 godzin, 7 minut wcześniej". Kolejna: "2 dni, 7 godzin, 23 minuty wcześniej". KOLEJNA: "2 dni, 3 godziny, 41 minut wcześniej. ZNOWU: "47 godzin i 6 minut wcześniej". Takie adnotacje pojawiają się jeszcze kilka razy. Strasznie wybiło mnie to z rytmu, przez co ten krótki zeszycik musiałem sobie powtórzyć następnego dnia, aby dobrze połapać się co i kiedy się zadziało. Straszne męczący sposób na przedstawienie finału, którego raczej nie spodziewałbym się po doświadczonym scenarzyście.
Drugi tom to już kompletnie inna historia. Nie czytałem "Wroga Publicznego" nigdy wcześniej, więc było to moje pierwsze spotkanie. Nie zawiodłem się, fajnie było spotkać inną postać, którą też lubię, czy Elektrę. Przeciwnik - Gorgon - wzbudzał strach i obawę, czy nawet taki dzik jak Wolverine da sobie radę w starciu z kimś takim. W przeciwieństwie do tomu 1 (którego zawartości nie trzeba znać) ta historia ma większy rozmach, jest bardziej rozrywkowa - oprócz Logana i Elektry mamy tu również oddziały Shield, Dłoni, AIM oraz Hydry. Będą też X-men.
Rysunki: na początku wrażenie robi Logan przedstawiony w deszczu, ale im dalej w głąb tego tomu, tym zdarzały się kadry, w których twarze bohaterów wyglądałby bardzo podobnie, można dostrzec pośpiech w tych pracach. Nie drażniło mnie to jakoś bardzo - wiedziałem na co się piszę gdy wziąłem do ręki tom z nazwiskiem rysownika: John Romita Jr. Podobne problemy zauważyłem, gdy czytałem Czarną Panterę z WKKM i kartkowałem Supermana ze scenariuszem Millera. Tylko kartkowałem, bo tam wątek podobnych i niewyraźnych twarzy pojawiał się częściej i był bardziej męczący, co odrzuciło mnie od zakupu.

Ultimate Spider-Man 11 i 12

Uwielbiam Bendia, jego historie i dialogi podobały mi się nawet w tych seriach, które nie zdobyły uznania (X-men z Marvel Now). Mimo wszystko, pewne rzeczy mi nie zagrały - widać, że seria ma się ku końcowi i pewne absurdy pojawiają się w fabule - nie bardzo wiem z czego to wynika. Pewne pomysły drażnią i nie wydaje mi się zasadne ich użycie
Spoiler: PokażUkryj
znowu ta Gwen
Mimo wszystko, bardzo fajnie czyta się historię Spider-Mana opowiedzianą na nowo, ale z szacunkiem do jego historii, którą mogliśmy poznać na przykład dzięki klasycznej serii TAS. Koncept nastoletniego Spider-Mana dalej obowiązuje w popkulturze - chociażby w MCU.
Tom 12 namieszał zmianą numeracji - mamy tu restart od zera. Wątki jednak są kontynuowane, ba - biorąc pod uwagę jak kończył się tom 11 to dość gładko udało się przejść do tomu 12 i to bez ceregieli wyjaśniających co właściwie się stało. W obu tomach poza Spider-Manem pojawia się wiele innych znanych nam już postaci, które dołączyły do Petera już na stałe. Zawsze cieszą mnie takie gościnne występy, tylko pytanie gdzie jest granica - pewne pomysły nie mają uzasadnienia:
Spoiler: PokażUkryj
o ile jestem w stanie zaakceptować zakwaterowanie wyklętego, niegroźnego mutanta tak wieloletni członek F4 wyrzucony z własnego domu to jakiś nonsens

Wchodząc w te serię liczyłem tylko na to, że po nabyciu bez żalu się jej pozbędę, ale teraz wydaje mi się, że jest to na tyle ciekawa pozycja, że zostawię ją sobie. Czekam na finał, który zdażyłem w jakimś stopniu poznać dzięki WKKM.

Daredevil tomy 1 i 2 (Waid)

To już nie jest ten mroczny, tajemniczy Daredevil z serii Millera, Bendisa albo Brubakera. Jest tu więcej uśmiechu, kolorów. Szacunek dla autora, że zaadoptował swoje pomysły, które całkiem dobrze się przyjęły. Szacunek również dla rysownika - świetnie pokazano "mechanizmy" z jakich korzysta niewidomy Matt Murdock. Drażni mnie fakt, że w otoczeniu Matta pojawia się dużo żartów z jego tajnej tożsamości, ale on sam zdaje się kompletnie tym nie przejmować - taka trochę dobra mina do złej gry.
Co do wątku, który jest kontynuowany na przełomie tych dwóch tomów - Matt stał się posiadaczem dysku Omega, który jest skarbnicą wiedzy na temat przestępczych organizacji znanych nam ze świata Marvela. Drugi tom rozpoczyna się od historii, w której występują również Punisher (wraz z koleżanką) i Spider-man.
Tę historię stworzył Greg Rucka i jest w niej zdecydowanie więcej mroku  - to już zasługa rysunków Marca Checchetto.
Rozczarował mnie tylko wątek przestępcy, z którym Matt musiał się zmierzyć w drugim tomie. Nie było to dla mnie przekonujące.
Spotkałem się z wieloma opiniami, że wizerunek Daredevila stworzony przez Waida może być inspiracją dla serialu Daredevil:Born Again, który zadebiutuje na D+ w 2024 roku.

« Ostatnia zmiana: Śr, 08 Marzec 2023, 12:26:39 wysłana przez HugoL3 »