Małe podsumowanie kwartału. To tylko krótkie opinie, a nie recenzje (żeby mi nie zarzucać, że nie umiem w recenzje - to wiem:))
1. Znakomite
Bernard Prince (tom 3) – wszystko w tej serii mi odpowiada: realistyczny rysunek (pełen detali, żywych kolorów, różnorodne tła / miejsca akcji, wręcz filmowe kadrowanie, pełne dynamiki, emocji), pomysły na kolejne odcinki, które rzucają naszych bohaterów w różne rejony świata i dają im coraz to trudniejsze wyzwania (oczywiście motywem przewodnim jest łódź / woda, ale niektóre odcinki rozgrywają się na pustkowiu czy wręcz przeciwnie – w wielkim mieście). Mocnym atutem serii jest również humor – nienachalny, ale cały czas obecny i związany z jednym bohaterów. W moim odczuciu komiks ten zestarzał się z godnością. Przygody nie są przekombinowane, nie ma w nich rożnego rodzaju gadżetów, które były modne w innych komiksach tamtego okresu (Bruno Brazil, czy Luc Orient). Pełna satysfakcja po każdym z tomów.
Button Man – wysłane w liście (linku) do Mikołaja i znaleziony pod choinką. Wchodzi jak gorący nóż w masło. Bez żadnych wstępów wpadamy w wir akcji. Prawie nic nie wiemy o bohaterze – lubię takie zagrywki fabularne. Komiks przypomniał mi klimatem 100 naboi albo serię o Bournie, gdzie również bohater jest dla czytelnika enigmą (zresztą dla siebie też). Raz ścigają go, raz ściga on. Nikt się z nikim nie szczypie, jeśli próbujesz go załatwić, to wiedz, że bez zastanowienia strzeli ci między oczy. Bez hamletyzowania i rozprawianiu o ludzkiej naturze i złu, które w ludziach siedzi. Komiks kapitalnie narysowany, z ciekawymi kompozycjami całych stron. Na duży plus trzeba zaliczyć, że na każdą z trzech części jest nowy pomysł na prowadzenie akcji. Autorzy nie wpadli w pułapkę ciągnięcia jednego wątku do granic wytrzymałości – wprowadzają nowych bohaterów (inna rzecz, że tu dość szybko się oni zużywają i jest to po prostu potrzebne), przenoszą akcję w inne miejsca. Niby główny wątek jest ten sam, ale w nowym, odświeżonym wydaniu w każdej z części. Wielki plus za piękne wydanie! W Top 10 tego roku.
Epilog – chyba jedno z największych zaskoczeń tego roku. Dorzuciłem w ostatniej chwili do jakiegoś zamówienia. Młody dziennikarz pracuje nad tematem, w którym historia rodzinna przeplata się z burzliwą historią Hiszpanii z czasów Franco. Czy to, co odkryje zmieni jego nastawienie do ojca, czy wręcz przeciwnie, jeszcze bardziej umocni go w nazwijmy to niechęci? Klimat podobny do komiksów Paco Roci, gdzie najważniejsze są wzajemne relacje między ludźmi i pokazane jest, jak trudne czasy mogą te relacje niszczyć, tak jak niszczą też samych ludzi. Wielki twist na koniec podbija ocenę. Rysunek jest dość oszczędny, jednak dobrze oddaje ogólny nastrój i emocje bohaterów. Na tylnej okładce jest kilka kadrów w kolorze i cóż – chętniej bym przytulił taką wersję. Również w Top 10 tego roku.
Słyszeliście, co zrobił Eddie Gein? – komiks / reportaż – tak to sobie określiłem na prywatny użytek. Mroczna historia, znakomicie dobrany rysunek (z jednej strony realistyczny, wręcz naturalistyczny, a z drugiej dwukolorowy, surowy) i szaleniec, którego chyba nie da się ogarnąć. Tego nie da się nazwać złem, to coś innego, niewyobrażalnego. Podobno życie pisze najlepsze scenariusze. Średnio to pasuje do tego komiksu, bo z jednej strony pokazuje prawdziwe wydarzenia, ale z drugiej – no właśnie, to się naprawdę wydarzyło. Przez to trochę trudno mi patrzeć jak na zwykły, kolejny komiks z fabułą i rysunkami. Mocna rzecz.
Tom Strong (tomy 1-3) – trzy tomy zabawy konwencją. Jest origin, jest pełno akcji i jest tribute w ostatnim tomie plus nazwijmy to zakończenie (przypomniała mi się historia Moore’a Whatever happened to the man of tomorrow? – chyba moja ulubiona z Supermanem). W to wszystko wplątane podróże w czasie, paradoksy, wojaże w kosmosie, różne wymiary, naziści. Napakowane wszystkiego po brzegi. Ale z klasą i swadą, jak na Mistrza przystało. Wrzucone na półkę między Swamp Thinga i Prometheę.
Toppi (tom 3) – to jest czysta poezja. Magia. Odlot. Miazga. To co Toppi potrafi stworzyć na kartce papieru, to trudno opisać czy zrozumieć. Tym razem szukamy legendarnych skarbów i złotych miast z różnej maści szaleńcami, desperatami (czyt. ludźmi, którzy chcą odmienić swój los). Po pierwszym tomie wydawało mi się, że taki styl to właśnie to baśni / stworów / ciemnych lasów najlepiej pasuje. Później był dziki zachód Ameryki i wszystko się ładnie komponowało. Tu nie miałem już wątpliwości, że znowu będzie sztos. Ale znowu mam przeczucie, że już się to wyczerpało, że kolejne zbiory nie będą już takie niesamowite. I wiem, że się znowu mylę:) I czekam, żeby się o tym przekonać. Nie wiem, jaką przyjmiemy konwencję w głosowaniu na komiks roku, ale jeśli każdy tom potraktujemy osobno, to ja już podium obsadziłem.
Comanche (tomy 6-10 starego wydania) – seria trzyma swój poziom. Może jest trochę zbyt słodko czasami. Wiadomo, że dobrze się skończy. Ale czyta się to na jednym wdechu. Czytałem z biblioteki. Nie wiem, czy się skuszę na zakup, bo drogie to, miejsca brakuje.
2. Dobre
Blast (tom 1) – tutaj mam pewien problem, bo był dość duży hype na ten tytuł (zresztą samo nazwisko kojarzone z Raportem Brodecka tłumaczy te oczekiwania), a jednak nie rzucił mnie na kolana tak, jak miałem nadzieję, że się stanie. Trudno cokolwiek mi zarzucić, bo bardzo lubię komiksy (książki i filmy też) o ludzkiej naturze, i to z reguły tej gorszej strony. Tematy podróży, poszukiwania siebie, swojego miejsca, celu. Rysunek jest zupełnie inny, niż w Raporcie. Trochę mnie to wstrzymywało z zakupem, ale ostatecznie pękłem (no co, kurna, kto czasem nie wstanie w dobrym humorze i nie pęknie nagle w jakimś temacie?). W żadnym wypadku nie żałuję, bo to komiks, który zostaje w głowie. Ale czekam na ciąg dalszy, bo najlepsze, czuję, ciągle przed nami.
Bug (tomy 1-3) – Bilal ciągnie swoje rozważania na tematy związane z wpływem technologii na przyszłość ludzkości. Bawi się swoimi pomysłami, czasami staje się to trochę męczące, ale nagrodą są jego rysunki. I nie przeszkadza mi, że wszystkie kobiety wyglądają podobnie, faceci zresztą też. Boję się tylko, że ta seria nie była przemyślana od początku do końca i że w trakcie rysowania pojawiają się nowe pomysły, które wysyłają naszych bohaterów w kolejne miejsce, żeby coś jeszcze się zadziało, żeby było więcej wszystkiego. Miałem nadzieję, że w trzecim tomie będzie konkluzja – no nie było. Może się okazać, że temat zostanie zajechany na maksa i całość trochę straci swojego wydźwięku. W Nikopolu udało się tego uniknąć.
Hellblazer Delano (tomy 1-3) – pojawiły się niedawno na forum negatywne opinie (że narracja męcząca) i miałem podobne odczucia, ale jest coś w Johnie takiego, że no nie mogę przerwać czytania jego przygód. Szczególnie, że tutaj były te początkowe, można by rzec oryginalne. Ściany tekstu mi nigdy nie przeszkadzały. A rysunki – ja takie właśnie uwielbiam. Jak w niektórych Sandmanach, Swamp Thingu – brudne, trochę wyblakłe, deszczowe, stare dobre Vertigo. Może całość nie wchodziła tak dobrze jak inne runy, ale nikt nie obiecywał, że z magią jest zawsze łatwo, lekko i przyjemnie. Na razie wstrzymałem się z się z serią Carey’a. Rysunki nie za bardzo mi pasują (przyzwyczaiłem się do trochę innego stylu w historiach Constantine’a). Ale odnotowuję pozytywne reakcje, więc pewnie się złamię, jak będzie całość dostępna.
Julia (tomy 1-5) – z przyjemnością czytam tę serię o pani detektyw, co łączy teorię z praktyką. Mały format sprawia, że rysunki muszą być dość precyzyjne, nie ma miejsca na wodotryski. I tak jest. Oprócz tego trochę humoru. Jest już chyba wydany kolejny tom, tym razem czarno-biały. Trochę szkoda, ale dorzucę do najbliższego zamówienia.
Cień mężczyzny – są wszystkie cechy, z których słynie ta seria. Jakieś dziwne miasto, człowiek, który ma jakąś nudną pracę i nagle staje się coś niezwykłego. To wywraca wszystko do góry nogami. Rysunki oczywiście ekstraklasa, bez dwóch zdań. Precyzyjne, wyraźne, drobiazgowe wręcz. Zakończenie trochę mnie zaskoczyło – i to w takim sensie, że przewracam stronę, a to finito. Nie ma więcej. Tak trochę jakby bez pełnej satysfakcji na koniec. Takie życie. Znaczy komiks
Niezwyciężony – zakupiony w końcu po tylu ochach i achach. Pojawił się nagle na Bonito w dziwnie niskiej cenie (nieco ponad 100), to wziąłem szybko, żeby później nie żałować. Chociaż nie czytałem pierwowzoru, to mam wrażenie, że oddaje wiernie ducha – mnie klimat bardzo przypominał Solaris. Na pewno komiks do powtórnej lektury, a może i samego mistrza Lema też wezmę na tapet (w ostatnim kwartale przeczytałem niemal wszystko, co kurzyło się na półkach i w nowy rok wchodzę z czystym kontem). Komiks pięknie wydany, a okładka (wziąłem limitowaną) na żywo wygląda fenomenalnie.
Świat mitów Gilgamesz – dla mnie najlepszy tom tej serii (do tej pory). A nie zaczynało się jakoś spektakularnie. Dwóch zabijaków wpada na siebie, leją się do upadłego, a później zaczynają bromance, bujają się razem, robią rozpierduchy, hulanki, swawole, te klimaty. Ale druga część, to już zupełnie inna bajka (tutaj: mit). Szczególnie opowieść starca. Nie znałem tego mitu. A szkoda, bo ma niemniej uniwersalnego przesłania niż niektóre, najbardziej znane greckie mity. Posłowie (jak zwykle kapitalne) zawiera nie tylko analizę tekstu, ale również przybliża historię jego powstania (tyle ile dzisiaj się daje to ustalić). Rysunki w stylu poprzednich części, czyli solidny, europejski styl i poziom.
Wielkie wyprawy – znane klasyki wymieszane z mniej znanymi, też krótszymi formami. Tytuł trochę mylący, bo oprócz historycznych opowieści podróżniczych, są i inne, w tym Spadająca gwiazda i komiksy o średniowiecznych wojnach z naszymi zachodnimi sąsiadami. Z przyjemnością odświeżyłem niektóre tytuły, inne poznałem. Świetna inicjatywa.
Ziemia, niebo kruki – od razu ten tytuł wpadł mi w oku. Widziałem duży potencjał w historii o trzech zbiegach z sowieckiego łagru, przy czym każdy z innej parafii. Miałem kiedyś fazę na takie tematy (Archipelag Gułag, Jeden dzień z życia…), plus autorzy Zakazanego portu. Nie zawiodłem się, ale też nie było szukania szczęki po podłodze. Historia nie ma wielkich zwrotów akcji, ale nie ma też czasu na nudę. Śmierć zawsze jest gdzieś na horyzoncie, jest mróz, głód, zmęczenie. Rysunki wprowadzają taki niejednoznaczny klimat (tak ja to przynajmniej odbieram) – z jednej strony pustkowie, poczucie beznadziei, a z drugiej czasami nieco bajkowe scenerie lasów, wzgórz. Dodam jeszcze, że duża część dialogów jest w różnych językach (niemiecki i rosyjski). Nie ma dodanych tłumaczeń, ale z kontekstu da się pewnie zrozumieć. Się okazało, że niemiecki trochę jeszcze pamiętam, rosyjskiego mniej. Taki zabieg, żeby czytelnik się wczuł w rolę głównego bohatera.
Życie nie jest złe, jeśli starcza ci sił – trafione na olx w niezłej cenie i w stanie jak nowy. Nie będę udawał, że komiks mnie zachwycił, że go zrozumiałem od A do Z i że jest to dla mnie wiekopomne dzieło. Tak na pewno nie jest, bo nie ma co ukrywać, jestem prostym zjadaczem komiksów i jak to niedawno mi uzmysłowiono – staram się przede wszystkim rozumieć, na pewno bardziej niż czuć (tak przynajmniej zrozumiałem, gdy nie poznałem się na aksamitnej rękawicy). Tutaj też tak trochę jest, ale tym razem znalazłem coś dla siebie – główny ma jakąś manię, misję, szuka informacji, poświęca czas. Ma pasję i nawet jeśli jest mało- lub niezrozumiała, to trzyma się kciuki, żeby coś z tego wyszło na koniec. Do powtórnej lektury, na pewno.
3. Niezłe / można przeczytać
Cartland (tom 3) – seria trochę zmieniła charakter, bohater zainteresował się swoim dzieckiem. Akcja wyraźnie zwolniła i nawet jak dochodzi do finałowej rozgrywki, to nie jest tak, że każdy strzał i ktoś pada. Jest budowanie napięcia, są emocje bohaterów. Niestety, zawiódł mnie zupełnie finał komiksu i całej serii. Ale to na tyle, że sprzedam wszystkie 3 części, bo wiem, że już nie będę chciał wrócić do tego komiksu. Już w pierwszym tomie trochę mnie irytował główny bohater, który niby przeżył tragedię, stoczył się na dno, ale jak wpadła w ręce robota, to za 5 minut był zwarty i gotowy. I jak już miałem nadzieję, że po tych trzech tomach, coś drgnie, pojawi się jakaś wyraźna motywacja u głównego bohatera, jakaś przemiana, rozwój postaci, to nagle szlag bombki (tak przy świętach) trafił. Oprócz tego, to jest jednak trzy tomy solidnego, mięsistego westernu. Więc, też bez tragedii.
Luc Orient (tomy 2-3) – lepiej mi się czytało, niż kosmiczne przygody z pierwszego tomu. 50 lat temu komiks pewnie robił wrażenie – nowoczesne gadżety, komunikacja, pojazdy. Intrygi niemal z archiwum x. Dzisiaj te pomysły trochę trącą myszką i wprowadzają niezamierzony element humorystyczny. Dla mnie to do przeżycia, ale niektórzy nazwą ramotką i trudno będzie odmówić trochę racji.
Yans (tomy 2-3) – pierwszy raz poszedłem z lekturą dalej. Mam takie odczucia, jak pewnie większość, że im dalej w las, tym brakowało świeżości. Lektura nie robiła takiego wrażenia, jak na samym początku. Moją uwagę zwróciło wydanie (to ostatnie, powiększone) – bardzo mi się podoba. Chcę takiego Thorgala.
Łasuch: Powrót – nie ma startu do głównej serii. Można przeczytać, ale nie jest to konieczne.
KiK Londyński kryminał – pierwszy raz czytałem i może przez to, że nie odczuwam do tego tytułu sentymentu, to nie bawiłem się jakoś super. Podobne gagi w Śladem białego wilka mnie bawiły, a tutaj już nie do końca. A przygody w kosmosie to już naprawdę musiałem się zaprzeć, żeby doczytać.
Postapo (tomy 1-3) – dwie rzeczy mi ciągle przeszkadzały w tym komiksie. Jak to możliwe, że w 21 wieku nikt nie wie, co się stało, że świat się rozsypał? Przecież to nie jest tak, że zostały wszędzie gruzy, że w ciągu paru chwil wszystko zniknęło. To był jakiś proces, więc coś ludzie powinni wiedzieć. Duże miasta zostały (w tym sensie, że nie ma tam dołu po jakiejś bombie). Pojawiają się jakieś formacje wojskowe. W czasie lektury ciągle mi to siedziało z tyłu głowy i odbierało przyjemność. Druga rzecz to powszechność broni – pistoletów, karabinów. Tak trochę mi się to naciągane wydawało. Tak, żeby komiks był bardziej amerykański, niż nasz swojski. W tego typu historiach lubię, jak wszystko się w miarę trzyma kupy (sama apokalipsa wysysa ze mnie pokłady odpowiedzialne za przymykanie oka).
4. Nie podeszło lub wręcz wymęczyło
LND Nemo – Do Stulecia podchodziłem 2 razy, do Czarnych akt też, Burzy zupełnie nie zrozumiałem. Nemo również drugi raz spróbowałem i znowu nie chwyciło. Pierwsze 2 tomy uważam za genialne, ale później poczucie humoru i eksperymenty Moore’a mnie przerastają. Także, dziękuję postoję.
Noir burlesque (tom 1) – widziałem parę opinii, że komiks jest sztampowy. No i w moim odczuciu jest. Można było odtickowywać kolejne elementy gatunku noir, które po kolei się pojawiają. Nawet rysunek (swoją drogą zjawiskowy) również nie próbował niczym zaskoczyć. Nawet sobie pomyślałem, że jak się pojawią kolorowe dodatki, np. sukienki, to parsknę śmiechem. I bach na następnej stronie to mam. Dodając do tego oklepaną historię, to wyszło jak wyszło. Może, gdyby to był większy integral i pełniejsza historia, to odbiór byłby inny. Pas.
Na dzisiaj nie mam żadnej kupki wstydu. Została jedna książka. Na liście do zakupu jest Nestor Burma, poprzedni tom Mrocznych miast, Borgia, Julia, Figurki z Tilos.
Jak sobie popatrzę na ten kwartał plus parę tytułów z poprzednich i jestem zadowolony z tego roku.