Jestem już po lekturze
Wendigo i nie podzielam Waszych zachwytów. Oczywiście wizualnie jest super i czyta się to całkiem nieźle, na pewno lepiej od wszystkiego co wychodzi w głównym cyklu od czasu odejścia van Hamme'a. Jednakże w przeciwieństwie do
Żegnaj Aaaricio nie ma tu za grosz ambicji ukazania nowej perspektywy czy chociażby przełamania typowego dla serii schematu fabularnego. Mamy tu prosty crossover filmów "Apocalypto" (z domieszką "Pirania II: Latający mordercy") i thorgalowej sztampy:
wrogie siły uniemożliwiają rodzinie powrót do domu, Thorgal dostaje questa, który zmuszony jest wykonać, Aaricia i Jola czekają na ratunek, Mastermind-Thorgal na poczekaniu wymyśla zabójczy podstęp itd.
Pierwsze co mnie uderzyło to etnograficzny misz-masz. Biorąc pod uwagę wierzenia tubylców (Ataentsic, Wendigo, Manitou), język (wtrącenia z języka Irokezów) i historię (osada Wikingów) to w sposób oczywisty mamy do czynienia z Ameryką Północną (najbliżej im powinno być chyba do Beothuków z Nowej Funlandii albo Irokezów z Quebecu), a tu dostajemy Majów w czystej postaci. To przecież zupełnie inne kultury i wygląd (choćby z racji klimatu) - Beothukowie ubierali się w skóry i malowali się orchą (a zatem na czerwono - stąd późniejsza nazwa Red Indians), a w Wendigo na niebiesko, co jest bezrefleksyjną kalką z Apocalypto i sceny biegu po życie.
W posłowiu Duval szczyci się bogatym prekolumbijskim (halo, przecież to Ameryka Północna!) researchem, ale odnosi się wrażenie, że sprowadził się on do obejrzenia wspomnianego filmu Apocalypto - na żywca zerżnięte są z niego całe motywy (grupa pościgowa, atak pantery), bohaterowie (Cotinga to Zero Wolf, Piorun to Niemrawy, filmowy Snake Ink pilnuje Drzewa Życia, a Strażnik Głównych Konarów to gawędziarz z początkowej sceny filmu), a nawet kadry (skok do wody widoczny od dołu). Odtwórczych inspiracji jest więcej - szaman Wodnych Ludzi to Sachem z Ostatniego Mohikanina, Wendigo wygląda jak leszy z komputerowego Wiedźmina (choć tutaj oryginalny Wendigo mógł z kolei zainspirować twórców gry), wąż jak filmowy Smaug, a Continga cytuje tolkienowskiego Theodena bolejącego nad stratą Theodreda.
Nielogiczności i błędów też nie brakuje:
- Pomijając groteskowość latających piranii (w dodatku słonowodnych) - jak mogły ekspresowo zatopić solidny statek?
- Naszyjnik Pioruna z kadru na kadr pojawia się i znika.
- Łuk zrobiony przez Drewnianą Nogę jest podobno magiczny.
- Thorgal argumentuje, że Drewniana Noga nie wraca z nimi, bo z ziemiami Wikingów podobno wiąże się dla niego zbyt wiele złych wspomnień. Hej, przecież to w krainie Qa wydarzyło mu się wszystko co najgorsze.
- Thorgal dziwi się, że Birkaa, z którą wędruje od kilku dni zna jego imię, chociaż sam przedstawił się jej na początku i tak się do niego zwracała cały czas.
- nie budzi reakcji Thorgala fakt, że Birkaa zna jego mentalną więź z Jolanem, bo rzekomo wieść o niej się niesie wśród Wikingów i zawędrowała aż do amerykańskiej kolonii. A kiedy ta więź się uwidoczniła i kto był jej świadkiem? Kojarzę trzy przypadki, przy czym w Brek Zarith i w przypadku Alinoe nie było świadków telepatycznego kontaktu Jolana z Thorgalem, a z krainy Qa właśnie wracają. Z kolei inne moce Jolan przecież dopiero co "odblokował", więc też nikt nie mógł o tym rozpowiadać. Oczywiście można argumentować, że po tym właśnie Thorgal się pokapował o co toczy się gra, ale tak czy inaczej powinien zareagować, bo ta wrzutka była totalnie bezpodstawna.
- bohaterowie w drodze na szczyt drzewa spotykają jedynego dogorywającego ocaleńca z wioski Wikingów i zamiast go uwolnić albo wypytać o szczegóły, Thorgal i jego kolega oglądają obrazki na korze,
- Jolan w obliczu ataku monstrum nawet nie próbuje używać mocy dematerializacji, choć używał jej na mniej przerażających, bo ludzkich wrogach. Oczywiście nie ma już wzmacniającej Korony Ogotaia, ale nawet nie próbuje nic robić, tylko czeka na wybawienie jak dama w opałach.
- Żeglarze kursujący pomiędzy Północą a kraina Qa porozumiewają się w niezrozumiałym dla bohaterów języku (w dawnych albumach), a już w drodze powrotnej gadają dla nich zrozumiale i w dodatku klną się na bogów Północy.
To tak na szybko, po pierwszej lekturze.
Reasumując:
Wendigo pod względem graficznym oceniam dość wysoko (choć perfidne kalki z Apocalypto nie pozwoliły mi uwierzyć w świat przedstawiony), fabularnie jest bardzo przeciętnie, a cały komiks jest mało oryginalny. Album
Żegnaj Aaricio mierzył dużo wyżej, ze znacznie lepszym skutkiem.