Autor Wątek: Mark Millar  (Przeczytany 1927 razy)

0 użytkowników i 1 Gość przegląda ten wątek.

Offline laf

Mark Millar
« dnia: Wt, 25 Czerwiec 2019, 12:26:41 »
Mark Millar stanowi idealny przykład na możliwość przełożenia komisowych scenariuszy na wielki ekran. Powstało już sporo filmów na podstawie tworzonych przez niego komiksów (od beznadziejnej Fantastycznej Czwórki, poprzez efektowny cykl Kingsman, aż po genialnego Logana) i jest to jak najbardziej zrozumiałe, ponieważ KAŻDY jego komiks stanowi świetny materiał na scenariusz filmowy.

W poście otwierającym wątek poświęcony temu autorowi chciałem podzielić się swoimi wrażeniami z lektury Dziedzictwa Jowisza wydanym przez Muchę.

Tak jak większość komiksów Millara ten również jest nastawiony na rozrywkę i po obowiązkowym wprowadzeniu czytelnika w wymyślone uniwersum (pierwsze dwa zeszyty, które niestety były nadmiernie przegadane) akcja zaczyna przeć do przodu. Millar zaserwował nam świat, w którym prym wiedzie kilkaset osób obdarzonych supermocami. Uzyskanie przez nich mocy stanowi tajemnicę, która w trakcie lektury będzie stopniowo odkrywana, lecz i tak autor zostawia nam mnóstwo pytań (które padają na kartach komiksu) bez odpowiedzi. Moim skromnym zdanie nie jest to rozwiązanie udane, uważam, że autor powinien ostatecznie wyjaśnić w jakim konkretnie celu poszczególne osoby uzyskały swoje moce i co właściwie kryje się za tajemniczą wyspą, do której docierają nasi bohaterowie będąc jeszcze zwykłymi ludźmi. Bez tego wyjaśnienia mam wrażenie, że wszystko nastąpiło ot tak, bo tak to sobie autor wykoncypował, a to nigdy nie jest dobre rozwiązanie.

Nie zostało również wyjaśnione w jaki sposób tak dużo osób posiadło moce, a mówimy tutaj o całej gamie różnych zdolności - telekineza, telepatia, latanie, zmniejszanie/powiększanie, supersiła itp. itd. etc. Na wyspę trafia garstka osób, a już po 80 latach superludzi jest całe mnóstwo. Jakoś nie wydaje mi się, żeby zdołali spłodzić aż tyle potomków.

Głównymi bohaterami jest rodzeństwo, które w początkowej fazie nie różnią się wiele od siebie i prowadząc życie celebrytów są tak naprawdę pustymi osobami. Brat jest znudzonym egocentrykiem i postacią, z którą raczej nikt nie chciałby się utożsamiać. Ma pretensje do ojca i całego świata, że nie widzą w nim osoby, która jest w stanie poradzić sobie z nałożoną na niego odpowiedzialnością, chociaż jest to prawdą. Siostra natomiast stara się błyszczeć na ściankach reklamowych, ale tak naprawdę nie wie co się wokół niej dzieje.
Mamy również kolejne rodzeństwo - ojca i wujka wspomnianych bohaterów (jedne z pierwszych osób, które nabyły moce), którzy altruistycznie starają się używać swoich zdolności i pomagać ludziom. Niestety wujek przestaje czuć jakikolwiek sens w prowadzeniu ciągłej walki i postanawia zbuntować się przeciwko prawemu na wskroś bratu i dokonać przewrotu stanu. Wykorzysta przy tym swojego bratanka, który do swoich przywar dorzuca jeszcze skrajną naiwność. I tu zaczyna się właściwa zabawa, z której słynie Millar - do walki stają dwa przeciwstawne obozy (tym razem brat vs. siostra), a każdy z nich ma swoje racje (i nie można im przyznać racji).

Niestety w takim scenariuszu jest kilka dziur fabularnych
Spoiler: PokażUkryj
- przewrót (chociaż raczej trzeba powiedzieć "zamach") stanu odbywa się błyskawicznie bez jakichkolwiek protestów ze strony rządzących czy obywateli, odnalezienie "rebeliantów" okazuje się zadaniem nad wyraz trudnym, choć poszukiwacze dysponują cała masą technicznych gadżetów czy chociażby supersłuchem i ki diabeł wie czym tam jeszcze -
ale o dziwo całość czyta się z wielką przyjemnością. Pomagają w tym świetne rysunki Quitely'ego, do którego miałem awers po New X-Men, ale tutaj potwierdził swój kunszt . Jest to chyba jedyny element, do którego nie mogę przyczepić się w tym komiksie. Można zarzucić postaciom, że są jednowymiarowe, przez co całość opowieści jest przewidywalna. Jednak Millar serwuje nam całe mnóstwo zaskakujących rozwiązań, z których na czoło wychodzi używanie berła mocy przez faceta siostry oraz postać ich syna.

Czy poleciłbym ten komiks? Jako niezobowiązującą lekturę wakacyjną - tak. Zapewne większość osób, które kupi/kupiła ten komiks w miarę szybko po przeczytaniu wystawi go na sprzedaż. Sam scenariusz nie jest na pewno wtórny, ale ze znaczną częścią elementów mieliśmy już do czynienia (w tym w komiksach samego Millara) i to chyba stanowi główną jego wadę. Sam komiks jest na pewno o klasę leszy od Kingsman (który mnie strasznie wynudził, zdecydowanie bardziej polecam film), ale niestety słabszy od postapokaliptycznego Staruszka Logana czy o wiele bardziej widowiskowej Wojny Domowej.

Offline Odyn

Odp: Mark Millar
« Odpowiedź #1 dnia: So, 19 Październik 2019, 17:05:29 »
Co możecie powiedzieć o Odrodzonej? Przeglądam właśnie tytuły z Image Comics wydane przez Muchę i szukam nowych inspiracji (czyt. dobrych komiksów, których fabuła może mnie zainteresować) :D
"Więcej Życie nie pozwoli rozdzielić, niż Śmierć połączyć może" P. B. Shelley

Offline Darth

Odp: Mark Millar
« Odpowiedź #2 dnia: Pn, 21 Październik 2019, 12:27:56 »
Odrodzona to bardzo ładna wydmuszka, ze świetnymi ilustracjami Capullo. Millar wziął ciekawy pomysł wyjściowy długo go nie obrabiał i wypuścił w świat.

Offline Teli

Odp: Mark Millar
« Odpowiedź #3 dnia: Pn, 21 Październik 2019, 13:18:25 »
Według mnie "Odrodzoną" ratują tylko rysunki Capullo, który sprawił się rewelacyjnie (i chyba tylko dlatego komiksu nie odsprzedałem). Fabularnie mogło być naprawdę w dechę pod warunkiem rozbudowania świata o co najmniej dwa razy tyle zeszytów, a tak czuć fabularne luki w historiach krainy i postaci których czytelnik musi się domyślić. Nie jest to złe ale czuć tu zmarnowany potencjał rozdmuchanego przez Millara balonika. Mogło być o wiele lepiej gdyby zdecydował się na bardziej kameralną historię. Z komiksów o podobnej tematyce o wiele lepiej wypada "God Country".

Offline Odyn

Odp: Mark Millar
« Odpowiedź #4 dnia: Cz, 24 Październik 2019, 18:05:35 »
Okej, dzięki :)
"Więcej Życie nie pozwoli rozdzielić, niż Śmierć połączyć może" P. B. Shelley

Offline Kapral

Odp: Mark Millar
« Odpowiedź #5 dnia: Pt, 25 Październik 2019, 06:40:30 »
Z komiksów o podobnej tematyce o wiele lepiej wypada "God Country".

Przepraszam bardzo, ale co jest "podobnego" w tematyce tych dwóch komiksów? Jeden (God Country) opowiada o facecie chorym na Alzheimera, który dostaje do ręki żyjący miecz, czasowo odzyskuje pamięć i wyrusza do wyższego świata, żeby ukatrupić boga. Drugi (Reborn) opowiada o kobitce, która po śmierci trafia do prywatnego czyśćca, gdzie wszystkie napotkane osoby znane jej są z życia doczesnego i (jak jej się wydaje) może dokończyć niezałatwione sprawy.

Offline mack3

Odp: Mark Millar
« Odpowiedź #6 dnia: Nd, 12 Styczeń 2020, 03:02:40 »
Przeczytałem ostatnio Starlight i niestety komiks sprawił mi zawód. Być może oczekiwałem od niego zbyt dużo, co pewnie wiązało się z opiniami w sieci i ocenami na goodreadsie, wg ktróych Stralight – może nie licząc Kręgu Jowisza – wychodził jako najlepszy Millar z serwowanych nam ostatnio przez Muchę one-shotów.  Tym bardzie jako fanu sci-fi miałem nadzieję, że komiks przypadnie do gustu. Niestety jest to dla mnie komiks  w gruncie rzeczy pozbawiony fabuły –no dobra, przesadzam, mówiąc precyzyjnie Starlight ma fabułę, ale strasznie miałką. Nie licząc strony graficznej o której później, to co ma do zaproponowania to klimat pulpy sci-fi. To, że w takim właśnie tonie Millar pisał komiks uderza i staje się jasne w zasadzie już od pierwszej strony. Jako przedstawiciel takiego gatunku komiks wypada może i nieźle. Ja chyba okazałem się jednak niewystarcającym miłośnikiem tego stylu w komiksie, bo zrobiło to na mnie wrażenie zbyt małe bym mógł pozytywnie ocenic całość.

Oczywiście, jest tam kilka motywów, które mi się podobały. Millar kilka razy sypie wcale fajnym żartem, tu jest jakieś niewielkie zaskoczenie w akcji, a tam zakończenie w porządku, proste, sentymentalne, choć nie zanadto. Sam klimat pulpy też jest OK (w tym duża zasługa rysownika) i tak – ja go doceniam - tylko, przy braku w gruncie rzeczy jakiejś intrygi, to wszystko to dla mnie zbyt mało. Tym bardziej, że o ile w środku komiksu ta „pulpowość” jakoś tam robi robotę, to w drugiej części komiksu chciałoby się od scenariusza trochę więcej niż zwykłych rękoczynów i głupawej bitki. I ja naprawdę na brak logiki i uproszczenia w zachowaniu bohaterów czy ludzi już przymykam oko.


Jeśli chodzi o szatę graficzną to jest natomiast bardzo dobrze. Przykładowe plansze w wersji cyfrowej nie oddawały tego dla mnie specjalnie, ale oglądając na papierze ten prosty rysunek bardzo mi się spodobał i świetnie pasował do klimatu. Szczególnie ciekawe jak rysownik za pomocą kiku, wydawałoby się wpadajacych czasami wręcz w chaos czy brudnopis kresek potrafił stworzyć tak fajnego bohatera. Styl rysowania postaci troszeczkę (z naciskiem na troszeczkę) przypominał mi Quitley’a, a troszeczkę Moebiusa. Wydaje mi się zresztą, że świat przedstawiony mocno inspirowany był Moebiusem (np. ubrania), a zmieniony w kulę skazaniec (początek rozdziału 3) nieprzypadkowo miał twarz Difoola. I do tego ta scena ze znęcającymi się policjantami nad kolejnym Difoolem kilka stron dalej – wypisz wymaluj początek Incala.


Łącznie moja ocena to jakieś 3/6. Nie polecam szczególnie (chyba, że jest się fanem pulpy), ale nie jest to też jakiś fatalny komiks (teraz nawet, przeglądając po przeczytaniu myślę sobie, że może trochę zaniżyłem tę ocenę - może to dlatego, że czytając oczekiwałem czegoś ciekawego od fabuły, a teraz patrzę na to już tylko jako na pojedyncze kadry, będące hołdem dla tego typu pulpowego sci-fi. Niemniej jednak ocena pozostaje jak to odebrałem po przeczytaniu).

I teraz sobie myślę, mam nadzieję, że Fear Agent, na którego tak czekam ma jednak lepszy poziom, bo może być kolejny zawód.


PS. jeszcze co do wydania Muchy – czy w Waszych egzemplarzach też wklejka na tylnej okładce to wielkie twarze Duke’a, a wklejka na przedniej okładce to… po prostu czarny papier?

PS2. Jakoś też tłumaczenie, szczególnie na początku wydało mi się – przynajmniej w niektórych momentach - lekko sztuczne jakby tekst przetłumaczony zbyt dosłownie (kurde, ludzie tak nie mówią), raz jestem wręcz tego pewien, kiedy Dukue mówi „to Duke McQueen” wydaje się to być dosłownym (z translatora?) tłumaczeniem „it’s Duke McQueen” (powinno być oczywiście „tu”, a nie „to”). Nie wiem jakie do tej pory opinie miał Pan Marek Starosta, ale tu mi się średnio podobał.

PS3. Tak sobie myślę, że jest to komiks pisany specjalnie pod filmowy blockbuster, gdzie akcja w ujęciu filmowym - z wypasionymi efektami, przepięknie stworzonymi krajobrazami obcej planety przykryje braki specjalnie zręcznego scenariusza. I tak, w filmie to może wypalić, w komiksie - to było za mało.
« Ostatnia zmiana: Nd, 12 Styczeń 2020, 03:18:17 wysłana przez mack3 »

Offline michał81

Odp: Mark Millar
« Odpowiedź #7 dnia: Wt, 28 Kwiecień 2020, 21:52:01 »
Magic Order - Bractwo Magów kolejny komiks Millara pisany pod kątem blockbustera ....... tym razem serialowego. Niestety Millar tym razem nie dowiózł. Nie mówię, że poprzednie jego komiksy są z wysokiej półki, bo nie są, ale są na poziomie przyzwoitym, gdzie czytelnik może się dobrze bawić.

Jest schematycznie i to bardzo. Mamy zatem niepokonanego, przepotężnego turbokozak w roli głównego złego i banda głównych bohaterów, których powinniśmy poznać i polubić, ale nie ma na to miejsca, bo komiks jest wypchany drugoplanowymi postaciami, którzy nie mają ostatecznie znaczenia. Żeby nie było, w poprzednich komiksach te postacie drugoplanowe też są i nie mają znaczenia, ale jest to ograniczone do minimum, byle popchnąć akcje do przodu. Tu co chwila wyskakuje ktoś nowy, zły, dobry, z przeszłości itd. i zajmuje miejsce, które przydało się by na pokazanie postaci pierwszoplanowych. A tak nie zależy czytelnikowi na nich, a powinien im kibicować, współczuć, polubić, ale jest to słabo argumentowane w historii, bo zabrakło po prostu na to miejsca. Więc akcja pędzi na złamanie karku, aż dostajemy w końcowy twist za twistem i koniec. Ten komiks to jest jakieś scenariuszowe nieporozumienie. I jestem przekonany, że prędzej czy później dostaniemy na podstawie tego ekranizację, wg mnie w postaci serialu (aby rozwinąć całą tą zgraję postaci) od Netflixa ;) Jedyny plus to rysunki. Ja nie wiem jak Millar to robi, że ma topowych rysowników.
« Ostatnia zmiana: Wt, 28 Kwiecień 2020, 21:56:04 wysłana przez michał81 »

Online ramirez82

Odp: Mark Millar
« Odpowiedź #8 dnia: Wt, 28 Kwiecień 2020, 22:00:57 »
I nie żałuję, że sobie odpuściłem. I pomyśleć, że kilka lat temu jego komiksy dawały mi frajdę. Co do rysowników, może liczą, że akurat ich komiks do scenariusza Millara zostanie zekranizowany, i wpadną pieniążki z ekranizacji? Co by nie mówić, do tego Millar ma farta.
« Ostatnia zmiana: Wt, 28 Kwiecień 2020, 22:03:55 wysłana przez ramirez82 »

Offline michał81

Odp: Mark Millar
« Odpowiedź #9 dnia: Wt, 28 Kwiecień 2020, 22:10:05 »
Ja nie jestem jakimś fanem Millara, ale też go nie hejtuje. Ale tak złego gówna dawno nie czytałem. To nie jest aż tak złe gówno, aby być dobrym gównem.

Offline JanT

Odp: Mark Millar
« Odpowiedź #10 dnia: Nd, 03 Maj 2020, 17:39:45 »
A dla mnie "Bractwo Magów" lepsze od ostatnich Millarów od Muchy. Słabe to było Reborn. Jak ktoś czyta Millary to niech sprawdzi i "Bractwo"

Offline Eguaroc

Odp: Mark Millar
« Odpowiedź #11 dnia: Nd, 03 Maj 2020, 21:48:09 »
Tego pana czytałem w zeszłym roku "Old Man Logan" i generalnie była to jedna z gorszych decyzji zakupowych, na jakie się zdecydowałem. Jakkolwiek powstały na motywach tej historii film Mangolda, który widziałem wcześniej też nie był idealny, ale wyciągnął on z motywu wyjściowego dużo więcej niż prezentował oryginalny komiks i różnica poziomów była dla mnie ogromna. W wersji Millara dostałem wszystko to, co odpycha mnie od większości superhero, czyli komiks nastawiony przede wszystkim na pędzącą do przodu akcję, nieustającą nawalankę i uginający się od natłoku postaci Marvela, tak jakby scenarzysta uważał, że im więcej wrzuci cameo, tym lepsza będzie jego historia. A wszystkie braki fabularne przykryte oczywiście grubą warstwą krwi, żeby pokazać, jaki ten tytuł jest "dorosły". Naprawdę całe to zamieszanie z prawami do ekranizacji okazało się chyba zbawienne dla kilku filmów powstałych na bazie komiksów. Zaraz po przygodzie z Loganem zabrałem się za Punishera Max i przeskok jakościowy między tymi komiksami był wręcz kolosalny, co jeszcze bardziej utwierdziło mnie w przekonaniu o słabości dziełka Millara. Także póki co temu panu dziękuję, a jeżeli chodzi o Wolverine'a, to cały czas czekam na jakieś porządne wydanie "Weapon X" Barry'ego Windsora-Smitha, które mam nadzieję kiedyś się w końcu pojawi.

Offline laf

Odp: Mark Millar
« Odpowiedź #12 dnia: Pt, 22 Maj 2020, 15:15:36 »
Świeżo po lekturze "Superman: Czerwony syn".

Trzeba przyznać, że jak Millar weźmie na warsztat znaną postać i zaczyna tworzyć swoją własną wizję danego bohatera, to wychodzi mu to zdecydowanie lepiej niż jego autorskie pomysły (które i tak najczęściej są skrojone pod telewizyjny lub kinowy scenariusz). Tak było w przypadku postapokaliptycznego Wolverine'a i "Staruszka Logana" czy ciekawie odświeżonych Avengers i "Ultimates". Nie inaczej jest w przypadku Supermana i "Czerwonego syna".

Sam pomysł na ten komiks wydaje się absurdalny: rakieta Kal-Ela rozbija się w Związku Radzieckim, a młody Clark (choć jego imię nie pada w całym komiksie) dorasta w ukraińskim kołchozie w trakcie Zimnej Wojny. Pod czujnym okiem innego człowieka ze stali Superman wyrasta na obrońcę socjalistycznych wartości i staje się prawdziwym wyznawcą marksistowsko-leninowskich idei. Kto by pomyślał, że taka fabuła jest w ogóle do wymyślenia!

Millar oczywiście sięga do przebogatej mitologii Supermana i w komiksie pojawia się cały zastęp drugoplanowych postaci (na czele z Leksem Luthorem i Lois...Luthor) oraz bohaterów, wśród których prym wiedzie Wonder Woman, czy łotrów, wśród których prym wiedzie...Batman. No właśnie, poszczególne postacie są często ukazane w dość przewrotny sposób i to samo dotyczy głównego bohatera. Millar nie uracza nas kolejną patetyczną opowiastką o Supermanie broniącym ludzkości, lecz pokazuje jak jego postać się zmienia i tak naprawdę zatraca się w fałszywych wartościach jakimi był karmiony od samego początku.

Na pewno nie jest to studium systemów totalitarnych na miarę "Folwarku zwierzęcego", ale sam komiks daje jednak do myślenia. Ciekawe jest stwierdzenie amerykańskiego prezydenta, który mówi, że wystarczyło zaledwie 12 godzin, aby rakieta z obcym na pokładzie rozbiła się na amerykańskiej ziemi.

Swego czasu komiks ten był białym krukiem, którego ceny na rynku wtórnym sięgały niebotycznych kwot. Teraz z dostępnością nie ma problemu, więc radzę czym prędzej zamawiać, zanim ta sytuacja ponownie się odmieni  :)