No super, tylko ja żyje dłużej niż te feminatywy zaczęły powszechnie ponownie występować, także mogę mieć lekki zgrzyt.
Wiesz, ja żyję dłużej, niż istnieją telefony komórkowe, a jakoś nie mam zgrzytu z obsługą i związanym z nimi nazewnictwem.
Język polski jest absolutnie fantastyczny. Giętki, precyzyjny, przede wszystkim ŻYWY.
Tłumacząc niedawno najnowsze "Czary - Zjary" tym bardziej zdałem sobie z tego sprawę - powtarzalność "fucków", "dicków" i "bitchów" była wręcz zamulająca, podczas gdy Fredro i Boy-Żeleński wysoko postawili poprzeczkę wulgarności i miło było z nich czerpać.
Mogę absolutnie zrozumieć ludzi, którzy zżymają się na wplatanie do mowy potocznej angielszczyzmów (wcześniej rusycyzmów, jeszcze wcześniej słówek francuskich, a dawno, dawno temu łacińskich).
Ale nie zrozumiem ludzi, którzy odmawiają językowi ewoluowania. Feminatywy były zawsze. A że teraz jest na nie zapotrzebowanie? Takie czasy - język musi się do nich dopasować, bo to on jest od opisywania rzeczywistości, a nie odwrotnie.
Leśmiana weźcie zabijcie jeszcze.
A ostatnia kwestia - jeśli dziewczyna chce, żebyś nazywał ją dajmy na to Misiówą, to chyba nie strzelisz jej plaskacza, że nie, bo poprawne jest "pani Miś" i już!
Poza tym ej - "She-Hulk" to komiks w swej wymowie bardzo feministyczny. "Hulczyca". Gdzie feminatywy, jeśli nie w nim?