Scott Snyder, Yanick Paquette, Marco Rudy i inni – "Potwór z bagien Scotta Snydera"Scott Snyder należy do grona twórców, których raczej omijam. Czytałem kilka jego tytułów – "Trybunał sów", początek "Amerykańskiego Wampira", "Wiedźmy" – i żaden mi się nie spodobał, a w każdym przewijały się podobne elementy, które do mnie nie przemawiały. Za dużo widzę w jego scenariuszach efekciarstwa, ukierunkowania na akcję i według mnie dosyć słabego literacko stylu, czyli taki komiksowy fast food. Natomiast fakt, że w "Potworze z bagien" sięga po tę mocniej interesującą mnie gałąź świata DC, sprawił, że długo już miałem ten album na radarze, a że trochę minęło, odkąd mamy go po polsku, to i pojawiło się kilka okazji do nabycia go w niezłej cenie, aż w końcu z jednej z nich skorzystałem.
Całość kręci się wokół konceptu walki pomiędzy konkurującymi ze sobą życiowymi siłami Zieleni (reprezentującej roślinność) i Czerwieni (świat zwierząt), a stojącej im w opozycji Zgnilizny. Dzieje się tu dużo i nie trudno zauważyć, że scenarzysta ma tendencje do rozdmuchiwania skali, ale przez pierwszą połowę tego tomu udaje mu się trzymać klimat, który określiłbym jako horror akcji. Obawy nie były bezzasadne, bo jest to trochę przesadzone, momentami za bardzo sprowadza się do szybkich rozwiązań, a Potwór z bagien w wersji Snydera jest jednak przebajerowany (pod tym względem blisko mu do kierunku zaprezentowanego przez Mike’a Careya w "Hellblazerze"), mimo to dłuższy czas ta seria była dla mnie przyjemnym zaskoczeniem. Niezbyt lubię to blockbusterowe zacięcie, ale historia okazała się angażująca i od razu wciągnęła mnie w wir wydarzeń, do tego stopnia, że miejscami naprawdę ciężko było mi się oderwać. Oczekiwanie na kolejny zeszyt potrafi być ekscytujące, a fabuła umie czerpać z mocniej superbohaterskiej konwencji to, co najlepsze, więc punkty kulminacyjne nie tylko są widowiskowe, lecz rzeczywiście dostarczają emocji. Wbrew pozorom sporo tu także skupienia na postaciach, co autorowi zdecydowanie wyszło, bo te są pisane faktycznie fajnie i dają się lubić. Pierwsza połowa tego tomu to jak dotąd najlepsza rzecz, jaką miałem okazję czytać od Snydera i zastanawiałem się nawet, czy może nie warto nieco przeprosić się z jego twórczością, aczkolwiek dalszy rozwój wypadków trochę moje zapędy ostudził.
Przełom rozpoczyna się w chwili spotkania z Animal Manem, które prowadzi do historii "Rotworld" – bardzo obszernej, bo zajmującej połowę tego zbioru – crossovera z serią pisaną równolegle przez Jeffa Lemire’a. I tutaj już obaj autorzy nie pozostawiają wątpliwości, że piszą pełnoskalowy superbohaterski event. Bo czego tu nie ma! Hordy postaci DC zamienione w zombie? Są. Wielki mechaniczny Batman wypełniony formułą biowzmacniającą dr. Hollanda? Jest. Potwór bagien ze skrzydłami i mieczem w dłoni napędzany aparaturą Bane’a? Jest. Druga część tomu to już konkretna nawalanka o losy całego świata. Wydarzenia mają zasięg globalny, zaangażuje się w nie mnóstwo postaci, a w odpowiednim momencie zaczniemy oczywiście przywracać poprzedni stan rzeczy, więc znaczenie tego wszystkiego szybko zaczyna niknąć. Trzeba powiedzieć, że nadal jest to sprawnie napisane i całkiem zgrabnie wykorzystuje bohaterów, niemniej klimat horroru dawno uleciał, z każdym zeszytem robi się coraz mocniej karykaturalnie (proporcjonalnie do designu głównego antagonisty), a finalne rozwiązanie fabularne wydaje mi się nie do końca spinać z mitologią, którą pokazano wcześniej. No ale jakoś trzeba było to odkręcić, żeby nie namieszać w uniwersum DC, więc i ten scenopisarski obowiązek został spełniony. Nie jest tak, że cała historia nie zostawi po sobie żadnych reperkusji – bo te akurat są ciekawe – jednak całość zdecydowanie zbyt rozdmuchano, żeby odbierać ją inaczej niż następną kostiumową bijatykę.
Tym, do czego trudno jest mi mieć jakiekolwiek uwagi, jest oprawa wizualna. Album pod każdym względem wygląda rewelacyjnie i faktycznie jest to coś wartego powiększonego formatu. Pełniący funkcję głównego rysownika serii Yanick Paquette (spod jego ręki wyszły też wszystkie okładki), razem z towarzyszącym mu Marco Rudym wykonali kawał naprawdę dobrej roboty. Kreska jest bardzo atrakcyjna, strony dopracowane i pełne szczegółów, a całość pełna rozkładówek, całostronicowych ilustracji czy zabaw z kadrowaniem. Snyder, zwłaszcza w tej pierwszej części tomu, dostarczył wielu okazji do uwiecznienia wszelkiego rodzaju makabrycznych wizji, z czego graficy wywiązali się znakomicie, i tak jak nieraz narzekam, że komiksowe horrory są nudne w ukazywaniu różnych demonicznych bytów, tutaj momentami potrafi być odstręczająco. Mamy również fantastycznie narysowany zeszyt, za który odpowiedzialny jest gościnnie Francesco Francavilla. Jego styl jest niezwykle klimatyczny, pełen mroku i idealnie nadaje się do horroru, a w tym numerze i scenarzysta poszedł w raczej nastrojową grozę. Z racji obecności w zbiorze dwóch zeszytów "Animal Mana" pojawia się też odpowiadający za tamtą serię Steve Pugh (wyjadacz z czasów Vertigo, więc jak najbardziej sobie radzi, choć rysuje już w nieco inny sposób), a także solidni Kano (#0) i Becky Cloonan (fragment annuala #1). No i pozostaje jeszcze Andrew Belanger, który w spokojniejszej fabule z annuala jakoś się odnajduje (Abby mu nawet wychodzi), ale kompletnym nieporozumieniem było powierzanie mu zilustrowania finału "Rotworld", gdzie jego kreskówkowa kreska w ogóle nie pasuje, w dodatku jest mocno średniej jakości. Fatalny pomysł na zakończenie historii, na szczęście po nim otrzymujemy jeszcze epilog, w którym powraca Paquette.
Finalnie Snyder pozostawił mnie z dosyć mieszanymi odczuciami. Nie mogę odmówić mu umiejętności prowadzenia postaci i kreowania wciągającej fabuły, z drugiej strony nie podoba mi się sprowadzenie wszystkiego do superbohaterskiej nawalanki w drugiej połowie. Zabrakło mi również trochę większej podbudowy, bo dosyć szybko przechodzimy do eventu, który niezbyt co miał podsumowywać, bo "Rotworld" startuje już od #12 numeru – a sama seria trwała jeszcze kilka lat po nim, tyle że pisanie przejął Charles Soule, czego po polsku już nie dostaliśmy. Tom przyniósł mi całkiem sporo zabawy, niemniej im dalej, tym silniejsze miałem myśli, że całość dużo by zyskała, gdyby zabrał się za to lepszy scenarzysta. Mimo wszystko nie jest to projekt nieudany, a w warstwie graficznej bardzo dobry.
Jednak za dużo rzeczy mi nie gra, żeby dać więcej niż 6/10.