Kyle Higgins, Ryan Parrott, Daniele Di Nicuolo, Dan Mora i inni – "Mighty Morphin Power Rangers: Deluxe Edition – vol. 3: Shattered Grid""Power Rangers" było w dzieciństwie jednym z moich ulubionych seriali i pomimo tego, że dzisiaj powrót byłby raczej ciężkostrawny, nadal mam do tej marki cholernie dużo sentymentu. Nic więc dziwnego, że komiksowa adaptacja, która powszechnie cieszy się wysokimi ocenami, szybko znalazła się na moim radarze, niestety Egmont dał nam tylko pierwsze dwa tomy, pozostawiając fabułę bez konkluzji. Kiedy stało się jasne, że na naszą edycję nie ma co liczyć, zacząłem się przyglądać wydaniu zagranicznemu, które prezentuje się bardzo zachęcająco, niemniej musiało minąć trochę czasu, zanim faktycznie zabrałem się za nadrabianie tej serii – a wcześniej zdążyłem powtórzyć jeszcze poprzednie części w wersji polskiej. "Shattered Grid", trzeci album w numeracji edycji deluxe, w którym zebrano zeszyty następujące bezpośrednio po tych, na których skończył Egmont, już od roku czekał na mojej półce, zanim zabrałem się za lekturę. Na szczęście niczego przez ten czas nie stracił i nadal jest bardzo satysfakcjonującym zwieńczeniem historii.
"Shattered Grid" to nie tylko kulminacja zdarzeń, które Kyle Higgins zapoczątkował w poprzednich zeszytach, ale również ogromny crossover, w który zaangażowano praktycznie cały świat Power Rangers. W centrum uwagi pozostaje ekipa Mighty Morphin (tymczasowo poszerzona o Jen z Time Force i Lauren z Samurai), natomiast w komiksie przewija się cała plejada bohaterów z różnych odsłon serii, pomiędzy którymi – dzięki wygodnemu dla autorów, choć trzeba przyznać, że działającemu fabularnie zabiegowi – mogą bez przeszkód zachodzić interakcje. Całość jest crossoverem także pod względem technicznym – historia wychodzi poza "Mighty Morphin Power Rangers", rozrastając się też na siostrzane "Go Go Power Rangers" Ryana Parrotta (będące prequelem serii Higginsa, który przez zabawy z czasem zazębia się z nią akcją), annual i numery specjalne. W sumie znajdziemy tutaj 14 zeszytów.
Pod kątem fabuły jest to typowy event – ogromna skala wydarzeń, masa postaci, wspomniane wcześniej zabawy z czasem, przenikanie się światów, alternatywne wersje bohaterów, nieoczekiwane team-upy... Twórcy witają czytelnika całym dobrodziejstwem inwentarza, jakie ma do zaoferowania gatunek superhero. I jest to superhero na zdecydowanie wysokim poziomie. Rozmach robi wrażenie, przede wszystkim jednak Higgins nie gubi się w tym natłoku ani na moment, a jego pióro jest nadal bardzo sprawne, dzięki czemu czuć w tym faktyczną stawkę i zaangażowanie w losy postaci, mimo oczywistej świadomości, że jak to przy eventach część zdarzeń zostanie odkręcona. Relacje między bohaterami nakreślono naprawdę fajnie, charaktery są różne, a w prowadzeniu postaci jest duża lekkość. W działaniach bohaterów widać szczerość, lekturze towarzyszy przeświadczenie, że każda postać coś w sobie ma i jest na swój sposób istotna. Wątki rozpisano zgrabnie, a przebieg akcji daje dużo satysfakcji. Autor umiejętnie gra nostalgią, gościnnymi występami i odniesieniami do oryginalnych seriali, a w jego wykonaniu nie są to tylko tanie chwyty i nigdy nie widać w tym sztuczności. Całość dostarcza emocji i mnóstwa zabawy, a dla kogoś, kto pamięta te drużyny z telewizji, będzie tu mnóstwo smaczków, ale myślę, że i bez tego spokojnie można się odnaleźć. Nawet bez podbudowy widać ogromny szacunek dla oryginalnej ekipy, który wybrzmiewa z komiksu i ten entuzjazm przekłada się na odbiorcę.
Z rzeczy, które nie do końca mi się podobały, muszę wspomnieć o samej konstrukcji tego tomu. Wydanie zbiera komplet eventu, co teoretycznie jest plusem i w sumie nie mam lepszego pomysłu, jak można by to rozłożyć inaczej, bo poszczególne odcinki są tak ulokowane, żeby wątki odpowiednio się przenikały. Niemniej czułem pewien dyskomfort, przeskakując pomiędzy główną serią Higginsa (która jest dla mnie zdecydowanie najlepsza), a zeszytami Parrotta lub innych twórców. Sprawia to, że akcja nie idzie do przodu tak płynnie, jak by mogła i chociaż pozostałe komiksy z punktu widzenia fabuły są istotne, to były dla mnie trochę taką watą, odciągającą mnie od głównego wątku, który chciałem śledzić. Czuję, że czytając samą bazową historię, mógłbym bawić się lepiej, jednak brakowałoby wtedy tego szerszego kontekstu, który także jest istotny, bo sam event spina się naprawdę dobrze i finalnie każdy fragment tej układanki staje się potrzebny. Zdaje się więc, że wybrano najlepszą opcję, aczkolwiek przy ewentualnej powtórce myślę, że skupiłbym się typowo na serii Higginsa, bo pozostałe zeszyty nie są dla mnie tak interesujące.
Po względem rysunków również jest solidnie. Bardzo podobały mi się ilustracje, które w poprzednich tomach tworzył Hendry Prasetya, ale i tu grafikę oceniam na plus, mimo że ten autor nie bierze już udziału. W "Shattered Grid" pojawia się kilka nazwisk, jednak swoją obecność najmocniej zaznaczyli Daniele Di Nicuolo i Dan Mora, odpowiadający za rysunki odpowiednio w "Mighty Morphin Power Rangers" i "Go Go Power Rangers". Obaj panowie prezentują nowoczesną kreskę, która z gracją oscyluje między kreskówką, a realizmem. Kadry są dynamiczne i atrakcyjne dla oka, a oba style dobrze ze sobą współgrają, podobnie zresztą, jak z pozostałymi twórcami – swój wkład mają też Jonas Scharf, Diego Galindo oraz pięciu rysowników odpowiadających za krótkie historie z annuala – dzięki czemu całość wygląda spójnie i fajnie się ze sobą uzupełnia.
Duża szkoda, że seria u nas nie chwyciła i publikacja zakończyła się na drugim tomie. Finalnie nie dostaliśmy nawet całego runu Higginsa, nie mówiąc już o całej masie późniejszych historii. Każdemu, kto polubił fragment wydany przez Egmont, polecam zabrać się za następne odsłony – te na szczęście nie są tak trudne do dostania, a i lektura nie wymaga wybitnej znajomości angielskiego. To kawał porządnego superhero i choć zasadniczo nie jestem wielkim fanem tego gatunku, przy tym komiksie bawię się świetnie i na pewno sięgnę po kolejne części.
Bardzo dobre superhero – 7/10.