Miasto (Lost in Time)
Para bohaterów i ich "perypetie" w tytułowym mieście. Z każdego mrocznego zakątka
wygląda tajemnica i złowroga aura. Można przejechać się metrem donikąd, wpaść pod lufy
zakapiorów rodem z "Ucieczki z Nowego Jorku", trafić do katedry dziwnych mnichów czy
spotkać samego . . . hrabiego Draculę.
To trochę taka antologia historyjek z bardzo fajnym (mocnym) zakończeniem. Komiks przypadł mi do gustu.
180 stron, a ja czułem niedosyt. Chętnie pozostałbym jeszcze na jakiś czas w "mieście",
a może i nawet pokusił się o wyjaśnienie . . . (
bez spojlerów)
Całość kojarzy mi się z
Heavy Metalem, tym amerykańskim. Nie z
Metal Hurlant. Dla mnie
całość jest właśnie mało francuska, a bardziej amerykańskie (ewentualnie Hiszpania, Włochy, te rejony komiksu).
Przyszło mi do głowy, że w czasach VHS, za ekranizację
Miasta mogli by wziąć się do spółki
Albert Pyun (Cyborg, Nemezis)
z
Alexem Proyasem (Kruk, Mroczne miasto). Albo inaczej, ponieważ mamy do
czynienia z osobnymi historyjkami, każdy z nich + jeszcze kilku reżyserów, mogli by nakręcić po jednej.
Tych mniej wyrobionych czytelników uspokajam, że nie ma tu nadmiaru jakiegoś ciężkiego czytania,
filozoficzno surrealistycznego bełkotu. Mimo pokręconego świata, czyta się to dosyć łatwo i przyjemnie.
Sięgając po
Miasto miałem pewne obawy czy nie będzie to coś w stylu
Mazeworld (Lain). Na szczęście okazało się, że nie.
Planowałem lekturę na dwa dni, ale tak mnie wciągnęło, że połknąłem na raz.
Ocena:
4/5Dieter Lumpen (Lost in Time)
Kolejna pozycja od Lostów. Tym razem lżejsza waga. Trochę przygody, trochę sensacji, trochę dramatu.
Przeżycia dość sympatycznego
Dietera, awanturnika i tułacza. Od razu unosi się nad nim duch
Corto Maltese (być może zaistniała tu jakaś inspiracja). Są podobieństwa ale na szczęście nie 1 do 1.
Dla przykładu,
Lumpen, kiedy trzeba nie unika mokrej roboty.
Znów mamy do czynienia z czymś na kształt antologii krótkich szortów z przygodami naszego obieżyświata.
(widać Lost in Time lubi tą formę - Burton&Cyb, Kuba Rozpruwacz, Hombre, Miasto). Historyjki, jak
to historyjki, lepsze i gorsze. Całość wychodzi na plus, ale bez większych uniesień. Ot, jest miło i sympatycznie.
Ocena
2,5/5Przy okazji, cieszę się, że wydawca wsłuchuje się w głos czytelników (albo to przypadek) i wydał oba
powyższe komiksy w standardowym formacie A4. Zdecydowanie dla takich komiksów to format
optymalny i czyta się dobrze. Powiększenie mogło by dać gorszy efekt.
Kroniki barbarzyńców (Studio Lain)
Krótko. Infantylny scenariusz, masa durnych scen, nielogiczności. Bohaterowie, których
za nic nie da się polubić. A mimo to . . . . jakoś to się dobrze czytało. Paradoks.
Na pewno pomogły w tym dobre rysunki.
O treści tu i ówdzie sporo się pisze, więc nie dodam nic ponad to (bo i za bardzo nie ma o czym

).
Zwykle mam problem z komiksami od Studia Lain. Kupuję co któryś tytuł, a i większość z tego
i tak ląduje na OLX. To niezrozumiałe i dziwne, ale
Kroniki sobie zostawię. Głupi komiks,
który dał mi trochę frajdy.
Ocena:
3/5Ciekawym czy w momencie powstania komiksu, jakieś środowiska skandynawskie,
wikińskie czy podobne instytucje nie próbowały protestować przeciwko sposobowi w jaki ukazano
wikińską kulturę

A idzie na ostro.
Na marginesie, ciekawe czy komuś jeszcze, podczas czytania pierwszego albumu, przyszła na myśl ta scena: