John Byrne – "Zjawiskowa She-Hulk – tom 1"Komiksy Marvela to raczej rzadkość na moich półkach, a moje zainteresowanie tytułami tego wydawcy ogranicza się zwykle do kilku wybranych postaci bądź pozycji spod ręki twórców, których śledzę, gdzie fakt, że traktują akurat o bohaterach z tego uniwersum, spada na dalszy plan. Mimo to z jakiegoś powodu moją uwagę przykuła She-Hulk od Johna Byrne’a, która niedługo po polskiej premierze znalazła się u mnie na tapecie.
Pierwsze wrażenie było takie sobie. Całość rozpoczyna powieść graficzna z 1985 roku, której nie będę poświęcać dużo miejsca, bo jest według mnie mocno średnia. Rzuca się w oczy, że to starsza rzecz niż pozostała zawartość tomu, bo zarówno graficznie (głównie ze względu na kolorystykę), jak i scenariuszowo wydała mi się już nieco archaiczna. Fabularnie to raczej standardowe superhero, któremu brakuje wyrazu, historia jest średniej jakości, a sama She-Hulk wypada w niej jako krzykliwa i niezbyt interesująca postać. Po fakcie uważam, że mimo zaburzenia chronologii, lepiej byłoby umieścić ten komiks na końcu, bo może i sprawdza się tu jako dodatek – taka ciekawostka, która zapewnia kompletność wydania – jednak sam w sobie niezbyt zachęca do kontynuowania lektury.
A szkoda byłoby odpuścić dalszą część, bo prawdziwa zabawa zaczyna się dopiero w momencie, gdy przechodzimy do krótkiej historii z "Marvel Comics Presents" #18 z grudnia 1988 roku, będącej wstępem do regularnej serii, która wystartowała z początkiem kolejnego. Te 8 stron jest już bardzo reprezentatywne i daje nam dobry przedsmak tego, z czym będziemy mieć do czynienia już do końca tomu – z serią humorystyczną i szaloną superbohaterską komedią, w której absurd goni absurd, a główna bohaterka jest tego wszystkiego świadoma i raz po raz dzieli się swoimi uwagami z czytelnikiem.
Komiks do dzisiaj nie utracił nic ze swojej świeżości, nadal czyta się to bardzo dobrze, a w wielu miejscach humor jest faktycznie zabawny. Całość jest napisana bardzo inteligentnie, łamanie czwartej ściany nie sprowadza się tylko do roli dodatku, ale odgrywa też istotną rolę w fabule i ma wpływ na przebieg wydarzeń oraz samą formę komiksu. Przy okazji jest swego rodzaju wytrychem, który daje scenarzyście możliwość wytłumaczenia się czytelnikowi z każdego potknięcia czy pójścia na skróty. Wszystko to, co w innym przypadku mogłoby budzić wątpliwości, tutaj wydaje się absolutnie zamierzone i staje się integralną częścią opowiadanej historii. Konstrukcyjnie całe przedsięwzięcie jest bardzo spójne i poczynając od okładek poszczególnych numerów, poprzez fabułę czy odwołania do realnego świata i różnych zakulisowych przetasowań, każdy aspekt tu do siebie nawiązuje i wzajemnie przeplata, dzięki czemu sprawia wrażenie bardzo przemyślanego projektu. W pewnym momencie mamy pewien przeskok w numeracji (Byrne napisał zeszyty #1-8, po czym wrócił dopiero w #31) i nawet ten fakt znajduje swoje odzwierciedlenie w fabule, dzięki czemu w czasie lektury nie czuć żadnego zgrzytu i choć tak nie było, to równie dobrze i to można by uznać za celowy zabieg.
Fabularnie to formuła raczej epizodyczna, ale patrząc pod kątem samych historii, autor pisze ciekawie, a scenariusze są różnorodne, zakręcone i utrzymującego zainteresowanie czytelnika. Pomimo faktu swojej oryginalności, seria daje też obraz szerokiego rozeznania się Byrne'a w świecie Marvela. W komiksie pełno jest komicznych i absurdalnych bohaterów, którzy wydają się stworzeni na potrzeby komediowej serii, jednak w rzeczywistości wszystkie te postacie istniały już wcześniej, a autor wyciągnął je gdzieś z obrzeży uniwersum i w bardzo naturalny sposób skonfrontował ze swoją bohaterką. Dodatkowej zabawy dostarczają liczne nawiązania do najstarszych publikacji Marvela, tak do ich fabuł, jak i samej historii wydawniczej – i tu trzeba przyznać, że bardzo dobry grunt do zapoznania się z przygodami She-Hulk zrobiło u nas Hachette ze swoją kolekcją "Marvel Origins", bo lektura tych tomów pozwoliła mi na wyłapanie wielu odniesień.
Graficznie to bardzo dobra klasyczna kreska, która w połączeniu ze stonowanym kolorowaniem, daje w efekcie wygląd, który najbardziej lubię w komiksach superbohaterskich. A więc podsumowując, cała seria jawi się jako bardzo dobra rozrywka, w której pełno luzu, kreatywności i samoświadomej zabawy konwencją. Ja z lektury jestem bardzo zadowolony i życzyłbym sobie więcej pozycji od Marvela na takim poziomie – na tym etapie tom drugi to dla mnie zakup obowiązkowy.
Mocne 7/10 – czekam na więcej.