Mike Baron, Whilce Portacio, Erik Larsen i inni – "Punisher: Epic Collection – tom 2: Kingpin rządzi"Po dość długim oczekiwaniu – za długim moim zdaniem – w końcu ukazał się u nas drugi (lub trzeci, w zależności od interpretacji) tom Epic Collection zbierającej klasyczne przygody Punishera. "Kingpin rządzi" to następne 500 stron komiksów z Frankiem Castlem w roli głównej, które stanowią dla mnie jeden z bardziej interesujących punktów oferty Egmontu, cieszy mnie więc, że regularnie otrzymujemy kolejne wydania. Zwłaszcza teraz, kiedy na Zachodzie Frank jest na cenzurowanym, a pomysły pojawiające się w Marvelu są w mojej ocenie bliższe zabiegom z końca lat 90., kiedy kazano Punisherowi zwalczać demony jako posłaniec aniołów, niż najlepszym historiom z jego udziałem, warto docenić możliwość zapoznania się ze starszymi opowieściami, które ukształtowały tę postać.
Znaczną większość tomu stanowią zeszyty serii "Punisher" z 1987 roku. Tym razem dostajemy numery #11-25, które wszystkie wyszły spod pióra Mike’a Barona. Fajnie jest móc zobaczyć, jak rozwijał się jego run, poznać pierwsze dłuższe historie oraz pewną ciągłość fabularną, która zaczęła rozwijać się na łamach serii. Scenariuszowo to fajny serial sensacyjny, w którym czuć klimat dawnych lat. Akcja w zdecydowanej większości trzyma się przyziemnych klimatów i osadzona jest na dalekich obrzeżach uniwersum Marvela – mimo że oczywiście dalej jest jego częścią. Pod względem fabularnym jest dosyć różnorodnie. Baron sięga po szereg tematów i dba o to, żeby przebieg poszczególnych historii nie był do siebie zbyt podobny. Pomimo objętości ja nie poczułem przesytu, a takie zeszyty jak "Second Sight" (doskonałe rozpoczęcie tomu!) czy "The Boxer" wyróżniają się oryginalnym podejściem i w ogóle nie widać po nich upływu lat. Trzeba zaznaczyć, że na przestrzeni całej publikacji pojawia się trochę zabiegów, które wynikają z czasów, kiedy to było pisane, realiów wydawania regularnej serii (no bo jednak musiało to być dostosowane do młodszego odbiorcy) czy po prostu zwykłych głupotek, jak np. zabójca odkrywający lokalizację kryjówki Punishera dzięki zdolności jasnowidzenia (serio? Nie dało się wymyślić czegokolwiek mądrzejszego?), które są zbędne i psują odbiór. Natomiast nie ma tego aż tak dużo i przez większość czasu scenarzysta dba o to, żeby fabuły były składne, a przebieg akcji logiczny. Obawiałem się zbytniego przerysowania, Punishera obwieszonego bronią itp., co sugeruje okładka, ale na szczęście tego typu stylistyka ograniczaja się właśnie do okładek i raczej nie występuje w samej treści. Cieszy mnie, że zachowany jest pewien umiar – co nie przeszkadza, by Frank był nadal cool jak cholera. Trzeba też przyznać, że Baron pisze całkiem dobrze i odbiór całości był dla mnie bardzo satysfakcjonujący. Lektura jest płynna, narracja fajnie prowadzona, a Castle dobrze napisany jako postać.
Uzupełnieniem dla runu Barona są dwa annuale, które przypominają czytelnikowi, że akcja toczy się w świecie Marvela. Annuale składały się z kilku historii, z których główna dotyczyła aktualnych eventów. Dostajemy więc w nich bardziej komiksowe motywy – ludzi w bojowych pancerzach, mutacje, team-up z Moon Knightem (całkiem zresztą zabawny), a w pewnym momencie pojawia się nawet wzmianka o Conanie (wątek z nim dostajemy jedynie w formie streszczenia, ale tak samo jest w oryginalnym Epiku – zapewne kwestia praw lub tego, że nie pojawia się w niej Punisher). Fabularnie są to najsłabsze momenty tego zbioru, ale warto zauważyć, że Baron (który był też autorem obu głównych historii) dalej trzyma poziom, Frank w tych opowieściach to nadal ten sam Frank, co w głównej serii i całość jest napisana tak, że w dalszym ciągu dostarcza rozrywki i czyta się dobrze – fajnie wypadła chociażby relacja z Moon Knightem. Pozostałe, stosunkowo krótkie historie (m.in. solowe komiksy z Micro) to dzieła już innych twórców – te są bardziej zapychaczem, ale na tyle niewielkim, że nie wadzi w trakcie lektury.
Graficznie to bardzo dobra klasyka. Za ilustracje w większości tomu odpowiadają Whilce Portacio i Erik Larsen, którzy obaj spełniają się w tej roli wyśmienicie, a Frank spod ich ołówków prezentuje się przednio. Jeśli chodzi o rysunki, to ten zbiór bardzo mi się podoba – co prawda ci dwa panowie zdecydowanie grają pierwsze skrzypce, ale pojawia się też kilka innych nazwisk i w przeciwieństwie do poprzedniego Ekipa, tym razem raczej nie mam większych uwag i nawet te mniej zapadające w pamięć zeszyty zbytnio nie odstają. Za to warty odnotowania jest jeszcze krótki występ Jima Lee, który pozytywnie wyróżnił się w drugim annualu – choć to zaledwie kilka stron.
W kwestii dodatków jest dużo bardziej ubogo niż poprzednim razem, aczkolwiek wszystko, co było zawarte w oryginalnym wydaniu, jest też obecne w Egmoncie – jedyna zmiana jest taka, że część galerii z końca tomu zostało przeniesionych wcześniej i jest poprzetykana pomiędzy zeszytami. Nie bardzo wiem, co to miało wnieść, ale w gruncie rzeczy jest nieistotne. Część grafik faktycznie robi wrażenie, szczególnie te spod ręki Joego Jusko – jedna z jego prac zdobi zresztą tylną okładkę, a osobiście chętnie zobaczyłbym ją z przodu. Poza galerią jedynym dodatkiem jest posłowie Ralpha Macchio.
Jakkolwiek pierwszy Epic oceniłem finalnie pozytywnie, to jednak był to komiks, co do którego miałem trochę zastrzeżeń i nie czułem się do końca przekonany. Po lekturze drugiego tendencję oceniam jako zwyżkową i zaliczam jako kolejnego udanego "Punishera" od Egmontu. Już czekam na następny tom, który może okazać się znów trochę bardziej różnorodny, bo poza główną serią zawierać będzie też trzy powieści graficzne. No i zastanawia mnie, jakie są plany na przyszłość, skoro Epików w oryginale wyszło tylko pięć (bo ewentualnych problemów z dalszymi publikacjami mam nadzieję, że w Polsce nie uświadczymy).