Dużo ostatnio czytam, więc nazbierało się trochę wrażeń. Na początek komiksy, które mnie mnie mocno wzięły i
ZDECYDOWANIE POLECAMOtchłań zapomnienia - Paco Roca z wyczuciem rozlicza się historycznymi traumami swojego narodu. Bez oskarżycielskiego tonu, bez relatywizowania, bez moralizatorstwa, patrząc na koszmar wojny i powojennych represji z jedynej miarodajnej perspektywy – oczami konkretnego człowieka. Jest jak jego bohater, nie pozwala umrzeć pamięci o zmarłych. Bardzo poruszający, piękny i mądry komiks.
Locke & Key: Złoty Wiek - tak się powinno robić crossovery! Komiks nie tylko wiarygodnie i bezszwowo łączy dwa kultowe komiksowe cykle, ale sam w sobie przedstawia ciekawą historię. Podobała mi się konstrukcja tomu - pozornie niezwiązane ze sobą opowiadania w finale okazują się elementami pomysłowej fabularnej układanki. Świetnie się to czytało i było oko na czym zawiesić.
Blast - od razu zaznaczę, że podczas lektury nie doznałem tytułowego blastu. Mimo braku objawienia doceniam jednak walory komiksu - perfekcyjnie dawkowaną fabułę i napięcie, tajemnicę drążącą dla nas tunel w głąb zdziczałego człowieka, ciekawy styl graficzny, mocny finał. Wstrząsająca lektura (silnie kojarzyła mi się z książką "Dziecię boże" McCarthy'ego), ale chyba nie poczuję potrzeby żeby ją powtórzyć.
Dżihad - uuuu, ale to było niespodziewanie dobre! Bardzo oryginalna cyberpunkowa wariacja - autorska i przemyślana, a przy tym świetnie narysowana. Tylko kto pokarał ten tytuł tak nieciekawą okładką? Komiks lata za takie pieniądze, że grzech nie brać.
RIP 1-6 - kiedy przeczytałem o tym jaki jest koncept na tę serię – czyli ukazanie w kolejnych tomikach tych samych wydarzeń z perspektywy różnych osób - wiedziałem, że muszę ją przeczytać. Ogólnie wypada to bardzo dobrze, choć seria miewa swoje mielizny (tom drugi), a zakończenie nie wali tak mocno jakbym chciał (raczej systematyzuje i spina klamrą to, co już wiemy). Lektura to ciekawy proces odkrywania tajemnic każdego ze wielowarstwowych bohaterów i przebijania się przez kolejne kurtyny pozorów. RIP nie wstrząsnął posadami mojego komiksowego topu, ale bawiłem się świetnie i na pewno wrócę do serii w poszukiwaniu smaczków, które przeoczyłem. Brawo za udane tłumaczenie, szczególnie za "klejucha" oraz dywagacje o grabarzach i grabieżach.
12. Ślicznotka - piękny komiksowy list miłosny, tyle że do 90-tonowej maszyny. Czy na forum fanatyków komiksu trzeba tłumaczyć na czym polega miłość do rzeczy? Świetny album zawierający wszystkie te nieuchwytne aromaty, za które kochamy twórczość Schuitena.
Zobaczyć Paryż - bardzo sugestywna, oniryczna wyprawa do Paryża przyszłości. Najlepszy od dłuższego czasu album o Mrocznych Miastach... nie będący częścią cyklu o Mrocznych Miastach. Dlaczego akurat tak jest kwalifikowany? Nie mam pojęcia, ale polecam, bo to ten sam pół-realny vibe.
Mazebook - mądra i sugestywna historia o przepracowywaniu straty bliskiej osoby - osobista, prawdziwa i szczera. Uproszczona strona wizualna nie przeszkadza w lekturze, wręcz przeciwnie - dobrze komponuje się z symboliczną wędrówką bohatera. Kupiłem i nie żałuję. Wrócę jeszcze do tego labiryntu.
Potwór z Bagien (Wein, Wrightson) - ależ to jest potwór - nie mieści się prawie na żadnej z moich półek! Wydanie jest monstrualne, ale i piękne - stylizowany kredowy papier daje radę, a rysunki są świetne. Na plus także ciekawe dodatki, choć przydałoby się przekrojowe przedstawienie historii cyklu. Spodziewałem się ładnej ramotki, ale okazało się, że to bardzo satysfakcjonująca lektura. Wiadomo, nie jest to Moore, a w fabule daje się dostrzec właściwe dla tamtej ery infantylizmy
Amerykanin bez żadnych formalnych procedur może sobie polecieć prywatnym samolotem na bałkańską prowincję, w dodatku wszyscy będą tam posługiwać się językiem w pełni dla niego zrozumiałym (nawet w średniowiecznych Niemczech)
oraz niekonsekwencje w lore wynikające pewnie z epizodycznego charakteru komiksu
Mat Cable opowiada na lewo i prawo jak to chce pomścić śmierć swoich najlepszych przyjaciół Hollandów, a przecież ledwo się znali i do końca byli ze sobą "per Pan".
Mimo wszystko komiks nie uwłacza inteligencji czytelnika i wędrówka przez kolejne strony daje dużo frajdy. Zdziwiła mnie jedna rzecz - po odejściu Wrightsona od prac przy serii spodziewałem się obniżenia poziomu wizualnego, a paradoksalnie znalazł na tej płaszczyźnie godnych następców, za to cykl zauważalnie podupadł wówczas fabularnie. Jednak summa summarum to bardzo udany album, który powinien znaleźć się na półce każdego fana Bagniaka.
Brzask - umie ten Świdziński w komiks, nie ma to-tamto. Na pierwszy rzut oka wygląda to prostacko, ale zarzucony skutecznie haczyk szybko wciąga nas coraz głębiej w historię, a nasza wyobraźnia sama wlewa w te bohomazy właściwy kolor, smak i detal. I po chwili czujemy tą pylistą fakturę zrujnowanej Warszawy, cierpką woń strachu zasypanych w piwnicy zwalonego domu. Krótki ale intensywny komiks, zapada w pamięć i serducho. Jeszcze raz wielkie dzięki dla nieocenionej Małej Kasi za pomoc w zdobyciu tego klejnociku.
Nimona - coś tam z grubsza wiedziałem na temat filmowej adaptacji, więc i do komiksu podszedłem nieco przygotowany, a i tak bardzo pozytywnie mnie zaskoczył. Zrobiony na luzie, ale z przekonaniem, z pozoru lekki i zabawny, ale poruszający ważne tematy, nie indoktrynujący, ale przedstawiający odmienny punkt widzenia. Ciekawa, ujmująca i inspirująca lektura. Egzemplarz wypożyczyłem z biblioteki, ale już sobie zamówiłem swój.
Druga grupa tytułów to solidne średniaki. Można by stwierdzić, że
NIE ŻAŁUJĘ, ŻE PRZECZYTAŁEMSędzia Dredd: Tytan - mój pierwszy kontakt z tym uniwersum i to całkiem udany. Przedstawiona wizja rzeczywistości jest bezkompromisowa i wyrazista, ale przy tym wiarygodna i spójna. Kupił mnie ten gorzki świat, w którym zawsze wygrywa prawo i zawsze przegrywa człowiek. Nie jest to coś wybitnego, ale jest bardzo solidne. Jak kodeks Dredda.
Sędzia Dredd: Mandroid - w zasadzie wszystko jak wyżej.
Bestia 1-2 - opowieść o dziecięcym outsiderze, który brak rówieśniczej przyjaźni rekompensuje sobie braterską relacją z dziwnym stworem. Brzmi znajomo? Nic dziwnego, ten motyw przerabialiśmy w kulturze masowej nie raz. Ale to nie ma znaczenia, bo "Bestia" to nadal ujmująca historia, fajnie narysowana i nie pozbawiona własnych zalet. Podobało mi się, że wiele z postaci ma niesztampowy, zmienny wzorzec zachowań – wydarzenia wpływają na ewolucję ich nastawienia i życiowych postaw. To całkiem przyjemna lektura, choć duże nasycenie obcojęzycznym słownictwem nieco ją spowalnia (na szczęście na końcu mamy słowniczek).
Morgan - chyba mam przesyt tego rodzaju komiksów, bo chwalony "Morgan" podobał mi się zauważalnie mniej niż "Hombre". Nadal jest jednak całkiem solidnie - i rysunkowo, i treściowo. Bohater, choć sztampowy, zyskuje naszą sympatię, a jego więzienne zmagania naszą uwagę. Zważywszy na stan zdrowia Morgana i jego policyjną przeszłość (ciekawe czy mijał się czasem w przychodni z Hartiganem z Sin City?) zachowuje się racjonalnie - jest ostrożny, nie wychyla się, szuka sojuszników i stara się nikomu nie podpadać. Zjazd formy następuje po opuszczeniu murów więzienia - tutaj nagle zaczynają szarżować - zarówno Morgan, jak i scenarzysta. Robi się dziwnie, groteskowo i mało absorbująco.
Na przykład, czy może mi ktoś wyjaśnić dlaczego
sprytny Morgan niespodziewanie zyskując szansę na nowe życie po oficjalnym pochówku swojego sobowtóra, nadal przedstawia się każdej napotkanej osobie swoim prawdziwym nazwiskiem?
Dodatkowy plusik za kilka cameo z Hombre czy periodykiem "Cimoc".
Kraken - nieźle narysowane i pokolorowane, opowieść dobrze buduje klimat, choć finał rozczarowuje nierealnym twistem i karkołomnym epilogiem. Lektura na raz.
Ballada o Halo Jones - chciałoby się powiedzieć "O co to całe halo z Halo?". Za dużo naczytałem się hurrapozytywnych opinii i rzeczywistość nie sprostała oczekiwaniom. Oczywiście to bardzo dobry komiks, fachowo narysowany (choć w stylu, który nie budzi mojego zachwytu), aromatyczny, gęsty i bogaty w refleksje. Wiadomo, Moore. Ale żeby mnie wyrwał z kapci? Co to, to nie. Mimo wszystko szkoda, że cykl nie doczekał się kontynuacji i okazji by szerzej rozwinąć skrzydła.
Świat Arkadiego - bardzo oryginalna i pomysłowa reinterpretacja greckiej mitologii, w dodatku z elementami świadomego budowania uniwersum (dostajemy mapy, schematy wędrówek). Im dalej w las, tym fabuła nabiera rumieńców i tempa. Świetnie narysowane (Caza potrafi rysować nawet wiatr), cudnie pokolorowane, choć niektóre kadry sprawiały wrażenie pikselozy (czyżby robiono skany wobec braku oryginalnych materiałów?). Z chęcią sięgnę po drugi tom.
Skalp 2 - równie solidny, brutalny i niejednoznaczny jak pierwszy tom. Podobało mi się, choć nie jest to komiks mojego pierwszego wyboru. No i mam dylemat, bo w sumie chciałbym dowiedzieć się do dalej, ale w bibliotece dalszych tomów brak, a ja nieszczególnie garnę się do zakupu serii.
XIII tom 1 - fajny akcyjniak w stylu „Tożsamości Bourne'a”, świetnie narysowany, z pełnokrwistymi postaciami i angażującą fabułą. Chętnie wypożyczę sobie dalsze tomy. Najbardziej spodobał mi się inside-joke gdy agent czyta czasopismo, a na jego ostatniej stronie widzimy następna stronę komiksu XIII.
Gdyby jak porządny człowiek zaczął od lektury komiksu to jeszcze by żył.
Wybaczam nawet zamienione dymki i "chirurżkę".
Ostatnia grupa to tytuły, które mnie zawiodły i dały mi wrażenie, że ich lektura to
STRACONY CZASCzarodzieje i ich dzieje 1 - "Za stary jestem na to!" jak mawiał sierżant Murtagh z "Zabójczej broni". Z ciekawości sięgnąłem, ale wynudziło mnie okropnie, nic nie kliknęło. Za to właściwy adresat, czyli mój syn był zachwycony. Więc tak to zostawimy.
Piekło Dantego - "Porzućcie wszelką nadzieję, wy, którzy tu wchodzicie zaznać literatury" chciałoby się sparafrazować słynne wersy "Boskiej komedii". Komiks stanowi bowiem oheblowaną, ocenzurowaną i kaleką wersję literackiego pierwowzoru. Oheblowaną, bo nie znajdziemy tu śladu mowy wiązanej, której złożoność, rytm i objętość w oryginale nadawały piekielnej wędrówce ciężar, dystans i mozół, narzucały czytelnikowi jarzmo uważanej lektury. Tutaj skaczemy lekko po skąpych wysepkach bardzo uwspółcześnionego tekstu, na skutek czego dantejska eskapada kurczy się w naszym odczuciu do poobiedniej wycieczki. Ocenzurowana, bo nie znajdziemy w Piekle pokutników, którzy mogliby budzić światopoglądowe kontrowersje. Kaleką, bo autorom nie starczyło motywacji, by poprowadzić nas również przez Czyściec i Niebo, a zatem po Piekle spada na nas nieoczekiwanie groteskowy happy end (coś a'la zakończenie "Władcy Pierścieni" Bakshiego, któremu producenci zakręcili kurek z pieniędzmi, więc po wydarzeniach z pierwszego tomu dodał coś w rodzaju "Bohaterowie stawili czoła jeszcze wielu niebezpieczeństwom i stoczyli wiele walk, ale ostatecznie zwyciężyli."). Graficznie oczywiście bywa świetnie - dopieszczone monumentalne ołówkowe ilustracje w stylu Dore'a zachwycają (dla nich samych zachowam komiks), ale to tylko koncepcyjne filary komiksu, a przerwy między nimi zajmują nieszczególnie staranne i mało efektowne wypełniacze. Lektura nie bolała, ale wyszedłem z niej z przekonaniem, że zaserwowano mi całkowicie odtwórczą i niepotrzebną adaptację. No i jeszcze ten niefortunny tytuł skoro piekło Dantego, to dlaczego nie posmarował?
Kroniki barbarzyńców - co tu się odwikingowało? Jak coś zilustrowanego tak dobrze może być tak badziewne fabularnie? Bohaterowie są durni i odrażający. Oglądamy ich głównie wymiotujących, defekujących, obnażających się, gwałcących lub gwałconych. Ich zamierzenia i plany są idiotyczne, podejmowane środki absurdalne, motywacja niewiarygodna, a reakcje abstrakcyjne. Nikt tu nie zachowuje się przewidywalnie i sensownie. Nawet jeśli zostaje cudownie oszczędzony spod samego topora, to po chwili zaczyna się szarogęsić, ciskać i stawiać warunki. Wikingowie nie mają za grosz rozumu i wojennej dyscypliny, jeszcze przed rozstrzygnięciem walki rzucają się chlać, rabować, a przede wszystkim gwałcić wszystko co się rusza. Nawet (a może w szczególności) utytłanego w gównie od stóp od głów mnicha. To nawet nie jest komiks pornograficzny, tylko po prostu zboczony. Autor lubuje się w pokazywaniu męskich przyrodzeń, ale już zbliżenia z kobietami kreśli z zaskakującą nieśmiałością. Konstrukcja fabuły na wstępie wydała mi się bardzo dynamiczna i obiecująca, ujęła mnie otwierająca sekwencja, gdy w ciągu kilku minut przewidywalny świat bohatera staje w ogniu, a on nie może przestać uciekać, bo każde schronienie starcza mu na chwilę. Sugestywne, świetnie narysowane. Ale potem... zaczynają się właściwe "Kroniki barbarzyńców". I okazuje się, że fabuła pierwszej części nie ma za grosz sensu.
Główny bohater wygrywa tym, że zakłada maskę nordyckiego wodza (którego twarz mało kto widział), ale potem okazuje się, że w sumie i wygląda praktycznie identycznie, do tego znienacka budzą się w nim braterskie uczucia do nie swojego brata itp. itd.
Wszystko się miesza, a ja przestaję nadążać. Może druga trylogia będzie lepsza? Nic z tego. Znowu po obiecującym pomyśle wyjściowym fabularna podłoga się załamuje i lecimy z autorem trzy piętra niżej, przebijając kolejne stropy głupoty.
Do pasji mogą doprowadzić "wikingizmy" (i inne -izmy), które autor aplikuje nam na twarz całymi szuflami, a które tłumaczone nie są. Mając jakieś podstawy języka niemieckiego będziemy z grubsza wiedzieć czego dotyczą, ale nie sprzyja to płynnemu czytaniu. Ponadto autor lubuje się w hurtowych onomatopejach, więc po kolejnym "Rzyyyg!" czy innym "Buuu... huuu..." robiło mi się niedobrze. W dodatku wybór kanału ekspresji bywa osobliwy - wikingowie zwykle wrzeszczą coś w tle, ale już pies potrafi szczekać w dymkach (choć nie zawsze). Tu nie ma miejsca na ciszę, nawet jak nikt nic nie gada, to stęka, beka, wzdycha, mruczy albo wymiotuje. Wszystko to sprawia, że lektura była dla mnie prawdziwą męką. Znacznie lepiej Mitton opowiada obrazem - potrafi sekwencję zdarzeń przedstawić w sposób czytelny i efektowny. To zbrodnia na rysowniczym talencie angażować go w tak lichy projekt. "Kroniki barbarzyńców" to jedyny komiks, który jeszcze przed ukończeniem zacząłem przygotowywać do sprzedaży. No i definitywnie wyleczył mnie z pokusy zakupu innych dzieł Mittona.