Nom, też mnie bardzo boli, że nie możemy poczytać w Polsce komiksów o dzielnych niemieckich żołnierzach walczących z polskimi świniami z bojówek. Taka bardzo jednostronna narracja. A prawda przecież jest po obu stronach.
Grunt to dobre porównanie.
W każdym razie nie o tym chciałem.
W życiu bywa tak, że niektóre rzeczy potrafią wbić się w głowę na dziesięciolecia.
Gdy zastanawiałem się jak napocząć ten post z zakamarków pamięci wychynął mi krótki fragment tekstu sprzed ponad trzech dekad:
"...Grupy liter i "słów" wydawały się na pierwszy rzut oka niezwykle proste "jak starzy znajomi, których nazwisko ma się na końcu języka", jak wyraził to jeden z autorów, piszących na ten temat. Przy bliższej konfrontacji były jednak niezrozumiałe..." (ok, nie że pamiętałem słowo w słowo, ale wiedziałem o co chodzi i gdzie szukać żeby przepisać)
To co powyżej to drobny wyjątek z "rozprawki" poświęconej rękopisowi Voynicha - zaszyfrowanemu średniowiecznemu tekstowi, który podobno niedawno udało się odczytać.
Podobno.
W każdym razie.
Podczas tej konkretnej lektury towarzyszyło mi właśnie tego typu odczucie - że oto mam do czynienia z motywami wydawało się dobrze znanymi, które jednak po bliższym przyjrzeniu się okazywały się być raczej obce. W efekcie jak dla mnie "
CE" to nie jest komiks dla tych, którzy literaturę tzw. "piękną" omijają z daleka. Niestety(?).
Lekturę tego Lewiatana "wprost na przestrzał", bez znajomości tekstów źródłowych porównałbym do czytania "Marvels" pędzla Ross`a przez daltonistę.
Skąd niby to wiem? Ano stąd, że spośród około siedmiuset(?) "szaroburych" stron nagle i niespodziewanie cztery z nich błysnęły mi prosto w oczy feerią barw gdy dosłownie raz i przez przypadek trafiłem na motyw, którego źródło literackie akurat znałem. Satysfakcja nieukrywana. Po czym zaraz po niej smutna konstatacja, że "zrozumiałem" ile? 5, 4, może 2% odniesień, które Roosevelt w Swoim opus magnum zawarł? I że są zawodnicy, którzy autentycznie zgłębią ten komiks na poziomie na który w tym momencie nie mam dostępu.
No nie. Tej historii nie sposób czytać wprost jako zwykłej fabuły. Postępując w ten sposób prowadzi się do zubożenia doświadczenia w sposób fundamentalny. A skąd znowu to wiem? Tak po prawdzie to nie wiem, ale tak mi serce... tzn. tak mi przeszłe doświadczenia czytelnicze dyktują.
Historia o miłości? Raczej traktat (być może filozoficzny) na temat tejże.
I tak jak podejrzewałem wcześniej, że przed podejściem do "CE" należało przeczytać "Alicja w Krainie Czarów" tak teraz już wiem, że niewiele by mi to dało, bo też ilość odniesień jest zdecydowanie większa i bogatsza i chcąc w pełni zanurzyć się w tym dziele należałoby przeczytać wszystko to do czego Roosevelt nawiązuje. Studio Lain winno było wydać ten komiks z jedną dodatkową stroną w ramach wstępu od Wydawcy z listą lektur obowiązkowych załączoną przez Autora. Inaczej wstępujący tutaj niech porzuci wszelką nadzieję, że odbierze tę historię w pełni.
Nie ma szans.
Czyli na początek warstwa literacka - sterta materiału i mrówcza, benedyktyńska praca przy jego implementacji do tej historii.
Pewnie cokolwiek przesadzę, ale chyba właśnie tutaj, właśnie do Roosevelta pasowałoby to porównanie z karłami stojącymi na ramionach olbrzymów. W końcu od tych ostatnich wziął to co mieli do zaoferowania i dołożył do tego coś od siebie - warstwę ilustracyjną.
Ilustracje.
Nie przepadam za biało-czarnymi komiksami. Wychowałem się na kolorowych i z tymi czuję się najlepiej. Ale nie ulega dla mnie kwestii, że to jest ilustracyjny Lewiatan. Dwanaście lat życia dla jednego "komiksu"?
Jak nigdy nie sądziłem, że kiedykolwiek mi się to zdarzy przyznać tak jednak widziałem tam kilka ilustracji, które powiesiłbym na ścianie.
Ogrom. Ogrom pracy i podróżnik przez tę opowieść co jakiś czas zastanawia się czy aby w pełni to wszystko docenia i czy aby na pewno nie powinien zawrócić i cofnąć się jednak o te kilka stron do tej konkretnej ilustracji żeby postudiować ją jeszcze przez kolejną chwilę.
Fabuła.
W tym momencie jest tak jakby troszkę słabiej. Przy czym żeby nie zostać źle zrozumianym: to jest historia autentycznie monumentalna.
Ukształtowana przez nieprzeciętnego erudytę, który ile lat poświęcił na nią? Dwanaście. Dwanaście lat cyzelowania tej historii przenikającej się na różnych planach, w różnych czasach i przestrzeniach.
Ale nic nie poradzę. Momentami zgrzyta. W trzech, czterech miejscach sprawia wrażenie jak gdyby trzymała się wyłącznie na przysłowiowej ślinie.
W jednym miejscu oczy rosną do rozmiarów nie przymierzając pięciozłotówek z uwagi na... ekhem... brak jakiegokolwiek sensu określonej koncepcji (cały czas uwzględniając fakt, że to komiks i zawieszenie niewiary jest wskazane).
Mam również tę wątpliwość czy należało wyjaśniać absolutnie każdy element tej układanki. Jeden z nich do momentu zanim owo wyjaśnienie się pojawiło wydawał się być jak najbardziej do przyjęcia. Po jego przedstawieniu cały pomysł wydaje się zwyczajnie brać w łeb. Chyba, że ktoś wierzy w zbieg okoliczności za zbiegiem okoliczności.
Fabularnie nie jest perfekcyjnie. W stosunku do wcześniej wymienionych warstw: bazy literackiej i ilustracyjnej pojawia się tam kilka razy lżejszy czy nieco cięższy, ale jednak fałszywy ton.
Niemniej nie powinno to w niczym zmieniać pełnego obrazu sytuacji: "CE" całościowo to jest dzieło. Komiks przez wielkie "K".
Przy czym obawiam się, że jednak cokolwiek przeznaczony dla tych nieprzypadkowych, wyrobionych czytelników. Sam czułem się przy nim jak ten przypadkowy i niewyrobiony. W efekcie satysfakcja z obcowania z lekturą mieszała się z pewnym intelektualnym przygnębieniem, że ewidentnie nie jestem grupą docelową. Że nie korzystam, a niechby chociaż i w osiemdziesięciu procentach. Ot, koszt takich a nie innych życiowych wyborów w zakresie preferowanych lektur.
Przy czym zastanawiając się czy chciałbym wrócić jeszcze kiedyś do tej historii miałbym takie urojone życzenie żeby przeczytać ją ponownie po zapoznaniu się ze wszystkim tym co znać należy żeby w pełni te tomy odebrać i docenić. Marzenie ściętej głowy.
W każdym razie cieszę się, że danym mi było przysiąść do tej lektury. Nawet jeżeli finalna konstatacja brzmi "scio me nihil scire".
To też jest jakaś wiedza. Nawet jeżeli daleka od optymistycznej.
J. Roosevelt stworzył komiksowy monument. Nie jest on idealny. Albo inaczej. Nie jest perfekcyjny. Ale czy znajdzie się odważny, który będzie czynił zarzuty, że chłop nazwiskiem Goya farbę na płótno szpachlą chlastał?
Ocena w skali?
W sumie nie wiem czy powinienem, bo nie moja liga, ale dałbym 9,5/10.
I tak na marginesie: Lain?
Dzięki.
Doceniam zarówno "sam fakt" porwania się na tego potwora jak i to w jakiej postaci go otrzymaliśmy.
Mała Kasia - szczeg. szacunek za rozdział z akrostychami.
Przy czym żeby nie było, że wieczorami zbiera mi się jedynie na jednowymiarowe hymny pochwalne: "magini"? No ludzie...
P.S. Nie wiem jak to wygląda z licencjami, ale ten tytuł powinien być raczej ciągle dostępny w sprzedaży w ramach jakiegoś tam kanonu komiksu. I pisząc to zupełnie nie zamierzam ukrywać, że od strony 320 drugiego tomu tak jakby zacząłem wątpić w to czy aby na pewno rozumiem o co w tym wszystkim od tego momentu chodziło.