Podsumowanie kwietnia. W tym miesiącu nie dość, że raczej sporo to jeszcze jakoś tak los pobłogosławił mnie kilkoma naprawdę dobrymi tytułami. UWAGA, UWAGA JAK ZAWSZE MOGĄ POJAWIĆ SIĘ SPOILERY!!!
"Rusty Brown" - Chris Ware. Kilka osób na forum dawało Gardło Se Poderżnąć za autora, więc się skusiłem, chociaż przyznam szczerze, że odbiłem już od komiksów tego typu. I to nie ze względu, że nie lubię tylko że na samym końcu komiks leży jednak u mnie za filmem a w kwestiach dramatycznych dzieła dziesiątej muzy mają przewagę, jest tam z reguły nieco więcej elementów za które można je docenić bądź nie a miejsca na półkach już praktycznie brak. Więc od dłuższego czasu komiksy kupuję właściwie tylko z przedziału fantastyki i historii, czyli rzeczy które na ekranie pokazać niełatwo, lub po prostu bardzo drogo a wyjątki robię raczej od wielkiego dzwonu i tutaj akurat przypadek jednego z nich. Tak więc panie i panowie oto Rusty Brown dziesięciolatek niezbyt zapewne urodziwy (po stylu rysowania autora niełatwo stwierdzić, ale ma wiewiórcze zęby), raczej otyły, miłośnik komiksów wiecznie bujający w obłokach i doszukujący u siebie samego supermocy. Do szkoły noszący laleczkę Supergirl, więc jak naprawdę nietrudno się domyślić, najłatwiejsza pod słońcem ofiara do upolowania przez szkolnych gagatków. Co mnie dosyć zdziwiło, to nie Rusty jest tutaj głównym bohaterem a właściwie nie tylko bo okazuje się, że ten tom to zbiór kilku różnych opowieści (na dodatek powstałych w dosyć sporym przedziale czasowym i dla różnych podmiotów). Co dosyć oczywiste, wszystkie te postacie są ze sobą połączone, chociaż potrafią to być połączenia bardzo luźne, ot chociażby spotykają się ze sobą na szkolnym korytarzu, albowiem to szkoła gdzieś w Nebrasce jest główną sceną tego przedstawienia, aczkolwiek rozpiętość czasu i miejsca akcji (ba udamy się nawet na Marsa) jest naprawdę spora.
Co do oprawy graficznej to...kurde nawet nie wiem od czego zacząć. Nie jestem szczególnie fanem tak uproszczonej kreski, ale trzeba przyznać iż widać w tych ilustracjach, które mi się osobiście skojarzyły z jakąś popularnonaukową książką dla dzieci pewną elegancję. Natomiast sedno nie leży tylko w tym co Ware rysuje, ani nawet jak to rysuje, ale w jaki sposób łączy to z opowieścią i jednocześnie z nastrojem (którym oczywiście manipuluje) czytelnika. Warsztat jakim dysponuje artysta, ba nie tylko warsztat, ale przede wszystkim to co leży u samych podstaw większości udanych dzieł czyli sam pomysł startowy, wizja tego jak to powinno wyglądać i jednocześnie wiara (sama nie wystarczy, potrzebna oczywiście również technika), że potrafi się to zrobić są niesamowite. Ten tom to jedna wielka piaskownica w której Chris Ware lepi swoje piaskowe wulkany eksplodujące pomysłami. Pod względem graficznym eksperymentuje tutaj dosłownie ze wszystkim z kadrami, stylami rysowania (kilka razy, wyraźnie kopiuje innych rysowników dajmy na to Clowesa), czcionką, samą geometrią książki i właściwie wszystkim innym (dla polskiego wydawcy przygotowanie tego komiksu musiało być gargantuicznym wyzwaniem). To nie jest tak, że obrazki są tutaj po to, aby zilustrować tekst, one same w sobie są tekstem i niekoniecznie takim nierozłącznym z tym napisanym, czasami można odnieść wrażenie iż to co się czyta a to co się widzi są może nie to, że odrębnymi, ale trochę "lecącymi" obok siebie historiami. Mamy tutaj do czynienia z takim bardzo, bardzo filmowym sposobem narracji i jeżeli, kiedyś tam twierdziłem, że rozumiem mniej lub więcej na czym polega sama idea komiksu to mi się tylko wydawało, bo autor który wyniósł tutaj sztukę tworzenia komiksów na wyższy level, dotarł bardzo blisko samego jądra tej umiejętności. W tym momencie przypominają mi się tutaj te wszystkie nazwijmy to "dyskusje" o polskich autorach i ich mistrzostwie opowiadania obrazem itp.
HAHAHAHAHA
HAHAHAHAHAHAHA
HAHAHAHAHAHAHAHAHA
Dobra, wiem przypierdalam się, ale ja już tak mam, że jak jakiś dowcip mnie rozbawi to później już mnie śmieszy stale, na dodatek to takie porównania są nie do końca uczciwe, bo to, że kiedyś dwa czy trzy razy kopnąłem piłkę nie oznacza, że jest powód do nabijania się, że nie gram jak Messi, tyle że ani ja siebie ani nikt mnie nie kreował nigdy na jakieś zawodowca. Dobra koniec dygresji. Pojawiają się zarzuty o małą czcionkę, przy pobieżnym przeglądaniu stwierdziłem, że faktycznie niewielka, ale bez przesady. Tyle, że to przy pobieżnym

, bo przy czytaniu to faktycznie w niektórych miejscach robi się naprawdę hardkorowo, w jednym przypadku już mi się nie chciało szukać lupy, ale do dzisiaj nie jestem pewien czy tam faktycznie były jakieś napisy, czy tylko ich symulacja. Samych obrazków potrafi być na jednej stronie kilkadziesiąt (!!!) a weźmy pod uwagę iż format nie jest specjalnie wielki. Oczywiście dodawać nie muszę iż to efekty kompletnie zamierzone, ale rozumiem że nie każdemu może to przypaść do gustu, dla oczu momentami faktycznie jest to męczące doświadczenie. Przy okazji od razu wspomnę, aby nie kupować "Rusty Browna" jako prezent ludziom, których chce się przekonać do komiksu. Przez te wszystkie eksperymenta graficzne, w których strony kompletnie pozbawione jakiejkolwiek symetrii przeplatają całkiem klasyczny układ sześciu kadrów na stronę (Rusty jest "poziomy"), komiks jest cholernie trudny technicznie do przeczytania. Żebym nie zapomniał Nebraska, czyli depresyjnych zimowych pejzaży (a wiem, że takie mają wielu fanów) będzie tutaj pod korek.
Wspominałem tutaj przy okazji takiej pseudo-recenzji Jasona, że nie przepadam za takimi autorami i ich zilustrowanymi przygnębiającymi przemyśleniami. Właściwie żadnego z bohaterów nie da się polubić, czy w jakikolwiek inny sposób mu kibicować, nawet ten tytułowy biedny, gnębiony Rusty to tak naprawdę najzwyklejszy palant. Ja wiem, że to nie jest jakiś konieczny do spełnienia warunek, ale przydałaby się jakakolwiek odmiana w grupowym portrecie tych smutnych twarzy. W sumie na dobrą sprawę ciężko o nich powiedzieć, że to jakieś osobowości depresyjne, ci ludzie chyba całe życie chodzą smutni i uważają że to oraz ich wręcz organiczna niezdolność do nawiązania bliższych relacji z kimkolwiek to ich naturalny stan. Jakiś taki chłodny i neurotyczny ten komiks, podejrzewam że po części jaki i jego autor, który na dodatek jest chyba wyznawcą determinizmu, do którego ja z kolei nie jestem przekonany. Teoretycznie, niespecjalnie powinien mi ten komiks przypaść do gustu, ale Ware to nie tylko genialny grafik, ale i świetny scenarzysta, muszę przyznać że syndrom jeszcze jednej strony daje o sobie mocno znać w tym przypadku. Do gustu właściwie nie przypadło mi tylko ostatnie opowiadanie o nauczycielce, ze względu na częste przeskoki w czasie i jakaś taka "niedookreśloność" rysu osobowościowego bohaterki co powodowało iż ciężko było (przynajmniej mi) zorientować się, właściwie o czym to w sumie jest. No i upiornie regularne (znaczy się co chwilę) powtarzanie jak to ciężko było czarnej kobiecie żyć w latach 60-tych (nie twierdzę, że nie). Ulewają mi się już tego typu treści od dawna, ale mimo wszystko ta scena jak bohaterka zostaje zawołana z okna na uniwersytecie jakoś mnie ruszyła. Nie wiem co by tu jeszcze dodać z wyjątkiem może odrobiny jakiegoś urozmaicenia (no dobra, scenka z żabą była śmieszna) w tym uniwersum nieszczęścia zamieszkałego przez wybrakowanych ludzi, nie widzę w tym komiksie minusów. Na zakończenie, "Rusty Brown" to jeden z najfajniej wydanych komiksów jakie przewinęły się przez moje ręce o nakładzie pracy jaką musiał włożyć wydawca w edycję już wspominałem, ale sam tomik super wygląda. Przypomina książki wydawane przez Czytelnika w latach 60-70 jak jeszcze w Polsce był papier, gruba tekturowa okładka, płócienny grzbiet ze złoconymi wytłoczeniami, do tego obwoluta. która przy rozłożeniu staje się właściwie nie wiem czym. Plakatem? Jakąś formą mapy? Takie bardzo to staroszkolnie gustowne, wielka szkoda że DC Deluxe tak nie wyglądały (w przeciwieństwie do większości wiadomość o zamianie na lakierowane okładki nie wzbudziła mojego entuzjazmu, co tam niby deluxe będzie z wyjątkiem ceny teraz?). Ocena 8/10.
"Opowieści z hrabstwa Essex" - Jeff Lemire. Powtarzałem już kilka razy więc nie zaszkodzi raz jeszcze, jakoś nie polubiłem się specjalnie z Jeffem Lemire, nie przeczę że napisał kilka dobrych komiksów, ale wszystkie były one naznaczone jakimś skazami, przez które ciężko mi było je uznać za jakieś znakomite a do tego sporo naprawdę przeciętnych serii (albo i katastrofalnie złych jak spin-offy Czarnego Młota), toteż jeżeli się wydaje jakiś komiks tego pana, o ile się wydaje jeszcze to raczej łukiem omijam. "Opowieści..." kupione jeszcze w czasach, gdy nie zacząłem przygody z autorem no i pod wpływem bardzo dobrych opinii. Przechodząc do meritum byłem przygotowany na zbiór szortów, ale okazało się, że opowieści jest właściwie ledwie trzy. Pierwsza o dziesięciolatku, który stara się przepracować traumę związaną ze śmiercią matki uciekając w świat superbohaterskich fantazji i jego stosunkach z pracującą na stacji benzynowej podobno opóźnioną po uderzeniu krążkiem w głowę niedoszłą gwiazdą hokeja, oraz swoim własnym wujkiem u którego zamieszkuje, który na swój surowy sposób kocha chłopaka, ale nie bardzo potrafi się z nim porozumieć. Druga opowieść, przedstawi nam pewnego mającego problemy ze słuchem, pamięcią i chlaniem dziadka, który będzie wspominał czasy swojej młodości, gdy wraz z bratem byli gwiazdami pół-zawodowej drużyny hokejowej. Opowieść trzecia tym razem obędzie się bez gwiazd hokeja bowiem jej bohaterką będzie pielęgniarka, która zajmowała się dziadkiem w rozdziale drugim. A właściwie jedną z bohaterek, bo tym razem fabuła pójdzie dwoma ścieżkami a gwiazdą (nie hokeja) drugiej będzie siostra zakonna żyjąca ponad sto lat wcześniej.
Tak jak wielkim fanem Lemire'a jako scenarzysty nie jestem, tak jako rysownika również. Może nie to, żebym jakiegoś go szczególnie nie lubił jego rysunków no i zawsze poczytuję to za plus jak, artysta dysponuje swoim własnym rozpoznawalnym na pierwszy rzut oka stylem, ale jakoś akurat nie uważam tego co on prezentuje za jakąś szczególnie dobrą "robotę", ot po prostu przyzwoite rzemiosło z pomysłem na siebie, które spełnia swoją funkcję. Tutaj mamy do czynienia z jeszcze bardzo surowymi rysunkami, które dopiero z biegiem lat Lemire doszlifował i uładził i tak po prawdzie odniosłem wrażenie, że zadziałało to nieco na ich niekorzyść. W czerni i bieli, oszczędne jeszcze bardziej niż zwykle prezentują się naprawdę fajnie z tym swoim sznytem "undergroundowego" komiksu a przede wszystkim doskonale pasują, nie odciągając uwagi od treści. Do gustu przypadły mi zwłaszcza te kwadratowe w dużej części przypadków kinole, które z racji tego, że połowa występujących postaci gra w hokeja są bardzo na miejscu. Lemire często sięga po filmowy sposób kadrowania (czyli niewiele zmieniające się obrazki w serii) i bardzo często rysuje ptaki (z jakiegoś powodu ważne chyba) w taki mocno dziecinny sposób. Jak u Ware'a depresyjnych zaśnieżonych pejzaży będzie równie wiele jak nie więcej, w Kanadzie jeszcze więcej śniegu jak w Nebrasce w końcu.
Trzy historie wszystkie mi się podobały, najbardziej jednak ta środkowa o zgorzkniałych braciach. Taka nostalgiczna pocztówka z czasów, które już nigdy nie wrócą, wypełniona obrazkami z dzisiejszego punktu widzenia pewnie dla młodszych niezrozumiałymi a dla starszych zabawnymi, przedstawiającymi naprzykład panów z wąsami w czasie meczu na ławce rezerwowych palących papierosy, dla których słowa ochraniacze bądź kaski to dosyć abstrakcyjne pojęcia. Ogólnie rzecz biorąc, biorąc pod uwagę gatunek a także sam raczej niespecjalnie wesoły nastrój komiksu czy chociażby zawarte wątki autobiograficzne można go porównać z tym powyżej i w tym momencie analogia do wielkiego literackiego pojedynku Williama Faulknera i Ernesta Hemingway'a nasuwa się sama. O ile Chris Ware układa, bardzo skomplikowaną i trudną w odbiorze mozaikę o życiu zimnych, nieprzyjemnych ludzi, to Jeff Lemire za pomocą dosyć prostych środków, tworzy w sumie niekoniecznie mniej złożoną, ale o wiele łatwiejszą do przyswojenia (co nie znaczy że błahą) opowieść o mrukliwych, twardych niczym kanadyjska aura mieszkańcach fikcyjnego hrabstwa. Autor w swoim komiksie jakoś tak bliżej jakby człowieka staje, jego bohaterowie, niedoskonali, popełniający fatalne błędy i podejmujący fatalne decyzje czy po prostu potykający się o niezależne od nich przeszkody, z racji swojego o wiele solidniej nakreślonego człowieczeństwa i tego, że potrafią ot chociażby czerpać radość z drobnych rzeczy i może nie to że nigdy nie tracą ale pozwalają sobie przypomnieć że zawsze jest nadzieja, będą bliżsi sercu czytelnika. Dodatkowo dostaniemy dwie krótsze historie ukazujące opowieści w swej pierwotnej formie, która nie przerodziła się w pełnoprawną postać. Pierwsza "Klub bokserski hrabstwa Essex" bardzo fajna historyjka o dwóch przyjaciołach, którzy wraz z innymi farmerami założyli amatorską federację bokserską w zupełności radząca sobie jako rzecz samoistna, oraz druga "Smutne i samotne życie Eddiego Słoniouchego", niespecjalnie interesująca z racji tego iż jest ledwie wstępem bez żadnego rozwinięcia. Najlepszy komiks Jeffa Lemire? Z mojego punktu widzenia bez wątpienia. Nie wiem czy wspominałem, ale w środku jest bardzo dużo o hokeju, zajebiście. Ocena 8+/10.
"Acriborea" - Sylvain Cordurie, Stephane Crety. Daleka przyszłość, ludzkość sięgnęła innych planet, oczywiście zamieniając w śmietnik swoją własną. Kilkumilionowa kolonia na planecie Acriborea, właśnie czeka na wielki dzień a mianowicie przylot 12 milionów nowych kolonistów (tutaj status quo jest dosyć niejasne czy to już wszyscy żyjący i czy Ziemia już umarła, czy dopiero umiera). Ziemianie, utrzymują możliwie przyjazne kontakty z inteligentnymi rasami zamieszkującymi cały układ słoneczny, czyli tak naprawdę rozmawiają tylko z takimi przypominającymi owady najbardziej zaawansowanymi technicznie (i tak mniej niż ludzkość), całą resztę traktując identycznie jak traktowała mniej rozwinięte cywilizacje na naszej planecie na przestrzeni dziejów, czyli wiadomo jak. W toku bliżej nieokreślonych okoliczności, ludzie orientują się, że jedna z ras dysponuje jakimi parapsychologicznymi zdolnościami, więc główny zarządca kolonii z wyglądu i zachowania idealny czarnych charakter, prowadzi badania mające na celu wykorzystanie tych zdolności, aby zdominować mentalnie wszystkich ludzi, czyniąc z nich doskonale funkcjonującą machinerię. W tym momencie wchodzi na scenę pierwszy główny bohater czyli Jasper Niemeyer, kierowca wyścigowy (że też w kilkumilionowej kolonii na obcej planecie od której zależy los całej ludzkości, mają czas i środki aby budować tory wyścigowe), członek ruchu oporu, który wraz z kilkoma wspólnikami spróbuje zniszczyć laboratoria i w czasie akcji, natknie się na obcych, którzy przekażą mu dziwne fantastyczne zdolności. Próba ucieczki z zamienionych w zgliszcza laboratoriów Jaspera nie uda się jednakże i wpadnie on w ręce Gubernatora, który odeśle go do kosmicznej stacji badawczej, gdzie okaże się, że takich jak on jest więcej. Bohaterem numer dwa będzie pułkownik Nathan Palliger, dowódca sił wojskowych nadlatujących kolonistów, który przybył jako forpoczta, przygotować trasę przelotu dla statków i na prośbę Gubernatora uda się na sąsiednią dla Arciborei planetę, skontrolować znajdujące się tam posterunki. Pionki są rozstawione, wydawałoby się po początku, że dostaniemy standardową opowieść o walce z bezlitosną korpo-władzą o wolność, równość i braterstwo, ale jednak nie. Zarozumiała ludzkość, przekonana (wiadomo niebezpodstawnie, ale...) o swojej przewadze, nie dostrzeże, że rasy tubylcze dla całego układu, nie zamierzają więcej tolerować ich panoszenia się, tym bardziej w przewidywanej o wiele większej liczbie.
Co do rysunków Crety'ego mam raczej mieszane odczucia, ogólnie rzecz biorąc wszystko wygląda dobrze z wyjątkiem twarzy. Te są raczej kreskówkowe, ale po prostu brzydkie i często nieforemne (kilka osób ma wklęsłe czaszki?), na dodatek, wszyscy są do siebie podobni, więc są czasem problemy z rozróżnianiem postaci. Jak wspomniałem, cała reszta na plus, czasem bardzo na plus. Jest dynamicznie (scen akcji dosyć sporo) i bogato w szczegóły. Cordurie w posłowiu sam twierdzi, że był zdziwiony jak Crety lewicujący pacyfista zajarał się wojskowymi klimatami, więc bardzo zwracają na siebie uwagę przede wszystkim projekty wszelakich militariów. Rysownik sięgnął po często stosowany patent i nie starał się wymyślić koła na nowo, czyli większość urządzeń, pojazdów itp. wzorcował na jakichś tam istniejących rzeczach, dzięki czemu czytelnik pod tym względem szybko poczuje się jak w domu. Bardzo mi się spodobał mi się wygląd ziemskich sił obronnych, bardzo podobnych do brytyjskich spadochroniarzy z okresu II WŚ, co w scenach walk miejskich, wydaje się bardzo na miejscu. Ogólnie rzecz biorąc jest sporo brutalności, ale to nie takiej przerysowanej w stylu Slaine'a, tylko nieco realistyczniejszej aczkolwiek też bez nadmiernej szczegółowości. Skrótowo, za wizualia ostrożny plusik z wyłączeniem tych paskudnych gęb.
Komiks reklamowany jako batalistyczny i takim jest w istocie. Co dosyć ciekawe podczas lektury zdałem sobie sprawę, że tak naprawdę bardzo niewiele takich komiksów wydano w naszym kraju. Owszem jest sporo dziejących się w czasie wojny, ale z reguły to są powieści antywojenne, gdzie ta wojna jest trochę z boku a skupiamy się na bohaterach. Z takich "bitewniaków" przychodzą mi te dwa komiksy Egmontu dziejące się w czasie wojen napoleońskich, Wieczna Wojna (wiem, wiem ale mimo wszystko Haldeman dosyć sporo miejsca poświęcił walkom), te wojenne serie Screamu, tyle, że tam wszystko o tych wspaniałych mężczyznach (i kobietach) i ich latających-jeżdżacych-pływających maszynach a nie o piechocie, coś tam z IPNu pewnie i ten jeden tom z kolekcji Star Wars i jakoś więcej nie pamiętam. Tutaj bitew będzie w opór. Ogólnie rzecz biorąc początek jest trochę męczący, autor wrzuca nas w sam środek historii, nie bardzo się przejmując faktem, że czytelnik nie ma specjalnej podbudowy do świata i z początku czuć się możne dosyć pogubionym. Powiem szczerze, że przez dłuższy czas miałem kłopot ze zorientowaniem się ile w końcu tych kosmicznych ras tam występuje i jakie są między nimi zależności, bowiem jedne się pokazują na kadrach a inne występują tylko w dialogach, a jako że mam problemy z zapamiętywaniem takich fantastycznych nazw (nie tylko chodzi o rasy) to się zastanawiałem, czy postacie rozmawiają o czymś co już było, czy to zupełne coś nowego. Sama intryga dosyć mocno pokomplikowana, ale po jakimś czasie wszystko się wyklaruje i okaże się całkiem sensowna i całkiem interesująca. Największy zarzut mam do zakończenia, tzn. samo zakończenie czyli los ziemskich kolonistów z Acriborei jest jak najbardziej ok. ale osobiście mam wrażenie, że autor został zaskoczony decyzją o końcu serii i zabrakło mu jakoś jednego tomu na odpowiedni finał. Jasper i jego towarzysze, spełniają swoją rolę w fabule i scenarzysta wyraźnie nie wie co z nimi dalej zrobić (może trzeba było ich zabić?) i później dalej nonsensownie męczy nimi bułę, prowadząc ich dokładnie donikąd. Zupełnie znikąd pojawi się nonsensowny potworek wyglądający niczym kolejna forma Freezera z Dragon Balla i on też szczerze mówiąc nie zostanie wykorzystany. Nie wiem gdyby nie ta końcówka, byłoby trochę lepiej, mimo wszystko o dziwo wydaje mi się, że to jeden z fajniejszych komiksów Studia Lain, może i bez jakichś ambicji na pozostanie jakimś głębokim dziełem, ale solidnie zrobionym wojennym akcyjniakiem. Ocena -7/10.
"Serpieri - Kobiety Dzikiego Zachodu" - Paolo Eleuteri Serpieri i inni. Trzy historie prosto z dzikiego zachodu skupiające się zgodnie z tytułem na kobietach. Pierwsza "Kobiety na Pograniczu" o grupie ochotniczek, wybierających się gdzieś do miasteczka na samym skraju cywilizacji w celu ciężko stwierdzić, jako obsługa burdelu, bądź kandydatki na żony. Druga "Biała Indianka" to opowieść, można się domyślić po tytule, ale jednocześnie to historia zemsty, która pożarła zdrowy rozsądek pewnego człowieka. Ostatnia to "John i Mary, Mary i John" historia podstarzałego trapera i zdziczałej kobiety, których los postawi przed sobą jako przeciwników a później uczyni ich przyjaciółmi (czymś więcej?) poprzez zwierzenie się z historii ich życia. Wszystkie trzy komiksy może nie tyle banalne, co raczej fabularnie strasznie zgrane, dzisiaj już nieco trącące myszką (aczkolwiek to nie jakieś archaizmy straszne). Prosto z epoki gdy włoski western wyszedł z ram opowieści przygodowej i wszedł w okres brutalnego "realizmu". Optymizmu tu niewiele, bohaterów czeka nic innego niż krew, pot i łzy to co czeka na ich drodze przyprawi ich tylko o rozpacz a za zakrętem będzie jeszcze gorzej. Śmieszą, trochę Indianie wiecznie w pióropuszach, widno wszyscy tam pechowo trafiają zawsze na indiańskich komandosów. Nie oszukujmy się to jeden z tych komiksów, które kupuje się raczej dla rysunków a tutaj Serpieri zdecydowanie jest w bardzo wysokiej formie, w przypadku dwóch pierwszych nowel, blisko już do rysunków znanych z Druuny, chociaż z nieco mniej bujną cielesnością (jest nieco golizny, ale to raczej trzeci plan). Trzecia, tak nieco z bardziej "szarpaną" kreską, momentami nieco odskakuje od pełnego realizmu, niemniej wszystkie trzy to świadectwa wysokich umiejętności artysty. Niespecjalna oryginalność i poruszanie się w pewnych umownych ramach, może i nie przeszkadzałyby tak bardzo, gdyby nie to iż jedyną autonomiczną i pełną opowieścią, zresztą najlepszą również jest ta środkowa. Pozostałe dwie, przypominają raczej wyrwane z kontekstu szkice przygód, których nie poznamy. Z uwag co do wydania Screamowego, znalazłem jeden śmiesznie niedorzeczny błąd ortograficzny pierwszego stopnia (nie mogę sobie przypomnieć jaki) no i ja rozumiem, że zapewne opierają się na jakichś gotowych wydaniach, ale w przypadku takich zbiorów, wypadałoby podać chociażby datę pierwotnego druku. Ocena 6/10.
"Pierwsze Razy" - Sibylline i inni. Jakoś tak bez przekonania kupione, ale że lubię rysowaną erotykę/pornografię, wziąłem aby chociaż sprawdzić i sprzedać. Tomik cieniutki, ok. 100 stron, format raczej niewielki w środku 10 erotycznych nowelek. Autorką wszystkich jest niejaka Sibylline, ciężko było cokolwiek o niej znaleźć w internecie, z początku trafiłem na córkę znanego i u nas Felixa Meyneta, również zajmującą się komiksem i przede wszystkim malowaniem kobiet (przeuroczo jej wychodzą), tyle że okazało się iż to nie ta chociaż również Francuzka. No w każdym bądź razie, jak już wcześniej wspomniałem historyjek dziesięć i każda z nich narysowana przez innego artystę. Wierząc opisowi z okładki to wielkie nazwiska komiksu, ale ja na europejskim zwłaszcza dzisiejszym komiksie się nie znam więc właściwie nic te pseudonimy bo to raczej ksywy niż nazwiska mi nie mówią. Panów znam dwóch a mianowicie są to Dave McKean i Cyril Pedrosa, jako grafików niespecjalnie lubię i uważam, że zatrudnienie ich nie było specjalnie fantastyczną decyzją, z resztą to raczej zależy od percepcji oglądającego obydwaj są znani ich prace wyglądają jak wyglądają a czy to erotyczne to każdy może odpowiedzieć sobie sam. Natomiast nie ma się czym przejmować bo w środku znajdą się i słabsi zawodnicy, ogólnie albumik pod względem rysunków jest przynajmniej w moim odczuciu bardzo średni, żeby nie powiedzieć słaby jak na obiecywanych mistrzów to no normalnie powiedziałbym "co to za kurwa nędza?". Fajnie wygląda ten rozdział, którego autor korzysta ze stylu naśladującego Bruce Timma (chociaż jest taki bardziej surowy, ale to w sumie nawet dobrze), czy ten przypominający nieco (bardzo nieco) Paula Pope. No dobrze, wiadomo że komiks na pierwszy rzut oka nie czaruje, ale jak z treścią? Dziesięć opowiadanek, kręcących się dookoła okładkowych "pierwszych razy" oczywiście nie obejrzymy 10 scen jakichś defloracji, tylko 10 "debiutów" w różnych powiedzmy dziedzinach, ot chociażby chłop zostanie po raz pierwszy wyruchany przez babę straponem (to akurat było słabe). Do tematu podchodziłem jak pies do jeża, pamiętając potworka zwącego się "Istota", podobnego w założeniach, aczkolwiek autorstwa miejscowych "specjalistek" (ciężko powiedzieć od czego). No i przyjemnie się rozczarowałem, bo same nowelki okazały się również przyjemne, trochę na śmiesznie, trochę na poważnie, trochę na romantycznie a trochę na pornograficznie, wiadomo autorka raczej nie odkryje przed czytelnikiem (przynajmniej takim mającym więcej niż te -naście lat) jakichś niezwykłych tajemnic, ale przynajmniej nie odniesiemy wrażenia, że bredzi o tym co jej się wydaje, że wie, tylko opowie o tym co faktycznie wie. I tylko szkoda, że ta druga Sibylline nie zilustrowała choćby jednego rozdziału. Ocena 6/10.
"Shane" - Jean-Francois di Giorgio, Paul Teng. Wszystkie pięć albumów serii przygodowo-historycznej upchane w jednym zbiorczym tomie. Anglia z początków XII wieku, przy powrocie na Wyspy w katastrofie okrętu ginie Wilhelm jedyny syn panującego wówczas króla Henryka I Beauclerca. Z wypadku z życiem uchodzi tylko jedna osoba, sam ON, Shane. irlandzki najemnik na służbie władcy Anglii i Normandii główny bohater komiksu, jeden z najbardziej niewyraźnych pierwszoplanowych bohaterów jakich miałem okazję poznać. W miejsce martwego syna Henryk postanawia jako spadkobiercę wystawić swoją córkę Matyldę, młodą wdowę po Cesarzu Niemiec, co oczywiście doprowadzi do wściekłości większość możnych skupionych wokół Stefana z Blois (z Kościołem na czele a jakże) a królestwo stanie na krawędzi wojny domowej. Wszystkie postacie a także wydarzenia (łącznie z tym, że morską katastrofę przeżyła jedna osoba) z wyjątkiem oczywiście Shane'a są bardziej lub mniej zgodne z rzeczywistością. Na dworze okaże się, że Matylda i Shane znają się jeszcze z dzieciństwa, gdy przysięgli sobie dozgonną miłość a że podobno "stara miłość nie rdzewieje"..., no w każdym razie, bohater będzie musiał udaremnić zamach wykonany przez wcześnosredniowiecznych nindżów po czym Matylda zostanie ogłoszona jako oficjalny sukcesor tronu. W tomie drugim Shane będzie ratował porwaną księżniczkę i ruszy w pościg i jednocześnie ucieczkę, za jednym z organizatorów zamachu z tomu pierwszego przez którego będzie wmanewrowany w zabójstwo przyjaciela i jednocześnie doradcy Henryka. Tom trzeci to poszukiwania głowy Jana Chrzciciela, tom czwarty rozprawa z bandą rzezimieszków oraz ostatni tom piąty, ostateczna konfrontacja ze złoczyńcami.
Rysunki Tenga bardzo klasyczne, zaryzykowałbym stwierdzenie, że aż za bardzo, przez co jest to trochę nudnawe w oglądaniu, ale miłośnicy takiego quasi-realistycznego stylu raczej docenią. Kadry wypełnione szczegółami, co zazwyczaj przyprawia mnie o dobry humor zwłaszcza w komiksie historycznym. Plusik za twarze, bez specjalnego idealizowania i doprawdy bardzo mocno różniące się między sobą, pomimo obecności naprawdę dużej ilości postaci. Za kolory odpowiada nasza rodaczka Grażyna Kasprzak i jak to ma w zwyczaju nie daje absolutnie żadnych powodów do narzekań na swoją pracę, dostosowując się do tego konserwatywnego stylu, tak po przeglądnięciu (przeczytaniu zresztą też) byłem przekonany, że to absolutnie typowy przedstawiciel europejskiego nurtu z przełomu lat 80/90 okazało się ku mojemu zdziwieniu, że komiks jest o dekadę młodszy. Znaczy się, jeżeli z góry nie nastawimy się na zachwyt to powinno się raczej podobać.
Co by tu tak w podsumowaniu napisać? No cóż "Shane" to przykład najzupełniej przeciętnego przedstawiciela swojego gatunku. Przede wszystkim di Giorgio popełnił błąd, całkiem często przytrafiający się autorom, zbyt wiele srok chciał za ogon naraz chwycić. Mamy do czynienia z wyraźnym fabularnym podziałem na części historyczne i momenty akcji-przygodowe. Jako, że na tom składa się pięć frankofońskich albumów standardowej objętości, biorąc pod uwagę iż autor wymyślał scenariusz na bieżąco bez zdaje się większego planu co do rozmiaru serii (ten album z głową, naprawdę po co? ani to mądre, ani fajne, ani kompletnie nic nie wnosi do całościowej fabuły) żadna z części nie ma szans właściwie wybrzmieć. Polityczne intrygi są kwitowane jednym-dwoma zdaniami, na dodatek kopnięciem prosto w krocze (czytelnika, który nie jest znawcą historii Anglii sprzed tysiąca lat) jest brak praktycznie jakichkolwiek przypisów co w komiksie tego rodzaju jest błędem niewybaczalnym i sporo dosyć ciekawych wiadomości, przemknie nam niezauważonych (naprzykład po co były te minogi?). Nie to, może żeby sama fabuła była jakoś szczególnie niejasna, ale to co jest (a bardziej to czego nie ma) nie pomaga specjalnie w gładkim jej przyswojeniu to w tej nieco szczątkowej formie po prostu "nie wciąga". Analogicznie nie mamy też specjalnie czasu, na podbudowę bohaterów, Shane to tak tragicznie papierowa postać, iż najbardziej wyraźną cechą jego "charakteru" są długie blond włosy (no i fakt, że potrafi z krzaków błyskawicznie wyciąć z kuszy trzech bandziorów

i zostać nazwany świetnym łucznikiem). W tej konfiguracji, sama akcja też wymaga sporych uproszczeń w stylu bohaterowie raz są tutaj, raz trzydzieści kilometrów dalej, zresztą tam tyle tych bohaterów się przewija (i znika jednocześnie) iż można się tylko zastanawiać czy scenarzysta nie mógł się zastanowić w jakim kierunku będzie zmierzać fabuła, czy planował pisanie kolejnego Thorgala (stawiam na to drugie). Co dosyć smutne, po kiepskim trzecim albumie (poprzednie dwa też nie były jakieś znakomite szczerze mówiąc), wydaje się, że seria zaczynała się nieco "klarować", z pewnością dobrym pomysłem było wstawienie do historii Abilene - jąkały, która może nie jest jakoś strasznie skomplikowana, ale przynajmniej logicznie pod względem psychologicznym skonstruowana i dodaje trochę pieprzu w stosunku do mdławej Matyldy do szczerze mówiąc momentami mdławego scenariusza. Fani gatunku mogą spróbować, nie ma tragedii, przygodni czytelnicy z racji tego, że podobnych komiksów na naszym rynku trochę się znajdzie lepiej niech poszukają czegoś lepszego. Ogólnie miało być mniej, ale jakoś te dwa ostatnie albumy nawet mnie wciągnęły. Ocena -6/10.
"Toppi kolekcja tom 4 - Kolekcjoner" - Sergio Toppi. Tym razem mocna zmiana formuły, album wyraźnie grubszy od poprzednich, wewnątrz tylko pięć komiksów (cztery z nich były wydane w magazynie L'Eternauta), każdy mniej więcej objętości standardowego europejskiego albumu a więc pozwalająca na fabularne rozbudowanie w stosunku do tego co zazwyczaj było wcześniej a bohaterem wszystkich jest jedna i ta sama osoba. Osobą tą jest tytułowy Kolekcjoner, postać bardzo enigmatyczna żyjąca gdzieś na przełomie XIX i XX wieku, zajmująca się zbieraniem różnorakich najczęściej magicznych artefaktów i relikwii. Osoba na pewno bardzo bogata a jednocześnie na tyle bezkompromisowa i zdeterminowana, aby za pomocą pieniędzy nie wysługiwać się innymi w swoich poszukiwaniach, tylko samemu się tym zajmować. Kolekcjoner to człowiek wielu talentów on zarówno świetnie posługuje się rewolwerem jak i czarną lub białą magią. Wszystkich zna, wszędzie był, gada we wszystkich językach, w tym momencie moglibyśmy się uśmiechnąć, bo człowiek raczej w średnim wieku więc kiedy on miałby się niby tego nauczyć? Z drugiej strony kto nam zaręczy, że to człowiek a nie jakiś demon? Na dobrą sprawę nie mamy pojęcia po co on te wszystkie rzeczy, narażając własne życie i zostawiając za sobą szlak trupów zbiera, jedną wskazówką są zdania w rodzaju "chcę to mieć". Zresztą to tylko stare komiksy

Kolekcjonera można nazwać bohaterem pozytywnym, aczkolwiek bardzo ostrożnie, owszem z pewnością wykazuje się swego rodzaju szlachetnością, złych karze, dobrych wynagradza przyjaźnią (co mu się często opłaca jak można zobaczyć), potrzebującym pomocy, pomaga. Aczkolwiek biada im wszystkim po równo, jeżeli staną pomiędzy nim a przedmiotami jego pożądania (albo tego co go popycha do zbieractwa), Kolekcjoner to ktoś na kształt Indiany Jonesa tyle że o wiele bardziej bezwzględny. Można by też określić go odwrotnością Corto Maltese, dla tego nadrzędna w podróży jest droga i przygoda, dla tego drugiego skarb na końcu a na przygody potrafi od czasu do czasu sarkać. Pewne odbicie postaci Jamesa Bonda też można w nim ujrzeć, gadżetów (najczęściej o mocno zabójczym działaniu u niego dostatek) a wyszczekany jak wszyscy trzej naraz. Fabuły interesujące i trzymające w napięciu, aczkolwiek trzeba być odpornym na bardzo silne przejawy deus ex machina (co poniekąd jest cechą całego gatunku). Miejsca akcji mocno rozsypane po całym świecie co wyklucza nudę, tak samo jak to, że czasem historia jest ukazana z perspektywy tych co mieli nieszczęście wejść w drogę samemu Kolekcjonerowi a nie głównego bohatera. Rysunków komentować nie trzeba są fantastyczne. Póki co chyba najlepszy i najrówniejszy tom w tej kolekcji. Ocena 8/10.
"Slaine - Pogromca Smoków" - Pat Mills, Leonardo Manco. No i ostatni z serii, poprzednika uznałem za całkiem ciekawą próbę odświeżenia formuły, ale patrząc się na opinie krążące w necie, większości stałych czytelników serii nie przypadła ona do gustu a nowych chyba nie napędziła, więc wraca stare. Oto wraca stary dobry Slaine, znowu ogolony, znowu z szelmowskim uśmiechem za to rządny krwi chyba bardziej niż zwykle. Sprawa kosmiczno-poza wymiarowych potworów i ich mrocznego bóstwa została rozwiązana, za to pozostała dogrywka z Brutusem (którego oczywiście bohater zabić nie może, więc zajmie się jego potwornym synem). Świetne realistyczne i dosyć mroczne rysunki argentyńskiego artysty przykuwają oko, ale do wysokiego poziomu grafik, tytuł już nas przyzwyczaił. No i cóż można powiedzieć z wyjątkiem tego, że się człek powtórzy? Wszystko to za co fani pokochali Slaine'a powraca. Znowu jest Ukko, znowu są dupeczki, znowu mamy do czynienia z bezrozumną przemocą (ciężko mi było w to uwierzyć po poprzednikach, ale jest jeszcze brutalniej). Trochę szkoda, że historia się kończy, zanim zdąży się rozpędzić porządnie (ledwie kilkadziesiąt stron) a Mills, wprowadza kilka fajnych pobocznych postaci, których nie za bardzo ma czas wykorzystać, więc widoki na coś więcej były. Ale jak kto ma ochotę na komiks bez pretensji do jakiejś głębokości (chyba, że chodzi o głębokość kałuż krwi), za to dający całkiem sporo zwykłej frajdy wynikającej ze świetnie narysowanego mordobicia, to jak najbardziej można. Ocena -7/10.
"Deadly Class tomy 8,9" - Rick Remender, Wes Craig. Kompletny zawód, po znakomitych na dobrą sprawę wszystkich poprzednich siedmiu tomach, seria może nie to, że obiera jakiś dziwny bądź też niewłaściwy kierunek, tylko zaczyna się kręcić w koło bez większego sensu. Marcus i Maria, ni z gruchy, ni z Pietruchy wracają znowu do szkoły. Nie to, żeby nie można się było tego spodziewać, ale raczej z ognistymi mieczami srogiej zemsty a nie z tornistrami. Parka bohaterów wraca normalnie na zajęcia jakby nic się nie stało, po czym zrywa ze sobą właściwie nie wiadomo z jakiego powodu, inne postacie są ze sobą kojarzone też nie wiadomo dlaczego. Ogólnie autor strzela swoimi pomysłami z częstotliwością, o wiele większą niż wcześniej przy braku jakiejkolwiek podbudowy fabularnej, ot większość przetasowań personalnych musimy przyjąć na zasadzie "bo tak". Nie wiem też dlaczego Remender uznał, że komiks chyba zbyt mało treści SJW wcześniej zawierał, bo teraz rzuca tym nader hojną ręką (bohater otwiera drzwi a tam jego wybranka, migdali się z drugą, otwiera następne a tam jego wróg obciąga drugiemu, trochę się pośmiałem). Stara-nowa paczka zostaje kompletnie roztrzaskana, albo uśmiercona, albo zepchnięta na dziesiąty plan (za to co zrobiono z Helmutem, pewnie ulubieńcowi większości czytelników, powinien otrzymać karę chłosty publicznej), w zamian zostaje dokoptowana kompletnie z xuja wyssana siostra Williego (może i nie jest ciekawa, ale ma kolor właściwy). Nasza droga młodzieży, chodzi na lekcje i robi imprezy przy okazji radośnie się mordując, co na tym etapie fabuły, jest kompletnie bez sensu. Zostaje uśmiercone, kilka ważnych postaci, które występowały praktycznie od początku i to śmiercią nader przypadkową. Ogólnie rzecz biorąc, Remender wyraźnie postawił na shock-value, kosztem jakiegoś rozsądnego rozwoju postaci i fabuły, zresztą potwierdza to nawet, pojawiające się pierwszy raz w serii full-nude. Jasne, dalej się połyka stronę za stroną, rysunki dalej są świetne, ale w stosunku do poprzedników to spora zapaść. Ogólnie odniosłem wrażenie (nie chciało mi się sprawdzać), że scenarzysta wziął się za jakąś nową serię i stracił trochę może zapał a może czasu nie miał specjalnie aby się właściwie zająć tą starą i pisał tutaj co mu ślina na ołówek przyniosła. No nic, powoli zbliżam się do finału, oby to była tylko chwilowa zapaść i zakończenie nie zepsuło, mojego naprawdę dobrego zdania o "Deadly Class". Ocena -6/10.