Autor Wątek: Bo chodzi o to, żeby plusy nie przesłaniały nam minusów - sezon drugi  (Przeczytany 215418 razy)

0 użytkowników i 1 Gość przegląda ten wątek.

Offline Nawimar III

Odp: Bo chodzi o to, żeby plusy nie przesłaniały nam minusów - sezon drugi
« Odpowiedź #735 dnia: Pn, 31 Marzec 2025, 21:12:03 »
Marzec
 
Sleepwalker nr 12 - Joe Quesada, który w tym momencie ,,zluzował” Breta Blevinsa, zaprezentował się mocno ekspresyjnie. Trzeba przyznać, że adekwatnie do sytuacji przybliżonej w tym epizodzie, tj. konfrontacji z Nightmar’m. Pomysł na tę fabułę spokojnie mógłby rozrosnąć się do obszerniejszej historii. Jednak także w tej formule jest to jedna z najciekawszych fabuł niniejszej serii.
 
Martian Manhunter vol.3 nr 12 - cienie tragicznej przeszłości od zawsze towarzyszą J’onnowi. Tak jest również tym razem; także z tego względu, że nastał czas zmagań z Neronem, ówczesnym władcą piekielnej otchłani. Niniejszy epizod to właśnie część tej opowieści (tj. opublikowanego u nas w ramach kolekcji ,,Bohaterowie i Złoczyńcy” wydarzenia pt. ,,Rozpęta się piekło") z perspektywy Marsjańskiego Łowcy. Nie mogło zatem zabraknąć wizji dawnego Marsa, swoistych retrospekcji z udziałem dawnych przyjaciół J’onna oraz wykazującego świetną formę twórczą Toma Mandrake’a.

Shade Człowiek Przemiany t.1
- bazując na niemal zapomnianym koncepcie Steve’a Ditko ,,importowany” z Wielkiej Brytanii Peter Milligan najwyraźniej zdecydował się zaproponować kultowo-offowy (a na pewno awangardyzujący) strumień świadomości, stylizowany na majak szaleństwa. Miało to co prawda na swój sposób interesujący wymiar; niemniej mimo wszystko dobrze, że najprawdopodobniej został on upomniany, by efekt swojej pracy uczynić w zbliżonym stopniu komunikatywnym jak przy okazji takich serii jak „Sandman” i „Hellblazer”. Stąd na etapie mniej więcej trzech czwartych tego zbioru przyswajalność zaproponowanych fabuł znacząco się zwiększa. Za to Chris Bachalo, któremu trafiło się zilustrowanie tego zbioru to od pierwszych plansz jedna z mocniejszych stron tego przedsięwzięcia.
 
Radiant Black t.002 - mimo że w przypadku tej propozycji wydawniczej mamy do czynienia z kumulacją dobrze znanych motywów (a nawet parafrazą funkcjonującej od lat popularnej franszyzy), to jednak dzięki odczuwalnemu entuzjazmowi twórczemu autorów tego przedsięwzięcia łatwo dać się porwać tej opowieści. Przy czym oprócz dosycenia akcją, znać ponadto ambicje nadania głębi osobowościowej poszczególnym uczestniczkom/uczestnikom ,,dramatu”. Nie dość na tym daje się zauważyć ambicje do wytworzenia quasi-mitologii tej serii. Stąd nawet dla odbiorców nieszczególnie zainteresowanych fabułami z udziałem dorastających protagonistów tytuł ten okazać się może zajmującą, a nawet emocjonującą lekturą.
 
Sleepwalker nr 13 - pomimo względnie harmonijnej koegzystencji tytułowego bohatera z jego ziemskim ,,żywicielem” oraz wkomponowania się w superbohaterską społeczność Sleepwalker niezmiennie poszukuje sposobu, by powrócić na swój macierzysty plan egzystencji. Szansa na spełnienie tego oczekiwania okazuje się jednak jeszcze jednym wyzwaniem, prowadzonym na miarę ówczesnego Marvela.
 
Martian Manhunter vol.3 nr 13 - po krótkim przerywniku główny nurt tej serii powraca do wątku dotyczącego niegdysiejszej kolonii Marsjan w przestrzeni Saturna. Nie mogło zatem zabraknąć nawiązań do niedawnej konfrontacji z Malefikiem, a nade wszystko księcia ludu Saturna w osobie Jemma. Niestety ten ostatni, pomimo ogromu potencjału, nadal zachowuje się jak dziecko specjalnej troski. Nie zmienia to okoliczności, że pierwszy epizod ,,Pierścieni Saturna” rokuje autentycznie ekscytującą historie.

Gargamel, przyjaciel Smerfów
- niemożliwie raz jeszcze (vide „Zakochany czarownik”) stało się możliwe i tym samym jest okazja, by tytułowego „wirtuoza” nauk mniej lub bardziej tajemnych poznać od zupełnie odmiennej niż dotychczas strony. A to tylko jeden z wątków tej rozpisanej na „gęsto” opowieści, w której Smerfy raz jeszcze będą miały okazje wykazać się nieprzeciętnym sprytem oraz improwizacyjnym zmysłem.
 
Hulk - Donny Cates zdecydowanie nie miał łatwego zadania. Zlecono mu bowiem zastąpienie dwóch autorów, którym udało się wygenerować z powierzonych im tytułów mnóstwo znakomitych fabuł. Mowa tu o dokonaniach Jasona Aarona w kontekście Thora oraz Ala Evinga przy okazji jednej z najlepszych serii superbohaterskich ostatnich lat, tj. „Nieśmiertelnego Hulka”. Co prawda „pułapu” efektu pracy obu wspomnianych scenarzystów nie osiągnął; jednak pochodna jego twórczych wysiłków ewidentnie zasługuje na uwagę. Tak się sprawy mają także w przypadku rozpisywanej przezeń serii „Hulk”, którą pomimo kolejnego restartu spokojnie można potraktować w kategorii naturalnej kontynuacji „Nieśmiertelnego Hulka”. Cates zdołał zaproponować sensowny pomysł na tzw. ciąg dalszy, łącząc „eksplozywną” rozrywkę z eksploatacją motywu wewnętrznych zmagań Bruce’a Bannera z tkwiącymi w jego podświadomości demonami. Na swój sposób można potraktować tę odsłonę losów tej postaci w kategorii swoistej parafrazy znanej u nas „Planety Hulka”. Ogólnie jest dobrze i chciałoby się aby Egmont kontynuował prezentacje losów „Zielonego Goliata”.
 
Epizody z Auschwitz t.3: Ofiara – tym razem autorska spółka przekierowała uwagę czytelników tej serii na jedną z najciekawszych osobowości polskiego międzywojnia. Mowa tu o Maksymilianie Marii Kolbe, duchowym tytanie i wizjonerze, którego metody popularyzacji treści ewangelicznych nie przestają imponować. Pomimo okazjonalnych retrospekcji twórcy tej serii trzymali się jej zasadniczej formuły i tym samym skoncentrowali się na schyłku życia niezmordowanego franciszkanina. Stąd odbiorcy wspólnej produkcji Michała Gałka i Łukasza Pollera będą świadkami pobytu protagonisty tego epizodu w niemieckim obozie koncentracyjnym Auschwitz, w tym jego męczeńskiej śmierci w głodowym bunkrze. Autor scenariusze sprawnie i przekonująco rozpisał poszczególne sekwencje, a jakby na marginesie głównego nurtu opowieści jej epizodycznym bohaterem uczynił Tadeusza „Teddy’ego” Pietrzykowskiego, również więźnia Auschwitz, wsławionego siarczystym oklepywaniem niemieckich facjat. Usiłowanie wybielania masonerii wypada potraktować jako tzw. wypadek przy pracy. W wymiarze plastycznym, podobnie jak przy okazji poprzednich dwóch epizodów, również w przypadku niniejszego, użycie stylistyki realistycznej okazało się optymalnym rozwiązaniem.
 
Hulk kontra Thor: Sztandar wojenny - teoretycznie tego komiksu mogłoby nie być, bo nie za wiele wnosi. Z drugiej strony superbohaterskie „tasiemce” już tak mają, a ich walor stricte rozrywkowy w gruncie rzeczy oparty jest przede wszystkim na motywie konfrontacyjnym. Obaj mocarni panowie biorą się zatem za łby (nie pierwszy już zresztą raz) i jeśli komuś tego typu „sieka” (we względnie pozytywnym rozumieniu tego „terminu”) odpowiada, to i tym razem gryzł dywanów z nieutulonego żalu i rozczarowania nie będzie. Grono ilustratorów „wprzęgniętych” w ten projekt zrobiło co swoje, a obaj skonfrontowani „gwiazdorzy” oddalili się po wszystkim ku swoim bieżącym obowiązkom. Rzecz zdecydowanie przede wszystkim dla fanów konwencji oraz wspomnianych w tytule postaci.
 
Marvel Origins t. 57: X-Men 3 - sporo dobrego: interakcja z „prototypem” skądinąd znanego Beyondera, zapowiedź przejścia rodzeństwa Maximoff na stronę tzw. aniołów, debiut „Władcy Murów” oraz zainicjowanie jednego z najbardziej emocjonujących wątków w całej mitologii mutantów Marvela, tj. systemowego ich prześladowania przez humanoidalne droidy, zwane Sentinelami. Jest zatem w co się wczytać i tym samym bardzo cieszy na ten moment ekspresowa prezentacja tej serii (czwarta jej odsłona już zapowiedziana). Irytuje natomiast brak przetłumaczenia na język polski plansz prezentowanych jako dodatki do tego zbioru. Wszak mamy do czynienia z polską edycją tej kolekcji… Z kolei na swój sposób bawi brnięcie jednego z autorów uzupełniającej publicystki w „pieczątkowanie” Alexa Totha (wykonał rysunki do dwunastego epizodu serii „X-Men vol.1”) jako „artysty zapomnianego”. Co prawda takowy „stempel” przytrafił mu się po drugiej stronie Atlantyku w okolicy połowy lat 80. ubiegłego wieku. Od dawna jednak slogan ten jest nieaktualny, a Toth zasadnie cieszy się statusem klasyka komiksowej kreski i plamy.
 
Sleepwalker nr 14 - zamaszyście rozrysowana konfrontacja tytułowego bohatera z debiutującą łotrzycą (w tej roli Spectra) niespodziewanie okazuje się szansą na powrót rzeczonego do jego macierzystej domeny. Przejawiło się to sporą dawką emocji oraz perspektywą spotkania z kolejnymi po m.in. Spider-Manie i Deathloku osobowościami uniwersum Marvela. Seria nadal rozwija się w dobrych kierunkach.
 
Fury MAX t.1 - wznowienie niegdyś opublikowanej przez Mandragore mini-serii, uzupełnionej o rozbudowaną retrospekcje z czasów udziału Nicka Fury w II wojnie światowej wypadło nadzwyczaj udanie. Mam wrażenie, że ta pierwsza z czasem tylko zyskała; druga z kolei zwiększyła moje zainteresowanie serią w której rzeczony debiutował (,,Sgt. Fury and his Howlling Commandos”). Stąd miło, że przed nami perspektywa co najmniej jeszcze jednego zbioru z udziałem pana naczelnika S.H.I.E.L.D.

Martian Manhunter vol.3 nr 14 - już tylko ,,zaanonsowanie” się autorów wskazuje, że epizod ten dystrybuowany był w momencie rozbicia popkulturowego banku przez machinę promocyjną ,,Mrocznego Widma”. Swoje robi ponadto kosmiczny anturaż oraz ciąg dalszy intrygi z nadspodziewanie pasywnym Jemmem jako jej centralnym ,,punktem”. Udany rozwój tej historii, zachęcający do rozpoznania tzw. ciągu dalszego.

Kajtek i Koko: Zwariowana wyspa
- niejednokrotnie nachodziła mnie myśl, że najbardziej udaną opowieścią spośród przygód Kajtka i Koka jest właśnie niniejsza. Po zreflektowaniu się status ten w moim osobistym rankingu przyznawałem jednak ,,W Kosmosie”, co nie zmienia okoliczności, że ,,Zwariowana wyspa” to niezmiennie intrygująca i pod względem konstrukcji bezbłędna, precyzyjnie rozplanowana fabuła. Mistrz Janusz w najlepszej swojej formie.
 
Bohaterowie i Złoczyńcy t.94: Widmowa strefa - jest pewne grono twórców w swoim czasie współkreujących superbohaterskie uniwersa, których dokonania bardzo źle się zestarzały. Jednym z takim autorów jest w moim przekonaniu Steve Gerber, którego fabuły często są wręcz nie do przyswajania. Paradoks tego tomu polega na motywie wiodącym (tytułowa Widmowa Strefa), który sam w sobie jawi się jako interesujący. Jednak rozpisana przez wspomnianego fabuła ma już wartość jedynie historyczną, bo jej walor rozrywkowy niemal całkowicie „wypłowiał”. Na jej tle tym bardziej wyraziście znać jak znaczącą rewolucją okazała się rewitalizacja Człowieka ze Stali przez Johna Byrne’a oraz autorów, którzy jego zamysł kontynuowali. Toteż niniejsza zbiór to nade wszystko ciekawostka dla osób zainteresowanych zmianami, które dokonały się w konwencji superbohaterskiej i ogólnie uniwersum DC w toku przedostatniej dekady XX w.
 
Batman: Łowy – możliwość kolejnego rozpoznania zasobów serii „Batman: The Legends of the Dark Knight” to niezmiennie radość w najczystszej postaci. O dziwo, nawet gdy mamy do czynienia z utworami nieszczególnie utalentowanego twórcy, którym w moim przekonaniu jest Doug Moench. A jednak wspólnie z często kooperującym z nim plastykiem w osobie Paula Gulacy rozpisał dwie, całkiem zgrabne fabuły, z udziałem jednego z najstarszych adwersarzy Mrocznego Rycerza, tj. mocno zaburzonego psychiatry Hugona Strange’a. Zresztą obsada tego zbioru do rzeczonego szubrawcy się nie ogranicza, co tylko zwiększa atrakcyjność obu wartko prowadzonej opowieści. Oby jeszcze nie raz „czerpano” dla nas ze „skarbca”, którym niezmiennie jest zasób wspomnianego miesięcznika. Takich historii z Batmanem nigdy za wiele.

Sleepwalker nr 15 - osłabiony brakiem dostępu do umysłu Ricka Sleepwalker w końcu dociera w tę ,,przestrzeń”. Tam jednak czeka nań nie tylko regeneracja wyczerpanych sił, ale także wizyta nieproszonych gości. Co więcej, wśród nich jest także sam Reed Richards. Scenarzysta serii (tj. Bob Budinsky) zadbał, by nie zabrakło niespodzianek oraz stosownie udramatyzowanego finału. Z kolei Bret Blevins (tj. etatowy rysownik tego przedsięwzięcia) zaproponował kilka interesujących rozwiązań plastycznych. Krótko pisząc fachowa robota.
 
Daredevil. Znowu w czerni t.3 - majstrowanie Charlesa Soule’a przy losach niewidomego obrońcy Hell’s Kitchen ma co prawda opinie nierównego; ja jednak muszę przyznać, że w ogólnym rozrachunku miałem niemało satysfakcji z lektury rozpisanych przezeń opowieści. Przy czym ten pozytywny odbiór wynikł także z udziału w tym przedsięwzięciu tak wprawnych plastyków jak Phil Noto, a nade wszystko Ron Garney. W niniejszym tomidle nie zabrakło licznych, gościnnych występów, w tym zwłaszcza napięcia na tle zmagań Śmiałka nie tylko z jego najbardziej zajadłym adwersarzem (czyli oczywiście Kingpinem), ale przede wszystkim z tzw. literą prawa i konsekwencją problematycznej decyzji społecznej. Nawet jeśli jest to realizacja o kilka klas ustępująca najbardziej docenionym utworom z udziałem Daredevila, to jednak mimo wszystko jawi się ona jako fachowa robota, o znacznym walorze rozrywkowym.

Martian Manhunter vol.3 nr 15 - w opinii co poniektórych tzw. granie w gry to nic innego, jak trwonienie czasu, którego ponoć nigdy za wiele. A jednak wspólne rozgrywki z Guyem Gardnerem mocno się przy tej okazji J’onnowi przydały. Przy czym całość tej opowieści to nie tylko ciąg dalszy rozwałki na tle kłopotów z księciem Jemmem, ale także okazja by przyjrzeć się strukturze społecznej mieszkańców Saturna oraz uzupełnienie ,,panteonu” przeciwników tytułowego bohatera o kolejną, interesująco zaprojektowaną osobowość.
 
Sałatka ze Smerfów - w swojej klasie wprost „mrożąca” krew w żyłach opowieść niemal na miarę „Czarnych Smerfów”. Jak jednak niemal zawsze, także tym razem przenikliwość Papy Smerfa okazała się nieoceniona.
 
Zbłąkane kule t.2 - mimo że poprzednim tomie przyjęte dla zawartych w nim opowieści założenia zostały przez ich twórcę (tj. Davida Laphama) z powodzeniem osiągnięte, to jednak niniejszy zbiór jest przejawem jeszcze bardziej zwyżkującej formy rzeczonego. Ponowna „wizyta” w rynsztoku człowieczeństwa wypada bowiem (oczywiście dla koneserów tego typu projektów) satysfakcjonująco. Wizja zezwierzęconej i uwarunkowanej popędami natury ludzkiej, według schematu „krew na pierwszej stronie” zaprezentowana została z naturalistyczną wręcz sugestywnością, a przy tym przy znamionach plastycznej dojrzałości warsztatu autora tego utworu. Można zatem pokusić się o przypuszczenie, że dalej również będzie niezgorzej.
 
Marvel Origins t.58: Spider-Man 10
- John Romita Starszy (twórca warstwy plastycznej najpopularniejszego wówczas tytułu Marvela) ewidentnie się rozkręcał. Dobrze się też złożyło, że to właśnie on, autor o znacznym doświadczeniu w rozrysowywaniu komiksowych romansów, przejął tę serie akurat na czas debiutu Mary Jane, jednej z najbardziej istotnych osobowości mitologii Pajęczego Herosa. Przy czym równocześnie znać wysoką jakość pracy tego autora także w przypadku cremé de la cremé superbohaterskiej konwencji, tj. sekwencji konfrontacyjnych. Przed nami autentycznie wiele dobrego.
 
Sleepwalker nr 16 - to co z miejsca ciska się w oczy w trakcie lektury konkluzji ,,Color Blidness” to modyfikacje wprowadzone przez Breda Blevinsa w jego stylistyce. Kreska przezeń zastosowana jest bardziej ,,dosłowna”, a co za tym idzie formy przezeń rozrysowywane są na swój sposób bardziej wyraziste. Osobiście preferuję jego wcześniejszą, bardziej ,,rozedrganą” manierę wizualizacji (vide m.in. siódmy epizod tej serii), choć obecna również prezentuje się bardzo dobrze. W wymiarze fabularnym zarówno Rick, jak i ,,lokator” jego podświadomości, mierzą się z przełomowym dla niech wyzwaniem. Fortunnie mogą liczyć na wsparcie z ,,zewnątrz” ze strony ,,Pierwszej Rodziny Marvela”.
 
Martian Manhunter vol.3 nr 16 - finał ,,Pierścieni Saturna” swoją jakością nie ścina z nóg, ale też nie sposób uznać tę odsłonę serii za rozczarowującą. Odrobina romantycznych uniesień na przemian z mordobiciem (do tego na tle społeczeństwa Saturna), to interesujące uzupełnienie tej inicjatywy twórczej.
« Ostatnia zmiana: Pn, 31 Marzec 2025, 21:13:36 wysłana przez Nawimar III »

Odp: Bo chodzi o to, żeby plusy nie przesłaniały nam minusów - sezon drugi
« Odpowiedź #736 dnia: So, 05 Kwiecień 2025, 14:13:14 »
  Podsumowanie marca. Mniej niż zakładałem, niezupełnie z mojej winy. UWAGA, UWAGA JAK ZAWSZE MOGĄ POJAWIĆ SIĘ SPOILERY!!!


  "Lepsi Wrogowie Spider-Mana" - Nick Spencer, Steve Lieber. Komiks ze Spider-Manem w tytule bez Spider-Mana. Bohaterami tego albumu jest reinkarnacja jednej z bardziej kultowych supergrup czyli Złowieszczej Szóstki w całkowicie nowym składzie złożonym z pięciu (to nie pomyłka) osób. Fabuła zakręcona jak precelek, nieformalny przywódca nowej grupy złoczyńców Bumerang, przekonuje swoich kompanów do planu wielkiego skoku, który zapewni im sławę i chwałę w półświatku a także oczywiście mnóstwo forsy. Pomysłem tym jest kradzież ciągle żyjącej, właściwie rzecz biorąc legendarnej i podobno nieistniejącej głowy przywódcy Maggii, Silvio Manfrediego jej obecnemu właścicielowi Owlowi. O tym, że "genialny" plan nie jest autorstwa pomysłodawcy tylko Kameleona, któremu tenże złoczyńca jest winien spory dług, reszcie ekipy nie warto wspominać bo i po co? Napad w zależności od punktu widzenia okazuje się mniej lub bardziej udany, głowy oczywiście tam nie ma, ale znajdzie się inny równie cenny łup. Fabuła to połączenie historii nazywanej powszechnie "heist-coś tam" z gangsterską komedią autorstwa Guya Ritchiego, czyli mniej więcej można się spodziewać. Sprawa zakreśli krąg zdecydowanie większy niż ten na starcie, wciągając coraz to nowe postacie, każdy będzie próbował wyrolować każdego a ilość niedorzecznych zbiegów okoliczności dodatkowo zamgli i tak już mętną sytuację.
  Rysunki trochę nie moja bajka, taka typowa marveloza z zeszłej dekady. Grube linie, styl lekko cartoonowy, nieprzesadnie bogate tła. Przyznać trzeba jednakże, że Lieber dobrze czuje komediową konwencję, znajdzie się trochę poukrywanych smaczków lub żartów na rysunkach. Od czasu do czasu próby kreatywnej zabawy obrazkami wzorując się na pracach Davida Aja w "Hawkeye'u" (ogólnie stylowo rysunki też przypominają twórczość Hiszpana, chociaż to nie ten poziom). Owszem chciałoby się, aby było lepiej i są ludzie którzy zrobiliby to lepiej, ale jest przejrzyście i stosunkowo elegancko więc za grafikę możemy dać wątły bo wątły, ale zawsze plusik.
  Muszę przyznać, że komiks wziął mnie trochę z zaskoczenia. Oczywiście widziałem mnóstwo opinii o (czarnej) komedii więc spodziewałem się całego mnóstwa mniej bądź bardziej udanych dowcipów wraz z hojną ręką rzucanymi marvelowskimi sucharami i poniekąd to dostałem. Grupa trzecioligowych nieudaczników porywających się na numery, które zdecydowanie ich przerastają to jako żywo przebitka z Gangu Olsena i poniekąd po raz kolejny to właśnie dostałem. Czego się spodziewałem a nie dostałem to Spider-Man, myślałem że nawet jeżeli nie fizycznie to jego duch ciągle będzie się nad bohaterami tej historii unosił, jednak nie, członkowie (i członkini) Złowieszczej Szóstki (Piątki), rzadko go wspominają. Czego natomiast się nie spodziewałem, to to, że historia będzie mi natrętnie się kojarzyła z tymi komedio-dramatami startującymi na festiwalu w Sundance, tymi które raczej rzadko dostają główną nagrodę od jury, za to bardzo często otrzymują nagrodę publiczności. Sporo się wcześniej naczytałem i nasłuchałem jaki ten komiks nie jest zabawny i szczerze mówiąc do mnie trochę te dowcipy Spencera nie trafiają, trochę ich zbyt dużo a większość nie jest przynajmniej w moim mniemaniu jakiejś nadzwyczajnej próby (chociaż znajdą się oczywiście udane), autorowi wydaje się, że jest jakimś strasznie zabawnym tekściarzem, ale jednak trochę do Slotta, Zdarsky'ego czy Posehna brakuje. Natomiast komiks działa w 100% jako psychiczna wiwisekcja trzeciorzędnego łotra i chyba w ten sposób podchodziłbym do "Lepszych Wrogów Spider-Mana", do obrazu człowieka tak przygnębiającego, że przemieniającego się w swoistą "komedię ludzką". Wbrew tytułowi bohater wcale nie jest zbiorowy a jest nim jedna konkretna postać. Freddie Myers alias Bumerang nieformalny przywódca (czasami) Złowieszczej Szóstki, on będzie narratorem z jego perspektywy (najczęściej) będziemy oglądać sytuację. Troszeczkę tracą na tym pozostali członkowie grupy sprowadzeni raczej do roli tła i kół zamachowych złożonych z archetypów dla poczynań protagonisty, aczkolwiek nie można powiedzieć że nie dostaną chociażby tych przysłowiowych pięciu minut (chociaż to też nie wszyscy). Na tle reszty, najlepiej wypada chyba Herman Schulz alias Shocker, chociaż nie jestem fanem jego wyglądu szczerze mówiąc, ja wiem że świat się zmienia i facet nazywający się Bryan Lee O'Malley wcale nie okazuje się rudowłosym piegusem, ale nazwisko, pochodzenie i wygląd Shockera zostały dawno temu ustalone, nie przepadam za zamianami kanonicznych rzeczy, wolę nową jakość, ale to już tak na marginesie. Wracając jednak do Bumeranga, całkiem ciekawie stworzono jego postać, może nie zabrzmi to jakoś oryginalnie (chociaż to tylko na pozór), facet jest kompletnym gnojem. Za każdym razem jak autor zdaje się odkrywać przed nami jako czytelnikiem jakąś jego pozytywniejszą cechę czy ukrytą lepszą stronę to okazuje się to zmyłką a my na widok protagonisty zaczynamy odczuwać coraz większą odrazę. Z każdym kolejnym kłamstwem, oszustwem czy zdradą zadajemy sobie pytanie "kiedy na litość boską on w końcu przestanie?" Odpowiedź jest nader prosta. Nigdy. Bumerang to gość, który lubi swoje przestępcze życie. I paradoksalnie zdaje sobie sprawę dokładnie z sytuacji w której się znajduje, w miarę rozwoju historii wyłania się obraz stosunkowo inteligentnego człowieka, w którego poczynaniach nie ma w tym nic z uporu głupca próbującego rozbić głową ścianę, czy masochistycznej przyjemności z dostawania cięgów od zarówno superbohaterów jak i superzłoczyńców. A u samych podstaw jego postępowania leży jakże ludzka rzecz nadzieja (podparta nieco równie ludzką arogancją). To w połączeniu z zakończeniem w którym dostaje jeden ten pozytywny moment w którym okazuje się, że on swoich kolegów chociażby sprzedał za 5 dolarów to jednocześnie i lubi i szanuje bo w pewien sposób przypominają jego samego sprawia, że nie odrzucamy konceptu na głównego bohatera w całości. Ot taka pochwała małych ludzi, którzy rzucili wyzwanie wielkiemu światowi na swoich własnych zasadach i których koniec, końców nie da się złamać moralnie choćby nie wiadomo ile razy wysłać ich połamanych fizycznie do więziennego szpitala na Rikers. Poprzednio przy "Historii Spider-Mana" napisałem, że czuć iż to komiks od fanów dla fanów, tutaj jest identycznie. W występach pobocznych postaci chociażby Punishera, który nie jest Punisherem czy potyczki z Bullseye'm widać, że Spencer i doskonale zna uniwersum jak i wie jakimi ścieżkami podążą myśli czytelnika. Aha żebym nie zapomniał, sama fabuła jest naprawdę wciągająca. Ocena 7+/10.


   "Slaine - Kroniki Brutanii tomy 1,2" - Pat Mills, Simon Davis. Dosyć specyficzny status tego komiksu przypominający nieco nowe Gwiezdne Wojny będące jakąś dziwaczną hybrydą sequela i remake'u, tutaj mamy do czynienia jednocześnie i z sequelem i z rebootem. Slaine jako bohater kompletnie odmieniony, status świata również a niektóre przygody wcześniej przeżyte można odczytać, że się przydarzyły inne niekoniecznie, cóż dosyć bzdurne zakończenie równie bzdurnego "Lord of Misrule" dały pewne pole do popisu dla takich eksperymentów. Niektóre postacie zabite wcześniej będą znowu żyły inne nie. Głównym czarnym charakterem będzie Dziwaczny Lord Wyleniały Gododin syn Fega (ten jest dalej martwy jak głaz), oraz tutaj zupełna nowość (pomysł dobry) Brutus (i jego grecka  kompania), ale nie ten od Cezara tylko ten z brytyjskich legend potomek Eneasza z Troi, który zostanie przodkiem Króla Artura. Slaine wraz z nową kompanką Sinead (wojowniczką? kapłanką?) oraz później przyjacielem z dawnych czasów Gortem musi udać się na należącą do Lordów Drune wyspę Monadh aby przerwać ich okrutne eksperymenty na ludzkości.
  Cóż cała seria nie jest znana z raczej nadzwyczajnego poziomu scenopisarstwa za to bardzo przyzwoitej szaty graficznej i w tym przypadku nie jest inaczej. Więcej jest, lepiej niż bardzo przyzwoicie. Rysunki Davisa są po prostu świetne, tak blisko mistrzowskiego poziomu jak tylko się da, chociaż odrzuca on nieco realizm poprzedników, stawiając raczej na ekspresję i dynamikę. Cudowne pastelowe kolory, malarski charakter całości. Uwagę zwracają świetne projekty na dobrą sprawę właściwie wszystkich postaci i (zwłaszcza) potworów gdzie specjalną nagrodę dostaną wszyscy czterej Dziwaczni Lordowie (Gododin po transformacji wygląda jak skrzyżowanie Predatora z Ultronem). Owszem może i w kilku miejscach widać nawet nie silne inspiracje, ale wręcz kopiowanie cudzych pomysłów, ale jakoś to nie przeszkadza. Na swój sposób jest to nawet zabawne, ale jakoś nie jestem przekonany do nowego wyglądu samego Slaine'a. Nowością dla tytułu jest też brak atrakcyjnych kobiet, wizualną inspiracją dla partnerki bohatera Sinead była jak twierdzi sam rysownik cudowna Yo-Landi Visser (co tylko przypomina nam, żeby ostrożnie obierać za idoli wszelkiej maści dziwolągi, bo może się okazać że ich jebnięcie wykracza poza sceniczny image), chociaż z rysów twarzy przypomina mi ona kogoś innego (ale nie mogę skojarzyć kogo). W końcu dostaliśmy splash-page.
  Niestety tak jak ciężko mi nachwalić się wizualiów tak niekoniecznie przekonuje scenariusz napisany przez Millsa. Zacznijmy od tego, że komiks niekoniecznie może przekonać fanów klasycznego Slaine'a. Mi osobiście  próba całkowitej odmiany tonu opowieści przypadła do gustu. Koniec z jowialnym mięśniakiem o szelmowskim uśmiechu i jeszcze bardziej szelmowskim usposobieniu. Nowy Slaine (nie do końca pewne czy to ten sam nawet) to zmęczony życiem, zniechęcony, wychudzony i nawet mniej agresywny anty-bohater w typie Mad Maxa. Całkowicie przeniesiono akcenty opowieści, prując ją właściwie kompletnie z humoru (Ukko tylko raz i to w retrospekcji) z wyjątkiem znanych i kochanych one-linerów "pocałuj mnie w topór" i "nie uważam żeby to było zbyt dużo" do których dochodzi "jestem wybitnie drastyczny w sztuce przemocy" (nie znam się, ale chyba dało się to lepiej przetłumaczyć, niby wiadomo o co chodzi, ale brzmi to trochę jak masło maślane). Teraz jest na poważnie, dramatycznie i horrorowo. Mi się podoba, nie każdemu może podejść. Pomimo tego, że to niby reboot to nie jest chyba najlepszy moment wejścia w serię, historia nie raz nie dwa korzysta z mitologii tytułu właściwie nic nie wyjaśniając, na dodatek dosyć tradycyjnie dla 2000AD zdaje się mocno fragmentaryczna nie zawsze zachowując związki przyczynowo-skutkowe rzucając bohatera raz tam, raz siam czasami jakby bez powodu. Jednakże tym co najbardziej "dusi" całą opowieść jest jej zanurzenie w odmętach politycznej poprawności potęgowane przez coraz wyraźniejsze próby odrzucenia dziedzictwa grecko-rzymskiego przez autora co doprowadza w którymś momencie do strasznie topornej (nawet jak na niego) krytyki chrześcijaństwa jak i nawet już nie patriarchatu, ale mężczyzn wogóle. Nie pomaga nieco mętne i najzwyczajniej w świecie zbytnio ściśnięte zakończenie. A co oprócz tego? To dalej bardzo brutalny komiks w fantastycznym świecie w którym nie ma zaklęcia leczącego takiego poziomu, aby mógł wyzerować obrażenia po ciosie kamiennym toporem w równie fantastycznej oprawie graficznej. Warto chociażby dla tej właśnie oprawy, warto dla oceny próby zmiany tonu serii. Ocena -7/10.


  "Tysiąc Twarzy Kuby Rozpruwacza" - Antonio Segura, Jose Ortiz. Album autorstwa dwóch wielkich nazwisk komiksu hiszpańskiego. Panowie u nas już dawno temu się pojawili przy okazji dwóch numerów Komiksu-Fantastyki z "Burtonem i Cybem", którzy zresztą wydani zostali ostatnio w kompletnej edycji przez wydawnictwo Lost in Time, które to wygląda na to ma zamiar wydać możliwie wszystko autorstwa tego duetu łącznie z "Tysiącem Twarzy..." i bardzo dobrze. Przejdźmy do meritum, na zawartość składają się krótkie historyjki pierwotnie drukowane w magazynie "Creepy", kręcące się wokół jednego z najsłynniejszych seryjnych morderców, dosyć łatwo się zorientować po raczej niewielkim rozmiarze (pod względem grubości, format jest naprawdę spory) tych siedemdziesięciu kilku stron, że twarzy nie będzie tysiąc a raczej około dziesięciu lub lekko powyżej. Kręcące się jest w tym przypadku całkiem dobrym określeniem, bo prace obydwu autorów raczej nie próbują odkryć tożsamości zabójcy, ani nie próbują rekonstruować wydarzeń w oparciu o rzeczywiste wydarzenia, to po prostu luźne wariacje na ten temat (wszystkie z wyjątkiem jednej dzieją się już po serii morderstw). W kilku przypadkach, możemy mówić o faktyczno-wyimaginowanej wersji samego Kuby w innych będą to ludzie, którzy nie mają z tymże nic wspólnego z wyjątkiem tego, że są mordercami i mieszkają bądź też działają na Whitechapel w epoce wiktoriańskiej. I to chyba londyńskie dzielnice nędzy stanowią głównego bohatera tych nowelek, autorzy dosyć sporo miejsca poświęcili próbom ukazania życia w miejscu i czasach, które nie były przyjazne dla nikogo. W sugestywnym ukazaniu takich miejsc i ich mieszkańców bardzo pomagają rysunki Ortiza. Fani klasycznego realistycznego (ale nie tego fotorealistycznego, twarze bywają odpychająco wręcz deformowane a czasem przeciwnie wręcz uszlachetniane) rysunku będą bardziej niż zadowoleni. Klimat londyńskich ulic spowitych nocną mgłą, podejrzanych spelun, portowych zakamarków a bywa że i przeciętnych a i ponadprzeciętnych domostw można kroić a jakże najlepiej nożem. Gęsta kreska, sporo cienia, przecież wiadomo że cień jest najlepszym miejscem dla przyczajonego zła. I to łączy się z dosyć interesującym zabiegiem o ile dobrze kojarzę w każdej nowelce mamy umieszczone w ramkach wiadomości przekazywane bohaterom, z którymi oni czasami prowadzą dialogi. Kto tam wie z wyjątkiem autorów co to jest? Może głosy ich drugiej-mroczniejszej osobowości, albo po prostu odautorskie uwagi? A może duch samego Kuby Rozpruwacza unoszący się nad znękanymi postaciami? Albo może właśnie bardziej uniwersalne zło, opanowujące mniej odpornych na jego podszepty? Niech czytelnik lepiej rozstrzygnie sam. Magazyn "Creepy" był nieco bardziej hardkorową wersją "Opowieści z Krypty" więc i miejsce się tu znajdzie i dla humoru (oczywiście czarnego tudzież wisielczego), aczkolwiek nie jest on standardem jak i zaskakujących zakończeń. Czy polecam? Jak kto lubi kryminalno-horrorowe krótkie nowelki to koniecznie, pozostali warto chociażby dla bardzo fajnych grafik, aczkolwiek ostrzegam przed dosyć dużą dawką brutalności. Ocena -7/10.


  "Catwoman - Samotne Miasto" - Cliff Chiang. N-ty z kolei elseworldowy okołobatmanowy tytuł wydany w ramach DC Black Label, tym razem w wykonaniu znanego przede wszystkim z Paper Girls rysownika. Ogólnie rzecz biorąc nie mam jakoś strasznie dobrego zdania o rysownikach superbohaterszczyzny próbujących swoich sił jako scenarzyści, bo dosyć często takie eksperymenta, kończą się no...średnio, ale dajmy chopowi szansę. Akcja komiksu rozpoczyna się lekko w przyszłości w stosunku do tego do czego jesteśmy przyzwyczajeni, Catwoman wychodzi z więzienia po 10 letniej odsiadce, która rozpoczęła się od koszmarnej Nocy Błazna podczas której zginęli Gordon, Nightwing, Joker...i Batman, czyli zaczynamy trzęsieniem ziemi zgodnie z zaleceniami. Selina znajdzie się w zupełnie nowym Gotham czystym, przyjaznym i bezpiecznym zarządzanym przez burmistrza...tadaaaam Harveya Denta (to już kompletna bzdura, Fisk i Luthor to są kompletnie naciągnięci kandydaci, ale przy tym to kryształowe ideały). Ale jak to z podobnymi konstrukcjami bywa wystarczy błyszczącą farbę, lekko zadrapać paznokciem aby ujrzeć co się naprawdę znajduje pod wierzchnią powłoką. Tak czy inaczej była złodziejka nie zamierza wolności spędzić jako emerytka, cały czas chodzi jej po głowie ostatnia zagadka umierającego Batmana czyli pojedyncze słowo "Orfeusz" (Obywatel Kane się kłania). Najłatwiej zaczerpnąć wiedzy, byłoby oczywiście w Batjaskini, ale dostać się tam, to nie bułka z masłem nawet dla takiej specjalistki, toteż najpierw trzeba będzie zebrać odpowiednią ekipę, wśród starych znajomych (i bohaterki i czytelnika). Brzmi to jak opowieść z gatunku "heist"? No i bardzo dobrze bo tym właśnie jest "Samotne Miasto".
  Rysunki ładne jak to u Chianga, aczkolwiek nie zrobiły na mnie takiego wrażenia jak te w Paper Girls. Kolory takoż, nałożone przez samego rysującego mają nawiązywać do pracy Matta Wilsona, ale i tu nie do końca im się udaje. Bardzo fajno za to wyszły projekty postaci zwłaszcza Killer Croca wyglądającego jak podstarzały weteran epoki funk/rap, oraz pulchniutkiej Poison Ivy równie apetycznej co bezowy torcik. Jest dobrze, ale człowiek oczekiwałby i miałby do tego prawo bo artysta nie sięgnął do swojego sufitu, czegoś więcej.
  Początek bardzo mi się podobał, sporo melancholii, groby, róże, nawiązań do batmanowej mitologii jest w opór. Pośród tego Selina Kyle krążąca wśród duchów tęskniąca za przeszłością, za tamtymi ludźmi, tamtym miastem, tamtą sobą. Fajne występy klasycznych postaci, wymienionego wcześniej Waylona Jonesa czy też Eddiego Nygmy, który na randce z Seliną naśmiewa się razem z nią z kostiumu w znaki zapytania "brałem wtedy strasznie dużo kokainy" (trochę humoru się tu znajdzie, na szczęście nie w takim stężeniu, żeby jakoś irytować). Chociaż można się zastanowić czy autor przerabiając ich na sympatycznych bohaterów, trochę jednak nie przesadził, wychodzi na to, że w sumie oni wszyscy w tym Arkham to najzupełniej normalni byli. Owszem jeżeli chodzi o samą kreację bohaterki i opowieść o przemijaniu i konieczności zmian, komiks jak najbardziej "działa". Problem w tym, że jego warstwa nazwijmy to sensacyjna niespecjalnie zachwyca. Gotham przyszłości to oczywiście futurystyczna dystopia (tak jakby to stare było miejscem szczęśliwości), tylko scenarzysta nie bardzo potrafi nam wytłumaczyć dlaczego. Bo policja chodzi w bezosobowych maskach nietoperza? No jakoś nie pokazane jest ani razu, żeby gnębili ludność cywilną. Chiang sięga trochę po tematy polityki/woke i największy zarzut jaki mają ci "dobrzy" (mocno kolorowa ferajna) czyli popierający kontrkandydatkę Harveya Denta (który najwyraźniej jest zły bo jest zły, czyli pewnie republikanin) do stanowiska burmistrza Barbarę Gordon to rasizm policji, która wypuszcza więcej patroli, do dzielnic biednych niż do bogatych. To jakiś zarzut wogóle jest? Woleliby na odwrót? Cała historia opiera się na tym, że nikt po śmierci Batmana nie wszedł do jego jaskini, bo się bali wszyscy zabezpieczeń (kosmiczna bzdura). Tajemnica Orfeusza, to z jednej strony pomysł bardzo w stylu Batmana, z drugiej raz, że żaden fajerwerk, dwa że gdy zastanowimy się czy była warta tych wszystkich wyrzeczeń i ofiar to nie damy rady dojść do innego wniosku niż nie, więc nie bardzo rozumiem skąd ten para-happyend z uśmiechem na twarzy. Retrospekcje Nocy Błazna, odrobinę niewykorzystane (autor zgubił gdzieś Robina), chociaż sam pomysł na Jokera jest bardzo uroczy. Jest kilka nietrafionych pomysłów pokroju wyciągniętego kompletnie od czapy Etrigana naprzykład. Przez cały czas podczas czytania bardzo wyraźnie czułem iż Cliff Chiang bardzo mocno się starał, żeby niczego nie zepsuć, co poniekąd mu się udało. Tyle, że jeżeli nie popuścisz trochę cugli i nie włożysz w dzieło choćby odrobiny twórczego szaleństwa to nie stworzysz nigdy czegoś naprawdę dobrego, przynajmniej tak mi się wydaje. Jasne, gdyby główna seria Batmana prezentowała chociażby taki poziom to świat (komiksowy) byłyby o wiele lepszym miejscem, ale jak na pojedynczą powieść graficzną zwłaszcza sygnowaną znakiem Black Label to jest trochę letnio. Ocena 6+/10.


  "Monica" - Daniel Clowes. Zbiór mniej, więcej koło dziesięciu krótkich historii pozornie niepowiązanych ze sobą ani treścią, ani gatunkiem historyjek, które jednakże zauważymy dosyć szybko są ze sobą fabularnie zazębione ukazujące z różnych perspektyw, losy tytułowej Moniki od czasów jej pobytu w łonie matki aż po starość. Rysunkowo to cóż Clowes, on za wiele się nie zmienia i zresztą bardzo dobrze, bo ja niezwykle cenię te jego prace z ich klasycznym sznytem. Nie przekonała mnie ta pozycja kompletnie, nie wiem, może to nie problem komiksu tylko raczej mój, ale szczerze mówiąc nie bardzo wiem co autor miał na myśli. Sporo tu o poszukiwaniu tożsamości, bo tym przez większość czasu bohaterka się zajmuje, niejako przy okazji będzie oczywiście o roli przypadku w ludzkiej egzystencji i przegapionych z powodu przesadnego zakotwiczenia w przeszłości szansach. Monika jednocześnie sprawia wrażenie całkowicie bezwolnej kukły pchaną przez życie kaprysami losu oraz zdeterminowanej i skoncentrowanej na swoim celu, to w sumie dosyć wdzięczny a jednocześnie banalny materiał na dramat psychologiczny. Do tego trochę bolesnego rozliczenia z kontrkulturą lat 70-tych i spojrzenie w bolesne miejsca wewnątrz Ameryki. Wstawki sci-fi czy wręcz horrorowe, pojęcia nie mam co miały wnieść do historii. Zakończenie nie wiem czego miało być symbolem, to otwarcie puszki Pandory? Monika po tylu latach, zdawałoby się bezsensownego wypełnionego poszukiwaniami które nie dały zadowalających odpowiedzi życia, nie potrafi już cieszyć się tymi kilkoma chwilami szczęścia i spokoju i musi wszystko zniszczyć? Taka wewnętrzna apokalipsa? Jakoś w trakcie czytania, nie mogłem znaleźć klamry spinającej te wszystkie strony, jakiegoś motywu przewodniego, wpadłem na to dopiero pisząc ten tekst, więc naciągam nieco ocenę od przewidywanej. Umysł mam raczej ścisły, uważam że wszystko da się rozkręcić i skręcić to na powrót tak aby działało. Każdą rzecz da się rozebrać na czynniki pierwsze i przeanalizować więc mam pewne trudności z taką nieokreślonością, więc ta ocena taka trochę na wiwat. Ocena 6/10.
   

  "Arche - Lailah" - Caza. Zbiór shortów będących mieszaniną szerokopojętego s-f oraz fantasy z pogranicza biblijno-mitologicznego. Rysunki ładne, nawet bardzo, z pewnością pracochłonne (zwłaszcza te czarno-białe składające się z kropek), niektóre kadry wymagały sporej wyobraźni inne niekoniecznie. Artysta podobno mistrz, znam większych szczerze mówiąc. Niektóre nowelki to bardziej ilustrowane opowiadania niż komiksy, do gustu najbardziej mi przypadły ta z reinterpretacją mitu Prometeusza oraz spowiedź kosmicznego Szatana. Symbolizm, metafizyka, erotyka. Pochwy na czołach, planety rodzące się z kosmicznych wagin, statki kosmiczne w kształcie fallusów, matka-wieczność tworząca nowe wszechświaty, feminizm którejś tam fali, groteskowa kosmogonia i podobnego typu bzdety. Szczerze mówiąc kompletnie do mnie ten komiks nie trafił, to taka ramota w niespecjalnie dobrym znaczeniu tego słowa. To trochę jak oglądanie dzisiaj filmów Jodorovskiego czy Kennetha Angera i próby brania tych new-agowych treści o Erze Wodnika na poważnie. Tyle, że Jodo w swoich filmach zawsze do widza puszczał oko "nie bierz tego 100% na serio", tutaj jakoś tego nie czuć, sporo materiału wydaje się mocno pretensjonalne (chociaż nie cały). Wartość historyczna, też chyba tak średnio, jakoś tak mi się ubzdurało, że to materiał z początków Metal Hurlant oni wtedy lubowali się w podobnych treściach, ku mojemu zdziwieniu okazało się, że to prace z lat 80-tych. Ktoś wtedy jeszcze takie komiksy tworzył? Caza spóźnił się na rewolucję o jakąś dekadę. Powtórzę się raz jeszcze, album kompletnie nie dla mnie, nie porwał, nie zachwycił, nie zachęcił do drugiego czytania i prób zrozumienia lub polubienia chociaż. Szczerze mówiąc nawet nie mam pojęcia dla kogo. Szukasz zajebistych rysunków? Moebius. Szukasz bełkotliwego, nadętego s-f? Druillet dużo lepszy. Ocena 5/10.


  "Deadly Class - tomy 6-7" - Rick Remender, Wes Craig. W tomie szóstym zapoznajemy się coraz lepiej z nową ekipą i zajrzymy w losy przynajmniej dwójki z nich. Nowi w końcu spikną się z tymi, którzy pozostali ze starszych pierwszoroczniaków, przeszłość w końcu doścignie Sayę. Tom siódmy to czysta rzeźnia na szynach, przez ten tom przelatuje się błyskawicznie, bo i tekstu niespecjalnie wiele dla odmiany. Brandy szefowa Dixie Gangu w końcu pokazuje power. Ciągle jest świetnie. Ocena 8/10.

Offline Castiglione

Odp: Bo chodzi o to, żeby plusy nie przesłaniały nam minusów - sezon drugi
« Odpowiedź #737 dnia: So, 05 Kwiecień 2025, 15:58:48 »
"Arche - Lailah" - Caza. Zbiór shortów będących mieszaniną szerokopojętego s-f oraz fantasy z pogranicza biblijno-mitologicznego. Rysunki ładne, nawet bardzo, z pewnością pracochłonne (zwłaszcza te czarno-białe składające się z kropek), niektóre kadry wymagały sporej wyobraźni inne niekoniecznie. Artysta podobno mistrz, znam większych szczerze mówiąc. Niektóre nowelki to bardziej ilustrowane opowiadania niż komiksy, do gustu najbardziej mi przypadły ta z reinterpretacją mitu Prometeusza oraz spowiedź kosmicznego Szatana. Symbolizm, metafizyka, erotyka. Pochwy na czołach, planety rodzące się z kosmicznych wagin, statki kosmiczne w kształcie fallusów, matka-wieczność tworząca nowe wszechświaty, feminizm którejś tam fali, groteskowa kosmogonia i podobnego typu bzdety. Szczerze mówiąc kompletnie do mnie ten komiks nie trafił, to taka ramota w niespecjalnie dobrym znaczeniu tego słowa. To trochę jak oglądanie dzisiaj filmów Jodorovskiego czy Kennetha Angera i próby brania tych new-agowych treści o Erze Wodnika na poważnie. Tyle, że Jodo w swoich filmach zawsze do widza puszczał oko "nie bierz tego 100% na serio", tutaj jakoś tego nie czuć, sporo materiału wydaje się mocno pretensjonalne (chociaż nie cały). Wartość historyczna, też chyba tak średnio, jakoś tak mi się ubzdurało, że to materiał z początków Metal Hurlant oni wtedy lubowali się w podobnych treściach, ku mojemu zdziwieniu okazało się, że to prace z lat 80-tych. Ktoś wtedy jeszcze takie komiksy tworzył? Caza spóźnił się na rewolucję o jakąś dekadę. Powtórzę się raz jeszcze, album kompletnie nie dla mnie, nie porwał, nie zachwycił, nie zachęcił do drugiego czytania i prób zrozumienia lub polubienia chociaż. Szczerze mówiąc nawet nie mam pojęcia dla kogo. Szukasz zajebistych rysunków? Moebius. Szukasz bełkotliwego, nadętego s-f? Druillet dużo lepszy. Ocena 5/10.
Miałem podobne odczucia. Grafika grafiką, ale to była taka grafomania, że pozbyłem się tego komiksu zaraz po przeczytaniu.

Offline studio_lain

Odp: Bo chodzi o to, żeby plusy nie przesłaniały nam minusów - sezon drugi
« Odpowiedź #738 dnia: So, 05 Kwiecień 2025, 16:19:33 »
Larry - polecam o Cazie

https://www.kzet.pl/2003_09/caza.html

Co do Simona Davisa - uwielbiam go - wydamy jego wersje Sinister Dexter, chciałbym tez wydać jego najnowszy thriller oraz Stone Island







polecam
« Ostatnia zmiana: So, 05 Kwiecień 2025, 16:37:09 wysłana przez studio_lain »
Plany Studia Lain - orientacyjne

Zabójcza kołysanka - końcówka prac
ABC Warriors - przedsprzedaż 3 grudnia, godz 12 gildia
Vae Victis - !druk
Haunt - !druk 
Solo - luty
Spawn Dark Ages - styczeń
Magdalena - zakończone tłumaczenie
Barbara - zakończone tłumaczenie
Oko Odyna - zakończone tłumaczenie

Offline Nawimar III

Odp: Bo chodzi o to, żeby plusy nie przesłaniały nam minusów - sezon drugi
« Odpowiedź #739 dnia: Śr, 30 Kwiecień 2025, 07:27:19 »
Kwiecień
 
Sceny zbrodni – zbiór, na podstawie którego znać, że już na wczesnym etapie aktywności trzej współcześni wirtuozi komiksowego medium – tj. Ed Brubaker, Michael Lark i Sean Phillips – wykazywali się twórczym potencjałem, który wręcz musiał zaowocować wyjątkowymi realizacjami. Od tego najzwyczajniej nie było odwrotu. Stąd historia prywatnego detektywa Jacka Herrimana, zaprezentowana pierwotnie w ramach linii wydawniczej Vertigo, to nie tylko fabuła interesująca sama w sobie, ale także zapis warsztatowego rozwoju wspomnianych autorów.
 
Epizody z Auschwitz t.4: Nosiciele tajemnic
– tym razem scenarzysta serii zdecydował się przybliżyć osobliwy „twór” nadzorców niemieckich obozów zagłady, którym był sformowane z żydowskich więźniów Sonderkommando („Komando Specjalne”). To właśnie temu oddziałowi Niemcy wyznaczyli rolę „uprzątania” dokonywanego przez nich ludobójstwa. Kluczowym wydarzeniem albumu uczyniono bunt wspomnianej „jednostki”, do którego doszło w październiku 1944 r. O ile w wymiarze fabularnym rzecz zachowuje poziom poprzednich odsłon, o tyle wizualnie znać lekki regres. Szkoda natomiast, że seria, pomimo planów na dalsze jej odsłony, nie była kontynuowana. Tym bardziej, że tematów do ujęcia ich w tej formule spokojnie wystarczyłoby na zadeklarowane przez realizatorów kilkanaście epizodów.
 
Jeremiah t.29 - jakość warstwy plastycznej tej odsłony wędrówki Jeremiaha i Kurdy’ego wprost zwala z nóg! Uwzględniając, że każdy z wcześniejszych albumów tej serii był pod tym względem dopieszczony, już tylko ta okoliczność świadczy o wysokiej jakości pracy wykonanej przez Hermanna, a przy tym jego niesłabnącym zapale twórczym. Fabularnie również jest bardzo dobrze i na „gęsto”, co mi zawsze odpowiada. Stąd lektura tego przedsięwzięcia to niezmiennie frajda w najczystszej postaci. 
 
Ród Harkonnenów t.3 - mimo że w tym przypadku mamy do czynienia z konkluzją niniejszej odsłony preludium do Diuny, to jednak na finał zapoczątkowanej w „Rodzie Atrydów” intrygi będzie trzeba poczekać na już zapowiedzianą przez Non Stop Comics polską edycje „Rodu Corrinów”. Niewykluczone, że co poniektórych odbiorców tego przedsięwzięcia razić ono może znamionami wtórności i chyba nie do końca właściwie dobraną manierą plastyczną. Dla mnie jednak jest to dobra okazja, by po raz kolejny „odwiedzić” jedno z moich ulubionych uniwersów literackich. Dlatego nieustannie wypatruję ciągu dalszego.
 
Sleepwalker nr 17 - ciąg dalszy opowieści rozpoczętej w dwudziestym epizodzie serii ,,Darkhawk”, która debiutowała ledwie kwartał przed niniejszym miesięcznikiem. Nic zatem dziwnego, że zdecydowano się na opowieść z udziałem dwóch przedstawicieli nowej generacji herosów Marvela. Dla jej uatrakcyjnienia dodano jeszcze ,,Przyjaciela z Sąsiedztwa” oraz sprzymierzone z Sauronem Bractwo Złych Mutantów. Daje się przy tym zauważyć rezonans ówczesnej popularności stylistyki ,,extreme”, jako że Bret Blevins ewidentnie wystylizował warstwę plastyczną tego epizodu na estetykę znaną z prac Roba Liefelda. W kategorii tzw. rozrywkowca rzecz niezmiennie cieszy i bawi. Stąd nadal jest dobrze.
 
Martian Manhunter vol.3 nr 17 - po powrocie z Saturna ziemskie sprawy okazują się nie mniej problematyczne niż te na skale kosmiczną. Tym bardziej, że w żywot Marsjanina (a przy okazji również innych jego osobowości, przybieranych przezeń na okoliczność aktywności w innych niż Stany Zjednoczone częściach świata) usiłuje ingerować utajniona jednostka amerykańskiej bezpieki. Motyw z gatunku samograjów John Ostrander rozegrał bardzo umiejętnie, wkomponowując w tę fabułę interesującą retrospekcję z wczesnej działalności J’onna jako ziemskiego herosa. Dzięki temu zaproponował jeden z najlepszych z zaprezentowanych do tego momentu epizodów tej serii.

Daredevil t.1 - początek nowej odsłony perypetii Człowieka Nieznającego Strachu zapowiadanej jako szczególną i wyjątkową. Czas pokaże czy tak się faktycznie sprawy mają; na ten jednak moment jest co najwyżej umiarkowanie udanie. Matt sporo hamletyzuje i z typową dlań niefrasobliwością daje się porwać kolejnej namiętności. W Nowym Jorku (w tym także na obszarze Hell’s Kitchen) dzieje się sporo, ale zarazem niezbyt porywająco. Plastycznie również jest solidnie, choć bez przysłowiowych fajerwerków. Oby w kolejnych zbiorach Chip Zdarsky (tj. scenarzysta tej serii o Śmiałku) dał się poznać jako bardziej odkrywczy twórca.

Projekty Manhattan t.1 - określenia typu „niestandardowy” i „nieszablonowy” wobec twórców wszelakich nierzadko formułowane bywają na wyrost. Jednak w przypadku Jonathana Hickmana są one w pełni uzasadnione. Scenarzysta takich m.in. innymi realizacji jak „Na wschód od zachodu” oraz zwieńczone „Tajnymi Wojnami” staże przy tytułach z marvelowskimi Mścicielami faktycznie nie daje się ująć w proste, quasi-analityczne schematy. Jego nie zawsze na pierwszy rzut oka przejrzyste utwory na ogół charakteryzują się unikalnością konceptów i nietypową kompozycją. Stąd nawet jeśli nie jest się zagorzałym fanem jego metody twórczej, to jednak mimo tego raczej nie sposób nie docenić tego autora za jego nieokiełznaną wyobraźnie, przy równoczesnym, pełnym panowaniu nad materią snutej opowieści. Tak też sprawy mają się przy okazji tej jego realizacji, autora w pełni już dojrzałego i o rzadko spotykanym koncepcyjnym rozmachu. Alternatywna wizja powojennych programów kosmicznych nie od razu „wciąga”, niemniej na tyle intryguje, że od pewnego momentu, trudno się od niej oderwać. Mnóstwo tu twórczego „szaleństwa”, które w formule serialu telewizyjnego zapewne niejednej/niejednemu zryłoby (w pozytywnym rozumieniu tego „terminu”) banię. Idealnie „sekundują” im pod tym względem rysunki Nicka Pittary, ewidentnie pozostającego pod urokiem stylistyki stosowanej przez skądinąd znanego Franka Quitely’ego. Dobra i mocna rzecz, zdecydowanie warta uwzględnienia przy doborze komiksowych lektur.
 
Jeremiah t.30 - ach, ten Hermann! Pomimo niekwestionowanego statusu żyjącego klasyka na etapie realizacji niniejszej odsłony tej serii ani myślał o powstrzymaniu się od kolejnych modyfikacji swojego stylu. Stąd także tym razem, po raz kolejny zaproponował on wariant swojej maniery, przejawiające się m.in. bardziej wrażeniowo-nonszalanckim nakładaniem tuszu. Równocześnie jak zawsze zaproponował przemyślaną co do najdrobniejszego szczegółu fabułę, zwieńczoną rozbrajającym finałem. Mistrzowska realizacja.

Hellblazer Paula Jenkinsa t. 2
– zdaję sobie sprawę, że staż Paula Jenkinsa nie cieszy się uznaniem porównywalnym z efektami pracy nad tą serią m.in. Mike’a Careya i Gartha Ennisa, ale nie zmienia to okoliczności, że lektura obu tomiszczy, w których zebrano „urobek” rzeczonego okazał się dla mnie na tyle zajmującą i satysfakcjonującą zarazem lekturą, że czuję wręcz niedosyt iż to by było w tym temacie na tyle. Przydałby się jeszcze co najmniej jeden porównywalny pod względem rozpiętości zbiór, z mniej egzaltowanym i pretensjonalnym niż u pomysłodawcy „Kaznodziei” Constantinem, a miast tego nie bez znamion melancholii brnącym prosto w paszcze kryzysu wieku średniego. Wieńcząca owo tomidło nowelka to wręcz ideał zjawiska, definiowanego mianem wisienki na torcie. Dobra rzecz.

Sleepwalker nr 18
- siódmy epizod tej serii, w której mocno dało się odczuć rezonans wydarzeń znanych z ,,Rękawicy Nieskończoności”, okazał się jedną z najlepszych odsłon tego przedsięwzięcia. Minął niemal rok i tym razem Sleepwalker zmuszony jest zmierzyć się z pochodną megalomańskich knowań Magusa, sprawcy zamieszania zwanego ,,Wojną Nieskończoności”. Stąd konfrontacja z grupą „herosów” (w tym m.in. interesująco zaprojektowanym ,,Daredevilem”), przejętych przez nasłanych na nich zmiennokształtnych sobowtórów. Jako sprawnie rozrysowana bijatyka uzupełniająca wspomniane wydarzenie rzecz sprawdza się w całej swojej rozciągłości. Plus bardzo urokliwa okładeczka.
 
Martian Manhunter vol.3 nr 18 - dopiero co J’onn wyplątał się z afery na kosmiczną skale (tetralogia ,,Pierścienie Saturna”), a już dają o sobie znać (i to z dużą siłą!) problemy z udziałem siepaczy Darkseida. Fortunnie dla J’onna będzie on mógł liczyć na wsparcie ówczesnego składu Amerykańskiego Stowarzyszenia Sprawiedliwości. Udana historia drużynowa, na której skonkludowanie będzie trzeba poczekać. Nic w tym zresztą zaskakującego, bo niniejszą fabułę znamionuje potencjał na złożoną i angażującą ewentualnego czytelnika opowieść.
 
Bohaterowie i Złoczyńcy t. 95. Liga Sprawiedliwości: Kryzys na Nowej Genesis
– pozycja ważna już tylko z racji debiutu nieodżałowanego George’a Pereza jako rysownika przygód Ligi Sprawiedliwości. A to właśnie jemu dane było z czasem współtworzyć tak „tłoczne” przedsięwzięcia jak m.in. „Wojna bogów”, a nade wszystko kanoniczny „Kryzys na Nieskończonych Ziemiach”. W niniejszym zbiorze łatwo daje się dostrzec proces formowania modelu narracyjnego, który Perez zastosował zarówno we wspomnianych chwilę temu realizacjach, jak i w projektach, powstałych na zlecenie Domu Pomysłów (wciąż niestety nie wydana w Polsce seria „Avengers vol.3” według scenariuszy Kurta Busieka). Z racji udziału w tym przedsięwzięciu Gerry’ego Conwaya narracja nie razi (a przynajmniej nie nadmiernie) archaicznością, a miast tego oferuje sprawnie dozowany rozmach i umiejętnie ujętą grę zespołową, sedno tytułu drużynowego. Gratką niniejszego zbioru jest również uwzględnienie jubileuszowego, 200-setnego epizodu serii „Justice League of America vol.1”, do którego realizacji zaangażowano autorów wizerunków herosów DC doby Srebrnej Ery, w tym m.in. Gila Kane’a, Joe Kuberta i Carmine Infantino. Dla antykwarystów i wielbicieli dziejów superbohaterskiej konwencji autentyczna perełka.

Bohaterowie i Złoczyńcy t.96. Infinity Inc.: Saga pokoleń - trudno przypuszczać, aby młodociani herosi Ziemi-2 zaskarbili sobie przychylność współczesnych polskich czytelników; mnie jednak tytuł ten ,,kupił” na długo przed jego publikacją. Bowiem osobowości tej serii znane mi były od lat i to za sprawą ich nieco późniejszych przygód rozpoznawałem jako młody człowiek swoistą prehistorię uniwersum DC. Nie inaczej zresztą sprawy mają się w tym zbiorze, opartym na licznych odniesieniach do Złotej Ery wspomnianego uniwersum. Do tego rozrysowanych przy udziale Jerry'ego Ordwaya i Mike’a Machlana, pieczołowicie cyzelujących zawartość poszczególnych kadrów. Dla mnie lektura tego tomu to była czysta radość. Na tyle znaczna, że w niedalekiej przyszłości zamierzam przeczytać kolejne epizody tej serii.

Sleepwalker nr 19 - to ledwie drugi epizod absencji Breda Blevinsa, a już za jego unikalną kreską tęskno. Sedno fabuły to ,,odgruzowanie” adwersarzy z epizodu siódmego. Dodam, że nieprzesadnie udane. Otwarte zakończenie tej odsłony serii pozostawia nadzieję, że finalnie nie będzie z tą opowieścią aż tak źle.
 
Martian Manhunter vol.3 nr 19
- jako swoisty ,,Bismarck” do sześcianu Darkseid nie ustaje w kolejnych knowaniach na rzecz pozyskania pełnej dominacji we wszechświecie. Zawsze jednak znajdzie się ktoś skłonny do powstrzymania go w tych megalomańskich zakusach. Tym razem rola ta przypadła tytułowemu bohaterami niniejszego miesięcznika, wspieranemu przez dopiero co odświeżony skład Amerykańskiego Stowarzyszenia Sprawiedliwości. Trzeba przyznać, że z racji rangi tegoż wyzwania J’onn się nie certoli i stąd jest okazja by się przyjrzeć się jego odmienionej wersji. Wszystko to (plus dosycone mrokiem rysunki Toma Mandrake’a) sprawiają, że w przypadku tej odsłony tej serii, mamy do czynienia z kolejnym, satysfakcjonującym jej ,,ogniwem”.

Conan Barbarzyńca Kolekcja t.4
- co prawda zapewne sporo to zajmie, niemniej zamierzam stopniowo uzupełnić braki w lekturze tej kolekcji. Jest tego co prawda sporo, ale na swój sposób to nawet lepiej. Przytrafi się bowiem niejedna okazja do podziwiania kunsztu takich m.in. wirtuozów kreski i plamy jak aktywni w niniejszym tomie John Buscema i Gil Kane. A i kwieciście rozpisywane scenariusze Roya Thomasa idealnie sprawdzają się w tej ociekającej epickością inicjatywie twórczej. Kontynuacja adaptacji powieści ,,Godzina smoka” oraz nowelka z ,,kocim” artefaktem jako ,,spoiwem” tej zwięzłej, acz zapadającej w pamięć fabuły, to tylko część spośród atrakcji zawartych w tej odsłonie tego bezdyskusyjnie wyjątkowego przedsięwzięcia.
 
Świat Mitów: Midas - zgrabne połączenie dwóch tradycji mitycznych, związanych z osobą króla Midasa to zapewne emanacja mieszaniny zazdrości i szyderstwa, przejawianych przez antycznych Hellenów wobec reprezentowanych przez rzeczonego władcę Frygów. Tradycyjnie dla tej serii zarówno narracje, jak i stylistykę, którą tę opowieść zilustrowano, cechuje klarowność i przejrzystość. Szczególnie udanie prezentuje się zdobiąca okładkę ilustracja, idealnie ujmująca sedno jednego z mitów związanych z Midasem.
 
Marvel Origins t. 60: X-Men 4 – dobrze, że tak „grzeją” z tą serią, bo piąty jej zbiór już zapowiedziany. W tym z kolei dalej dojrzewa początkowo umiarkowanie dostrzegalna koncepcja mutantów jako wzbudzających niechęć i obawy „dziwolągów”. Ponadto Sentinele, Unus, Magneto oraz szczególnie intrygujący Mimic to nie wszyscy adwersarze, z którymi zmuszeni są zmierzyć się pierwsi wychowankowie Charlesa Xaviera. Stąd dzieje się sporo oraz w szybkim tempie, dzięki czemu nawet nieprzesadna charyzma pierwszego składu tej drużyny, nie umniejsza wartkości zaprezentowanych w niniejszym zbiorze fabuł. Pożegnanie z Jackiem Kirby’m wypadło względnie bezboleśnie, jako że jego następca – Werner Roth – dał się poznać jako zwolennik porównywalnie dynamicznych sekwencji.
 
Sleepwalker nr 20 - absencja Breta Blevinsa (tj. pierwotnego rysownika tej serii) ujęła jej niestety sporą dozę urokliwości. Kelly Krantz (nowy rysownik) robił co w jego mocy, ale to jednak nie była ta klasa plastyka co jego poprzednik. Niemniej Bob Budynsky dołożył starań, by także tę odsłonę serii swojego pomysłu ,,doszlifować” odpowiednio zdynamizowaną dramaturgią. Nadal zatem jest nieźle i z obiecującymi perspektywami, choć bywało już lepiej.
 
Bohaterowie i Złoczyńcy t.97. Batman: Detektyw Mroczny Rycerz - kolejna próbka stażu (po wcześniej przybliżonych Gerry’ego Conwaya i Douga Moench) scenarzysty, odpowiedzialnego za losy Mrocznego Rycerza przed znanymi nam z edycji TM-Semic dokonaniami m.in. Alana Granta i Petera Milligana. Tym razem jest okazja przyjrzeć się konceptom Mike’a W. Barra i już tylko po tej prezentacji znać jak wiele z jego interpretacji czerpali wspomniani. W swojej roli doskonale wręcz odnalazł się Alan Davis, co uwzględniając jego zarówno wcześniejsze jak i późniejsze realizacje, ani trochę nie zaskakuje. Przedrukowanie wstępów autorstwa Barra okazało się zatem bardzo dobrym pomysłem. Stanowią świadectwo, że był on osobą z gatunku właściwych na właściwym miejscu.

Martian Manhunter vol.3 nr 20 - kolejny bardzo udany epizod. Raz jeszcze szanowny pan scenarzysta zdecydował się na retrospekcje i wyszło to bardzo dobrze. Dzięki tej opowieści można zrozumieć z jakich powodów Kal-El i tytułowy protagonista tej serii tak świetnie się rozumieją i darzą wzajemnym szacunkiem. Cieszy przy tym, że na tym nie koniec i już w kolejnym epizodzie będzie okazja by przyjrzeć się kolejnej tego typu retrospekcji w kontekście innej, bardzo ważnej osobowości uniwersum DC.

Mity Kościanego Sadu: Przejście
- przynajmniej w moim przekonaniu trio Lemire/Sorrentino/Stewart brawurowo odnalazło się w trakcie realizacji serii ,,Gideon Falls” i tym samym nic dziwnego, że wspomniani postanowili podążyć za przysłowiowym ciosem. Wprawne otwarcie tego przedsięwzięcia równie dobrze wróży na okoliczność jego dalszego rozwoju w kierunku zbliżonym do najlepszych tradycji klasycznej ,,Strefy mroku”. Stąd przed wielbicielami komiksowego horroru zapewne sporo intensywnych wrażeń, bo już na tym etapie tego przedsięwzięcia znać, że potencjału do wygenerowania czytelniczej satysfakcji nie zabraknie.

Offline herman

Odp: Bo chodzi o to, żeby plusy nie przesłaniały nam minusów - sezon drugi
« Odpowiedź #740 dnia: Śr, 14 Maj 2025, 18:22:33 »
Straszne mi się zaległości zrobiły, bo w robocie ruch, a jak za oknem cieplej to i od razu rower w dużej ilości, spacery, grille i szeroko pojęty plenerek.
Do nadrobienia mam relację z marca i kwietnia.
Marzec - nie było źle, bo przeczytałem 14 komiksów. Było to jednak absolutnie fanatycznie oddanie jednemu projektowi - Chłopakom z XX wieku.

Czekałem z lekturą, aż wyjdzie ostatni tom. Przeczytałem 11 serii oryginalnej i ten jeden tom dodatkowy. Wrażenia? Istny rollercoaster. Od zachwytu, wielokrotnego zaskoczenia, ekscytacji "co tam autor znów wymyślił" aż po... znużenie, bo jak to u Urasawy było to świetne doświadczenie, ale zdecydowanie zbyt mocno przeciągnięte, wiele było też wątków, które finalnie za wiele nie wniosły do opowieści. No i pół otwarte zakończenie nie do końca mnie usatysfakcjonowało. Jednym słowem - warto, ale liczyłem, że to będzie ten mangowy "Święty Graal". Chyba sam siebie niepotrzebnie nakręciłem, ale do 5-6 tomu było wręcz epicko. Zdecydowanie jest to seria zbyt rozwleczona, szczególnie 3-4 ostatnie tomy to już przegięcie. Byłoby to dla mnie arcydzieło gdyby zostało odchudzone o 1/3, jak nie więcej.
Poszczególne tomy oceniam w zdecydowanej większości na 8/10 lub 7/10. Jedynie trochę słabszy tom 11 dostał tu 6/10.

A jakie były pozostałe 3 komiksy?

Władca much (7/10) - wierna adaptacja klasycznej powieści Goldinga. Jak zobaczyłem, że za ilustracje odpowiadać będzie Aimée de Jongh to byłem spokojny o efekt. No i jest jak miało być - dobry materiał źródłowy i fajne ilustracje. Porządna adaptacja - ni mniej, ni więcej.

My z Montwiłła (4/10) - zakupiłem inny komiks z IPNu, a ten dostałem w gratisie. No cóż, szału nie ma. Wojenna opowieść jakich czytaliśmy i widzieliśmy setki. Zbiorowym bohaterem jest tu społeczność łódzkiego osiedla im. Józefa Montwiłła-Mireckiego. W fikcyjne losy prostej rodziny, które wojna rzuca w dość stereotypowe sytuacja wplecione są losy prawdziwych, znanych szerszej publice mieszkańców, ale opisane są one jedynie epizodycznie. Ilustracje niezbyt przypadły mi do gustu.

Święte księgi (3/10) - o ile Dema lubię jedynie za dość absurdalne filmiki z YT, w których przerabia starą animację Star Treka, tak już jego komiksowa twórczość do mnie zupełnie nie trafia. Myślałem, że w duecie ze Spellem, którego "Zasada trójek" była jednym z lepszych polskich komiksów ostatnich lat stworzą coś solidnego mimo, że to format zina. No i niestety - jak dla mnie nie stworzyli. Opowiastka zupełnie o niczym.

Kwiecień

Statystyki identyczne jak w marcu. 14 przeczytanych pozycji i podobnie jak przed miesiącem był to okres, w którym wskoczyłem w jedną dominującę serię.
Po kilku latach postanowiłem sobie odświeżyć Wieże Bois-Maury.
Bawiłem się tak samo dobrze jak 6 lat temu, kiedy to czytałem go po raz pierwszy. To dla mnie najlepsze co wyszło spod ręki Hermnna Huppena. Średniowieczna opowieść o tułającym się po świecie zubożałym rycerzu bez ziemi, którego życiowym celem jest odzyskanie odebranego mu za młodu zamku. Gorzkie, brutalne i smutne to losy, ale też pełne odwagi, honoru, przywiązania i niegasnącej nadziei. Charakterystyczna kreska autora pasuje tu idealnie, a zakończenie sami to jedno z najlepszych komiksowych finałów w historii tego medium. Uśrednioną oceną serii będzie 7/10, ale finał to mocne 9/10.
A jak wypadły pozostałe cztery komiksy?

Pięć Krain. Obiekt twojej nienawiści. Tom 5 (7/10)
- zwierzęca Gra o Tron nie zwalnia tempa i wciąż trzyma bardzo przyzwoity poziom. Cieszy mnie dość sprawne wydawanie tego cyklu.

War Stories, Volume 4 (7/10) - to koniec cyklu Opowieści wojenne. Już nie tak poruszające jak na początku, ale wciąż są to w swojej kategorii jedne z najlepszych rzeczy jakie zdarzyło mi się czytać. Jedynie ilustracyjnie jest już zauważalnie słabiej. Niemniej warto. 

Brigantus. Wygnaniec. Tom 1 (4/10)- ponownie Hermann Huppen, ale już nie u szczytu swoich możliwości, a ich wyraźnym zmierzchu. Brutalna i mroczna opowieść o rzymskim legioniście walczącym w Bretanii. Nie zna swojego miejsca na świecie, wszyscy nim pogardzają, a jedyne co ma to swoja nadludzka siła i sen, który zaprowadzi go nie wiadomo gdzie. Jest sporo akcji, ale niewiele oprócz niej. Naciągane 5/10.

Brigantus. Pikt. Tom 2 (3/10)
- im dalej w las tym gorzej. Kreska jak i sama opowieść szaro-bura. Ani nas los Brigantusa finalnie nie wzrusza, ani nas w zasadzie nie obchodzi. Szkoda.

Odp: Bo chodzi o to, żeby plusy nie przesłaniały nam minusów - sezon drugi
« Odpowiedź #741 dnia: So, 17 Maj 2025, 13:16:15 »
  Podsumowanie kwietnia. W tym miesiącu nie dość, że raczej sporo to jeszcze jakoś tak los pobłogosławił mnie kilkoma naprawdę dobrymi tytułami. UWAGA, UWAGA JAK ZAWSZE MOGĄ POJAWIĆ SIĘ SPOILERY!!!


  "Rusty Brown" - Chris Ware. Kilka osób na forum dawało Gardło Se Poderżnąć za autora, więc się skusiłem, chociaż przyznam szczerze, że odbiłem już od komiksów tego typu. I to nie ze względu, że nie lubię tylko że na samym końcu komiks leży jednak u mnie za filmem a w kwestiach dramatycznych dzieła dziesiątej muzy mają przewagę, jest tam z reguły nieco więcej elementów za które można je docenić bądź nie a miejsca na półkach już praktycznie brak. Więc od dłuższego czasu komiksy kupuję właściwie tylko z przedziału fantastyki i historii, czyli rzeczy które na ekranie pokazać niełatwo, lub po prostu bardzo drogo a wyjątki robię raczej od wielkiego dzwonu i tutaj akurat przypadek jednego z nich. Tak więc panie i panowie oto Rusty Brown dziesięciolatek niezbyt zapewne urodziwy (po stylu rysowania autora niełatwo stwierdzić, ale ma wiewiórcze zęby), raczej otyły, miłośnik komiksów wiecznie bujający w obłokach i doszukujący u siebie samego supermocy. Do szkoły noszący laleczkę Supergirl, więc jak naprawdę nietrudno się domyślić, najłatwiejsza pod słońcem ofiara do upolowania przez szkolnych gagatków. Co mnie dosyć zdziwiło, to nie Rusty jest tutaj głównym bohaterem a właściwie nie tylko bo okazuje się, że ten tom to zbiór kilku różnych opowieści (na dodatek powstałych w dosyć sporym przedziale czasowym i dla różnych podmiotów). Co dosyć oczywiste, wszystkie te postacie są ze sobą połączone, chociaż potrafią to być połączenia bardzo luźne, ot chociażby spotykają się ze sobą na szkolnym korytarzu, albowiem to szkoła gdzieś w Nebrasce jest główną sceną tego przedstawienia, aczkolwiek rozpiętość czasu i miejsca akcji (ba udamy się nawet na Marsa) jest naprawdę spora.
  Co do oprawy graficznej to...kurde nawet nie wiem od czego zacząć. Nie jestem szczególnie fanem tak uproszczonej kreski, ale trzeba przyznać iż widać w tych ilustracjach, które mi się osobiście skojarzyły z jakąś popularnonaukową książką dla dzieci pewną elegancję. Natomiast sedno nie leży tylko w tym co Ware rysuje, ani nawet jak to rysuje, ale w jaki sposób łączy to z opowieścią i jednocześnie z nastrojem (którym oczywiście manipuluje) czytelnika. Warsztat jakim dysponuje artysta, ba nie tylko warsztat, ale przede wszystkim to co leży u samych podstaw większości udanych dzieł czyli sam pomysł startowy, wizja tego jak to powinno wyglądać i jednocześnie wiara (sama nie wystarczy, potrzebna oczywiście również technika), że potrafi się to zrobić są niesamowite. Ten tom to jedna wielka piaskownica w której Chris Ware lepi swoje piaskowe wulkany eksplodujące pomysłami. Pod względem graficznym eksperymentuje tutaj dosłownie ze wszystkim z kadrami, stylami rysowania (kilka razy, wyraźnie kopiuje innych rysowników dajmy na to  Clowesa), czcionką, samą geometrią książki i właściwie wszystkim innym (dla polskiego wydawcy przygotowanie tego komiksu musiało być gargantuicznym wyzwaniem). To nie jest tak, że  obrazki są tutaj po to, aby zilustrować tekst, one same w sobie są tekstem i niekoniecznie takim nierozłącznym z tym napisanym, czasami można odnieść wrażenie iż to co się czyta a to co się widzi są może nie to, że odrębnymi, ale trochę "lecącymi" obok siebie historiami. Mamy tutaj do czynienia z takim bardzo, bardzo filmowym sposobem narracji i jeżeli, kiedyś tam twierdziłem, że rozumiem mniej lub więcej na czym polega sama idea komiksu to mi się tylko wydawało, bo autor który wyniósł tutaj sztukę tworzenia komiksów na wyższy level, dotarł bardzo blisko samego jądra tej umiejętności. W tym momencie przypominają mi się tutaj te wszystkie nazwijmy to "dyskusje" o polskich autorach i ich mistrzostwie opowiadania obrazem itp.
HAHAHAHAHA
HAHAHAHAHAHAHA
HAHAHAHAHAHAHAHAHA
Dobra, wiem przypierdalam się, ale ja już tak mam, że jak jakiś dowcip mnie rozbawi to później już mnie śmieszy stale, na dodatek to takie porównania są nie do końca uczciwe, bo to, że kiedyś dwa czy trzy razy kopnąłem piłkę nie oznacza, że jest powód do nabijania się, że nie gram jak Messi, tyle że ani ja siebie ani nikt mnie nie kreował nigdy na jakieś zawodowca. Dobra koniec dygresji.  Pojawiają się zarzuty o małą czcionkę, przy pobieżnym przeglądaniu stwierdziłem, że faktycznie niewielka, ale bez przesady. Tyle, że to przy pobieżnym :), bo przy czytaniu to faktycznie w niektórych miejscach robi się naprawdę hardkorowo, w jednym przypadku już mi się nie chciało szukać lupy, ale do dzisiaj nie jestem pewien czy tam faktycznie były jakieś napisy, czy tylko ich symulacja. Samych obrazków potrafi być na jednej stronie kilkadziesiąt (!!!) a weźmy pod uwagę iż format nie jest specjalnie wielki. Oczywiście dodawać nie muszę iż to efekty kompletnie zamierzone, ale rozumiem że nie każdemu może to przypaść do gustu, dla oczu momentami faktycznie jest to męczące doświadczenie. Przy okazji od razu wspomnę, aby nie kupować "Rusty Browna" jako prezent ludziom, których chce się przekonać do komiksu. Przez te wszystkie eksperymenta graficzne, w których strony kompletnie pozbawione jakiejkolwiek symetrii przeplatają całkiem klasyczny układ sześciu kadrów na stronę (Rusty jest "poziomy"), komiks jest cholernie trudny technicznie do przeczytania. Żebym nie zapomniał Nebraska, czyli depresyjnych zimowych pejzaży (a wiem, że takie mają wielu fanów) będzie tutaj pod korek.
   Wspominałem tutaj przy okazji takiej pseudo-recenzji Jasona, że nie przepadam za takimi autorami i ich zilustrowanymi przygnębiającymi przemyśleniami. Właściwie żadnego z bohaterów nie da się polubić, czy w jakikolwiek inny sposób mu kibicować, nawet ten tytułowy biedny, gnębiony Rusty to tak naprawdę najzwyklejszy palant. Ja wiem, że to nie jest jakiś konieczny do spełnienia warunek, ale przydałaby się jakakolwiek odmiana w grupowym portrecie tych smutnych twarzy. W sumie na dobrą sprawę ciężko o nich powiedzieć, że to jakieś osobowości depresyjne, ci ludzie chyba całe życie chodzą smutni i uważają że to oraz ich wręcz organiczna niezdolność do nawiązania bliższych relacji z kimkolwiek to ich naturalny stan. Jakiś taki chłodny i neurotyczny ten komiks, podejrzewam że po części jaki i jego autor, który na dodatek jest chyba wyznawcą determinizmu, do którego ja z kolei nie jestem przekonany. Teoretycznie, niespecjalnie powinien mi ten komiks przypaść do gustu, ale Ware to nie tylko genialny grafik, ale i świetny scenarzysta, muszę przyznać że syndrom jeszcze jednej strony daje o sobie mocno znać w tym przypadku. Do gustu właściwie nie przypadło mi tylko ostatnie opowiadanie o nauczycielce, ze względu na częste przeskoki w czasie i jakaś taka "niedookreśloność" rysu osobowościowego bohaterki co powodowało iż ciężko było (przynajmniej mi) zorientować się, właściwie o czym to w sumie jest. No i upiornie regularne (znaczy się co chwilę) powtarzanie jak to ciężko było czarnej kobiecie żyć w latach 60-tych (nie twierdzę, że nie). Ulewają mi się już tego typu treści od dawna, ale mimo wszystko ta scena jak bohaterka zostaje zawołana z okna na uniwersytecie jakoś mnie ruszyła. Nie wiem co by tu jeszcze dodać z wyjątkiem może odrobiny jakiegoś urozmaicenia (no dobra, scenka z żabą była śmieszna) w tym uniwersum nieszczęścia zamieszkałego przez wybrakowanych ludzi, nie widzę w tym komiksie minusów. Na zakończenie, "Rusty Brown" to jeden z najfajniej wydanych komiksów jakie przewinęły się przez moje ręce o nakładzie pracy jaką musiał włożyć wydawca w edycję już wspominałem, ale sam tomik super wygląda. Przypomina książki wydawane przez Czytelnika w latach 60-70 jak jeszcze w Polsce był papier, gruba tekturowa okładka, płócienny grzbiet ze złoconymi wytłoczeniami, do tego obwoluta. która przy rozłożeniu staje się właściwie nie wiem czym. Plakatem? Jakąś formą mapy? Takie bardzo to staroszkolnie gustowne, wielka szkoda że DC Deluxe tak nie wyglądały (w przeciwieństwie do większości wiadomość o zamianie na lakierowane okładki nie wzbudziła mojego entuzjazmu, co tam niby deluxe będzie z wyjątkiem ceny teraz?). Ocena 8/10.


   "Opowieści z hrabstwa Essex" - Jeff Lemire. Powtarzałem już kilka razy więc nie zaszkodzi raz jeszcze, jakoś nie polubiłem się specjalnie z Jeffem Lemire, nie przeczę że napisał kilka dobrych komiksów, ale wszystkie były one naznaczone jakimś skazami, przez które ciężko mi było je uznać za jakieś znakomite a do tego sporo naprawdę przeciętnych serii (albo i katastrofalnie złych jak spin-offy Czarnego Młota), toteż jeżeli się wydaje jakiś komiks tego pana, o ile się wydaje jeszcze to raczej łukiem omijam. "Opowieści..." kupione jeszcze w czasach, gdy nie zacząłem przygody z autorem no i pod wpływem bardzo dobrych opinii. Przechodząc do meritum byłem przygotowany na zbiór szortów, ale okazało się, że opowieści jest właściwie ledwie trzy. Pierwsza o dziesięciolatku, który stara się przepracować traumę związaną ze śmiercią matki uciekając w świat superbohaterskich fantazji i jego stosunkach z pracującą na stacji benzynowej podobno opóźnioną po uderzeniu krążkiem w głowę niedoszłą gwiazdą hokeja, oraz swoim własnym wujkiem u którego zamieszkuje, który na swój surowy sposób kocha chłopaka, ale nie bardzo potrafi się z nim porozumieć. Druga opowieść, przedstawi nam pewnego mającego problemy ze słuchem, pamięcią i chlaniem dziadka, który będzie wspominał czasy swojej młodości, gdy wraz z bratem byli gwiazdami pół-zawodowej drużyny hokejowej. Opowieść trzecia tym razem obędzie się bez gwiazd hokeja bowiem jej bohaterką będzie pielęgniarka, która zajmowała się dziadkiem w rozdziale drugim. A właściwie jedną z bohaterek, bo tym razem fabuła pójdzie dwoma ścieżkami a gwiazdą (nie hokeja) drugiej będzie siostra zakonna żyjąca ponad sto lat wcześniej.
  Tak jak wielkim fanem Lemire'a jako scenarzysty nie jestem, tak jako rysownika również. Może nie to, żebym jakiegoś go szczególnie nie lubił jego rysunków no i zawsze poczytuję to za plus jak, artysta dysponuje swoim własnym rozpoznawalnym na pierwszy rzut oka stylem, ale jakoś akurat nie uważam tego co on prezentuje za jakąś szczególnie dobrą "robotę", ot po prostu przyzwoite rzemiosło z pomysłem na siebie, które spełnia swoją funkcję. Tutaj mamy do czynienia z jeszcze bardzo surowymi rysunkami, które dopiero z biegiem lat Lemire doszlifował i uładził i tak po prawdzie odniosłem wrażenie, że zadziałało to nieco na ich niekorzyść. W czerni i bieli, oszczędne jeszcze bardziej niż zwykle prezentują się naprawdę fajnie z tym swoim sznytem "undergroundowego" komiksu a przede wszystkim doskonale pasują, nie odciągając uwagi od treści. Do gustu przypadły mi zwłaszcza te kwadratowe w dużej części przypadków kinole, które z racji tego, że połowa występujących postaci gra w hokeja są bardzo na miejscu. Lemire często sięga po filmowy sposób kadrowania (czyli niewiele zmieniające się obrazki w serii) i bardzo często rysuje ptaki (z jakiegoś powodu ważne chyba) w taki mocno dziecinny sposób. Jak u Ware'a depresyjnych zaśnieżonych pejzaży będzie równie wiele jak nie więcej, w Kanadzie jeszcze więcej śniegu jak w Nebrasce w końcu.
  Trzy historie wszystkie mi się podobały, najbardziej jednak ta środkowa o zgorzkniałych braciach. Taka nostalgiczna pocztówka z czasów, które już nigdy nie wrócą, wypełniona obrazkami z dzisiejszego punktu widzenia pewnie dla młodszych niezrozumiałymi a dla starszych zabawnymi, przedstawiającymi naprzykład panów z wąsami w czasie meczu na ławce rezerwowych palących papierosy, dla których słowa ochraniacze bądź kaski to dosyć abstrakcyjne pojęcia. Ogólnie rzecz biorąc, biorąc pod uwagę gatunek a także sam raczej niespecjalnie wesoły nastrój komiksu czy chociażby zawarte wątki autobiograficzne można go porównać z tym powyżej i w tym momencie analogia do wielkiego literackiego pojedynku Williama Faulknera i Ernesta Hemingway'a nasuwa się sama. O ile Chris Ware układa, bardzo skomplikowaną i trudną w odbiorze mozaikę o życiu zimnych, nieprzyjemnych ludzi, to Jeff Lemire za pomocą dosyć prostych środków, tworzy w sumie niekoniecznie mniej złożoną, ale o wiele łatwiejszą do przyswojenia (co nie znaczy że błahą) opowieść o mrukliwych, twardych niczym kanadyjska aura mieszkańcach fikcyjnego hrabstwa. Autor w swoim komiksie jakoś tak bliżej jakby człowieka staje, jego bohaterowie, niedoskonali, popełniający fatalne błędy i podejmujący fatalne decyzje czy po prostu potykający się o niezależne od nich przeszkody, z racji swojego o wiele solidniej nakreślonego człowieczeństwa i tego, że potrafią ot chociażby czerpać radość z drobnych rzeczy i może nie to że nigdy nie tracą ale pozwalają sobie przypomnieć że zawsze jest nadzieja, będą bliżsi sercu czytelnika. Dodatkowo dostaniemy dwie krótsze historie ukazujące opowieści w swej pierwotnej formie, która nie przerodziła się w pełnoprawną postać. Pierwsza "Klub bokserski hrabstwa Essex" bardzo fajna historyjka o dwóch przyjaciołach, którzy wraz z innymi farmerami założyli amatorską federację bokserską w zupełności radząca sobie jako rzecz samoistna, oraz druga "Smutne i samotne życie Eddiego Słoniouchego", niespecjalnie interesująca z racji tego iż jest ledwie wstępem bez żadnego rozwinięcia. Najlepszy komiks Jeffa Lemire? Z mojego punktu widzenia bez wątpienia. Nie wiem czy wspominałem, ale w środku jest bardzo dużo o hokeju, zajebiście. Ocena 8+/10.
   
 
 "Acriborea" - Sylvain Cordurie, Stephane Crety. Daleka przyszłość, ludzkość sięgnęła innych planet, oczywiście zamieniając w śmietnik swoją własną. Kilkumilionowa kolonia na planecie Acriborea, właśnie czeka na wielki dzień a mianowicie przylot 12 milionów nowych kolonistów (tutaj status quo jest dosyć niejasne czy to już wszyscy żyjący i czy Ziemia już umarła, czy dopiero umiera). Ziemianie, utrzymują możliwie przyjazne kontakty z inteligentnymi rasami zamieszkującymi cały układ słoneczny, czyli tak naprawdę rozmawiają tylko z takimi przypominającymi owady najbardziej zaawansowanymi technicznie (i tak mniej niż ludzkość), całą resztę traktując identycznie jak traktowała mniej rozwinięte cywilizacje na naszej planecie na przestrzeni dziejów, czyli wiadomo jak. W toku bliżej nieokreślonych okoliczności, ludzie orientują się, że jedna z ras dysponuje jakimi parapsychologicznymi zdolnościami, więc główny zarządca kolonii z wyglądu i zachowania idealny czarnych charakter, prowadzi badania mające na celu wykorzystanie tych zdolności, aby zdominować mentalnie wszystkich ludzi, czyniąc z nich doskonale funkcjonującą machinerię. W tym momencie wchodzi na scenę pierwszy główny bohater czyli Jasper Niemeyer, kierowca wyścigowy (że też w kilkumilionowej kolonii na obcej planecie od której zależy los całej ludzkości, mają czas i środki aby budować tory wyścigowe), członek ruchu oporu, który wraz z kilkoma wspólnikami spróbuje zniszczyć laboratoria i w czasie akcji, natknie się na obcych, którzy przekażą mu dziwne fantastyczne zdolności. Próba ucieczki z zamienionych w zgliszcza laboratoriów Jaspera nie uda się jednakże i wpadnie on w ręce Gubernatora, który odeśle go do kosmicznej stacji badawczej, gdzie okaże się, że takich jak on jest więcej. Bohaterem numer dwa będzie pułkownik Nathan Palliger, dowódca sił wojskowych nadlatujących kolonistów, który przybył jako forpoczta, przygotować trasę przelotu dla statków i na prośbę Gubernatora uda się na sąsiednią dla Arciborei planetę, skontrolować znajdujące się tam posterunki. Pionki są rozstawione, wydawałoby się po początku, że dostaniemy standardową opowieść o walce z bezlitosną korpo-władzą o wolność, równość i braterstwo, ale jednak nie. Zarozumiała ludzkość, przekonana (wiadomo niebezpodstawnie, ale...) o swojej przewadze, nie dostrzeże, że rasy tubylcze dla całego układu, nie zamierzają więcej tolerować ich panoszenia się, tym bardziej w przewidywanej o wiele większej liczbie.
   Co do rysunków Crety'ego mam raczej mieszane odczucia, ogólnie rzecz biorąc wszystko wygląda dobrze z wyjątkiem twarzy. Te są raczej kreskówkowe, ale po prostu brzydkie i często nieforemne (kilka osób ma wklęsłe czaszki?), na dodatek, wszyscy są do siebie podobni, więc są czasem problemy z rozróżnianiem postaci. Jak wspomniałem, cała reszta na plus, czasem bardzo na plus. Jest dynamicznie (scen akcji dosyć sporo) i bogato w szczegóły. Cordurie w posłowiu sam twierdzi, że był zdziwiony jak Crety lewicujący pacyfista zajarał się wojskowymi klimatami, więc bardzo zwracają na siebie uwagę przede wszystkim projekty wszelakich militariów. Rysownik sięgnął po często stosowany patent i nie starał się wymyślić koła na nowo, czyli większość urządzeń, pojazdów itp. wzorcował na jakichś tam istniejących rzeczach, dzięki czemu czytelnik pod tym względem szybko poczuje się jak w domu. Bardzo mi się spodobał mi się wygląd ziemskich sił obronnych, bardzo podobnych do brytyjskich spadochroniarzy z okresu II WŚ, co w scenach walk miejskich, wydaje się bardzo na miejscu. Ogólnie rzecz biorąc jest sporo brutalności, ale to nie takiej przerysowanej w stylu Slaine'a, tylko nieco realistyczniejszej aczkolwiek też bez nadmiernej szczegółowości. Skrótowo, za wizualia ostrożny plusik z wyłączeniem tych paskudnych gęb.
   Komiks reklamowany jako batalistyczny i takim jest w istocie. Co dosyć ciekawe podczas lektury zdałem sobie sprawę, że tak naprawdę bardzo niewiele takich komiksów wydano w naszym kraju. Owszem jest sporo dziejących się w czasie wojny, ale z reguły to są powieści antywojenne, gdzie ta wojna jest trochę z boku a skupiamy się na bohaterach. Z takich "bitewniaków" przychodzą mi te dwa komiksy Egmontu dziejące się w czasie wojen napoleońskich, Wieczna Wojna (wiem, wiem ale mimo wszystko Haldeman dosyć sporo miejsca poświęcił walkom), te wojenne serie Screamu, tyle, że tam wszystko o tych wspaniałych mężczyznach (i kobietach) i ich latających-jeżdżacych-pływających maszynach a nie o piechocie, coś tam z IPNu pewnie i ten jeden tom z kolekcji Star Wars i jakoś więcej nie pamiętam. Tutaj bitew będzie w opór. Ogólnie rzecz biorąc początek jest trochę męczący, autor wrzuca nas w sam środek historii, nie bardzo się przejmując faktem, że czytelnik nie ma specjalnej podbudowy do świata i z początku czuć się możne dosyć pogubionym. Powiem szczerze, że przez dłuższy czas miałem kłopot ze zorientowaniem się ile w końcu tych kosmicznych ras tam występuje i jakie są między nimi zależności, bowiem jedne się pokazują na kadrach a inne występują tylko w dialogach, a jako że mam problemy z zapamiętywaniem takich fantastycznych nazw (nie tylko chodzi o rasy) to się zastanawiałem, czy postacie rozmawiają o czymś co już było, czy to zupełne coś nowego. Sama intryga dosyć mocno pokomplikowana, ale po jakimś czasie wszystko się wyklaruje i okaże się całkiem sensowna i całkiem interesująca. Największy zarzut mam do zakończenia, tzn. samo zakończenie czyli los ziemskich kolonistów z Acriborei jest jak najbardziej ok. ale osobiście mam wrażenie, że autor został zaskoczony decyzją o końcu serii i zabrakło mu jakoś jednego tomu na odpowiedni finał. Jasper i jego towarzysze, spełniają swoją rolę w fabule i scenarzysta wyraźnie nie wie co z nimi dalej zrobić (może trzeba było ich zabić?) i później dalej nonsensownie męczy nimi bułę, prowadząc ich dokładnie donikąd. Zupełnie znikąd pojawi się nonsensowny potworek wyglądający niczym kolejna forma Freezera z Dragon Balla i on też szczerze mówiąc nie zostanie wykorzystany. Nie wiem gdyby nie ta końcówka, byłoby trochę lepiej, mimo wszystko o dziwo wydaje mi się, że to jeden z fajniejszych komiksów Studia Lain, może i bez jakichś ambicji na pozostanie jakimś głębokim dziełem, ale solidnie zrobionym wojennym akcyjniakiem. Ocena -7/10.


  "Serpieri - Kobiety Dzikiego Zachodu" - Paolo Eleuteri Serpieri i inni. Trzy historie prosto z dzikiego zachodu skupiające się zgodnie z tytułem na kobietach. Pierwsza "Kobiety na Pograniczu" o grupie ochotniczek, wybierających się gdzieś do miasteczka na samym skraju cywilizacji w celu ciężko stwierdzić, jako obsługa burdelu, bądź kandydatki na żony. Druga "Biała Indianka" to opowieść, można się domyślić po tytule, ale jednocześnie to historia zemsty, która pożarła zdrowy rozsądek pewnego człowieka. Ostatnia to "John i Mary, Mary i John" historia podstarzałego trapera i zdziczałej kobiety, których los postawi przed sobą jako przeciwników a później uczyni ich przyjaciółmi (czymś więcej?) poprzez zwierzenie się z historii ich życia. Wszystkie trzy komiksy może nie tyle banalne, co raczej fabularnie strasznie zgrane, dzisiaj już nieco trącące myszką (aczkolwiek to nie jakieś archaizmy straszne). Prosto z epoki gdy włoski western wyszedł z ram opowieści przygodowej i wszedł w okres brutalnego "realizmu". Optymizmu tu niewiele, bohaterów czeka nic innego niż krew, pot i łzy to co czeka na ich drodze przyprawi ich tylko o rozpacz a za zakrętem będzie jeszcze gorzej. Śmieszą, trochę Indianie wiecznie w pióropuszach, widno wszyscy tam pechowo trafiają zawsze na indiańskich komandosów. Nie oszukujmy się to jeden z tych komiksów, które kupuje się raczej dla rysunków a tutaj Serpieri zdecydowanie jest w bardzo wysokiej formie, w przypadku dwóch pierwszych nowel, blisko już do rysunków znanych z Druuny, chociaż z nieco mniej bujną cielesnością (jest nieco golizny, ale to raczej trzeci plan). Trzecia, tak nieco z bardziej "szarpaną" kreską, momentami nieco odskakuje od pełnego realizmu, niemniej wszystkie trzy to świadectwa wysokich umiejętności artysty. Niespecjalna oryginalność i poruszanie się w pewnych umownych ramach, może i nie przeszkadzałyby tak bardzo, gdyby nie to iż jedyną autonomiczną i pełną opowieścią, zresztą najlepszą również jest ta środkowa. Pozostałe dwie, przypominają raczej wyrwane z kontekstu szkice przygód, których nie poznamy. Z uwag co do wydania Screamowego, znalazłem jeden śmiesznie niedorzeczny błąd ortograficzny pierwszego stopnia (nie mogę sobie przypomnieć jaki) no i ja rozumiem, że zapewne opierają się na jakichś gotowych wydaniach, ale w przypadku takich zbiorów, wypadałoby podać chociażby datę pierwotnego druku. Ocena 6/10.


  "Pierwsze Razy" - Sibylline i inni. Jakoś tak bez przekonania kupione, ale że lubię rysowaną erotykę/pornografię, wziąłem aby chociaż sprawdzić i sprzedać. Tomik cieniutki, ok. 100 stron, format raczej niewielki w środku 10 erotycznych nowelek. Autorką wszystkich jest niejaka Sibylline, ciężko było cokolwiek o niej znaleźć w internecie, z początku trafiłem na córkę znanego i u nas Felixa Meyneta, również zajmującą się komiksem i przede wszystkim malowaniem kobiet (przeuroczo jej wychodzą), tyle że okazało się iż to nie ta chociaż również Francuzka. No w każdym bądź razie, jak już wcześniej wspomniałem historyjek dziesięć i każda z nich narysowana przez innego artystę. Wierząc opisowi z okładki to wielkie nazwiska komiksu, ale ja na europejskim zwłaszcza dzisiejszym komiksie się nie znam więc właściwie nic te pseudonimy bo to raczej ksywy niż nazwiska mi nie mówią. Panów znam dwóch a mianowicie są to Dave McKean i Cyril Pedrosa, jako grafików niespecjalnie lubię i uważam, że zatrudnienie ich nie było specjalnie fantastyczną decyzją, z resztą to raczej zależy od percepcji oglądającego obydwaj są znani ich prace wyglądają jak wyglądają a czy to erotyczne to każdy może odpowiedzieć sobie sam. Natomiast nie ma się czym przejmować bo w środku znajdą się i słabsi zawodnicy, ogólnie albumik pod względem rysunków jest przynajmniej w moim odczuciu bardzo średni, żeby nie powiedzieć słaby jak na obiecywanych mistrzów to no normalnie powiedziałbym "co to za kurwa nędza?". Fajnie wygląda ten rozdział, którego autor korzysta ze stylu naśladującego Bruce Timma (chociaż jest taki bardziej surowy, ale to w sumie nawet dobrze), czy ten przypominający nieco (bardzo nieco) Paula Pope. No dobrze, wiadomo że komiks na pierwszy rzut oka nie czaruje, ale jak z treścią? Dziesięć opowiadanek, kręcących się dookoła okładkowych "pierwszych razy" oczywiście nie obejrzymy 10 scen jakichś defloracji, tylko 10 "debiutów" w różnych powiedzmy dziedzinach, ot chociażby chłop zostanie po raz pierwszy wyruchany przez babę straponem (to akurat było słabe). Do tematu podchodziłem jak pies do jeża, pamiętając potworka zwącego się "Istota", podobnego w założeniach, aczkolwiek autorstwa miejscowych "specjalistek" (ciężko powiedzieć od czego). No i przyjemnie się rozczarowałem, bo same nowelki okazały się również przyjemne, trochę na śmiesznie, trochę na poważnie, trochę na romantycznie a trochę na pornograficznie, wiadomo autorka raczej nie odkryje przed czytelnikiem (przynajmniej takim mającym więcej niż te -naście lat) jakichś niezwykłych tajemnic, ale przynajmniej nie odniesiemy wrażenia, że bredzi o tym co jej się wydaje, że wie, tylko opowie o tym co faktycznie wie. I tylko szkoda, że ta druga Sibylline nie zilustrowała choćby jednego rozdziału. Ocena 6/10.


  "Shane" - Jean-Francois di Giorgio, Paul Teng. Wszystkie pięć albumów serii przygodowo-historycznej upchane w jednym zbiorczym tomie. Anglia z początków XII wieku, przy powrocie na Wyspy w katastrofie okrętu ginie Wilhelm jedyny syn panującego wówczas króla Henryka I Beauclerca. Z wypadku z życiem uchodzi tylko jedna osoba, sam ON, Shane. irlandzki najemnik na służbie władcy Anglii i Normandii główny bohater komiksu, jeden z najbardziej niewyraźnych pierwszoplanowych bohaterów jakich miałem okazję poznać. W miejsce martwego syna Henryk postanawia jako spadkobiercę wystawić swoją córkę Matyldę, młodą wdowę po Cesarzu Niemiec, co oczywiście doprowadzi do wściekłości większość możnych skupionych wokół Stefana z Blois (z Kościołem na czele a jakże) a królestwo stanie na krawędzi wojny domowej. Wszystkie postacie a także wydarzenia (łącznie z tym, że morską katastrofę przeżyła jedna osoba) z wyjątkiem oczywiście Shane'a są bardziej lub mniej zgodne z rzeczywistością. Na dworze okaże się, że Matylda i Shane znają się jeszcze z dzieciństwa, gdy przysięgli sobie dozgonną miłość a że podobno "stara miłość nie rdzewieje"..., no w każdym razie, bohater będzie musiał udaremnić zamach wykonany przez wcześnosredniowiecznych nindżów po czym Matylda zostanie ogłoszona jako oficjalny sukcesor tronu. W tomie drugim Shane będzie ratował porwaną księżniczkę i ruszy w pościg i jednocześnie ucieczkę, za jednym z organizatorów zamachu z tomu pierwszego przez którego będzie wmanewrowany w zabójstwo przyjaciela i jednocześnie doradcy Henryka. Tom trzeci to poszukiwania głowy Jana Chrzciciela, tom czwarty rozprawa z bandą rzezimieszków oraz ostatni tom piąty, ostateczna konfrontacja ze złoczyńcami.
  Rysunki Tenga bardzo klasyczne, zaryzykowałbym stwierdzenie, że aż za bardzo, przez co jest to trochę nudnawe w oglądaniu, ale miłośnicy takiego quasi-realistycznego stylu raczej docenią. Kadry wypełnione szczegółami, co zazwyczaj przyprawia mnie o dobry humor zwłaszcza w komiksie historycznym. Plusik za twarze, bez specjalnego idealizowania i doprawdy bardzo mocno różniące się między sobą, pomimo obecności naprawdę dużej ilości postaci. Za kolory odpowiada nasza rodaczka Grażyna Kasprzak i jak to ma w zwyczaju nie daje absolutnie żadnych powodów do narzekań na swoją pracę, dostosowując się do tego konserwatywnego stylu, tak po przeglądnięciu (przeczytaniu zresztą też) byłem przekonany, że to absolutnie typowy przedstawiciel europejskiego nurtu z przełomu lat 80/90 okazało się ku mojemu zdziwieniu, że komiks jest o dekadę młodszy. Znaczy się, jeżeli z góry nie nastawimy się na zachwyt to powinno się raczej podobać.
  Co by tu tak w podsumowaniu napisać? No cóż "Shane" to przykład najzupełniej przeciętnego przedstawiciela swojego gatunku. Przede wszystkim di Giorgio popełnił błąd, całkiem często przytrafiający się autorom, zbyt wiele srok chciał za ogon naraz chwycić. Mamy do czynienia z wyraźnym fabularnym podziałem na części historyczne i momenty akcji-przygodowe. Jako, że na tom składa się pięć frankofońskich albumów standardowej objętości, biorąc pod uwagę iż autor wymyślał scenariusz na bieżąco bez zdaje się większego planu co do rozmiaru serii (ten album z głową, naprawdę po co? ani to mądre, ani fajne, ani kompletnie nic nie wnosi do całościowej fabuły) żadna z części nie ma szans właściwie wybrzmieć. Polityczne intrygi są kwitowane jednym-dwoma zdaniami, na dodatek kopnięciem prosto w krocze (czytelnika, który nie jest znawcą historii Anglii sprzed tysiąca lat) jest brak praktycznie jakichkolwiek przypisów co w komiksie tego rodzaju jest błędem niewybaczalnym i sporo dosyć ciekawych wiadomości, przemknie nam niezauważonych (naprzykład po co były te minogi?). Nie to, może żeby sama fabuła była jakoś szczególnie niejasna, ale to co jest (a bardziej to czego nie ma) nie pomaga specjalnie w gładkim jej przyswojeniu to w tej nieco szczątkowej formie po prostu "nie wciąga". Analogicznie nie mamy też specjalnie czasu, na podbudowę bohaterów, Shane to tak tragicznie papierowa postać, iż najbardziej wyraźną cechą jego "charakteru" są długie blond włosy (no i fakt, że potrafi z krzaków błyskawicznie wyciąć z kuszy trzech bandziorów :) i zostać nazwany świetnym łucznikiem). W tej konfiguracji, sama akcja też wymaga sporych uproszczeń w stylu bohaterowie raz są tutaj, raz trzydzieści kilometrów dalej, zresztą tam tyle tych bohaterów się przewija (i znika jednocześnie) iż można się tylko zastanawiać czy scenarzysta nie mógł się zastanowić w jakim kierunku będzie zmierzać fabuła, czy planował pisanie kolejnego Thorgala (stawiam na to drugie). Co dosyć smutne, po kiepskim trzecim albumie (poprzednie dwa też nie były jakieś znakomite szczerze mówiąc), wydaje się, że seria zaczynała się nieco "klarować", z pewnością dobrym pomysłem było wstawienie do historii Abilene - jąkały, która może nie jest jakoś strasznie skomplikowana, ale przynajmniej logicznie pod względem psychologicznym skonstruowana i dodaje trochę pieprzu w stosunku do mdławej Matyldy do szczerze mówiąc momentami mdławego scenariusza. Fani gatunku mogą spróbować, nie ma tragedii, przygodni czytelnicy z racji tego, że podobnych komiksów na naszym rynku trochę się znajdzie lepiej niech poszukają czegoś lepszego. Ogólnie miało być mniej, ale jakoś te dwa ostatnie albumy nawet mnie wciągnęły. Ocena -6/10.
 

  "Toppi kolekcja tom 4 - Kolekcjoner" - Sergio Toppi. Tym razem mocna zmiana formuły, album wyraźnie grubszy od poprzednich, wewnątrz tylko pięć komiksów (cztery z nich były wydane w magazynie L'Eternauta), każdy mniej więcej objętości standardowego europejskiego albumu a więc pozwalająca na fabularne rozbudowanie w stosunku do tego co zazwyczaj było wcześniej a bohaterem wszystkich jest jedna i ta sama osoba. Osobą tą jest tytułowy Kolekcjoner, postać bardzo enigmatyczna żyjąca gdzieś na przełomie XIX i XX wieku, zajmująca się zbieraniem różnorakich najczęściej magicznych artefaktów i relikwii. Osoba na pewno bardzo bogata a jednocześnie na tyle bezkompromisowa i zdeterminowana, aby za pomocą pieniędzy nie wysługiwać się innymi w swoich poszukiwaniach, tylko samemu się tym zajmować. Kolekcjoner to człowiek wielu talentów on zarówno świetnie posługuje się rewolwerem jak i czarną lub białą magią. Wszystkich zna, wszędzie był, gada we wszystkich językach, w tym momencie moglibyśmy się uśmiechnąć, bo człowiek raczej w średnim wieku więc kiedy on miałby się niby tego nauczyć? Z drugiej strony kto nam zaręczy, że to człowiek a nie jakiś demon? Na dobrą sprawę nie mamy pojęcia po co on te wszystkie rzeczy, narażając własne życie i zostawiając za sobą szlak trupów zbiera, jedną wskazówką są zdania w rodzaju "chcę to mieć". Zresztą to tylko stare komiksy :) Kolekcjonera można nazwać bohaterem pozytywnym, aczkolwiek bardzo ostrożnie, owszem z pewnością wykazuje się swego rodzaju szlachetnością, złych karze, dobrych wynagradza przyjaźnią (co mu się często opłaca jak można zobaczyć), potrzebującym pomocy, pomaga. Aczkolwiek biada im wszystkim po równo, jeżeli staną pomiędzy nim a przedmiotami jego pożądania (albo tego co go popycha do zbieractwa), Kolekcjoner to ktoś na kształt Indiany Jonesa tyle że o wiele bardziej bezwzględny. Można by też określić go odwrotnością Corto Maltese, dla tego nadrzędna w podróży jest droga i przygoda, dla tego drugiego skarb na końcu a na przygody potrafi od czasu do czasu sarkać. Pewne odbicie postaci Jamesa Bonda też można w nim ujrzeć, gadżetów (najczęściej o mocno zabójczym działaniu u niego dostatek) a wyszczekany jak wszyscy trzej naraz. Fabuły interesujące i trzymające w napięciu, aczkolwiek trzeba być odpornym na bardzo silne przejawy deus ex machina (co poniekąd jest cechą całego gatunku). Miejsca akcji mocno rozsypane po całym świecie co wyklucza nudę, tak samo jak to, że czasem historia jest ukazana z perspektywy tych co mieli nieszczęście wejść w drogę samemu Kolekcjonerowi a nie głównego bohatera. Rysunków komentować nie trzeba są fantastyczne. Póki co chyba najlepszy i najrówniejszy tom w tej kolekcji. Ocena 8/10.


 "Slaine - Pogromca Smoków" - Pat Mills, Leonardo Manco. No i ostatni z serii, poprzednika uznałem za całkiem ciekawą próbę odświeżenia formuły, ale patrząc się na opinie krążące w necie, większości stałych czytelników serii nie przypadła ona do gustu a nowych chyba nie napędziła, więc wraca stare. Oto wraca stary dobry Slaine, znowu ogolony, znowu z szelmowskim uśmiechem za to rządny krwi chyba bardziej niż zwykle. Sprawa kosmiczno-poza wymiarowych potworów i ich mrocznego bóstwa została rozwiązana, za to pozostała dogrywka z Brutusem (którego oczywiście bohater zabić nie może, więc zajmie się jego potwornym synem). Świetne realistyczne i dosyć mroczne rysunki argentyńskiego artysty przykuwają oko, ale do wysokiego poziomu grafik, tytuł już nas przyzwyczaił. No i cóż można powiedzieć z wyjątkiem tego, że się człek powtórzy? Wszystko to za co fani pokochali Slaine'a powraca. Znowu jest Ukko, znowu są dupeczki, znowu mamy do czynienia z bezrozumną przemocą (ciężko mi było w to uwierzyć po poprzednikach, ale jest jeszcze brutalniej). Trochę szkoda, że historia się kończy, zanim zdąży się rozpędzić porządnie (ledwie kilkadziesiąt stron) a Mills, wprowadza kilka fajnych pobocznych postaci, których nie za bardzo ma czas wykorzystać, więc widoki na coś więcej były. Ale jak kto ma ochotę na komiks bez pretensji do jakiejś głębokości (chyba, że chodzi o głębokość kałuż krwi), za to dający całkiem sporo zwykłej frajdy wynikającej ze świetnie narysowanego mordobicia, to jak najbardziej można. Ocena -7/10.


   "Deadly Class tomy 8,9" - Rick Remender, Wes Craig. Kompletny zawód, po znakomitych na dobrą sprawę wszystkich poprzednich siedmiu tomach, seria może nie to, że obiera jakiś dziwny bądź też niewłaściwy kierunek, tylko zaczyna się kręcić w koło bez większego sensu. Marcus i Maria, ni z gruchy, ni z Pietruchy wracają znowu do szkoły. Nie to, żeby nie można się było tego spodziewać, ale raczej z ognistymi mieczami srogiej zemsty a nie z tornistrami. Parka bohaterów wraca normalnie na zajęcia jakby nic się nie stało, po czym zrywa ze sobą właściwie nie wiadomo z jakiego powodu, inne postacie są ze sobą kojarzone też nie wiadomo dlaczego. Ogólnie autor strzela swoimi pomysłami z częstotliwością, o wiele większą niż wcześniej przy braku jakiejkolwiek podbudowy fabularnej, ot większość przetasowań personalnych musimy przyjąć na zasadzie "bo tak". Nie wiem też dlaczego Remender uznał, że komiks chyba zbyt mało treści SJW wcześniej zawierał, bo teraz rzuca tym nader hojną ręką (bohater otwiera drzwi a tam jego wybranka, migdali się z drugą, otwiera następne a tam jego wróg obciąga drugiemu, trochę się pośmiałem). Stara-nowa paczka zostaje kompletnie roztrzaskana, albo uśmiercona, albo zepchnięta na dziesiąty plan (za to co zrobiono z Helmutem, pewnie ulubieńcowi większości czytelników, powinien otrzymać karę chłosty publicznej), w zamian zostaje dokoptowana kompletnie z xuja wyssana siostra Williego (może i nie jest ciekawa, ale ma kolor właściwy). Nasza droga młodzieży, chodzi na lekcje i robi imprezy przy okazji radośnie się mordując, co na tym etapie fabuły, jest kompletnie bez sensu. Zostaje uśmiercone, kilka ważnych postaci, które występowały praktycznie od początku i to śmiercią nader przypadkową. Ogólnie rzecz biorąc, Remender wyraźnie postawił na shock-value, kosztem jakiegoś rozsądnego rozwoju postaci i fabuły, zresztą potwierdza to nawet, pojawiające się pierwszy raz w serii full-nude. Jasne, dalej się połyka stronę za stroną, rysunki dalej są świetne, ale w stosunku do poprzedników to spora zapaść. Ogólnie odniosłem wrażenie (nie chciało mi się sprawdzać), że scenarzysta wziął się za jakąś nową serię i stracił trochę może zapał a może czasu nie miał specjalnie aby się właściwie zająć tą starą i pisał tutaj co mu ślina na ołówek przyniosła. No nic, powoli zbliżam się do finału, oby to była tylko chwilowa zapaść i zakończenie nie zepsuło, mojego naprawdę dobrego zdania o "Deadly Class". Ocena -6/10.

Offline studio_lain

Odp: Bo chodzi o to, żeby plusy nie przesłaniały nam minusów - sezon drugi
« Odpowiedź #742 dnia: So, 17 Maj 2025, 14:05:04 »
Lubię twoje recki komiksów :)
Powtórzę się, szacun za to, że masz chęci i siłę tyle pisać!

ps. Jak miałeś frajdę przy Acriborea nie przegap Morgany - niezwykły komiks miksujący s-f z fantasy

« Ostatnia zmiana: So, 17 Maj 2025, 15:03:06 wysłana przez studio_lain »
Plany Studia Lain - orientacyjne

Zabójcza kołysanka - końcówka prac
ABC Warriors - przedsprzedaż 3 grudnia, godz 12 gildia
Vae Victis - !druk
Haunt - !druk 
Solo - luty
Spawn Dark Ages - styczeń
Magdalena - zakończone tłumaczenie
Barbara - zakończone tłumaczenie
Oko Odyna - zakończone tłumaczenie

Odp: Bo chodzi o to, żeby plusy nie przesłaniały nam minusów - sezon drugi
« Odpowiedź #743 dnia: So, 17 Maj 2025, 17:53:05 »
  Żeby nie było to ja też posłodzę. A ja lubię niektóre Twoje komiksy. Może sprawdzę, zależy czy akurat coś będę na gildii zamawiał.

Offline Nawimar III

Odp: Bo chodzi o to, żeby plusy nie przesłaniały nam minusów - sezon drugi
« Odpowiedź #744 dnia: Pn, 02 Czerwiec 2025, 22:09:27 »
Maj

Sleepwalker nr 21 - mimo że Kelly Krantz to raczej entuzjasta-wyrobnik niż uzdolniony fachowiec (w odróżnieniu od jego poprzednika Breta Blevinsa), to jednak stopniowo przyzwyczajam się do zmiany na stanowisku rysownika tej serii. W wymiarze fabularnym jej scenarzysta nadal stawia na dramaturgiczne zawirowania oraz gościnne występy. Stąd po raz kolejny udział w tym przedsięwzięciu drugiego Hobgoblina, jeszcze bardziej zajadłego niż jego w tej roli poprzednik.
 
Martian Manhunter vol.3 nr 21 - sporą niespodzianką tego epizodu jest jego zilustrowanie przez Timothy'ego Trumana, znanego u nas m.in. ze ,,Świata Jastrzębi” i publikowanego przez Dark Horse ,,Conana Barbarzyńcy”. Znać jednak, że do wykonania tego zlecenia miał on nie wiele czasu. Historia z udziałem Abina Sura ogólnie cieszy, ale jednak trudno oprzeć się poczuciu, że w pomyśle skomasowania osobowości tego pokroju co wspomniany Green Lantern i J’onn J’onzz tkwił znacznie większy potencjał niż osiągnięty w tej opowieści.
 
Ćma: Koi No Yokam – na tle wcześniejszych odsłon przypadków Cypriana Leopolda Różewicza (a przy okazji również jego „zaćmionego” alter ego) niniejsza jawi się nad wyraz zaskakująco. Oto bowiem miast odniesień do UFO-logii oraz czasoprzestrzennych zawirowań, nadszedł czas (nawet jeśli mamy do czynienia z retrospekcją) na… miłość. I trzeba przyznać, że w dobrym stylu. Do tego zarówno w kontekście „składu” zawartej tu fabuły, jak i jej zilustrowania przez początkującego, acz zarazem mocno w powierzone mu zadanie zaangażowanego rysownika.

Sierżant Rock i armia trupów - pomimo jak zawsze fachowych rysunków Eduardo Risso uczciwie przyznać trzeba, że solowy debiut tytułowej postaci na polskim gruncie nie zachwyca. Motyw nazi-zombie jest już na tytle zgrany, że trudno się nim choćby symbolicznie ekscytować. Nawet jeśli Bruce Campbell podjął się dosycenia wspomnianego motywu znamionami oryginalności, to uczynił to na tyle dyskretnie, że nie sposób się efektów jego wysiłków dopatrzeć. Stąd w przypadku tej propozycji wydawniczej mamy do czynienia z wprawnie i profesjonalnie zilustrowaną „sieką” .

Sleepwalker nr 22 - nieoczekiwana zmiana miejsc pomiędzy Rickiem, a ,,rezydentem” ze sfery podświadomości po raz kolejny przejawia się licznymi zwrotami akcji oraz tłoczną obsadą. Trzeba przyznać, że szanowny pan scenarzysta dokładał starań, by kolejne odsłony tej inicjatywy zawierały istotne dla dalszego rozwoju serii fabularne dopełnienia. Tak też sprawy mają się także w niniejszym epizodzie, ze szczególnym uwzględnieniem sceny finalnej.
 
Marvel Origins t.61: Thor 10 - z każdej planszy tej serii wręcz emanuje twórcza radość jej głównego autora. A był nim Jack Kirby, co już samo w sobie stanowi informacje co do skali epickości tego przedsięwzięcia. Część zawartych w tym zbiorze kompozycji jest wręcz obłędna (m.in. podróż Sif i Thora poprzez międzywymiarowe przestrzenie). Nic zatem dziwnego, że na ówczesnym etapie powstawania tej inicjatywy była ona jedną z najpopularniejszych produkcji Marvela.
 
Dziedzictwo kulturowe – krótka acz skodensowana forma, niełatwa do jednoznacznej interpretacji, co wypada potraktować w kategorii waloru. Wizualnie wysmakowana i dopieszczona. Aż chciałoby się zbiorek tego typu refleksji o kierunkach rozwojowych naszej cywilizacji.
 
Martian Manhunter vol.3 nr 22 - w przeglądzie pierwszych spotkań J’onna z jego sprawdzonymi sojusznikami (a zarazem także przyjaciółmi) nadszedł czas na Batmana. Takiego spotkania o tyle zresztą nie mogło zabraknąć, że pierwsze perypetie Martiana Manuntera prezentowane były na łamach magazynu ,,Detective Comics vol.1”. Aura tej opowieści jest stosownie wystylizowana i stąd mamy do czynienia z fabułą utrzymaną w nastrojowości neo-noir. Ogólnie znać, że pomysł na cykl tego typu retrospekcji okazał się przysłowiowym strzałem w dziesiątkę.
 
Star Trek: Defiant t.1 – niestety wszystko wskazuje, że publikowana przez Egmont linia wydawnicza komiksów z uniwersum Star Treka, to przynajmniej na ten moment inicjatywa z gatunku zaniechanych. O tyle to dziwi, że wielbicieli marki wykreowanej za sprawą Gene’a Roddenberry’ego jest w naszym kraju całkiem sporo. Pech w tym, że najwyraźniej preferują oni inne „nośniki” niż komiks. Wygląda jednak na to, że swoich sił w tym kontekście próbuje wydawnictwo Amber, czego przejawem jest niniejsze otwarcie tej serii, niejako przedłużenia serialu „Star Trek; Stacja kosmiczna”. O ile znani u nas bracia Tipton radzili sobie jako scenarzyści wręcz wyśmienicie (m.in. „Star Trek: Konflikt Q”), o tyle wypada również docenić wysiłki na tym polu Christophera Cantwella, autora tej właśnie fabuły. Trafny dobór obsady, przekonujący konflikt na mega-skalę oraz rozeznanie autora scenariusza w niuansach jakże przecież rozbudowanej mitologii „Gwiezdnej Włóczęgi” sprawiły, że mocno kibicuję temu przedsięwzięciu. Oby tym razem komiksowy „Star Trek” zagościł u nas na dobre.
 
Bohaterowie i Złoczyńcy t. 90. Wonder Woman: Bogowie i śmiertelnicy – zawartość tego tomu w dużej mierze (bez dwóch ostatnich epizodów) była już przed kilku laty u nas prezentowana (w ramach „Wielkiej Kolekcji Komiksów DC Comics”). Niemniej każda okazja do odświeżenia sobie tej jednej z najlepszych inicjatyw DC Comics doby lat 80. to zjawisko, którego nie zamierzałem przegapiać. Ogrom pracy wykonanej przez zespół odpowiedzialnych za tę serię twórców – w tym zwłaszcza nieprzecenialnego George’a Péreza – dostrzegalny jest w niemal każdym kadrze. Stąd niezmiennie zdumiewa mnie skala ich zaangażowania. Że im się aż tak chciało! Mogę tylko żałować, że ponoć rozważana w Egmoncie polska edycja tego przedsięwzięcia (o ile rzecz jasna to nie plotka), nie doczekała się swojej publikacji.
 
Sleepwalker nr 23 - z miejsca rzuca się w oczy jakościowy regres pracy wykonywanej przez Terry’ego Krantza. Zapewne wynikło to z pośpiesznego trybu realizacji, bo już wcześniej dało się zauważyć, że potencjał twórczy autor ten posiadał. Co do rozwoju akcji to ku zaskoczeniu przepoczwarzonego w Sleepwalkera Ricka musi on skonfrontować się (choć na szczęście nie kinetycznie) z pobratymcami swojego ,,dzikiego lokatora”. Gdzieś po drodze dają o sobie znać członkowie Chain Gangu, nad wyraz dla Sleepalkera problematycznego (o czym więcej m.in. w epizodzie siódmym). A to nie wszystko, co twórca zawartej tu fabuły zaproponował czytelnikom tego tytułu...
 
Martian Manhunter vol.3 nr 23 - to było do przewidzenia: Ostrander i Mandrake, wcześniej zaangażowani w realizacje serii z Duchem Zemsty w roli głównej nie mogli przepuścić okazji do przybliżenia w tym tytule retrospekcji z jego udziałem. Tym samym jest okazja, by przyjrzeć się pierwszemu spotkaniu Spectre i Martiana Manhuntera. Jak dla mnie duet marzeń, choć ich kooperacja niekoniecznie przebiega w atmosferze wzajemnego zrozumienia. Plus Tom Mandrake w doskonałej formie.
 
Brigantus t.2 – Yves H. to co prawda scenarzysta nie tej klasy, co jego nieprzecenialny ojciec (tj. rzecz jasna Hermann Huppen); muszę jednak przyznać, że mnie ta fabuła przekonała. Do tego stopnia, że żałuję iż to (najprawdopodobniej) tyle w tym temacie. A szczerze pisząc spodziewałem się nieco bardziej rozbudowanej serii. Wizualnie Hermann radzi sobie oczywiście świetnie i choćby z tego tylko powodu warto po ów tytuł sięgnąć.
 
Marvel Origins t.62: Avengers 7 - nie ukrywam, że stęskniłem się za Avengersami. Przydałyby się ich perypetie jednak częściej. Don Heck (rysownik serii na prezentowanym etapie) niewątpliwie ustępował Jackowi Kirby’emu czy Johnowi Romicie Starszemu; niemniej także w jego pracach znać mnóstwo buzującej energii. Dobrze, że drugi skład uzupełniono o część weteranów składu pierwszego oraz nowego rekruta. Jako nowy scenarzysta serii Roy Thomas z powodzeniem odnalazł się w roli następcy Stana Lee. Z wybranych fragmentów tej serii, prezentowanych we wcześniejszych kolekcjach, zasadnie przypuszczać można, że dalej będzie jeszcze lepiej, a przy okazji tłoczniej.
 
Sleepwalker nr 24 - rozpisana na sześć epizodów historia według schematu ,,nieoczekiwanej zamiany miejsc” prawdopodobnie wymęczyła samego jej autora, Boba Budinsky’ego. Dlatego także jej konkluzja momentami sprawia wrażenie nieco nużącej. Nie zmienia to okoliczności, że dla dalszych losów obu głównych bohaterów tej serii okazała się ona momentem przełomowym. Pytanie czy z tego konceptu wykluje się zbiór okoliczności, który tę serie znacząco zdynamizuje. Bo nie da się ukryć, że bardzo by się jej to przydało.
 
Martian Manhunter vol.3 nr 24 - bywały takie czasy, gdy zasadniczym źródłem rozrywki dla czytelników przygód Ligi Sprawiedliwości były nie tyle konfrontacje np. z Despero i Czerwoną Brygadą Rakietową, co humorystyczny wymiar interakcji pomiędzy ówczesnymi przedstawicielami czołowej superbohaterskiej formacji Trzeciej Planety od Słońca. Dotyczy to oczywiście niezapomnianego dla wielu stażu Keitha Giffena i Johna Marka DeMatteisa, w którym humor właśnie stanowił swoistą oś tego przedsięwzięcia. Niniejszy epizod to nawiązanie do tej właśnie ery, a przy tym wykazanie, że John Ostrander władny był (a zapewne nadal jest) do rozpisywania nie tylko fabuł ,,na serio”, ale też stylizowanych na to, co odbiorcom ,,Justice League International” oferowali wspomniani Giffen i DeMatteis. Do tego na tle przybliżenia zaskakującego i dotąd nieznanego epizodu w życiorysie J’onna. Koncept przedni i tak też zrealizowany. Przy czym aż żal, że to już finał retrospekcji z życia Marsjanina, bo były to jedne z najbardziej udanych opowieści w dotychczas przyswojonych przeze mnie epizodach tej serii. 

Bohaterowie i Złoczyńcy t.99: Kosmiczne spotkania - podobnie jak seria ,,The Brave and the Bold” z udziałem Batmana, tak również ,,DC Presents” z Supermanem jako jej centralną osobowością, okazała się swoistą podróżą towarzyską poprzez liczne ,,zakątki” najstarszego superbohaterskiego uniwersum. Do tego barwną i prowadzoną z rozmachem charakterystycznym dla inicjatyw, w których zwykł się udzielać znany przede wszystkim z jego marvelowskich przedsięwzięć Jim Starlin. Przedkryzysowy sznyt oraz liczne gościnne występy zdecydowanie mają swój urok, choć przede wszystkim dla antykwarystów superbohaterskiej konwencji.
 
Chrobry – mam mocno ambiwalentne odczucia co do tej realizacji. Z jednej bowiem strony nie sposób nie cieszyć się, że powstała, a ponadto, że jest ona zaczątkiem większego przedsięwzięcia, uwzględniającego innych włodarzy naszej przestrzeni społeczno-politycznej. Z drugiej natomiast nie sposób opędzić się od poczucia, że autor scenariusza „Chrobrego” zdecydowanie nie docenił tej wyjątkowej postaci, czyniąc zeń przysłowiowego cwanego gapę o wybujałych ambicjach. Sęk w tym, że w przypadku syna Mieszka I jest to, delikatnie rzecz ujmując, uproszczenie i wie to każdy, kto czytał bardzo wobec niego krytyczną Kronikę Thietmara. Do tego rozpiętość tej opowieści (niecałe trzydzieści plansz…) wręcz rozczarowuje… Jak na temat z gatunku samograjów to wręcz dotkliwie mało… Bardzo liczę, że kolejne odsłony „Pocztu Królów Polskich” doczekają się realizacji w formule ku temu stosownej, Niniejszą realizacje wypada potraktować, co najwyżej jako nic więcej, jak tylko gadżet z muzealnego sklepiku do jednorazowego użytku i natychmiastowego zapomnienia.

Sleepwalker nr 25 - okoliczność, że ten obecnie zapomniany bohater doczekał się jubileuszowego, dwudziestego piątego epizodu swojej solowej serii można uznać za niemały wyczyn jego autorów. Bob Budinsky (pomysłodawca tego projektu i jego scenarzysta) nie omieszkał skorzystać z przytrafiającej się okazji, by po raz kolejny podsycić dramaturgie losów Rick i Sleepwalkera. Zgodnie zatem z komunikatem zawartym na okładce tego epizodu Ziemia raz jeszcze zostaje najechana przez przybyszy skądinąd. Na tym tle zdynamizowaniu ulega relacja między wspomnianymi, jako że obaj mają przed sobą najbardziej problematyczne z dotychczas napotkanych przez nich wyzwań. Z racji wspominanego jubileuszu zasadniczą treść tego epizodu uzupełniono nowelką w wykonaniu pierwszego rysownika tej serii, Breda Blevinsa oraz docenionego również u nas Dana Slotta.

Offline herman

Odp: Bo chodzi o to, żeby plusy nie przesłaniały nam minusów - sezon drugi
« Odpowiedź #745 dnia: Cz, 12 Czerwiec 2025, 10:52:19 »
Maj

Ten rok to u mnie jakiś powrót do serii, które czytałem kilka lat temu i zdążyłem już sporo zapomnieć.
W kwietniu padło na Wieże Bois Maury, które trochę wytyczyły szlak na maj.
W piątym miesiącu roku wyglądało to bardzo dobrze, ba najlepiej w 2025 - przeczytałem bowiem 20 pozycji.
Było kilka na serio mocnych punktów programu!

Motywem przewodnim była kontynuacja serii Hermana Huppena, a mianowicie Bois-Maury. To kontynuacja przygód dzielnego rycerza bez ziemi. Utrzymana w podobnej stylistyce (acz zmienia się lekko technika rysowania, a w zasadzie malowania) seria to spin-off dotyczący późniejszych losów potomków rodu. Pięc tomów, każdy będący osobną historią osadzoną w innych czasach historycznych. Bardzo fajna kontynuacja z tomami słabszymi (Wasyl - 5/10) i świetnymi (Dulle Griet - 8/10). Polecam niezmiernie!

Pozostałe tytuły:


Kroniki ze Stambułu. Tom 2 (8/10) - ocena może trochę na wyrost, ale to komiks  po prostu świetnie wpsiujący się w moje gusta jak wszystkie dokumenty z bliskimi mi bohaterami i historią w tle. Druga część autobiograficznych przygód Ersina Karabuluta - tureckiego rysownika, satyrzysty, wydawcy, którego życie w coraz większym stopniu przybiera kurs kolizycjny ze współczesną historią Turcji pod rządami Recepa Erdogana.
Kreska nie do końca w moim stylu, ale tu mi jak najbardziej pasuje. Opowieść ciekawa, a w główny bohaterze widzę pewne swoje cechy więc komiks czytało mi się wyjątkowo dobrze.

Cesarzowa Charlotta. Tom 2: Adiós Carlota / Sześćdziesiąt lat samotności (8/10) - jedna z moich najbardziej oczekiwanych pozycji tego roku nie zawiodła. Druga część opowieści o nieuzinkowej i mało znanej postaci historycznej jaką była Charlotta Koburg. Jej losy to dość gorzkie zderzenie wielkiej polityki, brutalnej rzeczywistości wielkich imperiów, niespełnienia, zawiedzionych oczekiwań, ale i chwil radości, nadziei i lojalności.
Niezwykle ciekawy i pięknie narysowany komiks historyczny. Pierwsza cześć przeszła bez echa - bardzo niezasłużenie.

Ja, Fadi. Porwany brat (8/10) - odcinanie kuponów od sukcesu "Araba przyszłości"? Być może, ale ani trochę mi to nie przeszkadza, bo ten genialny cykl może dla mnie trwać i trwać. Tym razem oczy padają na Fadiego, czyli brata głównego bohatera cyklu głównego. Poznajemy jego perspektywę na dzieciństwo. Jeśli uwielbiasz "Araba" to must have.

Mattéo (6/10) - chyba miałem zbyt wysokie oczekiwania, bo podobnie jak "Cesarzowa" był to komiks z mojej topki oczekiwań na ten rok. Tytułowy bohater to młody Hiszpan mieszkający wraz z matką na uchodźtwie we Francji. Pracuje u bogatego pana ziemskiego i zakochuje się w dziewczynie, do której startuje również syn wspomnianego bogacza. W międzyczasie wybucha I Wojna Światowa, która przerywa miłosne rozterki i rzuca kwiat młodzieży do krwawych okopów. Sielskie chwile burzliwych miłości będą się tu przeplatać z innymi wydarzeniami historycznymi, w których udział weźmie nasz bohater - Rewolucją z 1917 roku, wojną domową w Hiszpanii czy wreszcie II Wojną Światową. Wszystko brzmi bardzo dobrze - historia jest stosunkowo ciekawa, ale miejscami mocno zwalnia tempo i pewne wątki zdawały mi się niesamowicie przegadane. Z płomiennych przemów, rozmów przy świecy i miłosnych listów często niewiele ciekawego wynika i komiks momentami zaczyna nużyć. Miejscami potrafi jednak przyjemnie nacisnąć pedał gazu więc można przymknąć na to oko. Trudno jednak zrobić to w przypadku głównego bohatera. Niejedna osoba powie, że to postać tragiczna i fatalistyczna, ale dla mnie bardziej - totalnie bezjajeczna, irytująca i obojętna. Mimo, że w tym komiksie historia jest często fajnym motorem napędowym wydarzeń, to jednak wszystko skupia się wokół Matteo, którego zachowania i wybory są momentami żałosne i denerwujące. To absolutnie nie jest zły komiks, ale kreacja głównej postaci zupełnie nie przypadła mi do gustu. Komiks jest pięknie wymalowany, kolory świetnie nadają klimatu romatyzmu, ale i wojennej smuty. Mimo wszystko chyba zachowam w kolekcji.

Gwiazda Pustyni. Tom 1 (6/10) - chciałem sobie przypomnieć ten western sprzed lat przed lekturą drugiego tomu, który ukazał się w tym roku. Solidna, klimatyczna pozycja, ale bez podjazdu do najlepszych reprezentantów gatunku. Samotny mężczyzna z wyższych sfer Waszyngtonu udaje się na kraniec Dzikiego Zachodu wyjaśnić brutalne morderstwo swojej żony i córki. Marini ilustracyjnie jak zwykle top.

Wielkie bitwy pancerne. El Alamein (6/10) - zaskakująco niezły początek nowej serii wojennej od Screamu. Dobra kreska, dość oklepana, ale jednak niegłupia historia wojennych losów załogi pewnego czołgu podczas tytułowej pustynnej bitwy.

Stworzone nie kradzione. Komiksy od ludzi dla ludzi (6/10) - z takimi albumikami festiwalowymi różnie bywa, ale ten zbiór szortów zaskoczył bardzo na plus. Polscy artyści komiksowi dość krytycznie i gorzko o AI - kilka słabszych, ale i kilka na serio dobrych krótkich przesłań.

Antananarywa (6/10) - takie tam czytadełko od Kurca w klimatach Starych Zgredów. Jeden z dwóch starych przyjaciół umiera. Drugi postanawia odszukać jego syna w celu przekazania mu spadku. Odkrywa przy tym, że przyjaciel nie zawsze był z nim szczery co do jego przyszłości. Na plus fajna kreska, kolory i klimatach francuskiego małego miasteczka. Sama opowieść "just ok", raczej do zapomnienia, ale przeczytać można.

Myszołów (5/10) - piracki komiks od Screamu, który całkiem dobrze sę czyta. Kreska świetna, ale historia z tych, które wylatują z głowy po dwóch tygodniach. Zły pirat rabuje statki, atakuje bogatą łódź, ktoś tam kogoś oszukuje, gonią się, walczą i tak dalej. Można przekartkować na kiblu, bo ilustracje rewelka.

Gwiazda Pustyni. Tom 2 (Wydanie zbiorcze) (5/10) - nie porwała ta druga cześć, a w zasadzie prequel. Ilustracja znacznie słabsze, a historia choć dłuższa to nie zapada zupełnie w pamięć. Kolejna opowieść z cyklu "są dobrzy i źli indianie i kowboje". Raczej nuda, ale bez dramatu.

Kernok - Pirat (4/10)
- Myszołów miał przynajmniej fajne rysunki. Tutaj nie są złe, ale wole realistyczną kreskę w tego typu opowieściach o piratach i ich przygodach. Tu jest niemniej klimatycznie, czarno białe ilustracje są bardziej fantazyjne, bo i opowieść z lekkim onirycznym sznytem. Można od biedy.

Małe Miasteczko (4/10) - wtopa zakupowa na Komiksowej Warszawie. Miał być fajny zbiór opowiastek małego brazylijskiego miasteczka, pokazujący specyfikę brazylijskiego interioru. No i może i był, ale ani to ciekawe, ani zajmujące, ani zabawne, ani wzruszające. Totalnie nijakie historyjki, które zainteresować mogą kolegów autora i mieszkańców tej brazylijskiej mieści. Jakiś tam klimat to miało + 2-3 opowiastki całkiem spoko (niestety na kilkanaście).

Akcja Bielany (4/10)
- poprawny komiks historyczny o ataku AK na lotnisko na Warszawskich Bielanach. Historia z większym potencjałem do opowiedzenia, bo walki o ten teren mają znacznie więcej epizodów, ale że to darmowa publikacja to rozumiem, że były ograniczenia. Kreska mocno przeciętna. Ogólnie poziom słabszych publikacji IPNu w tych tematach, ale jak najbardziej warto się zapoznać (szczególnie, że można otrzymać za darmo).








Offline perek82

Odp: Bo chodzi o to, żeby plusy nie przesłaniały nam minusów - sezon drugi
« Odpowiedź #746 dnia: Cz, 12 Czerwiec 2025, 11:25:26 »
Matteo - niestety mam bardzo zbliżoną opinię. Niestety, bo komiks miał wszystko, co powinien, oprócz pomysłu na głównego bohatera. Chyba, że pomysł był właśnie taki, to wtedy po prostu go nie zrozumiałem / doceniłem.
Rising stars (1-2) **
w0rldtr33 (1-2) **
Astronom ***
The Woods (2) *
Locke & Key (Keyhouse compendium) ***

Odp: Bo chodzi o to, żeby plusy nie przesłaniały nam minusów - sezon drugi
« Odpowiedź #747 dnia: Cz, 19 Czerwiec 2025, 13:14:49 »
  Podsumowanie maja. W tym miesiącu niespecjalnie wiele, ale za to nadszedł wielki moment a więc rozpoczynam kolejną kolekcję komiksową a mianowicie "Bohaterów i Złoczyńców DC". UWAGA, UWAGA JAK ZAWSZE MOGĄ POJAWIĆ SIĘ SPOILERY!!!

 
  "Blast" - Manu Larcenet. Nie czytałem, żadnego innego komiksu autora, przeczytałem opinie i obejrzałem przykładowe plansze "Raportu Brodecka" i jakoś stwierdziłem, że nie bardzo mnie to interesuje. Blasta też w sumie miałem nie brać, ale jakoś tak pod wpływem forum skusiłem się, w końcu miliony internautów nie mogą się mylić. Oto główny bohater komiksu, Polza Mancini, czterdziestolatek, bardzo gruby, dosyć inteligentny, psychicznie chory, bardzo niebezpieczny. Polzę poznajemy w niewesołej sytuacji, bowiem skutego w sali przesłuchań, oskarżonego o ciężkie pobicie młodej dziewczyny nieznanej póki co czytelnikowi Carole Oudinot, która w krytycznym stanie znalazła się na oddziale intensywnej opieki medycznej. O tym wszystkim dowiemy się z rozmowy dwóch policjantów przeprowadzających przesłuchanie z komisarzem nadzorującym wydaje się bardzo głośną sprawę. Niestabilny podejrzany zbytnio przyciśnięty, potrafi odłączyć się od rzeczywistości, ale w gruncie rzeczy jest bardzo rozmowny, więc wystarczy go bardzo delikatnie podpytywać i pozwolić mu się wygadać. Znaczy to, że cały komiks jest praktycznie jedną wielką retrospekcją. Dzieciństwo przeskoczymy w kilku stronach ogólnych wiadomości, fabuła właściwa rozpoczyna się od śmierci w szpitalu ojca bohatera. Do tego momentu (Polza jak sam się śmiejąc nazywając się łże-pisarzem) protagonista był autorem dosyć poczytnych książek podróżniczo-kulinarnych, które może nie przyniosły mu milionów, ale pozwoliły na dostatnie życie u boku żony, wydawałby się synonim porządnego obywatela, który odniósł stosunkowo spory sukces w życiu. Śmierć ojca (którego "nie kochał aczkolwiek szanował i cenił"), sprawi jednakże iż w głowie Polzy obrywa się klepka (chyba ostatnia) i postanawia on odbyć swoją wymarzoną podróż na Wyspy Wielkanocne, oczywiście nie w sposób w jaki zrobiłby to normalny obywatel o jego statusie, czyli kupując bilet na samolot. Obmyśla on plan iż zrobi to jak prawdziwy wagabunda czyli na piechotę (kwestii oceanów nie objaśnia, zresztą chyba nie ma to żadnego znaczenia), kradnie pieniądze z domu, nakupuje sporo alkoholu (z racji wyraźnych ciągot, czego z początku nie podkreśla specjalnie) i jako rasowy kloszard, wyrusza w wielką wyprawę, która poprzez lasy i wioski zaprowadzi go do samego jądra ciemności. W czasie jednej z pierwszych pijatyk z samym sobą dozna jakiegoś przedziwnego transcendentalnego zdarzenia, którego natury sam nie będzie potrafił wyjaśnić a nazwie na własny użytek "blastem" i odtąd jego wyprawa bardziej z ukierunkowanego celu przemieni się w próby kolejnego przeżycia owej "eksplozji".
  Rysunki, raczej nie moje rejony, ale jednocześnie trudno zaprzeczyć, że robią bardzo duże wrażenie. Ciemne, nawet bardzo idealnie pasują do mrocznego-schizofrenicznego nastroju całości. Autor dosyć daleki jest od trzymania się realizmu przy kreśleniu postaci, które z tymi swoimi dziwnymi nosami, mogą się kojarzyć nieco z projektami Sandovala. Z jakiegoś powodu Larcenet przechodzi do fotograficznej wręcz dokładności, odwzorowując zwierzęta, podejrzewać można iż ma to jakieś znacznie, ale jakie to na myśl mi specjalnie nie przychodzi, z tego samego patentu korzysta też Sergio Toppi. Praktycznie wszystko jest tu utworzone z czarno-biało-szarych plam w takim iście "malarskim" stylu co doskonale ukazuje mrocznie-groteskową aż do granic przerysowania rzeczywistość jaką zamieszkuje (lub tylko widzi) Polza. Trochę kolorowych stron się znajdzie, kilka kolaży, sceny wizji bohatera to bazgroły kredkami wykonane przez dzieci Larceneta. Oprawa graficzna z pewnością jest doskonale przemyślana i robi bardzo duże wrażenie. Nie powiem, że się bardzo podoba, bo to wyraźnie nie jest zrobione aby się podobać, raczej budzić w czytelniku obrzydzenie i niepokój, ale z pewnością jest to bardzo mocna strona obydwu tomów.
  Dobrze wiem, że tysiące fanów czekają na wyrok (nie będę ukrywał, ze liczę bardziej na fanki, tylko cicho sza), więc nie przedłużajmy...no nie zachwyciło. Początek, no powiedzmy do połowy tomu pierwszego naprawdę mnie wkręcił, ale im dalej w las, im dłużej trwała podróż, tym bardziej byłem przekonany że zaprowadzi mnie dokładnie donikąd. Mamy do czynienia tutaj ze spowiedzią intelektualisty, staczającego się powoli na dno samego człowieczeństwa. Ale czy aby na pewno? W końcu wyraźnie wie czym jest dobro, potrafi o nim opowiadać w pewien sposób można uznać iż jego wędrówka odbywa się nie tylko w celu zrzucenia kajdan cywilizacji i odrzucenia zasad którymi się kierują jej członkowie, ale także w poszukiwaniu pewnego rodzaju piękna, bez względu na koszty. Cel w pewien sposób wzniosły, tylko środki prowadzące do niego niekoniecznie. Przeglądając opinie (często to robię) czytelników tu i ówdzie zauważyłem iż spora część z nich doszukuje się w "Blaście" jakiegoś traktatu filozoficznego na temat zła. Problem w tym, że sytuacji Manciniego trudno chyba rozpatrywać pod względem etycznym, gość jest bez wątpienia szalony (pytanie tylko pod koniec, czy to kwestia choroby, czy sam się doprowadził do takiego stanu). Same sceny blastu bez wątpienia nawiązują do skutków trafienia przez orbitalny laser żyjącego super-komputera z "Valis" w którym nieodżałowany P.K. opisywał swoje własne doznania spowodowane LSD, które potęgowały objawy schizofrenii. Skoro na dobrą sprawę nie potrafi on kontrolować swoich zachowań, to czy możemy go winić za cokolwiek? Drugi problem to, to że nie tylko Polza karmi się swoimi raczej odrażającymi uczynkami, ale robi to całe jego otoczenie. Larcenet nie postawił przed nim żadnej przeszkody (no powiedzmy drugi tom i jego relacja z Carole i jej ojcem, ale nawet oni muszą być pokręceni aby bohater nie zboczył przypadkiem), tylko równiutkie zbocze prowadzące jak po sznurku w przepaść co sprawia wrażenie jakby sztuczności całej fabuły i pewnej jej monotonności. To co pozostaje to takie nieco odwrotne "Dziecię Boże" Cormaca McCarthy'ego, mające przede wszystkim pokazać nam, że tacy ludzie istnieją. Tyle, że wszyscy wiemy, że tacy ludzie istnieją, temat był naprawdę mielony na wszystkie sposoby, brakuje tutaj jakiegokolwiek intelektualnego wyzwania, pozostaje nam szokowanie obrazem. Tak wiem, że się przypierniczam, wiem że potrafię komiksowi o Spider-Manie lejącym Green Goblina po ryju dać ósemkę, ale skala nie jest jednolita, czego innego oczekuję od komiksu o Spider-Manie a czego innego od komiksu który aspiruje do miana arcydzieła a mianowicie tego...że no wiecie będzie arcydziełem. Pozostaje dosyć liniowy (aczkolwiek z nieco poplątaną chronologią z racji tego, że to zeznanie, ale napisaną tak aby ani na chwilę się nie zgubić) kryminał połączony z dreszczowcem psychologicznym na naprawdę dobrym poziomie. Zalety? Z pewnością sporo, nie bardzo chce mi się wymieniać, kto czytał ten zna, kto nie czytał, to nie wiem, niech sobie radzi sam. Tak od siebie dodam, że najbardziej spodobały mi się scena koncertu Red Hot Chili Peppers (aczkolwiek, Larcenet chyba trochę przesadził, oni na żywo nie są tak dobrzy ;)), pomysł na gazetkę pornograficzną starego pokazującą naturalne kobiety z owłosionymi cipkami, z jednej strony bardzo ludzkie i normalne z drugiej kompletnie szalone, oraz końcowy twist fabularny za pomocą którego można by w sumie wytłumaczyć sporo zarzutów (aczkolwiek chyba by to było zbyt proste). Sama historia w sumie wciągająca, dla mnie jednak trochę za bardzo rozwleczona, może nie to, że się nudziłem, ale w pewnych momentach raczej niecierpliwiłem. "Blast" naprawdę dobry, ale...jak ma zachwycać kiedy mnie nie zachwyca? Polecać się nie odważę, to blisko cztery stówy. 7/10.


  "Mroczne Miasta - Mury Samaris" - Benoît Peeters, François Schuiten. Kolejny wielki cykl komiksowy rozpoczęty, szczerze mówiąc dopóki się nie natknąłem na te tytuły na forum to w życiu nie słyszałem o legendarnej serii, ale ja komiksem nie żyję, więc to nic nie znaczy. Także więc, jest sobie taki jeden facio i on mieszka w takim jednym jakby steampunkowym mieście i zostaje wysłany z tajną misją do innego miasta, aby sprawdzić krążące o nim pogłoski tylko w sumie niewiadomo jakie, no i on tak krąży po tym drugim mieście aż odkrywa tajemnicę a może to tajemnica odkrywa jego, ale to wszystko i tak psu w dupę i to właściwie tyle. Tyle w pierwszej części, bo to kolejny album podzielony na dwa, oprócz tytułowych Murów znajdą się tu również fragmenty nigdy nie dokończonego przez autorów komiksu "Tajemnice Pahry".
  Rysunki dobre, momentami nawet bardzo. Powiedziałbym, że silnie inspirowane Andreasem Mertensem, tyle że pierwszy Rork, który był jednocześnie pierwszym komiksem Andreasa ukazał się już po pierwszych Mrocznych Miastach, więc powiedziałbym, że raczej na odwrót było. Tyle, że Andreas jest po prostu lepszy. Jasne, architektura czyli clou programu Mrocznych Miast to wysoki poziom, przynajmniej jak na oko kompletnego amatora w tej dziedzinie, pieczołowicie tworzone tła potrafią zachwycić. W przeciwieństwie do postaci z których większość jakby "martwo" nieco wygląda, mimika nie czaruje, Schuiten średnio dobrze radzi sobie z oddaniem dynamiki ruchu. Z pewnością sfera graficzna jest na plus, aczkolwiek nie jest idealna.
  Fabularnie mamy jakby do czynienia z którymś z odcinków "Strefy Mroku" tylko kompletnie wypranym z humoru. Dokąd zmierza historia jest dosyć przewidywalne, a od pewnego momentu już oczywiste, zakończeniu brakuje jakby jakiegoś sensowniejszego akcentu. Pewnie autorzy w zamyśle chcieli stworzyć aurę jakiejś tajemnicy niewyjaśnionej, problematyczne w takich przypadkach jest często to, że skoro do historii możesz wsadzić sobie dosłownie wszystko, to równie dobrze możesz nie wkładać niczego i z tym zostaniesz. Ogólnie odniosłem wrażenie, że materii scenariuszowej jest tam na kilkustronicowego shorta, ale rozdęto to ponad miarę, bo rysownik chciał sobie wizje różnych fantastycznych budynków przenieść na papier. Paradoksalnie fragmenty nienapisanego nigdy komiksu, wydają się o wiele ciekawsze, ale no właśnie to tylko fragmenty. Nie było źle, pierwsze koty za płoty, Mury zdaje się nigdzie nie miały opinii najlepszego tomu w całej serii więc w sumie z przyjemnością przeczytam kolejne, mimo wszystko czekam na coś dużo lepszego. Ocena 6/10.
   
 
  "Stone" - Brian Haberlin, Whilce Portacio. Jak mi Bóg świadkiem miałem nie kupować. Nie lubię komiksów z tamtych czasów i nigdy ich nie lubiłem, ani pod względem fabularnym który był z reguły naprawdę mierny (tragiczny odpad poziomu w porównaniu do końcówki 80-początków 90), ani specjalnie pod względem graficznej stylistyki (chociaż potrafię się pogodzić z faktem iż sporo osób ceni). Mimo wszystko biorąc pod uwagę (nie wiem czy ktoś zwrócił uwagę) jak solidarnie te wszystkie komiksowe kolekcje omijały drugą połowę lat dziewięćdziesiątych, no postanowiłem jednak dać szansę, może to tylko złe wspomnienia? Zastanawiałem się początkowo nad "Hunter-Killer" z uwagi na osobę Marka Waida, którego po prostu lubię, ale nie udało mi się go zdobyć a jak się okazało, że rozszedł się w try-miga to poleciałem na fali hajpu i zakupiłem "Stone", którym z kolei nie byłem kompletnie zainteresowany. No, dobra starczy tych dygresji. Do rzeczy. Oto tytułowy bohater czyli Gerry Alan, gwiazdor serii filmów...o superbohaterze mającym pseudonim Stone. Gwiazdor więc zachowuje się jak gwiazdor czyli wiadomo jak, ale spokojnie nie zdąży nas wkurzyć nawet, bo oto na plan wpadną jacyś konio-ludzie, którzy będą chcieli  sprawić Gerry'emu manto oraz jakiś krasnolud, który na szybkości udzieli mu kilku lekcji boksu, dzięki czemu aktor(zynie)owi uda się jakoś przetrwać konfrontację. Rook bo tak się nazywa krasnolud, po cudem przetrwanej walce wyjawi Gerry'emu iż jest mistycznym wojownikiem, można by nawet powiedzieć wybrańcem, który dysponuje mocami pochodzącymi z magicznych kamieni i od teraz będzie musiał się bić z posiadaczami innych kamieni, które dają inne moce, po czym zabierze się za trening swojego nowego protegowanego, aby ten mógł stawić czoła, nie wiem jakiemuś żywemu trupowi. Tyle mniej więcej pół komiksu, bo album jest zajęty przez dwie mini-serie pierwsza pod tytułem "Przebudzenie". Drugą częścią będzie historia nazywająca się po prostu "Stone" w niej z kolei protagonista będzie musiał...niespodzianka nakopać w tyłek jakiemuś demonowi i poskacze między światami, to by było mniej więcej tyle.
   Rysunki, cóż jestem na nie. Ogólnie lubię Portacio, tego pamiętanego z klasycznych Punisherów i X-Menów, tego który rysował w bardzo podobnym stylu do Jima Lee (albo na odwrót, szukałem kiedyś odpowiedzi, który od kogo ściągnął i szczerze mówiąc nie znalazłem). Natomiast tutaj wygląda to jakby do tego co robił wcześniej próbował jeszcze domieszać nieco McFarlane'a co wychodzi momentami naprawdę pokracznie. Co dosyć dziwne całkiem niezłe rysunki potrafią sąsiadować z tragicznie słabymi i to bez jakiegoś wyraźnego klucza, po prostu raz jest ok a raz kompletnie nie ok. Jako dodatki całkiem spora ilość szkiców i gdyby komiks wyglądał jak one to byłoby bosko, ale wygląda jak wygląda. Wiem, że gros fanów tamtych komiksów twierdzi, że rysunki to 75 procent czaru takich produkcji i to zdecydowanie jest ich najmocniejsza strona. W tym przypadku powiedziałbym, że to raczej pięta achillesowa.
   Tzn. powiedziałbym tak, gdyby nie istniał scenariusz a raczej pewna jego symulacja. Ku mojemu zdziwieniu "Stone" nie jest komiksem superbohaterskim sensu stricte. Tzn. jasne ma jego pewne cechy charakterystyczne, ale ja bym powiedział, że cała fabuła jest zdecydowanie bliższa urban fantasy (którego w sumie superbohaterszczyzna jest niedalekim kuzynem) pokroju "Nieśmiertelnego". Zresztą historia z grubsza jest chyba wzorowana na tym filmie. Ot właściciele magicznych kamieni biją się między sobą a zwycięzca zabiera moce pokonanych więc nietrudno się domyślić, że w końcu może zostać tylko jeden a wtedy...nie wiadomo co bo nie dotrzemy do tego momentu, ale jakieś tam tropy są. Powiedziałem cała fabuła, ale chodziło mi o pierwszą mini-serię, którą jakoś tam w sumie się czyta bo jest w miarę sensowna i widać w niej materiał na coś fajnego, gdyby zajął się tym lepszy scenarzysta niż Haberlin  a jej główną wadą jest to, że strasznie leci po łebkach. Druga połowa, to zbiór ekspozycji rozbudowujący świat do rozmiarów jakiegoś World of Warcraft chociaż nie wiadomo po co (autor chyba nie zauważył, że nikt tych bzdur nie chce czytać, seria dostała cancel zresztą po czwartym zeszycie więc nawet końca tu nie ma), niedorzecznych dialogów i scenek nie połączonych ze sobą specjalnie sensownymi łańcuchami przyczynowo-skutkowymi, przebić się przez nią było niełatwym zadaniem. Opowieści o "mitologii filipińskiej wylewających się z każdej planszy" można włożyć między opowieści właśnie. Akcja dzieje się Stanach, bohater jest Amerykaninem (przy dużej dozie dobrej woli, można by stwierdzić że to jakiś pół-Azjata, chociaż zdecydowanie wyglądający bardziej jak Indianin, drugi raz chociaż jakby mi ktoś powiedział, że to Bułgar, to bym pewnie również uwierzył) i nie przypominam sobie aby tam słowo Filipiny gdziekolwiek padło. W to, że w filipińskich mitach herosi strzelają laserami z oczu walcząc o magiczne diamenty nie uwierzę, więc może te stworki biegające to tu to tam to jakieś demony z ichniej mitologii? No, ale skoro nie mamy żadnego punktu odniesienia to co to za różnica? Oprócz tego jakieś mrugnięcia okiem do czytelnika i inne patenty, które były wtedy w branży na topie, czarne charaktery kompletnie wyjęte z tyłka i bez żadnego "podkładu". Plusik za przerysowanego Hugo, zawsze doceniam fana Capcomu. Po co wydawać takie no nie oszukujmy się, słabe komiksy? Ocena 3+/10.


  "Kolekcja Toppi tom 5 - Kolebka Życia" - Sergio Toppi. No i kolejny tom naprawdę świetnego zbioru prac, jednej z legend komiksu. Okładka i tytuł nieco mnie zmyliły, byłem przekonany, że akcja tyczyć się będzie na terenach Afryki a po otwarciu, okazało się że jednocześnie miałem rację i jej nie miałem. "Afrykańskie" opowieści są dwie na pięć (czyli nieco mniej niż zwykle) a oprócz tego mamy i Australię i nieokreślone wyspy pacyficzne a nawet cały świat. Najlepsze zdecydowanie "Bwumo, mój synu…", które wydaje się swego rodzaju trawestacją jakiejś bajki afrykańskiej (gdyż miałem cały czas wrażenie, że znam skądś tę historię), która przekazuje nam starą mądrość ludową, że na każdego kozaka znajdzie się większy kozak oraz "Wyspa na Pacyfiku", kojarząca się delikatnie z Corto Maltese i chyba najoryginalniejsza w całym zbiorze co jest dosyć ważne bo Toppi cały czas porusza się w obrębie podobnego tematycznie obszaru. Pozostałe też są fajne, żeby nie było iż nie. Nie oszukujmy się piąty tom właściwie tego samego, w zeszłym miesiącu stwierdziłem, że "Kolekcjoner" to najlepszy tom serii, odnoszę wrażenie, że dosyć szybko został zdetronizowany "Kolebka Życia" spodobała mi się chyba nawet bardziej. Ocena 8/10.


 "Deadly Class tom 10" - Rick Remender, Wes Craig. No i seria nareszcie wchodzi z przytupem (a z czym by miała wejść, cała jest taka) w lata 90-te. Poprzedni tom kompletnie mi się nie podobał i teraz tak z perspektywy czasu (niewielkiego, ale zawsze) chyba z racji sympatii do serii jako całości, zbytnio go oszczędziłem miesiąc temu , zresztą ten poprzedzający też nie był jakiś specjalnie znakomity a całość zmierzała jakby donikąd. Ku mojemu zdziwieniu autorowi udało się wybrnąć z błota, które sam się wbił, może nie w sposób nadzwyczajnie finezyjny, ale czasem to najlepsze wyjście. Po prostu wyrzucił do śmietnika to co było wcześniej (nawet Helmuta ożywił, chociaż póki co nie wiadomo po co). Akcja przenosi się na kilka lat do przodu, co pozwoli ukazać bohaterów starszych, nieco bardziej doświadczonych i to naprawdę dobry pomysł. Drugie co zwraca uwagę, to nieco (sporo w sumie) wolniejsze tempo tego jakby nie patrzeć niezwykle intensywnego komiksu co jest kolejnym dobrym pomysłem. Marcus w nowej stylówie grungowca (oczywiście zaprzecza samej idei twierdząc, że to kolejny korpo-produkt), poznaje nową dziewczynę (zaskakująco zwykłą w porównaniu z poprzednimi) a nawet nieco modyfikuje na odrobinę bardziej dojrzałą właściwą sobie gadkę gimbusa-nihilisty i przygasza nieco płomień gniewu jaki w nim płonął od początku. Saya ląduje na ulicy jako narkomanka, podczas gdy Brandy z Dixie idzie w politykę, życie rzadko kiedy bywa sprawiedliwe, jednym słowem rozwój postaci taki jak trzeba i dosyć ciekawy punkt wyjścia do epilogu. Pewną część tomu zajmują retrospekcje, w tym najważniejsza, (prawdopodobne) zakończenie działalności King's Dominion. Nie jestem pewien czy każdemu przypadnie taka forma prowadzenia fabuły do gustu, ale do mnie to trafiło, więcej trzeba było to chyba zrobić nieco wcześniej. Tom dziesiąty znowuż wciągnął mnie jak te pierwsze. Abym nie zapomniał, znowu wraca całkiem solidna dawka meta-zawartości (gadki o muzie, filmach, pisarzach) i dobrze, ba nawet bardzo dobrze i taka będzie ocena 8/10.


  "BiZ tom 1 Batman-Gotham to Ja" - Tom King i inni. Dwa razy już pisałem o tym komiksie, trzeci raz nie będę. Za pierwszym razem mi się nie spodobał, za drugim bardziej przypadł do gustu, za trzecim jest lepiej niż za drugim, jeszcze kilka razy i uznam, że jest co najmniej bardzo dobry. Naprawdę konstrukcja dramatyczna tego komiksu jest jego bardzo mocną stroną a to co chce powiedzieć o Batmanie, King najzupełniej w porządku to że w historii znajdziemy motywy niedorzeczne to taki czar autora już, trzeba go przyjąć z całym dobrodziejstwem inwentarza, albo olać kompletnie. No i oczywiście staranne rysunki. Ocena 6+/10.

Offline Raveonettes

Odp: Bo chodzi o to, żeby plusy nie przesłaniały nam minusów - sezon drugi
« Odpowiedź #748 dnia: Cz, 19 Czerwiec 2025, 13:38:00 »
@SkandalistaLarryFlynt, ciekaw jestem bardzo jak podejdą Ci ostatnie dwa tomy Deadly Class, bo czytając Twoje epopeje (w pozytywnym słowa tego znaczeniu), czuję jakby ktoś wyciągnął mi z głowy moją opinie i przelał ją na klawiaturę. Ja osobiście zawiodłem się na ostatnim akcie tej serii tj. jest ona skończona w pośpiechu, po najniższej linii oporu, na zasadzie "hej, nie wiemy co zrobić dalej z tą postacią? To ją zabijmy". Dla mnie Remender dalej pozostaje mistrzem tylko jednej serii - Fear Agent.
« Ostatnia zmiana: Cz, 19 Czerwiec 2025, 14:48:04 wysłana przez Raveonettes »

Odp: Bo chodzi o to, żeby plusy nie przesłaniały nam minusów - sezon drugi
« Odpowiedź #749 dnia: Cz, 19 Czerwiec 2025, 18:00:05 »
  O tym w przyszłym miesiącu właśnie skończyłem. Ogólnie trochę podobnie, w treści mi się podobał w formie nie bardzo. U mnie Deadly Class wyżej niż Fear Agent.