Przegląd trzeciego kwartału. Coś tam może jeszcze doczytam w tym tygodniu (Zmarszczki idą), ale to już przerzucę na kolejny kwartał. No mnie Incal nie siadł zupełnie. Kolejny raz zresztą.
***** Poza skaląBlast (2), przy czym trzeba to czytać łącznie z pierwszym tomem. Zaliczyłem do mojego top10 ever, co dopełniło całą 10:
Codzienna walka - za humor, wielowątkowość, opowieść o zwykłym życiu tak, że czyta się to z zapartym tchem
Czarne nenufary - za klimat, pomysł
Maus - za to, że jeszcze nie nabrałem odwagi do ponownej lektury po tylu latach
Opowieści z hrabstwa Essex - bo ściska gardło przy użyciu bardzo prostych środków
Prosto z piekła - za ogrom pracy autora
Raport Brodecka - za prawdę o naturze ludzkiej
Saga o potworze z bagien - za "drobną" zmianę historii głównego bohatera
Sandman - za fantazję i zbudowanie wszechświata, by w nim gawędzić o ludziach i bogach
Stwórca - już nie pamiętam za co, więc do odświeżenia w wolnej chwili:)
Toppi. Kolekcja - za kompozycyjną magię
Blast za podróż w świat szaleństwa i satysfakcjonujące zakończenie, które z jednej strony dodaje istotne informacje, ale z drugiej strony zostawia czytelnika z niekomfortowym poczuciem, że główny bohater jakąś w końcu sympatię zdobył.
Będę miał problem, czy Blast czy Toppi dostanie ode mnie 1 miejsce w tym roku. A byłem pewny, że nic się do Toppiego przez parę kolejnych lat nie zbliży.
Poniżej moje wrażenia, bezpośrednio po lekturze, z innego wątku. Oczywiście nadal aktualne:
Blast t. 2 - a właściwie trzeba powiedzieć, że należy czytać łącznie z tomem pierwszym, bo podział na tomy wynika raczej z wygody czytania, niż ma jakieś fabularne uzasadnienie. Więc kontynuujemy przesłuchanie głównego bohatera, który opowiada o swojej wędrówce. Spotyka kolejne osoby, popada w różne tarapaty i coraz większy obłęd. To, czego byliśmy świadkami w pierwszym tomie zaczyna się potęgować - jeśli pierwszy tom ktoś uznał za mroczny, to tu jest o wiele bardziej mrocznie. Właściwie zahaczamy już o horror. Psychologiczny, ale nie tylko. Jest mnóstwo przemocy i to bardzo drastycznej.
Jeśli komuś spodobał się pierwszy tom, to drugi również powinien się spodobać (mi o wiele bardziej, podskórnie czułem, że tam musi się czaić coś więcej). Jak ktoś się męczył, to nie polecam dalej czytać.
Komiks będzie kiedyś trzeba sobie przeczytać jeszcze raz, bo tak jest skonstruowany, że wiele rzeczy zmienia końcówka. Swoją drogą świetny motyw z epilogiem.
Stawiam na równi z Raportem Brodecka. Może nawet pod kątem misternej historii i jej obszerności trochę wyżej. Bo trzeba dodać, że nic w tym komiksie nie jest przypadkowe, mimo że na takie wygląda. Absolutny sztos.
Niestety w trakcie czytania końcówki słyszałem podejrzane trzaski w okolicach okładki i ostatnia strona (wyklejka??) się trochę odkleiła. Może trzeba było najpierw umiejętnie rozdziewiczyć, jak to radzą przy omnibusach? Ale do naprawienia.
**** ZnakomiteJulia (wieczny odpoczynek) – wg mnie najlepszy do tej pory tomik tej serii. Zagmatwana zagadka, na którą nakłada się kolejna niewiadoma i na to jeszcze jedna sprawa. Cała historia jest bardzo przemyślana, poukładana. Akcja posuwa się do przodu, ale nie pędzi. Jest czas i miejsce na elementy humorystyczne, wątki osobiste i bardzo poważne tematy związane z funkcjonowaniem seniorów w społeczeństwie, czy też obok niego. Paradoksalnie rysunek Toppiego mniej mi przypadł do gustu. Niewiele, bo wyraźnie widać, że starał się oddać styl tej serii, twarze i same postaci również bardzo podobne do poprzednich tomów. Ale nie jest tak samo, a ja już bardzo zżyłem się z tymi postaciami. Trochę mnie to uwierało. Ale poza tym to klasa – miasto, czy ogólnie tło wydarzeń. Biorąc od uwagę mały, zeszytowy format to czapki z głów.
Morderca znad Green River – historia śledztwa dot. serii morderstw dokonanych w latach 80/90-tych pod Seattle. Komiks jest oparty o prawdziwe wydarzenia, właściwie można powiedzieć, że jest pewnego rodzaju komiksem dokumentalnym. Autor komiksu jest synem jednego z detektywów uczestniczącym w przedstawionych wydarzeniach i fabuła jest opowiedziana z jego (ojca) punktu widzenia. Widzimy nie tylko kulisy pracy policjantów, ale również wpływ tej sprawy na ich wzajemne relacje, życie rodzinne, zdrowie i też samo podejście do swojej misji – nie zdradzając szczegółów powiem tylko, że pojawią się niełatwe kompromisy dotyczące postępowania ze sprawcą. Czym jest sprawiedliwość? Jaka sprawiedliwość jest ważniejsza – wobec sprawcy, czy wobec ofiar i ich rodzin? Sprawa ciągnęła się ok. 20 lat, aż udało się zidentyfikować podejrzanego. Sam komiks ma pociętą chronologię – lubię takie zabawy, szczególnie jak w trakcie czytania wszystkie klocki w końcu wpadają na swoje miejsce i wszystkie dziury kolejno się zapełniają informacjami. Komiks unika sztucznego budowania napięcia, nie ma efektownych pościgów czy strzelanin, nie ma cliffhangerów. Wręcz przeciwnie, pokazane jest (na tyle ile jest miejsce na to w komiksie), że robota śledczego do szukanie igły w stogu siana. Zbieranie najdrobniejszych śladów, szczegółów, które może kiedyś (a w większości przypadków nie) mogą kogoś naprowadzić na właściwy trop. I właśnie ten brak wymyślania udziwnień bardzo mi się spodobał, bo historia sama w sobie jest opowiedziana znakomicie. Top10 tego roku.
Lost girls – po pierwszym, szybkim przekartkowaniu zacząłem mieć wątpliwości, czy uda mi się przebrnąć przez ten komiks. Wyglądało to jak jedna ciągnąca się przez kilkaset stron orgia. Co prawda, strona wizualna komiksu od razu wpada w oko (wielkie, kolorowe plansze, różne zabawy z układem kadrów), ale obawiałem się, czy strona fabularna mnie wciągnie. Ale w końcu Moore, to Moore. Kto potrafi opowiadać historie (nawet o niczym) w magiczny sposób? I szybko strony zaczęły śmigać jedna za drugą. Można od razu znaleźć ulubione koniki Moore’a – misterna struktura opowieści, podział na rozdziały, podrozdziały, określona liczba stron, układ kadrów „dopasowany” do bohaterki / narratorki, wykorzystanie bohaterów klasycznych utworów literackich. Czytając komiks miałem skojarzenia z filmem: Piknik pod wiszącą skałą (taka trochę podobna atmosfera, z pogranicza snu i jaźni, bajkowe scenerie) i Dekameronem, gdzie kolejne osoby miały zabawiać pozostałych jakąś opowieścią (tutaj trzy bohaterki opowiadają swoje historie). W czasie lektury wdała się odrobina znużenia – „akcja” była mocno pocięta na krótkie epizody i po n-tym napisanym w podobnym stylu zacząłem tracić zainteresowanie. Na szczęście końcówka zaczęła zmierzać w mniej więcej ustalonym kierunku. Hotelowe igraszki coraz częściej zakłócane były informacjami o możliwym wybuchu wojny. Końcówka komiksu ma bardzo mocny antywojenny wydźwięk. Mimo, że jest to raptem parę stron w opasłym tomie, to zmiana tonu komiksu, kontrast między tym, co się działo przez 300 stron, a ostatnimi 10 jest bardzo wyraźny.
Jest to taki komiks, którego się raczej nie zapomni parę tygodni po przeczytaniu. Można się zastanawiać, czy to wynik geniuszu, czy szaleństwa autora. Bo trzeba sobie jednak powiedzieć, że trzeba mieć w sobie coś z wariata, żeby stworzyć opasły tom czystej pornografii, a do tego skalać tą pornografią dziecięce bohaterki klasycznych utworów literackich, na których wychowywały się pokolenia. To też sprawia, że to nie będzie komiks dla każdego – seks to pewnie z 80% całego komiksu i to pokazany bez taryfy ulgowej. Do tego kazirodztwo, dzieci, różne zabawki itd. Hardcore.
Strona wizualna wbija w fotel. Moja wersja to wydanie na grubym, sztywnym offsecie i rysunki, kolory wyglądają niesamowicie. Pełne detali stroje (tzn. tam, gdzie są jakieś stroje) z epoki, wystrój hotelu, ale też scenerie z retrospekcji. Czapki z głów. Na końcu dodane są szkice, czy może raczej pełne rysunki / plansze z krótkimi komentarzami. Jak nie przepadam za tego typu rzeczami, tak tutaj zgrabnie zwrócono mi uwagę na pewne detale, które niewprawne oko przegapiło przy lekturze.
Z braku dostępności polskiej wersji, kupiłem oryginalną. I to był dobry pomysł. Lektura nie jest może najłatwiejsza, ale daje mnóstwo satysfakcji, że czyta się to tak, jak zostało napisane, a nie po przetworzeniu przez tłumacza / korektę / redakcję itd. Żeby to oddać w innym języku, to na pewno wymaga mnóstwa pracy i ogromnego kunsztu. Z drugiej jednak strony nie ma też co demonizować, bo znakomita większość komiksu to dialogi lub też opowiadanie historii przez którąś z bohaterek. Da się to spokojnie przeczytać przy dobrej znajomości języka. Tutaj też można wychwycić charakterystyczny sposób wysławiania się poszczególnych bohaterek (Alice mówi jak szlachcianka, Dorothy jak dziewczyna wychowana na farmie i to się bardzo rzuca w oczy). Trudności sprawiają fragmenty książki wplecione w komiks czy inne formy narracji, np. listy, gdzie dochodzi kwestia rozczytania słów (podobnie jak w Monsters). Sprawy nie ułatwiają również wymyślone słowa

- tak zgaduję, bo niektórych nie udało mi się znaleźć w słowniku. No ale tematyka tych fragmentów jest łatwa do odczytania.
W swoim czasie parę innych komiksów Moore’a miałem po angielsku, jak V, Watchmen, Swamp Thing, From Hell, Miracleman, League of…. Były to wydania budżetowe, w miękkich okładkach (oprócz Mircleman, gdzie Marvel wydał to bardzo starannie w 3 tomach). Jak się pojawiały wydania Egmontu, Muchy, Timofa, to pomyślałem, że szkoda byłoby to przegapić. A że półki z gumy nie są, oryginały poszły na sprzedaż. Trochę teraz żałuję, szczególnie From Hell i Swamp Thing, bo to tam Moore dawał prawdziwy popis.
Komiks zostaje na półce. Nie wiem, czy kiedyś jeszcze przeczytam go w całości, ale po prostu chcę go mieć.
Ballada dla Sophie – jak skończyłem czytać, to pierwsza refleksja, jaka się pojawiła, to to, że jest to komiks kompletny: jest o ludziach z krwi i kości, którzy mają swoje ambicje, marzenia, ale też ułomności, ogromne talenty, których z różnych przyczyn nie mogą w 100% wykorzystać, co prowadzi do dramatów, rozterek. Niby osiągają sukcesy, ale to ich nie zadowala. Ciągle czegoś brakuje, szarpią się, szukają nowych inspiracji, używek, albo wręcz się poddają i usuwają w cień. Pojawiają się wątki związane z historią – część komiksu rozgrywa się w czasie okupacji niemieckiej we Francji i to również zostawia na bohaterach piętno. Bardzo istotne są wątki rodzinne, które oplatają bohaterów, ich wzajemne relacje, które kształtują całą opowieść. Mimo tych wielu, często dramatycznych wydarzeń jest też sporo humoru oraz refleksyjnych elementów. Główny bohater opowiada swoją historię z pozycji zgorzkniałego starca, który siedzi sam w wielkim domu (z gosposią, która również odgrywa ważną rolę) i u schyłku życia zastanawia się, czy zrobił w życiu więcej dobrego, czy złego, czy pozostawił po sobie coś istotnego, przy swoim talencie ale i przy pewnej niedoskonałości, którą zestawiał ze swoim nemezis (coś jak Salieri kontra Mozart). Jakby tego wszystkiego było mało, to końcówka komiksu dodaje ostatni, bardzo mocny element do tej całej, misternej układanki. I właśnie to podbiło ostatecznie moją ocenę – niby można się było domyślić, co się wydarzy, ale byłem tak zaaferowany całą historią, że chłonąłem stronę za stroną, nie mając czasu ani sił na rozkminy. Ale nie zepsuję nikomu zabawy i nie zdradzę o co chodzi

Komiks czyta się dość szybko (mimo sporych rozmiarów). Polecam przeczytanie ciągiem od początku do końca. Sam sposób opowiadania historii, czy też podjętej tematyki przypomina mi komiksy Paco Roca, czy Portugalię Pedrosy. Wszystko jest przemyślane, kolejne wydarzenia dzieją się jakby od niechcenia, bez pośpiechu, ale dokładane są kolejne elementy układanki. Dialogi / rysunki charakteryzują się lekkością / płynnością. Nic nie jest robione na siłę. Nie ma zbędnych wodotrysków, a i tak człowiek jest w ciągłym napięciu i czeka na przerzucenie kartki. Top 10 tego roku.
*** DobreBomba – w wątku „jakie komiksy czytacie” napisałem, że w połowie komiksu czułem pewien zawód – generalnie chodziło mi o to, że wierność faktom utrudnia prowadzenie ciekawej, wciągającej fabuły. I po przeczytaniu całości ten wniosek nadal podtrzymuję. Jest to przede wszystkim misternie przygotowana opowieść historyczna. Nazwiska, daty, wydarzenia są weryfikowalne (na kilku detalach, których nie znałem, to sobie sprawdziłem, więc zakładam, że i w pozostałych kwestiach tak jest). Są próby (dość nieśmiałe ale i zgrabnie wykonane) dodania pewnych elementów „ludzkich” w to wszystko – np. wątek rodzinnej historii mieszkańców Hiroszimy. Brakowało mi więcej tego typu elementów, w szczególności pokazania, z czym mierzyli się sami twórcy bomby. Co prawda, ten wątek jest obecny i pod koniec się rozkręca nawet, ale dla mnie był dość mało przekonujący. Taki zdaje się był zamysł autorów komiksu, żeby przedstawić okoliczności prowadzące do zbudowania bomby, a mniej zajmować się życiem wewnętrznym swoich bohaterów.
Sposób prowadzenia narracji przypomniał mi stary film: Bitwa o Midway, gdzie akcja przenosiła się co chwila między różne okręty i pokazywała, co w danej chwili się tam dzieje. Tutaj jest podobnie – kilka kadrów, kolejna data, kolejna lokalizacja, kilka kadrów i dalej. Przypomina to bardziej kronikę wydarzeń historycznych, niż sprawnie prowadzoną fabułę. To może się nie podobać.
Natomiast od strony wizualnej to jest perfekcja. Kilkaset stron realistycznej, charakterystycznej kreski, z detalami, rozbudowanymi tłami, budynkami, okrętami, samolotami. Jest wiele scen z samych gadających głów, ale i wielkie plansze.
I ogólnie, technicznie ten komiks jest fantastycznie wykonany: historia rozgrywa się w wielu miejscach, krajach, mnóstwo bohaterów, tło historyczne jest nakreślone, wprowadzane są kolejne wątki i dalej prowadzone do końca, nic nie ginie. Nie ma jakichś wielkich dłużyzn. Oczywiście przy tak obszernym materiale można by niektóre wątki wyciąć, ale też nie jest tak, że były one nieciekawe (podobno historia pisze najciekawsze scenariusze). Jakość wydania – świetna.
Zabrakło nieco dramatyzmu, ludzkiego pierwiastka w tym wszystkim. Byłaby perfekcja. W tym sensie czuję lekkie rozczarowanie. Miałem nadzieję, że to będzie jeden z komiksów tego roku. W moim zestawieniu raczej nie – no może gdzieś na dalszym miejscu. Ale też nie można powiedzieć, że się zapomni ten komiks tydzień po przeczytaniu.
Contrapaso – mroczny kryminał rozgrywający się w latach 50-tych w Hiszpanii. Bohaterami są dziennikarze, którzy starają się rozwiązać zagadkę śmierci, a która to zagadka prowadzi ich coraz głębiej w przeszłość. Historia kryminalna miesza się tutaj z historią Hiszpanii, w jej mało chlubnej części. Dodatkowo rozgrywają się rodzinne dramaty poszczególnych postaci. W ogóle, niemal każda z postaci komiksu została zarysowana w jakiś charakterystyczny sposób tak, aby czytelnik mógł lepiej zrozumieć ich motywacje. W trakcie lektury często sięgamy w przeszłość i pojawiają się dodatkowe informacje, kolejne szczegóły, który wpływają na podejmowane decyzje, czy ogólnie postawę życiową. Jest to naprawdę misternie przygotowany dramat kryminalny z wielką historią w tle. Komiks zawiera posłowie autorki, które w bardzo fajny sposób przybliża proces twórczy: sposób wyszukiwania informacji, inspiracji, budowania pomysłów. Nawet takie szczegóły, jak wygląd wnętrz poszczególnych budynków, wymagały nieraz odszukania osób, które mogły jeszcze pamiętać. Czapki z głów.
Howard Flynn – kilka różnych historii o głównym bohaterze, który pnie się po drabinie kariery w brytyjskiej marynarce na przełomie 18/19 wieku. Wykonuje rożne misje, walczy z piratami, szuka skarbów, walczy z wrogami na wodzie i lądzie. Typowe historie przygodowe z tamtych lat (60-70), ale z tych, które czyta się bez zgrzytania zębami. Nawet z przyjemnością, o ile ktoś lubi taki gatunek. A rysunkowo, to Vance jest mistrzem. Statki, żagle, stroje, walki, ucieczki. To wszystko wygląda przepięknie. Nawet na małych kadrach – bo komiks jest zrobiony w starym stylu i na każdej stronie jest sporo kadrów, statki prezentują się wspaniale. Klasyka gatunku.
Komiks obejmuje również 2 opowiadania o przygodach głównego bohatera. W stylu pozostałych komiksów. Opowiadania (po ok. 12 stron) są uzupełnione pojedynczymi rysunkami.
Kosmos – na początku śledzimy lot Apollo 11 na Księżyc, lądownik się odłącza, Armstrong i Aldrin wychodzą na powierzchnię, podskakują, wbijają flagę i nagle zonk. Znana historia skręca w nieoczekiwaną stronę. Jeśli chcecie przeczytać, to nie szukajcie informacji, bo spojler zepsuje całą zabawę. Już dawno nie miałem takiej frajdy z twistu fabularnego. Czytałem dalej z bananem na twarzy, chociaż z komedią nie miało to nic wspólnego. Po prostu pomysł mi się tak spodobał. Do tego trzeba dodać bardzo fajną kreskę, gdzie tło jest czarne, a wszystkie elementy (osoby, pojazdy, przedmioty) białe – taki negatyw, podobny jak w Sin City. Dodatkowo wiele dużych, niemych plansz ze statkami tańczącymi obok siebie, zbliżającymi się, łączące i rozdzielające się. Tworzy to super klimat znany z niektórych filmów, jak Alien czy Odyseja Kosmiczna.
Lester Cockney (2) – ciąg dalszy przygód awanturnika i obieżyświata. Na początku kontynuujemy misję rozpoczętą w poprzednim tomie, a później wyruszamy w dalszą podróż. Poznajemy dokładniej przeszłość głównego bohatera, w szczególności sprawy rodzinne. Poszukiwanie ojca zajęło chyba jeden album a później ruszamy do Ameryki i komiks staje się pełnoprawnym westernem: są Indianie, wojna secesyjna, różnego rodzaju desperaci. To wszystko w duchu klasycznych komiksów przygodowych. Ja uwielbiam ten gatunek i ten tom wszedł mi nawet lepiej niż pierwszy tom (tam liczba tych przygód, pościgów, pojedynków i tarapatów była wręcz przytłaczająca). Dodatkowo, przybliżona jest sylwetka autora i jego uwielbienie dla koni, które też są wszechobecne w komiksie. Jest też na końcu zapowiedź trzeciego tomu. Postawiłem na jednej półce z Buddy Longway, czy Bernard Prince.
Bruno Brazil (1-7) – kupuję w miękkiej okładce, bo łatwiej dostać w różnych sklepach. Przygody grupki tajnych agentów (chociaż wydaje się, że każdy, to ma taką potrzebę, doskonale wie, kim są) w stylu Jamesa Bonda tamtego okresu. Są gadżety, są złoczyńcy myślący o zdobyciu władzy nad światem, albo wielkiego bogactwa. Niektóre pomysły są z dzisiejszej perspektywy niedorzeczne, czy nawet niezamierzenie zabawne (np. środki łączności ukryte w guzikach czy butach, ale w zegarku to już nie), czy ogłuszanie całych miast jakimiś ultradźwiękami. Jak się jednak przymknie na to oko, to czyta się to całkiem sprawnie. Plus mniej więcej połowa albumów nie ma w sobie takich dziwnych akcji i skupia się na bardziej przyziemnych tematach, jak walka lokalnej społeczności z mafią, czy poszukiwanie skarbów hitlerowców

. Niemal każdy album to osobna historia, sporadycznie pojawią się dłuższe tematy. Również rozwój postaci, czy też właściwie ich brak to spory minus (dopiero 7 album był nieco poważniejszy i skończył się dość przykrym wydarzeniem). Natomiast wielkim plusem tej serii są rysunki. Trudno oderwać wzrok. Akcja toczy się głównie w miastach (wielkich metropoliach, małych miasteczkach) i okolicach, czasami też w dżungli i każda z tych scenerii wygląda wspaniale. Również sposób kadrowania, bardzo dynamiczny, wręcz filmowy przyciąga uwagę. Vance to nie tylko statki i morze! Czekam na kolejne albumy.
Zdumiewający fantastyczny niesamowity – życie Stana Lee opowiedziana (a jakże) w formie komiksu. Nigdy specjalnie biografii Stana nie zgłębiałem, nie znam szczegółów relacji z Ditko, Kirby, ani sporów dotyczących kwestii pomysłodawcy dla poszczególnych superbohaterów. I z tego komiksu nie dowiedziałem się na ten temat wiele więcej, poza tym zawsze można by zarzucić, że nie jest to cała obiektywna prawda. Niemniej jednak, w tym komiksie urzekła mnie swada, z jaką cała historia jest opowiedziana. Tak bardzo w stylu Stana – z uśmiechem, optymizmem, polotem, błyskającymi fleszami. Po gwiazdorsku. Nie da się zaprzeczyć, że człowiek całe życie robił w komiksach i miał do tego smykałkę. Nie wiem, czy można to nazwać pracą

- jak to się mówi, że jeśli lubisz to co robisz, to ani jednego dnia nie spędzisz w pracy. Z przyjemnością wchłonąłem ten komiks.
Locke & key (1-6) – spróbowałem po kilku latach sprawdzić, czy nadal mi się będzie podobać. I tak też jest. Jak nie lubię komiksów o młodzieży, tak tutaj mnie to nie męczyło. To oczywiście zasługa oryginalnego scenariusza. Świetnie pomyślane. Na serial się raczej nie skuszę, ale szwagier mówił, że widział i był zadowolony. Trochę się zdziwił, że to z komiksu wzięte. Sama historia jest prawdziwie misternie poprowadzona. Kolejne wątki się pojawiają, przeplatają. Widzimy jak wydarzenia z przeszłości wpływają na teraźniejszość, jak się powtarza błędy poprzednich pokoleń. Również rysunkowo jest nieźle. Taki cartoonowy styl średnio mi pasuje, ale też były fajne pomysły, jak nagłe pojawianie się kogoś w tle, albo małe szczegóły poukrywane gdzieś po kątach. Sam komiks nie jest specjalnie przeciągnięty, nie nudzi się ta zabawa. Głównie poprzez wprowadzanie coraz to nowych kluczy i ich właściwości. Trochę nie weszło mi zakończenie –
z jednej strony nie ma miękkiej gry i paru bohaterów zostało uśmierconych, ale z drugiej strony siłą komiksu był pomysł i nastrój a nie zwykła rozwałka.
W tym zakresie lekki minus z mojej strony.
** Niezłe / można przeczytaćKiki z Montparnasse’u – biograficzna historia postaci z paryskiej bohemy pierwszej połowy 20 wieku. Śledzimy losy ubogiej dziewczyny, niby nie sieroty, ale dość opuszczonej, która trafiając do Paryża musi powalczyć o utrzymanie. Zaczyna pozować kolejnym artystom – malarzom, fotografom, później próbuje sił w filmie. Na to wszystko nakładają się wydarzenia historyczne (przede wszystkim wojna). Wziąłem z biblioteki – nie miałem za bardzo pomysłu, ten tytuł kilka razy widziałem, niezła cegła, to czemu nie. Miałem bardzo mgliste rozeznanie o samej treści. Na początku czytałem z zainteresowaniem – wydawało mi się, że to będzie mniej lub bardziej smutna opowieść obyczajowa (że to jest biografia zorientowałem się dość późno, hehe), ale z kolejnymi stronami historia stawała się coraz bardziej schematyczna i powtarzalna. Główna bohaterka szukała coraz to nowych wyzwań, czasami one ją znajdowały, więc wyjeżdżała, wiązała się z kolejnym artystą. Po jakimś czasie okazywało się, że i artystyczne i uczuciowe kwestie się wyczerpują, więc następował kolejny etap. Sam komiks skończył się nagle (nie to, że fabularnie się urwał, tylko stron było jeszcze sporo), później były liczne dodatki w formie notek biograficznych. Te już sobie odpuściłem. Większości postaci przedstawionych w komiksie i tak nie znałem. Powiedziałbym, że komiks jest kierowany głównie do znawców tematu, miłośników postaci. Jako ogólna opowieść o życiu, czy też biografia (nie)znanej postaci sprawdza się gorzej.
Twarz – dla fanów thrillerów, opowieści z dreszczykiem. Niewielki rozmiarem, ale dający sporo frajdy w trakcie czytania, chociaż miałem w środku chwilę zwątpienia, czy scenarzysta się trochę nie zakiwał. Zaczynało się już robić trochę groteskowo. Końcówka jednak poprowadzona kapitalnie, z twistami i w sumie byłem usatysfakcjonowany komiksem. Dobra lektura na spokojny wieczór – tak aby wciągnąć na raz.
Barcelona o świcie – dość złożona, bardzo skondensowana historia dziejąca się w międzywojennej Hiszpanii. Dziennikarz próbuje rozwikłać kulisy strzelaniny, a jego śledztwo zahacza o coraz szersze kręgi, staje się coraz bardziej dla niego niebezpieczne. Komiks bardzo mocno osadzony w realiach tamtego okresu, pojawiają się postaci historyczne, odniesienia do ówczesnych wydarzeń, sytuacji politycznej Hiszpanii i Europy. Wplecione są również wątki katalońskiej odrębności (dowiedziałem się, czym było święto, które mnie złapało rok temu w Barcelonie

). Komiks wymaga dużego skupienia, żeby się połapać we wszystkich wydarzeniach, postaciach, nazwiskach. I najlepiej czytać bez przerwy, bo niemal pewne jest zagubienie przy restarcie. Ja wziąłem się za czytanie zbyt późno i sen mnie pokonał, przez co następnego dnia musiałem sobie odświeżać historię i to nie wpłynęło korzystnie na odbiór. Spróbuję niedługo jeszcze raz przeczytać i zobaczyć, czy uda mi się wszystko lepiej poukładać. Inna sprawa, że na tych 48 stronach dzieje się bardzo dużo, i można było to nieco rozciągnąć. Może wtedy byłoby to bardziej przyswajalne. No i chyba dłuższy wstęp by się przydał. Notki biograficzne kilku osób się przydały, ale tło historyczne, polityczne ledwie liźnięte.
Mroczne opowieści – połowę albumu stanowią krótkie (często 2-stronicowe) historyjki. Są przepełnione czarnym humorem, makabrą, zaskakującymi puentami. Znakomicie się je czyta. Rysunkowo jest znakomicie, a nawet może i więcej. Kolory nakładane komputerowo (tak zakładam, bo się nie znam) wyglądają bardzo efektownie i może nawet pasują do całości, ale czy taka była oryginalna forma? Nie wiem. Jeśli tak, to ok. Ta część albumu zajmuje ok 50 stron. Dalsza część jest poświęcona autorowi – są artykuły, przykładowe strony z innych komiksów, szkice, zdjęcia. Jak dla mnie to takie trochę zapychanie tematu. Zamieszczania szkiców nigdy nie rozumiałem, ale 2-3 strony w jakimś grubasie nie ma znaczenia. Tutaj proporcje zaburzone.
Scenki z życia osiedla – Caza bierze się za miejski krajobraz i przesącza go przez swoją wyobraźnię. Zestaw (dość pokaźny) szortów, które łączy bohater, blokowiska francuskich przedmieść, sąsiedzi i temat przewodni, czyli hałasy dobiegające z góry. Humor, obserwacje z życia wzięte, komentarze dotyczące sytuacji społecznej we Francji w latach 70 (??) wymieszane z absurdalnymi pomysłami a to wszystko w niepowtarzalnym stylu rysunkowym. Czytałem po kawałku i w sumie chyba tak to trzeba robić, bo inaczej może nieco znużyć tematyka (no ile razy można wyciągać temat tłuczenia szczotką w sufit, gdy ktoś z góry nam zakłóca spokój?). Nie jest to jednak niezapomniany komiks, ale na pewno fani autora się nie zawiodą. Tematyka lżejsza niż to, co można znaleźć w Metal hurlant, ale styl rysunków rozpoznawalny. Lekki minus, to dziurawa korekta wydawcy. Czytając na zmęczeniu ileś literówek wyłapałem, więc to słaby wynik w tym względzie. Zaskoczył mnie też (w sumie pozytywnie) duży format (A4+).
Borgia (1-2) – czekałem na ten komiks parę ładnych lat, ale jak wybuchła afera z uciętymi kadrami, to sobie odpuściłem. Szczególnie, że opinie co do scenariusza były takie sobie niespecjalne. Gdzieś w czeluściach olx znalazłem ofertę, to się skusiłem. Żałować, nie żałuję, ale zachwytów nie ma. Nad scenariuszem zachwytów nie ma, bo historia dość monotonna, mimo że dzieje się sporo. Między jedną orgią a drugą. W przerwach między tymi orgiami. Gdyby je usunąć (w sensie orgie), to komiks by znacząco schudł. Oczywiście, to jeden ze znaków rozpoznawczych tego komiksu (jak i samej historii o Borgiach i ich czasach) i bez tego ten komiks podejrzewam byłby mniej znany. Plus jak ma się takiego rysownika, to trzeba mu dać temat, który lubi i umie. Szkoda, że ucierpiały na tym walory fabularne: rozwój postaci, konflikty rodzinne, polityczne, niepokoje społeczne – to wszystko przedstawione jest trochę po łebkach, skrótowo. Kiedyś obejrzałem sezon albo dwa serialu z Jeremy Ironsem i mimo że unikam seriali, to oglądałem z zainteresowaniem. Był po prostu ciekawiej zrobiony niż komiks. Za to rysunkowo, jest przepięknie. Z rozmachem, kolorowo, dynamicznie. I sceny kameralne, i zbiorowe (nie tylko seks), stroje z epoki, architektura. Lepiej się komiks ogląda, niż czyta. Wydanie również piękne, chociaż za 1 zbiorczy tom bym się nie obraził.
IHS – komiks z charakterystyczną kreską i strukturą, na którą składa się bardzo wiele krótkich scenek bez zachowania chronologii wydarzeń. Rzecz dzieje się na przedmieściach jakiegoś holenderskiego miasta (chyba nazwa nie padła?). W okolicy zaczynają się dziać dziwne rzeczy, dochodzi do dramatycznych wypadków, które zupełnie nie pasują do dość sennej okolicy i dotychczasowych problemów mieszkańców w stylu, że żywopłot jest za wysoki. Albo za niski. Kreska podkreśla panujący nastrój niepokoju, jakiejś lekkiej psychozy. Bohater jest raczej zbiorowy, w formie mieszkańców jednej z ulic, przy pewnej przewadze okolicznej młodzieży, która próbuje zorganizować swój zespół rockowy. W teorii pomysł wygląda nieźle, ale trochę mnie to wszystko nużyło, wybijało z rytmu. Jak już sobie jakiś wątek lepiej ułożyłem w głowie, to zaraz przeskok był w zupełnie inny temat. Też takie częste (bo co kilka stron) przeskakiwanie między tematami kusiło, żeby w tym momencie zrobić pauzę. Korzystałem z tego dość często i lektura mi się rozciągnęła na kilka dni. To też powodowało, że miałem wrażenie, że komiks jest przeciągnięty. Mnogość tych wątków trochę mnie niepokoiła, bo czułem, że to za bardzo nie sklei się w spójną opowieść z pomysłowym zakończeniem.
I niestety tak trochę wyszło. Brak zachowania chronologii powodował, że końcówka niewiele dodała, a jakiegoś spektakularnego przytupu nie było.
To bym jeszcze przeżył, gdyby mnie ta cała historia po prostu zainteresowała nieco bardziej.
Nestor Burma (4) – kontynuacja przygód detektywa. Wszystko, co stanowi o sile tej serii to tutaj jest. Nie ma ani zmiany klimatu historii, ani stylu rysunków. To oczywiście traktuję na plus, bo uwielbiam wędrować z Burmą po powojennym Paryżu, przesiadywać w zatłoczonych knajpkach. Ten tom podszedł mi trochę słabiej niż poprzednie ze względu na charakter zagadki kryminalnej. W moim odczuciu mało wciągającej. Gdzieś mniej więcej w połowie zasnąłem, następnego dnia też trochę czytałem znudzony. Końcówka, co prawda z niespodziankami, ale znowu tak trochę nagle się wszystko rozwiązało. Detektywa olśniło, odkrył wszystkie tajemnice i tylko dla mnie nie było jasne, jak nagle wpadł na to wszystko. W poprzednim tomie też miałem podobne odczucia. Tak trochę, jakby historia była wymyślona, tylko w trakcie tworzenia komiksu zabrakło paru stron w końcówce, żeby zgrabniej wszystko przedstawić. Do top10 tego roku się nie załapie (przynajmniej nie za ten tom).
Joe Shuster – komiksowa wersja historii o twórcach Supermana. Historia w sumie dość ciekawa, ale i smutna zarazem. Ci, którzy nakręcili olbrzymi biznes niewiele z tego mieli przez wiele lat. Przeczytane z przyjemnością – bardzo lubię takie historie, które dzieją się na przestrzeni wielu lat i pokazują realia minionych dziesięcioleci (szczególnie w takim kraju jak USA – poprzez wielki kryzys, czasy wojny (taka, jaka ona w USA była), powojenny boom itd.). Na lekki minus zaliczyłbym monotonną fabułę (przez większość komiksu kręcimy się wokół tych samych kwestii) i charakter rysunków, które są z założenia mało wyraźne. Mnie to utrudniało odbiór. Już i tak mam problem z rozpoznawaniem twarzy i przypisywaniem im imion, a tutaj większość twarzy była niemal taka sama, liczne nazwiska korpoważniaków pojawiały się w dialogach i ostatecznie trochę się w tym gubiłem.
Loteria – ukrywam wszystko w spojler, bo najlepiej nic nie wiedzieć o treści przed przeczytaniem. Nawet najmniejsza informacja może zepsuć zabawę.
Komiksowa adaptacja opowiadania, którą zilustrował wnuk autorki oryginału. Jest to wszystko fajnie opisane we wstępie. Sam komiks jest prawie niemy, słów pada bardzo mało. Cała historia jest opowiedziana poprzez ilustracje i jest to zrobione znakomicie. Rysunki są wyraźne, ale nie nazbyt ekspresyjne, żeby współgrało to z ogólnym klimatem historii. Akcja rozgrywa się w anonimowym miasteczku, gdzieś w USA. Co roku, pod koniec czerwca jest przeprowadzane losowanie. Czytelnik nie wie, czego dotyczy to losowanie. I jest to świetny patent na historię (zresztą zaczerpnięty z opowiadania o tym samym tytule). Pojawiają się jakieś drobne sygnały, ale trudno jest je powiązać w logiczną całość. Końcówka mnie zaskoczyła i zbiła z tropu zupełnie. Ale zaraz po tym przyszło pytanie – po co to wszystko? I zacząłem kartkować wstecz i nie znalazłem odpowiedzi (poza bardzo skrytymi półsłówkami, ale nic definitywnego). I zostałem z tym niedosytem. Normalnie może i bym to potraktował jako plus, ale charakter tej całej szopki wręcz wymagał uzasadnienia. Pogooglałem o samym pierwowzorze i tam było podane uzasadnienie (powiedzmy sobie, że takie mega naciągane, ale to może kwestia innej epoki, kraju, mentalności itd.). Po premierze miał wybuchnąć nawet skandal, że społeczeństwo opisane w taki bestialski sposób. To wszystko trochę obniżyło ostateczne wrażenia. Wiadomo, że komiks był związany pierwowzorem i nie było tematu zmiany fabuły. Brak uzasadnienia wydarzeń pozostawił zbyt duży niedosyt, już wolałbym to oryginalne, chociaż też bym wtedy marudził
Hombre (1) – pięknie wydany, z widowiskowymi rysunkami (w kolorze i czarnobiały – dla każdego coś fajnego) komiks rozgrywający się w po serii katastrof. Jest mowa o bombach, zarazach i ogólnie upadku cywilizacji (ale nic konkretniejszego nie pada). Ludzie żyją w małych grupkach, walczą o przetrwanie, o żywność i inne zasoby. Dochodzi do aktów kanibalizmu, człowiek człowiekowi wilkiem. No i jest nasz bohater:
Cygan Hombre, który co chwila wplątuje się w różne kabały. Jego towarzysze (raczej nie przyjaciele, bo takich związków już raczej nie ma) giną pod koniec każdego z rozdziałów. Czasami to po nim spływa, czasami poszuka jeszcze zemsty, ale po paru(nastu) stronach przeskakujemy w inne miejsce, otoczeni inną zgrają desperatów czy bandytów. To był jeden z aspektów komiksu, który mnie zawiódł – że nie było jakiejś bardziej konkretnej historii, jakiegoś dłuższego wątku. A postapo daje ku temu możliwości. Nawet jak już pojawiła się w drugiej połowie Atylla i jakoś przetrwała parę przygód z Hombre, to charakter komiksu niewiele się zmieniał: pułapka, rozwałka i jedziemy dalej na tle zachodzącego słońca. Miałem nadzieję na bardziej poważne podejście do tematu. Ciągła jatka i cycki na co drugiej stronie nie wpisały się w moje oczekiwania. Sam komiks przypomniał mi Cygana z tym, że bohater z lekkoducha zamienił się w zgorzkniałego twardziela. Rozrywka niezbyt wysokich lotów. Ale rysunkowo znakomite.
Ghost money – thriller szpiegowski z elementami sci-fi. Głównym tematem jest poszukiwanie skarbu Al-kaidy, który miał zostać zdobyty poprzez transakcje giełdowe w okolicach zamachów 11 września. Amerykanie szukają, przesłuchują ale nie idzie to zgodnie z planem. Akcja przenosi się o 20+ lat do przodu, świat jest trochę bardziej rozwinięty technicznie niż nasz obecny (komiks zaczął powstawać chyba w 2008r.), są szybkie samoloty, miniaturowe kamerki w oczach, zdalnie sterowane maszyny czy roboty. Jedną z bohaterek jest bajecznie bogata córka prezydenta jednego z azjatyckich państw. Komiks dalej zaczyna się bardzo komplikować. Są terroryści, są agencje wywiadowcze, są kraje, które muszą określić, czy przynależą do świata demokratycznego (chociaż to często jest brane w cudzysłów), czy jednak sprzyjają terrorystom islamskim. Są przypadkowe osoby, które się zaplątały w całą historię, są zdrajcy. Akcja pędzi, przeskakujemy z bohaterami w różne miejsca świata. Naprawdę trzeba się skupić, żeby nadążyć za tym wszystkim. Po przeczytaniu właściwie nie ma szans, żeby sobie przypomnieć całą fabułę ze wszystkimi wydarzeniami. Przydałoby się jakieś streszczenie

Końcówka,
niestety, trochę rozczarowująca. Nie lubię takich zagrywek, że przez 300 stron komiksu wszystko jest niby wiadome, a wyjaśnienie źródła pieniędzy jest wzięte całkiem z dupy. To nie jest fajny twist, tylko zrobienie tego na siłę, żeby wyszło niespodziewane zakończenie.
Sam komiks trochę mi się dłużył. Grubas, A4, na każdej stronie dużo małych, często ciemnych kadrów. A na stole leżały 2 tomy Blasta przez cały weekend i nie zdołałem ich ruszyć.
CDN