Autor Wątek: Bo chodzi o to, żeby plusy nie przesłaniały nam minusów - sezon drugi  (Przeczytany 215393 razy)

0 użytkowników i 1 Gość przegląda ten wątek.

Offline herman

Odp: Bo chodzi o to, żeby plusy nie przesłaniały nam minusów - sezon drugi
« Odpowiedź #570 dnia: Pt, 01 Wrzesień 2023, 19:05:52 »
Małe podsumowanie lipca i sierpnia.
W lipcu przeczytałem 8, a w sierpniu 9 komiksów.

Wynik słaby, ale to u mnie standard w okresie wakacyjnym. Mimo wszystko na wyjazdy raczej zabiorę książkę, ew. jakiś pojedynczy komiks, a i ogólnie w okresie ciepłym jakoś częściej człowiek wychodzi i mniej jest czasu na lekturę. Wakacje udane, ale dodać muszę do tego dwa wyjazd z pracy - do Berlina i Brukseli, gdzie sporo działo się również w temacie komiksów.

Mimo niewielkiej liczby przeczytanych komiksów - w lipcu trafiałem na same bardzo dobre rzeczy. Dość powiedzieć, że najniższe oceny jakie wystawiłem to 7/10 (bardzo dobry).


Komiks lipca: "Łupieżcy imperiów". Komiks opisywałem już w "Co teraz czytacie" jak i w wątku bezpośrednim więc nie będę już przyklejał. Kawał świetnej roboty, 9/10.

Wyróżnienie: w zasadzie wszystko co przeczytałem zasługuje na drobną wzmiankę.
"Stare zgredy" (cz. 1 i 2) - naczytałem się wiele dobrego i myślałem, że będzie super. Nie zawiodłem się jednak chociaż z kapci mnie nie wywaliło. Fajna kreska, dobre dialogi, niezły humor -  momentami trochę głupotek, ale to w końcu po części komiks humorystyczny więc można przymknąć oko. Obie części 7/10.

"W głowie Sherlocka Holmesa:  Sprawa skandalicznego biletu" - druga część przygód najsłynniejszego detektywa świata. O ile sama zagadka kryminalna nie jest niczym specjalnym to forma komiksu już zdecydowanie tak. Oprócz ciekawego sposobu prowadzenia narracji doszły nam zadania rodem z paragrafówek czy różnych form fizycznych escape roomów - zaginanie stron, patrzenie na nie pod kątem etc.
Wysoka ocenę za odwagę i bardzo oryginalną formę. Warto sprawdzić z tego powodu bo sama fabułą "przeczytaj i zapomnij" - 7/10.

" Odyseja Hakima. 1. Z Syrii do Turcji" - dokumentalny komiks drogi przedstawiający losy syryjskiego uchodźcy. Niby znamy takie historie, ale tu jest to wszystko bardzo dobrze przemyślane, nie przegadane, na swój sposób bardzo wciągające. Lekko naciągane, ale 8/10.

"Cesarzowa Charlotta (tom 1)" - kawał dobrego komiksu historycznego. Ciekawi bohaterowie, mniej znana epoka i umiejscowienie akcji, bardzo ładne ilustracje. Czekam na kolejną część z niecierpliwością. 8/10

Z córką przeczytałem jeszcze bardzo fajną pozycję dla najmłodszych - " Ana Ana. Czekoladowe tornado"

Zawód miesiąca: absolutny brak!

W sierpniu było już troszkę gorzej - nie było takich perełek, a i trafiły się słabsze pozycje.

Komiks sierpnia: zdecydowanie druga i trzecia część rozpoczętej w lipcu "Odysei Hakima". Poziom utrzymany - 8/10 dla obu tomów.

Wyróżnienie: "Zmarszczki" - nowy Paco Roca, którego ostatnie komiksy bardzo mi podeszły. Tym razem historia bardziej kameralna, ale wciąż bardzo ludzka, pełna emocji. Mocne 7/10.

"Zawód miesiąca": więcej obiecywałem sobie po "Kosmosie". Niezbyt porywające real sci-fi z alternatywną historią lądowania na księżycu. Ma swój klimat, ilustracje dają to poczucie pustki w kosmosie. Ogólnie to nie jest zły komiks, ale liczyłem na coś więcej - 5/10 (może być).


Odp: Bo chodzi o to, żeby plusy nie przesłaniały nam minusów - sezon drugi
« Odpowiedź #571 dnia: So, 23 Wrzesień 2023, 11:41:48 »
  Powrót po tradycyjnej przerwie wakacyjnej, podczas której staram się nieco odpocząć od komiksów, chociaż przez te trzy miesiące udało mi się co nieco przewertować. Uwaga jak (prawie) zawsze mogą pojawić się pewne SPOILERY!!!


1. "Incal" - Alejadro Jodorovsky, Jean Giraud. Egzystencjalizm, transcendentalizm, chrześcijański mesjanizm, metafizyka, space opera, szamanizm, tarot, Diuna, kreatywność, legenda europejskiego komiksu, najlepszy komiks wszechświata etc. takie mniej więcej opinie męczyły mnie przez wiele lat. Należał się trochę ten tytuł na półce i naczekał na swoją kolej, ale korzystając z urlopowego luzu postanowiłem w końcu zapoznać się z rzeczonym nadkomiksem. Fabuła szczerze mówiąc nie jest (przynajmniej na początku) jakoś nadmiernie pokomplikowana. Ot poznajemy (w locie właśnie zrzuconego z wieżowca przez bliżej nieokreślonych oprychów) Johna DiFoola prywatnego detektywa, nieszczególnie rozgarniętego ani sympatycznego amatora alkoholu i wirtualnych prostytutek. John zamieszkuje typowe pnące się w górę Miasto dalekiej przyszłości na którejś z planet należących do Ziemskiego Imperium, to że nie dla niego przeszklone balkony w pełnym świetle słońca będzie pewnie oczywiste. Podczas kolejnej roboty zupełnym przypadkiem (czy aby napewno?) wpadnie w jego ręce Incal obcy artefakt (a może istota? Dowiemy się na koniec) przypominająca wyglądem klejnot, który rzecz jasna okazuje się najważniejszą rzeczą/bytem, która może wpłynąć na los całego Wszechświata a jedynym człowiekiem, który powinien dźwigać jego ciężar jest oczywiście nasz pechowiec. Incal oczywiście nie istnieje zawieszony sobie w próżni tajemnicy o jego istnieniu wiedzą a także pożądają go m.in prezydent planety na której John mieszka, tajemniczy kult Technokapłanów na czele ze swoim Technopapieżem będący jednym z filarów władzy Imperium, główny władca tegoż imperium androgyniczny (właściwie dwu-cielesny) Imperandrogyn a nawet rasa obcych z innej galaktyki, która jest na krawędzi wojny z ludzkością. John DiFool nie zostanie jednak samotny porzucony na żer różnorakim złowrogim siłom, poczynając od jego domowego zwierzątka ptaka Deepo obdarzonego przez Incal ludzką inteligencją i umiejętnością mowy zbierze się wokół niego grupa wiernych przyjaciół i sojuszników (w tym rekrutujących się spośród jego wcześniejszych wrogów), którzy podczas podróży przez znany i nieznany (a nawet dalej) kosmos pomogą mu ocalić...no właściwie wszystko. Co do oprawy graficznej, to powiem szczerze jestem odrobinę, ale to naprawdę odrobinę...zawiedziony. Tzn, nie to aby prace Moebiusa wyglądały źle, czy chociażby tylko dobrze. Pod tym względem album prezentuje się doprawdy świetnie, zdecydowanie jeden z najładniejszych komiksów jakie miałem przyjemność (bądź też nie) czytać w tym roku. Życzyć by sobie tylko, aby inni twórcy komiksowi byli w stanie chociażby zbliżyć się do takiego poziomu. Styl (lekko kreskówkowy) cieszy oko, rozmach niektórych kadrów potrafi zadziwiać,  kreatywność artysty w tworzeniu obcych pejzaży potrafi zachwycić a to wszystko opakowane w perfekcyjną kompozycję na kadrach spodziewaną po takim mistrzu. Fantastycznie wyglądają kolory, Scream podobno wydał z oryginalnymi podczas gdy wcześniejsze wydanie Egmontu było z jakimś nowszymi-poprawionymi. Co tu niby było do poprawiania to ja zielonego pojęcia nie mam. Natomiast jakby to nie fajnie wyglądało to mimo wszystko zawiedziony jestem tym, że przypominam sobie po prostu to co Moebius odwalał w takim "Garażu Hermetycznym" i to jednak leżało półkę wyżej, niż obecna tutaj nieco oszczędna kreska. Dwie rzeczy do zaznaczenia - pierwsza, jak to zwykle u Jodorovky'ego, który w pewnym wywiadzie stwierdził że jest wielbicielem kobiecego ciała (jakże oryginalnie), nie zabraknie golizny, aczkolwiek w dosyć nienatrętnej ilości. Druga, tom nie jest 100% spójny graficznie, albumy powstawały kilka lat i widać jednak pewien rozwój pod tym względem. Jakby to podsumować? Wszystko to co słyszałem wcześniej, wszystkie te nawiązania, wszystkie inspiracje religijne czy też filozoficzne są poniekąd rzeczywistością. Komiks w sumie jakby spojrzeć tak na niego bez emocji sprowadza się do pojedynku Światła z Ciemnością. Owszem zawiera oprócz tego bardzo wiele innych koncepcji, czy też porusza sporo tematów. Jest przynależny do dobrej opowieści science-fiction futuryzm i co oczywiście dosyć często się zdarza myśli w nim zawarte w pewien sposób aktualne są już dzisiaj (co ciekawe autor wydaje się, że autor trochę krytykuje model społeczeństwa forsowany przez liberalną demokrację), jest mistyczna alchemia, są filozofie i religie wschodu, jest i chrześcijaństwo. Tylko czy naprawdę dla czytelnika ma jakieś znaczenie, że DiFool dosyć podejrzanie przypomina The Fool a główny bohater posiada cechy zarówno pozytywne jak i negatywne tej karty Wielkich Arkanów? Cóż zapewne te wszystkie smaczki, razem zebrane do kupy nadają całości dodatkowych znaczeń, ale nie wydaje mi się aby ich niewyłapanie sprawiło, że komiks nie będzie sprawiał przyjemności.Obiecywanej Diuny raczej niewiele tu zauważyłem (aczkolwiek nie to, że jest kompletnie niezauważalna) za to całkiem sporo jest o dziwo Gwiezdnych Wojen. No i właśnie tutaj znajduje się clou całego programu. Oczekiwałem chyba czegoś nie wiem, bardziej natchnionego, poważniejszego, czegoś co odmieni moje życie (żart), a dostałem świetną awanturniczo-przygodową opowieść s-f przyobraną w ciuszki stylu new age. Historia jest pomimo tego że sporego rozmachu, pisana lekko i z humorem, porusza przy tym niegłupie tematy a sama w sobie to szalona podróż przez krainy wyobraźni dwóch facetów, którzy fantazje mieli naprawdę tęgie. Czy zawód? Minimalnie chyba jednak tak, natomiast byłbym niezmiernie szczęśliwym człowiekiem gdyby tylko takie zawody mnie spotykały. Ach plus za to zakończenie rodem z buddyjskich tradycji, Jodorovsky to jednak niezły jajcarz jest. Drugie ach, mam wydanie Screamu, dodatek Tajemnice Incala przerwałem czytać na pierwszej stronie bo wyraźnie opisuje też inne komiksy z tego świata. Czy czytać? Jak będzie okazja to koniecznie w końcu to jeden z najgłośniejszych tytułów w historii medium a czy się spodoba to niech każdy sam oceni. Ocena 8+/10.


2. "New X-Men" - Grant Morrison i inni. Lektura mieszana, czyli dwa tomy WKKM "Z jak zagłada" oraz "Imperialni" oraz z racji powtórki tych drugich od połowy tom numer dwa do tomu czwartego w wydaniu Mucha Comics. Streszczać fabuły w jakiś dokładniejszy sposób nie ma sensu, raz że zajęłoby to sporo miejsca, dwa że akurat w tym przypadku nie jest to potrzebne. Cała seria składa się na kilka bloków tematycznych, pozornie w niektórych przypadkach ze sobą nie powiązanych jednakże pod koniec splatających się w jedną całość. Opowieść zaczyna się z wysokiego C, od zniszczenia Genoshy na której zginie 16 milionów mutantów przez tajemniczą kobietę nader podobną do Charlesa Xaviera nazywającą się Cassandra Nova, z którą konfrontacja będzie chyba najobszerniejszym fragmentem serii. Później X-Meni zmierzą się z grupą/sektą/korporacją zajmującą się wycinaniem mutanckich organów i wszczepianiu ich zwykłym ludziom, dalej drużyna zapozna kolejny wytwór programu "Weapon X", czyli Fantomexa - broń trzynastą (czytając Uncanny X-Force, zastanawiałem się kto wymyślił taką dziwaczna postać, odpowiedź okazała się oczywista) z którym zapolują na Weapon XIV. W kolejnych tomach będą rozwiązywać zagadkę morderstwa w szkole Charlesa a także po raz kolejny będą musieli borykać się ze skutkami kanadyjskiego tajnego programu zbrojeniowego. Zmierzą się ze starym wrogiem, który najwyraźniej kompletnie zwariował, aby na koniec zabrać czytelnika do przyszłości nader przypominającej Erę Apokalipsa z po raz kolejny Beastem w roli dr. Mengele. Tu i ówdzie wspomniane historie będą rozdzielane małymi jedno-dwuzeszytowymi nowelkami. Za gros ilustracji tej serii odpowiada Frank Quitely będący twarzą projektu niemalże na równi z Morrisonem, niektórzy go kochają inni nie, dla tych co "nie" mam złą wiadomość mamy tutaj do czynienia ze 100% Franka Quitely we Franku Quitely. Ja jestem w tej komfortowej sytuacji, że przepadam za jego rysunkami a mocne uderzenie w jego wykonaniu to jest dokładnie to czego New X-Men potrzebuje. Żebyśmy się dobrze zrozumieli, uwielbiam Byrne'a, doceniam Jima Lee, ale to Quitely z tym swoim energetycznym, ekstrawaganckim stylem promującym "brzydotę" najlepiej koreluje z treściami komiksów o X-Menach. Bardzo fajnym pomysłem (nie wnikam czy scenarzysty czy też rysownika), był powrót do początków i zasponsorowanie wszystkim (z jednym oczywistym wyjątkiem) X-Menom jednakowych uniformów. Zresztą wystarczy zerknąć chociażby na okładkę trzeciego tomu, w którym drużyna zebrana na plakacie wygląda niczym, któryś z tych nowofalowych post-punkowych nowojorskich zespołów z początku wieku, facet ma wizję i to dobra wizja jest. Z resztą rysujących bywa już różnie. Paskudne i niechlujne bazgroły Igora Kordeya, wyprzedzające swoje czasy przypominające kryminały Brubakera rysunki John Paula Leona, znany i lubiany (bądź i nie) Chris Bachalo (niestety słabo kolorowany), świetne, imponująco szczegółowe plansze Phila Jimeneza, początki Ethana Van Scivera (już wtedy przyzwoity) czy dosyć klasyczne dla gatunku superbohaterskiego prace Marca Silvestri. Z wyjątkiem Kordeya, cała reszta artystów na plus (czasami bardzo duży), naprawdę jest w każdym tomie na czym oko zawiesić. Podsumowując jeżeli ktoś nie przepada za scenarzystą z powodu nader częstego "morrisonowania" to myślę że może ostrożnie spróbować, jest tu trochę elementów powodujących stan ducha z gatunku WTF?, ale nie męczące jest to nadmiernie. Grant sporo namieszał  w historii mutantów a jednocześnie napisał bardzo, ale to bardzo klasyczny komiks o X-Men. Podejrzewać można, że swoim zwyczajem wziął robotę, zaparzył bardzo dużą ilość kawy niewątpliwie wzmocnionej nieco i przeczytał hurtem wszystkie zeszyty od samego początku po czym podobierał sobie najważniejsze i te które mu się najbardziej spodobały wątki  i przekuł je w coś własnego. Naprawdę czytając ten komiks miałem wrażenie, że doskonale czuję się wśród czegoś co dobrze znam do tego stopnia, że na samym końcu to szczerze mówiąc już się delikatnie podrażniłem, gdy dostałem kolejną wariację na temat "Dni Minionej Przeszłości", ale i tu Morrison potrafił mnie zaskoczyć (zakończenie jest naprawdę dobre). Jednocześnie Morrison cały czas wprowadza swoje własne pomysły prowadząc mutantów swoją własną ścieżką i zaludniając ich świat postaciami, które z buta dołączyły do kanonu pokroju Fantomexa, Kukułek Stepford (nich cię Bóg błogosławi człowieku), Quetina Quire czy Glob Hermana. Jasne nie zawsze trzyma to równie wysoki poziom zdarzają się i słabsze momenty, czasami konsekwencje działań pewnych postaci wydają się nieszczególnie wiarygodne a czasem mamy wrażenie, że autor nie do końca utrafił z interakcją pomiędzy danymi bohaterami, na dodatek całościowo główna intryga może być dyskusyjna. Natomiast sama seria jako całość jest naprawdę zatrważająco dobra. Sceny akcji nie nudzą i jest tyle ile ich trzeba, relacje pomiędzy postaciami są interesujące a mydlano-operowe wątki (konieczne tutaj przecież) wciągające niczym najlepsze odcinki "Zbuntowanego Anioła". Morrison miał świetny pomysł zmniejszając liczebność X-Menów do zaledwie kilku postaci, część wątków przerzucając na młodzież dopiero startującą w szkole Xaviera. Co dosyć interesujące na samym końcu umieszczono dokładne wytłumaczenie intrygi zaserwowanej przez Morrisona (są jego komiksy w którym przydałoby się to o wiele bardziej), kilka rzeczy zauważyłem o wiele więcej kompletnie przeoczyłem, ale jak ktoś się obawia czy czegoś nie połapie to nie musi się tym martwić (a ponowne czytanie zapewne będzie kompletnie odmiennym doświadczeniem). Jeżeli jakimś cudem są tu fani X-Men, którzy "New" jeszcze nie czytali to koniecznie muszą nadrobić, jeżeli ktoś X-Men nie lubi a nie ma alergii na superbohaterszczyznę to też powinien spróbować. Jedyną wadą jaką tu widzę (no poza rysunkami Kordeya) jest to, że ten tytuł stara się być tak bardzo "iksmeński", że aż za bardzo. "Astonishing" Whedona czytałem tylko z WKKM, więc czeka na półce na swoją kolej na dodatek jestem dużym fanem "Astonishing" Bendisa, ale "New X-Men" póki co to najlepsza seria z tego zaułka Marvela jaką można dostać na naszym rynku. Ocena 8/10.


3. "Button Man" - John Wagner, Arthur Ranson. Nie będę ukrywał, że nieco nie po drodze mi z gustami Studia Lain. Napewno jestem wiernym fanem Slaine no i oczywiście psychfanem Alana Moore no i ogólna sympatia do AD2000, resztę biorę raczej w wypadku gdy akurat biorę przesyłkę z Gildii. Nie kupiłem wszystkich komiksów, które chciałem sprawdzić z powodów wszystkim raczej tutaj znanych, ale ma ten sposób dystrybucji pewien swój urok, raczej nie ma problemu ze spyleniem tego później na allegro. No w każdym razie akurat "Cynglem" byłem zainteresowany, nazwiska autorów, podobno ostra sensacja bez wydziwiania, brzmiało dobrze. Z pewnością chciałem kupić no i los chciał, że akurat w Gildii zamówienie robiłem. Składająca się z trzech albumów historia, której (anty)bohaterem jest Harry Exton zamieszkujący spokojny domek na wsi najemnik, były komandos SAS (co stanowi klasycznie doskonałe zawsze działające wytłumaczenie dlaczego on zabija wszystkich dookoła a sam nie ginie). Harry to gość co to potrafi wszystko co mu potrzebne w zawodzie i strzela celnie niczym Wilhelm Tell i kopie niczym Bruce Lee a jak trzeba to i szopę na wędzarnię wzmocni (nie wiem kto się tym zajmuje Bob Budowniczy?). W każdym razie jego spokojny żywot przerywany od czasu do czasu wojnami i zabójstwami na zlecenie przerwie kumpel po fachu, który zaproponuje mu udział w nader intratnej grze a raczej Grze. Gra to swoiste igrzyska śmierci w których za gladiatorów robią płatni zabijacy. Miejsce, cel oraz broń podaje mu przez telefon tajemniczy "Głos", zasady są dosyć przejrzyste. Gra jest swoistym kasynem dla znudzonych bogaczy, niekoniecznie też musi zakończyć się śmiercią zawodników, wygranemu wystarczy przynieść ucięty palec oponenta a ilość zawodników czy "areny" spotkań są konfigurowalne przez tajemniczych organizatorów. Żadną tajemnicą nie będzie, że Harry Gry nie przegra więc możemy przejść do tomu drugiego, który rozpoczyna się po nieco dłuższej czasowej przerwie. Tym razem zimnokrwisty zabójca trafi do Ameryki, gdzie przyjdzie mu "zagrać" o jeszcze większe stawki i z jeszcze lepszymi zawodnikami (wiadomo w US i A wszystko jest większe i lepsze), pojawi się piękna kobieta, której wcześniej brakowało, senator będący "mecenasem" bohatera nie ograniczający się do wydawania poleceń przez telefon a Wagner obdarzy Harry'ego jakimiś tam wyrzutami sumienia czy przemyśleniami na temat swojego postępowania co awansuje go z roli płaskiego robota od zabijania do roli pełnoprawnej dwuwymiarowej i prostej jak drut postaci. Tom trzeci będzie bezpośrednią kontynuacją drugiego (aczkolwiek też między nimi będzie pewna przerwa czasowa) a przy jego lekturze przekonamy się, że ci co usiłują wyrolować Harry'ego nie żyją długo i szczęśliwie (cóż za zaskoczenie).  Rysunki? Kapitalne. Realizm momentami posuwający się aż do czegoś z przedrostkiem foto, sporo szczegółów, bardzo "filmowe" prowadzenie akcji za pomocą kadrów. Jednocześnie wszystko to charakteryzuje się bardzo autorską stylizacją, wszystko jest tam jakby maźnięte pewnym "cieniem" lub "smutkiem" z braku lepszego określenia. Ranson potrafi stworzyć melancholijny, mroczny nastrój, potrafi wprowadzić trochę nierzeczywistego klimatu do tej w sumie mocno stojącej na nogach historii. Kurde, teraz to mocno żałuje że jednak nie kupiłem Sędzi Anderson (za to Mazeworld wziąłem). Na okładce napisano, że w tym komiksie nie ma dobrych facetów. Czy to prawda? No nie do końca, pokazują się tutaj zalążki czegoś co można by nazwać "ludzkimi" odruchami, nawet jeżeli chodzi o samego Harry'ego nie wydaje mi się, aby można było go nazwać kompletnie bezwzględnym mordercą. Po prostu działa adekwatnie do środowiska w którym się obraca. Facet ma swoje granice, których nie przekracza no i po prostu swoje niezłomne zasady. Nie wolno próbować go zabić, zdradzać, okradać, denerwować czy krzywo się spojrzeć. Wszyscy, którzy będą o tym pamiętali ujdą z życiem. No i co ja mam tu napisać? Zachęcać nikogo do zakupu nie będę, bo i tak nie można go kupić. Komiks jest świetny, o żadnej genialności mowy być nie może bo to nie ten gatunek (no dobra jest "Heat" Michaela Manna, ale to wyjątek), ale po za tym mimo, że spodziewałem się że będzie dobrze to i tak było lepiej niż się spodziewałem. Co dosyć zabawne, komiks jest kompletnie sztampowy, każdy chwyt tutaj można było obejrzeć na ekranie dziesiątki razy a jak ktoś zaczytuje się w rzeczach pokroju MacLean, Forsythe i Ludlum (czy kto tam teraz jest na topie) to setki, tyle że co z tego, skoro to tak dobrze jest ze sobą zszyte, że trudno się oderwać? Dla mnie jeden z najlepszych komiksów Studia Lain jaki miałem okazję, przeczytać, kompletnie dziwne, że puszczono to w niskim nakładzie, gdy tu po kilkunastu stronach już widać materiał na bestseller, a dalej jest tylko lepiej. No, w każdym bądź przepłącać za używki nie radzę, ale w razie ewentualnego dodruku, radzę również nie czekać. Ocena 8/10.


  "Ostatni Kryzys" - Grant Morrison i inni. Kolejny wielki event, przestawiający uniwersum DC, ale patrząc się na nazwisko autora moża się spodziewać że nie dostaniemy kolejnego spodziewanego block-bustera polegającego na tym, że zjednoczeni ponad podziałami superherosi nabiją śliwkę kolejnemu superłotrowi, który to owszem ma ambicje, ale jak zawsze brakuje mu czegoś do pełnego sukcesu jego złowrogiego planu (najczęściej wszystkiego). No przynajmniej nie tylko czegoś takiego. Komiks rozpoczyna się nader interesująco, zakończyła się niebiańska wojna, która zabiła Nowych Bogów, na Ziemi pojawia się zamaskowany Libra, który obiecuje wszystkim złoczyńcom dar spełnienia ich marzeń w zamian za znoszenie modłów do nowego (starego) bóstwa zła, tymczasem w Metropolis zostaje odnalezione ciało zamordowanego Oriona, którą to sprawą będą musieli się zająć sami Green Lanterni. Okaże się, że na Ziemię napadnie Darkseid ze swoim równaniem antyżycia a to tak naprawdę tylko początek kłopotów. Za rysunki głównej serii "Final Crisis" odpowiada J.G.Johns autor u nas znany z naprawdę przyzwoitego poziomu swoich prac, chociaż nie ukrywam, że bardziej przypadły mi do gustu prace Douga Mahnke odpowiadającego za zeszyty "FC:Superman Beyond" (zwłaszcza Ultraman z tymi wyszczerzonymi zębami i wytrzeszczonymi oczami). Na plus można również zaliczyć rysującego "FC:Submit-Batman" Lee Garbetta kojarzącego się ze stylem Grega Capullo. Oprócz nich pędzle maczało (bez skojarzeń) w tej opowieści z kilkunastu (!!!) rysowników tak na oko, ale ich prace są konsekwentne w swojej stylistyce zbliżonej do stylu rysowników wymienionych na okładkach i z rzadka tylko zdarzają się jakieś słabsze momenty. Jak kto lubi taki dosyć konwencjonalny dla superbohaterskich komiksów DC wygląd napewno będzie zadowolony. Co ja mogę powiedzieć o tym komiksie, w sumie mogę dużo tylko niekoniecznie strasznie dobrze, ten komiks to takie 100% morrisonowania i niestety czasem w tym jego nie do końca lubianym stylu. Historia jest rozdmuchana i rozbuchana o czym wyżej już chyba wspominałem pełno tu motywów czy postaci z przepastnych głębin minionych czasów, tyle że w przeciwieństwie do X-Men, które wykorzystują podstawy x-mitologii tutaj mamy do czynienia z jakimiś podmiotami z szóstego rzędu, których raczej nie ma prawa znać już nie mówię przeciętny czytelnik, bo ten to raczej nie powinien wcale startować z tym tytułem, ale i nieźle obeznany miłośnik gatunku i to nie tylko tutejszy, ale i ten z USA. Sytuacji nie ułatwia fakt, że "Ostatni Kryzys" to tak naprawdę, kilka historii w jednej, zarażenie większości mieszkańców Ziemi swoją "zombiozą" przez Darkseida to tylko początek kłopotów, w czasie podróży Supermana po wieloświecie odbywającej się pomiędzy jednym biciem serca a drugim (!!!) poznamy prawdziwy czarny charakter, dostaniemy kilkunastostronicową biografię Batmana (jest świetnie napisana) czy też spory fragment poświęcony Black Lightningowi (kompletnie nie mam pojęcia po co on tam jest). Strasznie to szarpana lektura była dla mnie, momentami zachwycałem się jakie to dobre, momentami kompletnie nie wiedziałem co się dzieje. Świat zaludniono bardzo fajnymi postaciami (grupa japońskich superbohaterów-celebrytów, faszystowski Superman, Ultraman którego jestem wielkim fanem, Darkseid którego tutejszy "origin" to naprawdę dobry czy Mary Marvel w stylizacji by Apokalips), ale też sporo z nich pojawia się nie wiadomo skąd i znika nie wiadomo kiedy. Spotkałem się z częstymi uwagami, że sporo prac Morrisona jest bez sensu. Ja osobiście nigdy nie odniosłem, że w jego komiksach brak jest sensu, przeciwnie wydaje mi się raczej, że te historie w jego głowie są kompletne i zupełnie jasne, ale on chyba nie zawsze dostaje miejsce od wydawcy aby odpowiednio je przedstawić albo nie zawsze mu się po prostu chce. Druga opinia to ta, że Morrison stawia wysokie wymagania czytelnikowi, to to napewno tylko czy aby czasami nie są one zbyt wysokie? Mnie ta historia przerosła (momenty w których pojawia się planetarium Monitorów to jedno wielkie WTF?). Tak czy inaczej, dla fana DC to lektura obowiązkowa, event ważny, wielki, czuć w nim prawdziwą stawkę wydarzeń i mimo tego, że czytelnik wie oczywiście że koniec końców i tak się wszystko dobrze skończy to trzymający w napięciu (w przeciwieństwie naprzykład do takiej czytanej przeze mnie ostatnio Najczarniejszej Nocy przyprawiającej o wielkie ziew). "Ostatni Kryzys" to komiks taki w którym zobaczymy śmierć wiadomo-kogo i na dodatek w bardzo dobrej oprawie graficznej (chociaż dosyć sztampowej). Natomiast czy to się spodoba? Kompletnie nie mam pojęcia, ja mam mocno mieszane uczucia, chociaż doceniam. Ocena 6+/10.


  "Doktor Strange" obydwa tomy - Jason Aaron, Chris Bachalo i inni. Historyczny moment, czyli po raz pierwszy regularna seria (czwarta z kolei) przygód pierwszego czarodzieja Marvela w naszym kraju. Na dodatek w wydaniu autora sporego kalibru. Ogólnie szał na Aarona, który w naszym kraju miał miejsce kilka lat temu dawno już się skończył i raczej niewiele osób czeka na jego kolejne tytuły z wypiekami na twarzy. Mnie ten facet bardzo zawiódł po fantastycznym "Skalpie" czy bardzo dobrych "Bękartach z Południa" (do dzisiaj nie wybaczyłem Musze tego tłumaczenia) i "Wolverine i X-Men" (Thora zacząłem tylko ten tom z kolekcji póki co, Punishera też jeszcze nie czytałem), bardzo, ale to baaaaardzo spuścił z tonu. Cóż widocznie korpo wyssało z niego większość talentu jaki posiadał a zresztą sam scenarzysta skupił się bardziej na tym aby było różnorodnie niż aby było dobrze. No, ale raz dajemy szansę nowościom, dwa ludziom którzy niejednokrotnie pokazali, że potrafią i to bardzo dajemy kilka szans conajmniej. Seria na dobrą sprawę rozpoczyna się gdy do drzwi Sanctum Sancotrum zapuka Zelma Stanton bibliotekarka z nader nieciekawie wyglądającym schorzeniem natury magicznej. Arcymag z właściwym sobie wdziękiem zgodzi się na pomoc przy czym ze zdziwieniem stwierdzi, że zna źródło problemu, jest to pierwszy taki przypadek w naszym wymiarze oraz to, że sposoby które bez problemu wcześniej działały teraz działać przestały. Coraz większa liczba przypadków zaburzeń w działaniu czarów w końcu spowoduje niepokój całej magicznej społeczności naszej planety. Oczywiście okaże się, że jest czym się niepokoić bo teraz to nasza planeta znalazła się na celowniku tajemniczych Empirikuli oraz rządzącego nimi złowrogiego Imperatora, którzy starają się pozbyć magii z całego uniwersum i  już splądrowali oraz wyssali ileś tam magicznych światów. Tyle pierwsza część, w drugiej po poradzeniu sobie z międzywiarowymi techno-fiksatami (żaden spoiler, zakładamy że się uda) Stephen Strange pozbawiony dostępu do potężniejszych czarów czy artefaktów, z powodu magii dopiero co odradzającej się po najeździe będzie musiał zmierzyć się z dysponującym z powodu układu zawartego z Dormammu pełnią możliości Baronem Mordo, czyli klasyka. Chrisa Bachalo, albo się lubi albo się go nie lubi, no ewentualnie jest się wobec niego obojętnym. Ja go lubię, ale jak ktoś nie lubi to będzie miał problem bo to esencja jego stylu. Jak na moje bardzo dobry dobór rysownika do tego tytułu. Strange Aarona nie jest całkowicie "na poważnie" więc ten jego cartoonowy styl pasuje jak ulał. Jednocześnie trudno tu mówić o czysto komediowym charakterze bo i horrorowe wstawki się znajdą a tutaj Bachalo naprawdę błyszczy nie dość, że te wszelkie jego stwory-potwory są odpowiednio dziwne to jeszcze na dodatek odpowiednio obrzydliwe (poważnie, sporo takich wrzutek jest). Ogólnie widać, że obydwaj autorzy bardzo mocno koncepcyjnie pracowali nad zeszytami i nie dość, że aby zwizualizować wszystkie te dziwaczno-psychodeliczne pomysły Aarona było to potrzebne to na dodatek nie spartolili swojej roboty. No i nie zapominajmy mało kto w branży rysuje tak fajne kreskówkowe laseczki jak Bachalo, na jego dziewczyny zawsze miło się patrzy, Scarlet Witch jeszcze nigdy nie była tak "słitaśna". Zastrzeżenia mam nieco do kolorów, są zbyt blade, brakuje tu trochę mocniejszych przejść pomiędzy tonacjami, no nie wiem jakby to powiedzieć brakuje im właśnie kolorów. Ja wiem, że to wraz z tą grubą, niechlują krechą ma pasować do specyfiki komiksu, ale myślę że naprawdę nie zaszkodziłoby im jakby nieco bardziej przypominała się tutaj naprzykład "Pajęcza Wyspa", to co jest czasami bywa niewyraźne. Oprócz niego rysuje jeszcze kilku artystów, ale to z wyjątkiem jednego przypadku są tie-iny więc nie ma problemu. Jasonn Aaron bardzo starał się odcisnąć swoje piętno na tym tytule dodając jakieś ważne (w jego mniemaniu) rzeczy do mitologii naczelnego maga Ziemi. Tyle, że jak dla mnie są to elementy średnio trafione. Tajemnica związana z piwnicą kompletnie nie przekonuje, nowy arcyłotr - kurde może z 50 lat temu jego origin byłby świeży i ciekawy, dzisiaj to kompletnie zgrana karta na dodatek to kopia Gorra, nowa pomagierka sympatyczna i na plus. Tak samo zresztą jak i cała seria, fani Strange'a obowiązkowo, niefani mogą acz niekoniecznie, rozrywka niezła lektura, na luzie ale i niepozbawiona dawki mroku, nie nudziłem się ani chwilę, ale również się nie zachwyciłem, takie to letnie trochę wszystko a trochę płytkie. Przyzwoicie, ale do Lee i Sterna bardzo daleko. Ocena 6+/10.


  "Słyszeliście co zrobił Eddie Gein?" - Harold Schechter, Eric Powell. Komiks stworzony przez autora książek o słynnych mordercach oraz znanego i cenionego rysownika oraz scenarzysty w jednej osobie, znanego głównie z serii "The Goon". Sprawa Rzeźnika z Plainfield jest podejrzewam zainteresowanym znana a jeżeli nie jest mogą przeczytać ten komiks, podzielony na dwie części. Pierwsza to biografia Eda, obejmująca okres od dzieciństwa spędzonego w La Crosse do momentu pogrzebu jego matki. Druga rozpoczyna się w momencie, gdy policja otwiera drzwi do jego domu. Jakoś ciężko mi było sobie wyobrazić, że to akurat ten rysownik zajmie się odwzorowaniem wizualnym tej historii, natomiast przyznam, że pomimo moich obaw poradził sobie z tym zadaniem całkiem nieźle. Powell poszedł nieco mocniej w kierunku realizmu niż w "Zbirze", zdecydowanie przyciął swoje tendencje do formalnych eksperymentów ze stylem (chociaż nie tak, żeby zupełnie czegoś takiego zabrakło). Kto zna serię wydaną przez NSC to w sumie przyzna, że rysunek Powella sam w sobie nadaje się do odtworzenia ponurego nastroju a w czerni i bieli z cieniowaniem za pomocą ołówka, pozbawiony humorystycznych elementów za to bardzo dokładnie obrazujący wszelkie okropieństwa ponurej farmy Geinów, trzeba przyznać, że robi odpowiednio niepokojące wrażenie. Przyznam szczerze, że część pierwsza nie sprawiła na mnie jakiegoś szczególnie dobrego wrażenia. Czytając historię tego biednego dzieciaka to poza zadaniem sobie pytania "A gdzie był wtedy Bóg? Na urlopie?", jakoś to do mnie nie trafiło. Stosunkowo bardziej interesująca jest część druga skupiająca się na śledztwie, dziennikarskiej histerii oraz przesłuchaniach Geina. Problemem tego komiksu jest, że to taki rysowany program gatunku true crime i jeżeli ktoś widział jakąkolwiek telewizyjną produkcję na ten temat (ja widziałem, jest ich pełno) to na dobrą sprawę nic nowego tu może z wyjątkiem kilku makabrycznych obrazków Eda podczas jednej ze swoich "zmian płci" wyjącego do księżyca nie zobaczy. Na potrzeby historii autorzy stworzyli dwóch dziennikarzy występujących raptem na kilku stronach oraz nieistniejącą w rzeczywistości profesor psychiatrii za pomocą której przedstawiają swoją teorię na temat zachowań psychopaty (średnio trafną moim zdaniem) i wydaje mi się, że uczynienie tej historii bardziej fabularyzowaną fikcją w której za pomocą autorskich postaci, scenarzysta przedstawiałby udokumentowane fakty byłoby po prostu lepszym rozwiązaniem. Tym niemniej całość przypomniała mi te dwa narzucające się pytania na które ciężko znaleźć jakąkolwiek odpowiedź. Jeden w jaki sposób Gein tak długo mógł uprawiać swój proceder (śmierć brata olana przez policję, maski ubierane przy sąsiadach pochodzące jakoby ze sklepu "ze śmiesznymi rzeczami"). Dwa na ile Edward Theodore Gein był świadomy swoich czynów? Z jednej strony jesteśmy świadomi jego upośledzenia, orzeczeń lekarskich o jego psychicznych chorobach, momentami dziecinnych wykrętów a nawet wyglądu typowego ograniczonego yokela. Z drugiej strony, facet tak naprawdę nigdy nie przyznał się do niczego innego ponad to co do czego były 100% dowody i przyjmując że on wiedział co robi (ja strzelam oczywiście opierając się na swoim "widzimisie" a nie jakiejś głębokiej wiedzy, że wiedział), to jego linia obrony była całkiem sprytna no i przede wszystkim zadziałała (zresztą nawet autorzy na koniec ustami dziennikarza stwierdzają, że całej prawdy nikt już nie pozna, ale facet był wyrachowanym kłamcą). W dodatkach odautorskie ciekawostki na temat niektórych ilustracji, fragment wywiadu z psychiatrą który badał Geina już w szpitalu, fragment wywiadu z sąsiadką Eda u której podczas wizyty został zatrzymany przez policję oraz fotografia jego odcisków palców. Ach, żebym nie zapomniał dosyć interesującą rzeczą z którą nigdy wcześniej się nie spotkałem, jest anegdota iż podobno Werner Herzog, chciał rozkopać grób jego matki i sprawdzić czy ona dalej tam leży. Pozycja niezła, ale myślę że bardziej spodoba się (raczej niewłaściwe określenie, powiedzmy że zrobi wrażenie) na kimś kto nie zna historii, jak już stwierdziłem wyżej dla kogoś kto oglądał cokolwiek na kanałach typu Planette, Viasat czy Discovery to będzie nic nowego. Spodziewałem się czegoś lepszego szczerze mówiąc. Ocena 6/10.


  "Wojna Nieskończoności" - Jim Starlin i inni. Historia stara i znana jak świat. Sprzedało się i podobało? Kujmy żelazo póki gorące i dopiszmy kontynuację. Znowuż oczywiście chodzi o Kamienie Nieskończoności, tylko tym razem wejść w ich posiadanie nie będzie chciał Thanos (który dołączy do drużyny tych dobrych, aczkolwiek kto tam wie co mu się roi w łepetynie) a znany również polskiemu czytelnikowi Magus czyli złe alter-ego Adama Warlocka. Magus rozpoczyna swoją grę o tron wysyłając na Ziemię kopie superbohaterów (nie nazbyt podobne do oryginałów) z których jeden i u nas wcześniej znany Doppelganger (na dobrą sprawę to wszystkie powinny się tak nazywać) zakotwiczył na nieco dłużej w Spider-Manie, co jest częścią jego nader szczwanego (wyjątkowo idiotycznego tak na zdrowy rozum) planu. Naprzeciwko niemu wyruszą w odpowiedzi Infinity Watch, grupa super-herosów (tym razem nieco większa i nieco sensowniejsza niż poprzednio), Thanos, Galactus oraz duet super-łotrów każdy oczywiście ma swój własny plan Dr. Doom i Kang (jakoś ten ich występ kojarzył mi się z filmem Głupi i Głupszy). Niech zatem rozpoczną się igrzyska. Tytułowa historia zajmuje ok. 2/3 tomu, reszta to tie-iny w postaci kilku zeszytów serii Warlock & the Infinity Watch z których pierwszy mógłby spokojnie wylądować jako preludium na samym starcie, reszta dopowiada co nieco co się działo pomiędzy wydarzeniami przedstawionymi w głównej fabule, albo dopowiada co nieco o bardziej ludzkiej stronie Thanosa lub jego związku z Gamorą. Za szatę graficzną odpowiada głównie również znany z "Rękawicy..." Ron Lim, reszta rysowników zbliżona do niego stylem więc poczucia dyskomfortu nie będzie. Jak kto lubi styl superbohaterszczyzny z wczesnych lat 90-tych będzie kontent. Zresztą czego tu nie lubić, wiadomo zachwycić się nie ma czym, kolory pstrokacizna, bardzo wyraźnie zaznaczona mimika postaci aby nikt nie mógł się pomylić co do jej aktualnego stanu mentalnego, styl na tyle rozbudowany że nie można mówić o jakiś schematycznych szkicach a na tyle prosty aby wszystko pozostało czytelne. Można by sobie chyba tylko życzyć, aby dzisiejsi rysownicy właśnie Marvela, znali chociażby takie podstawy. Największym minusem w stosunku do poprzednika jest z pewnością czarny charakter o ile Thanos nie dość, że miał swoje motywacje, to na łamach tych -nastu zeszytów przeszedł całkiem spory rozwój. Magus jest kompletnie płaskim typowym czarnym charakterem, który owija się płaszczem i zanosi złowrogim śmiechem. Oczywiście ma to swój sens biorąc pod uwagę, że facet skupia w sobie wszystkie negatywne cechy Warlocka a żadnych pozytywnych, ale mimo wszystko na tle Szalonego Tytana wypada po prostu słabo. Na dodatek jego plan wydaje się idiotyczny niczym plany Egona Olsena, tyle że plany Egona były tak naprawdę całkiem niezłe a brak powodzenia można było zrzucić na niesprzyjający splot okoliczności i nienazbyt lotną ekipę. Tutaj słabuje i koncepcja i wykonanie. Za to podobnie jak poprzednio bohaterowie stanowią tutaj tylko kwiatek u kożucha a właściwie dostają jeszcze mniejszą rolę a wynik rozstrzygną między sobą poważniejsi gracze. Ogólnie rzecz biorąc, początek zapowiadał mam wrażenie nieco bardziej rozbudowaną historię, może nawet trochę ciekawszą, ale na zapowiedziach się skończyło. "Wojna Nieskończoności" to komiks odtwórczy i cokolwiek rozczarowujący swoją banalnością, aczkolwiek nie znaczy to, że nie może się podobać bo jest w sumie całkiem niezły. Dla fanów Thanosa, dla fanów kosmosu Marvela, dla fanów klasyki z lat 90-tych, dla fanów zakończenia pierwszej filmowej epopei Marvel Studios. Reszta może, aczkolwiek nie musi. Ocena 6/10.


No i się nie zmieściłem C.D.N.
« Ostatnia zmiana: So, 23 Wrzesień 2023, 11:44:26 wysłana przez SkandalistaLarryFlynt »

Odp: Bo chodzi o to, żeby plusy nie przesłaniały nam minusów - sezon drugi
« Odpowiedź #572 dnia: So, 23 Wrzesień 2023, 11:44:06 »
Ciąg dalszy

  "Złoty Berlin" - Arne Jysch. Komiksowa adaptacja jakoby bardzo poczytnego niemieckiego kryminału Volkera Kutschera. Akcja rozpoczyna się pod koniec lat 20-tych XX wieku w Berlinie do którego trafia młody inspektor Gereon Rath, który na skutek bliżej nieokreślonego skandalu (zostanie po jakimś czasie wyjaśnione o co chodziło) zostaje wykopany z prestiżowego stanowiska w Kolonii. Dzięki politycznym koneksjom ojca udaje mu się jednak załapać fuchę w stolicy, chociaż na nieodpowiadającym jego ambicjom i zdolnościom (chyba, o tym później) stanowisku łapsa w wydziale obyczajowym. Gereon ma ambicję pracy w wydziale zabójstw pod dowództwem najsłynniejszego i najlepszego komisarza w całych Niemczech, ale aby się tam dostać potrzebuje raz, czasu aby plotki o jego kłopotach nieco przycichły, dwa jakiegoś spektakularnego sukcesu który zwróciłby na niego uwagę wielkiego szefa. No, ale w końcu to przedwojenny Berlin, miasto seksu, biznesu i oczywiście zbrodni więc okazja na osiągnięcie czegoś głośnego nie powinna być niemożliwa do chwycenia. Na okazję zresztą nasz protagonista nie będzie musiał długo czekać, trafi mu się zagadka (w czasie wolnym po pracy) wzorem najlepszych kryminałów z początku wyglądająca na zwykłe uliczne porachunki a zmieniająca się na koniec w grę o naprawdę bardzo wysoką stawkę. Od strony graficznej, całość wygląda w porządku, ale to chyba najcieplejsze słowa jakie mogę o niej powiedzieć. Uproszczona kreska, duża dbałość o zachowanie realiów (stroje, technika, architektura tutaj bardzo duży plus), kolorowanie szarymi akwarelami co miało oddać techniki stosowane w opisanych czasach. Ogólnie plansze kojarzyły mi się momentami z Tardim, tyle że sporo im ustępowały pod praktycznie każdym względem. Powtórzę się więc jest ok, ale brakuje tutaj tego pazura, który sprawia że zatrzymujemy się przerzucając kolejny strony. Przyzwoity kryminał z której strony by nie patrzeć, natomiast nie jest wolny od pewnych bolączek. Całość to hołd dla gatunku noir, tylko dziejąca się nieco wcześniej niż fundamenty gatunku i to na dodatek w Europie. I szczerze mówiąc trochę tutaj nie czuć tego tytułowego Berlina (napewno nie tak jak w trylogii Jasona Lutesa), autor niby odznacza kolejne obowiazkowe punkty na mapie, ale mi się tak wydaje trochę, że akcja równie dobrze mogłaby dziać się w Wenecji lub Szanghaju. Ogólnie autor odznacza chyba wszystkie obowiązkowe punkty tworzące ramy gatunkowe (wizyty w szemranych lokalach, wizyty w niemniej szemranych salonach wyższych sfer, mafijni silnoręcy, przestępczy bossowie wspomagający wskazówkami niezłomnego detektywa itp, itd.), ale robi to tak trochę bez wiary. Wyczuć można, tutaj  jeszcze nie do końca wyklarowane umiejętności autora w posługiwaniu się komiksowym medium, książkowy oryginał jest zapewne dosyć obszerny, tutaj dosyć często mamy wrażenie, że został przycięty w niezbyt umiejętny sposób, na czym cierpią pewne wątki. Tak samo zresztą jak i postacie, z których odpowiednio przedstawione zostały może ze dwie, trzy. Cierpi napewno na tym panna Ritter, oczywista kandydatka na partnerkę bohatera pewna siebie, nowoczesna i ambitna kobieta (biurowa stenotypistka, przestawiająca policjantów podczas zabezpieczania śladów, jasne), która wydaje się suflowana na ważną postać, a koniec końców zostaje zdegradowana do roli wkładki do łóżka inspektora Gereona (nie ona jedna). Pojawia się też ni stąd ni zowąd tajemnicza dama, wydająca się do roli obowiązkowej w takich pozycjach femme fatale, która wypowiada trzy zdania i znika jak sen złoty, jest zresztą tego więcej. Problematyczny zresztą wydaje się również sam bohater, który nie wiedzieć czemu nie budzi raczej specjalnej sympatii to na dodatek wydaje się kompletnym kretynem. Sama zagadka wydaje się również zbyt wydumana, zbyt "duża". Pod koniec wcale bym się nie zdziwił jakby dzielny detektyw odnalazł Włócznię Longinusa, albo chociażby Bursztynową Komnatę. Co by jednak nie mówić, pomimo tych wad to cały czas kawałek przyzwoitego, klasycznego kryminału, fani gatunku raczej powinni spróbować, cała reszta może spokojnie odpuścić, nie ma tu nic co przyprawiłoby o szybsze bicie serca zapamiętałego komiksiarza. Ocena 5+/10.


  "Loteria" - Miles Hyman. Komiksowa adaptacja horrorowej nowelki Shirley Jackson, przygotowana przez jej wnuka parającego się zawodowo szlachetną sztuką komiksu. Fabuły streszczać nie ma sensu, ot niewielka wioska gdzieś na amerykańskiej prowincji przygotowuje się do corocznej loterii, tyle że atmosfera, która opanowała miejscowość wcale a wcale nie przypomina spodziewanej atmosfery święta radości i dobrej zabawy, tyle. Uwagę zwraca szata graficzna, Hyman dobrał mieszankę styli odpowiednią dla daty powstania opowiadania trochę tu socrealizmu (tak w Ameryce ten prąd też był dosyć popularny), trochę regionalizmu. Autor doskonale się odnajduje w odwzorowaniu zbiorowych obrazów społeczności jak i całkowicie intymnych portretów pojedynczych postaci (kobieta w kąpieli). Uwagę zwraca spora ilość plansz na których nie widnieją żadne ludzkie postaci, co zresztą doskonale się wpasowuje w depresyjny wygląd całości. Na minus bardzo podobne do siebie twarze (może to celowy zabieg?). Problemem tego komiksu, jest to że próbuje adaptować utwór, który chyba niespecjalnie do adaptacji się nadaje. Całość jest króciutka, praktycznie pozbawiona z wyjątkiem pojedynczych zdań tekstu (wystarczy jakieś 10 minut)  a na dodatek może i w swoim czasie rewolucyjna (zapewne też z powodów pewnych podobieństw do "Wojny Światów" przedstawionych przez Wellesa), szokująca dla wielu. Tyle, że dzisiaj kompletnie przewidywalna (chociaż ciągle aktualna i łatwa do przełożenia na inne sytuacje). Najciekawszym momentem całego komiksu, jest chyba przedmowa autora opisująca postać jego sławnej babci. I tutaj znajduję największy plus całości, nigdy nie czytałem żadnego utworu sławnej amerykańskiej pisarki a teraz chyba po coś sięgnę w końcu. No dobra, jeszcze jeden plus, wspaniała ilustracja (już poza samą historią) na samym końcu, przypominająca czasy wielkich amerykańskich realistów, no jakoś poruszyła ona u mnie czulszą strunę w duszy. Napewno warto przejrzeć też w internecie galerie Hymana, natomiast sam komiks jako komiks, dla mnie strata czasu (niewielkiego) i pieniędzy (też w sumie niedużych). Ocena 3+/10.

Offline perek82

Odp: Bo chodzi o to, żeby plusy nie przesłaniały nam minusów - sezon drugi
« Odpowiedź #573 dnia: Wt, 26 Wrzesień 2023, 09:04:44 »
Przegląd trzeciego kwartału. Coś tam może jeszcze doczytam w tym tygodniu (Zmarszczki idą), ale to już przerzucę na kolejny kwartał. No mnie Incal nie siadł zupełnie. Kolejny raz zresztą.

***** Poza skalą

Blast (2), przy czym trzeba to czytać łącznie z pierwszym tomem. Zaliczyłem do mojego top10 ever, co dopełniło całą 10:
Spoiler: PokażUkryj
Codzienna walka - za humor, wielowątkowość, opowieść o zwykłym życiu tak, że czyta się to z zapartym tchem
Czarne nenufary - za klimat, pomysł
Maus - za to, że jeszcze nie nabrałem odwagi do ponownej lektury po tylu latach
Opowieści z hrabstwa Essex - bo ściska gardło przy użyciu bardzo prostych środków
Prosto z piekła - za ogrom pracy autora
Raport Brodecka - za prawdę o naturze ludzkiej
Saga o potworze z bagien - za "drobną" zmianę historii głównego bohatera
Sandman - za fantazję i zbudowanie wszechświata, by w nim gawędzić o ludziach i bogach
Stwórca - już nie pamiętam za co, więc do odświeżenia w wolnej chwili:)
Toppi. Kolekcja - za kompozycyjną magię

Blast za podróż w świat szaleństwa i satysfakcjonujące zakończenie, które z jednej strony dodaje istotne informacje, ale z drugiej strony zostawia czytelnika z niekomfortowym poczuciem, że główny bohater jakąś w końcu sympatię zdobył.
Będę miał problem, czy Blast czy Toppi dostanie ode mnie 1 miejsce w tym roku. A byłem pewny, że nic się do Toppiego przez parę kolejnych lat nie zbliży.
Poniżej moje wrażenia, bezpośrednio po lekturze, z innego wątku. Oczywiście nadal aktualne:
Spoiler: PokażUkryj
Blast t. 2 - a właściwie trzeba powiedzieć, że należy czytać łącznie z tomem pierwszym, bo podział na tomy wynika raczej z wygody czytania, niż ma jakieś fabularne uzasadnienie. Więc kontynuujemy przesłuchanie głównego bohatera, który opowiada o swojej wędrówce. Spotyka kolejne osoby, popada w różne tarapaty i coraz większy obłęd. To, czego byliśmy świadkami w pierwszym tomie zaczyna się potęgować - jeśli pierwszy tom ktoś uznał za mroczny, to tu jest o wiele bardziej mrocznie. Właściwie zahaczamy już o horror. Psychologiczny, ale nie tylko. Jest mnóstwo przemocy i to bardzo drastycznej.
Jeśli komuś spodobał się pierwszy tom, to drugi również powinien się spodobać (mi o wiele bardziej, podskórnie czułem, że tam musi się czaić coś więcej). Jak ktoś się męczył, to nie polecam dalej czytać.
Komiks będzie kiedyś trzeba sobie przeczytać jeszcze raz, bo tak jest skonstruowany, że wiele rzeczy zmienia końcówka. Swoją drogą świetny motyw z epilogiem.
Stawiam na równi z Raportem Brodecka. Może nawet pod kątem misternej historii i jej obszerności trochę wyżej. Bo trzeba dodać, że nic w tym komiksie nie jest przypadkowe, mimo że na takie wygląda. Absolutny sztos.
Niestety w trakcie czytania końcówki słyszałem podejrzane trzaski w okolicach okładki i ostatnia strona (wyklejka??) się trochę odkleiła. Może trzeba było najpierw umiejętnie rozdziewiczyć, jak to radzą przy omnibusach? Ale do naprawienia.


**** Znakomite

Julia (wieczny odpoczynek) – wg mnie najlepszy do tej pory tomik tej serii. Zagmatwana zagadka, na którą nakłada się kolejna niewiadoma i na to jeszcze jedna sprawa. Cała historia jest bardzo przemyślana, poukładana. Akcja posuwa się do przodu, ale nie pędzi. Jest czas i miejsce na elementy humorystyczne, wątki osobiste i bardzo poważne tematy związane z funkcjonowaniem seniorów w społeczeństwie, czy też obok niego. Paradoksalnie rysunek Toppiego mniej mi przypadł do gustu. Niewiele, bo wyraźnie widać, że starał się oddać styl tej serii, twarze i same postaci również bardzo podobne do poprzednich tomów. Ale nie jest tak samo, a ja już bardzo zżyłem się z tymi postaciami. Trochę mnie to uwierało. Ale poza tym to klasa – miasto, czy ogólnie tło wydarzeń. Biorąc od uwagę mały, zeszytowy format to czapki z głów.

Morderca znad Green River – historia śledztwa dot. serii morderstw dokonanych w latach 80/90-tych pod Seattle. Komiks jest oparty o prawdziwe wydarzenia, właściwie można powiedzieć, że jest pewnego rodzaju komiksem dokumentalnym. Autor komiksu jest synem jednego z detektywów uczestniczącym w przedstawionych wydarzeniach i fabuła jest opowiedziana z jego (ojca) punktu widzenia. Widzimy nie tylko kulisy pracy policjantów, ale również wpływ tej sprawy na ich wzajemne relacje, życie rodzinne, zdrowie i też samo podejście do swojej misji – nie zdradzając szczegółów powiem tylko, że pojawią się niełatwe kompromisy dotyczące postępowania ze sprawcą. Czym jest sprawiedliwość? Jaka sprawiedliwość jest ważniejsza – wobec sprawcy, czy wobec ofiar i ich rodzin? Sprawa ciągnęła się ok. 20 lat, aż udało się zidentyfikować podejrzanego. Sam komiks ma pociętą chronologię – lubię takie zabawy, szczególnie jak w trakcie czytania wszystkie klocki w końcu wpadają na swoje miejsce i wszystkie dziury kolejno się zapełniają informacjami. Komiks unika sztucznego budowania napięcia, nie ma efektownych pościgów czy strzelanin, nie ma cliffhangerów. Wręcz przeciwnie, pokazane jest (na tyle ile jest miejsce na to w komiksie), że robota śledczego do szukanie igły w stogu siana. Zbieranie najdrobniejszych śladów, szczegółów, które może kiedyś (a w większości przypadków nie) mogą kogoś naprowadzić na właściwy trop. I właśnie ten brak wymyślania udziwnień bardzo mi się spodobał, bo historia sama w sobie jest opowiedziana znakomicie. Top10 tego roku.

Lost girls – po pierwszym, szybkim przekartkowaniu zacząłem mieć wątpliwości, czy uda mi się przebrnąć przez ten komiks. Wyglądało to jak jedna ciągnąca się przez kilkaset stron orgia. Co prawda, strona wizualna komiksu od razu wpada w oko (wielkie, kolorowe plansze, różne zabawy z układem kadrów), ale obawiałem się, czy strona fabularna mnie wciągnie. Ale w końcu Moore, to Moore. Kto potrafi opowiadać historie (nawet o niczym) w magiczny sposób? I szybko strony zaczęły śmigać jedna za drugą. Można od razu znaleźć ulubione koniki Moore’a – misterna struktura opowieści, podział na rozdziały, podrozdziały, określona liczba stron, układ kadrów „dopasowany” do bohaterki / narratorki, wykorzystanie bohaterów klasycznych utworów literackich. Czytając komiks miałem skojarzenia z filmem: Piknik pod wiszącą skałą (taka trochę podobna atmosfera, z pogranicza snu i jaźni, bajkowe scenerie) i Dekameronem, gdzie kolejne osoby miały zabawiać pozostałych jakąś opowieścią (tutaj trzy bohaterki opowiadają swoje historie). W czasie lektury wdała się odrobina znużenia – „akcja” była mocno pocięta na krótkie epizody i po n-tym napisanym w podobnym stylu zacząłem tracić zainteresowanie. Na szczęście końcówka zaczęła zmierzać w mniej więcej ustalonym kierunku. Hotelowe igraszki coraz częściej zakłócane były informacjami o możliwym wybuchu wojny. Końcówka komiksu ma bardzo mocny antywojenny wydźwięk. Mimo, że jest to raptem parę stron w opasłym tomie, to zmiana tonu komiksu, kontrast między tym, co się działo przez 300 stron, a ostatnimi 10 jest bardzo wyraźny.
Jest to taki komiks, którego się raczej nie zapomni parę tygodni po przeczytaniu. Można się zastanawiać, czy to wynik geniuszu, czy szaleństwa autora. Bo trzeba sobie jednak powiedzieć, że trzeba mieć w sobie coś z wariata, żeby stworzyć opasły tom czystej pornografii, a do tego skalać tą pornografią dziecięce bohaterki klasycznych utworów literackich, na których wychowywały się pokolenia. To też sprawia, że to nie będzie komiks dla każdego – seks to pewnie z 80% całego komiksu i to pokazany bez taryfy ulgowej. Do tego kazirodztwo, dzieci, różne zabawki itd. Hardcore.
Strona wizualna wbija w fotel. Moja wersja to wydanie na grubym, sztywnym offsecie i rysunki, kolory wyglądają niesamowicie. Pełne detali stroje (tzn. tam, gdzie są jakieś stroje) z epoki, wystrój hotelu, ale też scenerie z retrospekcji. Czapki z głów. Na końcu dodane są szkice, czy może raczej pełne rysunki / plansze z krótkimi komentarzami. Jak nie przepadam za tego typu rzeczami, tak tutaj zgrabnie zwrócono mi uwagę na pewne detale, które niewprawne oko przegapiło przy lekturze.
Z braku dostępności polskiej wersji, kupiłem oryginalną. I to był dobry pomysł. Lektura nie jest może najłatwiejsza, ale daje mnóstwo satysfakcji, że czyta się to tak, jak zostało napisane, a nie po przetworzeniu przez tłumacza / korektę / redakcję itd. Żeby to oddać w innym języku, to na pewno wymaga mnóstwa pracy i ogromnego kunsztu. Z drugiej jednak strony nie ma też co demonizować, bo znakomita większość komiksu to dialogi lub też opowiadanie historii przez którąś z bohaterek. Da się to spokojnie przeczytać przy dobrej znajomości języka. Tutaj też można wychwycić charakterystyczny sposób wysławiania się poszczególnych bohaterek (Alice mówi jak szlachcianka, Dorothy jak dziewczyna wychowana na farmie i to się bardzo rzuca w oczy). Trudności sprawiają fragmenty książki wplecione w komiks czy inne formy narracji, np. listy, gdzie dochodzi kwestia rozczytania słów (podobnie jak w Monsters). Sprawy nie ułatwiają również wymyślone słowa  :) - tak zgaduję, bo niektórych nie udało mi się znaleźć w słowniku. No ale tematyka tych fragmentów jest łatwa do odczytania.
W swoim czasie parę innych komiksów Moore’a miałem po angielsku, jak V, Watchmen, Swamp Thing, From Hell, Miracleman, League of…. Były to wydania budżetowe, w miękkich okładkach (oprócz Mircleman, gdzie Marvel wydał to bardzo starannie w 3 tomach). Jak się pojawiały wydania Egmontu, Muchy, Timofa, to pomyślałem, że szkoda byłoby to przegapić. A że półki z gumy nie są, oryginały poszły na sprzedaż. Trochę teraz żałuję, szczególnie From Hell i Swamp Thing, bo to tam Moore dawał prawdziwy popis.
Komiks zostaje na półce. Nie wiem, czy kiedyś jeszcze przeczytam go w całości, ale po prostu chcę go mieć.

Ballada dla Sophie – jak skończyłem czytać, to pierwsza refleksja, jaka się pojawiła, to to, że jest to komiks kompletny: jest o ludziach z krwi i kości, którzy mają swoje ambicje, marzenia, ale też ułomności, ogromne talenty, których z różnych przyczyn nie mogą w 100% wykorzystać, co prowadzi do dramatów, rozterek. Niby osiągają sukcesy, ale to ich nie zadowala. Ciągle czegoś brakuje, szarpią się, szukają nowych inspiracji, używek, albo wręcz się poddają i usuwają w cień. Pojawiają się wątki związane z historią – część komiksu rozgrywa się w czasie okupacji niemieckiej we Francji i to również zostawia na bohaterach piętno. Bardzo istotne są wątki rodzinne, które oplatają bohaterów, ich wzajemne relacje, które kształtują całą opowieść. Mimo tych wielu, często dramatycznych wydarzeń jest też sporo humoru oraz refleksyjnych elementów. Główny bohater opowiada swoją historię z pozycji zgorzkniałego starca, który siedzi sam w wielkim domu (z gosposią, która również odgrywa ważną rolę) i u schyłku życia zastanawia się, czy zrobił w życiu więcej dobrego, czy złego, czy pozostawił po sobie coś istotnego, przy swoim talencie ale i przy pewnej niedoskonałości, którą zestawiał ze swoim nemezis (coś jak Salieri kontra Mozart). Jakby tego wszystkiego było mało, to końcówka komiksu dodaje ostatni, bardzo mocny element do tej całej, misternej układanki. I właśnie to podbiło ostatecznie moją ocenę – niby można się było domyślić, co się wydarzy, ale byłem tak zaaferowany całą historią, że chłonąłem stronę za stroną, nie mając czasu ani sił na rozkminy. Ale nie zepsuję nikomu zabawy i nie zdradzę o co chodzi  :)
Komiks czyta się dość szybko (mimo sporych rozmiarów). Polecam przeczytanie ciągiem od początku do końca. Sam sposób opowiadania historii, czy też podjętej tematyki przypomina mi komiksy Paco Roca, czy Portugalię Pedrosy. Wszystko jest przemyślane, kolejne wydarzenia dzieją się jakby od niechcenia, bez pośpiechu, ale dokładane są kolejne elementy układanki. Dialogi / rysunki charakteryzują się lekkością / płynnością. Nic nie jest robione na siłę. Nie ma zbędnych wodotrysków, a i tak człowiek jest w ciągłym napięciu i czeka na przerzucenie kartki. Top 10 tego roku.

*** Dobre

Bomba – w wątku „jakie komiksy czytacie” napisałem, że w połowie komiksu czułem pewien zawód – generalnie chodziło mi o to, że wierność faktom utrudnia prowadzenie ciekawej, wciągającej fabuły. I po przeczytaniu całości ten wniosek nadal podtrzymuję. Jest to przede wszystkim misternie przygotowana opowieść historyczna. Nazwiska, daty, wydarzenia są weryfikowalne (na kilku detalach, których nie znałem, to sobie sprawdziłem, więc zakładam, że i w pozostałych kwestiach tak jest). Są próby (dość nieśmiałe ale i zgrabnie wykonane) dodania pewnych elementów „ludzkich” w to wszystko – np. wątek rodzinnej historii mieszkańców Hiroszimy. Brakowało mi więcej tego typu elementów, w szczególności pokazania, z czym mierzyli się sami twórcy bomby. Co prawda, ten wątek jest obecny i pod koniec się rozkręca nawet, ale dla mnie był dość mało przekonujący. Taki zdaje się był zamysł autorów komiksu, żeby przedstawić okoliczności prowadzące do zbudowania bomby, a mniej zajmować się życiem wewnętrznym swoich bohaterów.
Sposób prowadzenia narracji przypomniał mi stary film: Bitwa o Midway, gdzie akcja przenosiła się co chwila między różne okręty i pokazywała, co w danej chwili się tam dzieje. Tutaj jest podobnie – kilka kadrów, kolejna data, kolejna lokalizacja, kilka kadrów i dalej. Przypomina to bardziej kronikę wydarzeń historycznych, niż sprawnie prowadzoną fabułę. To może się nie podobać.
Natomiast od strony wizualnej to jest perfekcja. Kilkaset stron realistycznej, charakterystycznej kreski, z detalami, rozbudowanymi tłami, budynkami, okrętami, samolotami. Jest wiele scen z samych gadających głów, ale i wielkie plansze.
I ogólnie, technicznie ten komiks jest fantastycznie wykonany: historia rozgrywa się w wielu miejscach, krajach, mnóstwo bohaterów, tło historyczne jest nakreślone, wprowadzane są kolejne wątki i dalej prowadzone do końca, nic nie ginie. Nie ma jakichś wielkich dłużyzn. Oczywiście przy tak obszernym materiale można by niektóre wątki wyciąć, ale też nie jest tak, że były one nieciekawe (podobno historia pisze najciekawsze scenariusze). Jakość wydania – świetna.
Zabrakło nieco dramatyzmu, ludzkiego pierwiastka w tym wszystkim. Byłaby perfekcja. W tym sensie czuję lekkie rozczarowanie. Miałem nadzieję, że to będzie jeden z komiksów tego roku. W moim zestawieniu raczej nie – no może gdzieś na dalszym miejscu. Ale też nie można powiedzieć, że się zapomni ten komiks tydzień po przeczytaniu.

Contrapaso – mroczny kryminał rozgrywający się w latach 50-tych w Hiszpanii. Bohaterami są dziennikarze, którzy starają się rozwiązać zagadkę śmierci, a która to zagadka prowadzi ich coraz głębiej w przeszłość. Historia kryminalna miesza się tutaj z historią Hiszpanii, w jej mało chlubnej części. Dodatkowo rozgrywają się rodzinne dramaty poszczególnych postaci. W ogóle, niemal każda z postaci komiksu została zarysowana w jakiś charakterystyczny sposób tak, aby czytelnik mógł lepiej zrozumieć ich motywacje. W trakcie lektury często sięgamy w przeszłość i pojawiają się dodatkowe informacje, kolejne szczegóły, który wpływają na podejmowane decyzje, czy ogólnie postawę życiową. Jest to naprawdę misternie przygotowany dramat kryminalny z wielką historią w tle. Komiks zawiera posłowie autorki, które w bardzo fajny sposób przybliża proces twórczy: sposób wyszukiwania informacji, inspiracji, budowania pomysłów. Nawet takie szczegóły, jak wygląd wnętrz poszczególnych budynków, wymagały nieraz odszukania osób, które mogły jeszcze pamiętać. Czapki z głów.

Howard Flynn – kilka różnych historii o głównym bohaterze, który pnie się po drabinie kariery w brytyjskiej marynarce na przełomie 18/19 wieku. Wykonuje rożne misje, walczy z piratami, szuka skarbów, walczy z wrogami na wodzie i lądzie. Typowe historie przygodowe z tamtych lat (60-70), ale z tych, które czyta się bez zgrzytania zębami. Nawet z przyjemnością, o ile ktoś lubi taki gatunek. A rysunkowo, to Vance jest mistrzem. Statki, żagle, stroje, walki, ucieczki. To wszystko wygląda przepięknie. Nawet na małych kadrach – bo komiks jest zrobiony w starym stylu i na każdej stronie jest sporo kadrów, statki prezentują się wspaniale. Klasyka gatunku.
Komiks obejmuje również 2 opowiadania o przygodach głównego bohatera. W stylu pozostałych komiksów. Opowiadania (po ok. 12 stron) są uzupełnione pojedynczymi rysunkami.

Kosmos – na początku śledzimy lot Apollo 11 na Księżyc, lądownik się odłącza, Armstrong i Aldrin wychodzą na powierzchnię, podskakują, wbijają flagę i nagle zonk. Znana historia skręca w nieoczekiwaną stronę. Jeśli chcecie przeczytać, to nie szukajcie informacji, bo spojler zepsuje całą zabawę. Już dawno nie miałem takiej frajdy z twistu fabularnego. Czytałem dalej z bananem na twarzy, chociaż z komedią nie miało to nic wspólnego. Po prostu pomysł mi się tak spodobał. Do tego trzeba dodać bardzo fajną kreskę, gdzie tło jest czarne, a wszystkie elementy (osoby, pojazdy, przedmioty) białe – taki negatyw, podobny jak w Sin City. Dodatkowo wiele dużych, niemych plansz ze statkami tańczącymi obok siebie, zbliżającymi się, łączące i rozdzielające się. Tworzy to super klimat znany z niektórych filmów, jak Alien czy Odyseja Kosmiczna.

Lester Cockney (2) – ciąg dalszy przygód awanturnika i obieżyświata. Na początku kontynuujemy misję rozpoczętą w poprzednim tomie, a później wyruszamy w dalszą podróż. Poznajemy dokładniej przeszłość głównego bohatera, w szczególności sprawy rodzinne. Poszukiwanie ojca zajęło chyba jeden album a później ruszamy do Ameryki i komiks staje się pełnoprawnym westernem: są Indianie, wojna secesyjna, różnego rodzaju desperaci. To wszystko w duchu klasycznych komiksów przygodowych. Ja uwielbiam ten gatunek i ten tom wszedł mi nawet lepiej niż pierwszy tom (tam liczba tych przygód, pościgów, pojedynków i tarapatów była wręcz przytłaczająca). Dodatkowo, przybliżona jest sylwetka autora i jego uwielbienie dla koni, które też są wszechobecne w komiksie. Jest też na końcu zapowiedź trzeciego tomu. Postawiłem na jednej półce z Buddy Longway, czy Bernard Prince.

Bruno Brazil (1-7) – kupuję w miękkiej okładce, bo łatwiej dostać w różnych sklepach. Przygody grupki tajnych agentów (chociaż wydaje się, że każdy, to ma taką potrzebę, doskonale wie, kim są) w stylu Jamesa Bonda tamtego okresu. Są gadżety, są złoczyńcy myślący o zdobyciu władzy nad światem, albo wielkiego bogactwa. Niektóre pomysły są z dzisiejszej perspektywy niedorzeczne, czy nawet niezamierzenie zabawne (np. środki łączności ukryte w guzikach czy butach, ale w zegarku to już nie), czy ogłuszanie całych miast jakimiś ultradźwiękami. Jak się jednak przymknie na to oko, to czyta się to całkiem sprawnie. Plus mniej więcej połowa albumów nie ma w sobie takich dziwnych akcji i skupia się na bardziej przyziemnych tematach, jak walka lokalnej społeczności z mafią, czy poszukiwanie skarbów hitlerowców  :). Niemal każdy album to osobna historia, sporadycznie pojawią się dłuższe tematy. Również rozwój postaci, czy też właściwie ich brak to spory minus (dopiero 7 album był nieco poważniejszy i skończył się dość przykrym wydarzeniem). Natomiast wielkim plusem tej serii są rysunki. Trudno oderwać wzrok. Akcja toczy się głównie w miastach (wielkich metropoliach, małych miasteczkach) i okolicach, czasami też w dżungli i każda z tych scenerii wygląda wspaniale. Również sposób kadrowania, bardzo dynamiczny, wręcz filmowy przyciąga uwagę. Vance to nie tylko statki i morze! Czekam na kolejne albumy.

Zdumiewający fantastyczny niesamowity – życie Stana Lee opowiedziana (a jakże) w formie komiksu. Nigdy specjalnie biografii Stana nie zgłębiałem, nie znam szczegółów relacji z Ditko, Kirby, ani sporów dotyczących kwestii pomysłodawcy dla poszczególnych superbohaterów. I z tego komiksu nie dowiedziałem się na ten temat wiele więcej, poza tym zawsze można by zarzucić, że nie jest to cała obiektywna prawda. Niemniej jednak, w tym komiksie urzekła mnie swada, z jaką cała historia jest opowiedziana. Tak bardzo w stylu Stana – z uśmiechem, optymizmem, polotem, błyskającymi fleszami. Po gwiazdorsku. Nie da się zaprzeczyć, że człowiek całe życie robił w komiksach i miał do tego smykałkę. Nie wiem, czy można to nazwać pracą  :) - jak to się mówi, że jeśli lubisz to co robisz, to ani jednego dnia nie spędzisz w pracy. Z przyjemnością wchłonąłem ten komiks.

Locke & key (1-6) – spróbowałem po kilku latach sprawdzić, czy nadal mi się będzie podobać. I tak też jest. Jak nie lubię komiksów o młodzieży, tak tutaj mnie to nie męczyło. To oczywiście zasługa oryginalnego scenariusza. Świetnie pomyślane. Na serial się raczej nie skuszę, ale szwagier mówił, że widział i był zadowolony. Trochę się zdziwił, że to z komiksu wzięte. Sama historia jest prawdziwie misternie poprowadzona. Kolejne wątki się pojawiają, przeplatają. Widzimy jak wydarzenia z przeszłości wpływają na teraźniejszość, jak się powtarza błędy poprzednich pokoleń. Również rysunkowo jest nieźle. Taki cartoonowy styl średnio mi pasuje, ale też były fajne pomysły, jak nagłe pojawianie się kogoś w tle, albo małe szczegóły poukrywane gdzieś po kątach. Sam komiks nie jest specjalnie przeciągnięty, nie nudzi się ta zabawa. Głównie poprzez wprowadzanie coraz to nowych kluczy i ich właściwości. Trochę nie weszło mi zakończenie –
Spoiler: PokażUkryj
z jednej strony nie ma miękkiej gry i paru bohaterów zostało uśmierconych, ale z drugiej strony siłą komiksu był pomysł i nastrój a nie zwykła rozwałka.
W tym zakresie lekki minus z mojej strony.

** Niezłe / można przeczytać

Kiki z Montparnasse’u – biograficzna historia postaci z paryskiej bohemy pierwszej połowy 20 wieku. Śledzimy losy ubogiej dziewczyny, niby nie sieroty, ale dość opuszczonej, która trafiając do Paryża musi powalczyć o utrzymanie. Zaczyna pozować kolejnym artystom – malarzom, fotografom, później próbuje sił w filmie. Na to wszystko nakładają się wydarzenia historyczne (przede wszystkim wojna). Wziąłem z biblioteki – nie miałem za bardzo pomysłu, ten tytuł kilka razy widziałem, niezła cegła, to czemu nie. Miałem bardzo mgliste rozeznanie o samej treści. Na początku czytałem z zainteresowaniem – wydawało mi się, że to będzie mniej lub bardziej smutna opowieść obyczajowa (że to jest biografia zorientowałem się dość późno, hehe), ale z kolejnymi stronami historia stawała się coraz bardziej schematyczna i powtarzalna. Główna bohaterka szukała coraz to nowych wyzwań, czasami one ją znajdowały, więc wyjeżdżała, wiązała się z kolejnym artystą. Po jakimś czasie okazywało się, że i artystyczne i uczuciowe kwestie się wyczerpują, więc następował kolejny etap. Sam komiks skończył się nagle (nie to, że fabularnie się urwał, tylko stron było jeszcze sporo), później były liczne dodatki w formie notek biograficznych. Te już sobie odpuściłem. Większości postaci przedstawionych w komiksie i tak nie znałem. Powiedziałbym, że komiks jest kierowany głównie do znawców tematu, miłośników postaci. Jako ogólna opowieść o życiu, czy też biografia (nie)znanej postaci sprawdza się gorzej.

Twarz – dla fanów thrillerów, opowieści z dreszczykiem. Niewielki rozmiarem, ale dający sporo frajdy w trakcie czytania, chociaż miałem w środku chwilę zwątpienia, czy scenarzysta się trochę nie zakiwał. Zaczynało się już robić trochę groteskowo. Końcówka jednak poprowadzona kapitalnie, z twistami i w sumie byłem usatysfakcjonowany komiksem. Dobra lektura na spokojny wieczór – tak aby wciągnąć na raz.

Barcelona o świcie – dość złożona, bardzo skondensowana historia dziejąca się w międzywojennej Hiszpanii. Dziennikarz próbuje rozwikłać kulisy strzelaniny, a jego śledztwo zahacza o coraz szersze kręgi, staje się coraz bardziej dla niego niebezpieczne. Komiks bardzo mocno osadzony w realiach tamtego okresu, pojawiają się postaci historyczne, odniesienia do ówczesnych wydarzeń, sytuacji politycznej Hiszpanii i Europy. Wplecione są również wątki katalońskiej odrębności (dowiedziałem się, czym było święto, które mnie złapało rok temu w Barcelonie  :) ). Komiks wymaga dużego skupienia, żeby się połapać we wszystkich wydarzeniach, postaciach, nazwiskach. I najlepiej czytać bez przerwy, bo niemal pewne jest zagubienie przy restarcie. Ja wziąłem się za czytanie zbyt późno i sen mnie pokonał, przez co następnego dnia musiałem sobie odświeżać historię i to nie wpłynęło korzystnie na odbiór. Spróbuję niedługo jeszcze raz przeczytać i zobaczyć, czy uda mi się wszystko lepiej poukładać. Inna sprawa, że na tych 48 stronach dzieje się bardzo dużo, i można było to nieco rozciągnąć. Może wtedy byłoby to bardziej przyswajalne. No i chyba dłuższy wstęp by się przydał. Notki biograficzne kilku osób się przydały, ale tło historyczne, polityczne ledwie liźnięte.

Mroczne opowieści – połowę albumu stanowią krótkie (często 2-stronicowe) historyjki. Są przepełnione czarnym humorem, makabrą, zaskakującymi puentami. Znakomicie się je czyta. Rysunkowo jest znakomicie, a nawet może i więcej. Kolory nakładane komputerowo (tak zakładam, bo się nie znam) wyglądają bardzo efektownie i może nawet pasują do całości, ale czy taka była oryginalna forma? Nie wiem. Jeśli tak, to ok. Ta część albumu zajmuje ok 50 stron. Dalsza część jest poświęcona autorowi – są artykuły, przykładowe strony z innych komiksów, szkice, zdjęcia. Jak dla mnie to takie trochę zapychanie tematu. Zamieszczania szkiców nigdy nie rozumiałem, ale 2-3 strony w jakimś grubasie nie ma znaczenia. Tutaj proporcje zaburzone.

Scenki z życia osiedla – Caza bierze się za miejski krajobraz i przesącza go przez swoją wyobraźnię. Zestaw (dość pokaźny) szortów, które łączy bohater, blokowiska francuskich przedmieść, sąsiedzi i temat przewodni, czyli hałasy dobiegające z góry. Humor, obserwacje z życia wzięte, komentarze dotyczące sytuacji społecznej we Francji w latach 70 (??) wymieszane z absurdalnymi pomysłami a to wszystko w niepowtarzalnym stylu rysunkowym. Czytałem po kawałku i w sumie chyba tak to trzeba robić, bo inaczej może nieco znużyć tematyka (no ile razy można wyciągać temat tłuczenia szczotką w sufit, gdy ktoś z góry nam zakłóca spokój?). Nie jest to jednak niezapomniany komiks, ale na pewno fani autora się nie zawiodą. Tematyka lżejsza niż to, co można znaleźć w Metal hurlant, ale styl rysunków rozpoznawalny. Lekki minus, to dziurawa korekta wydawcy. Czytając na zmęczeniu ileś literówek wyłapałem, więc to słaby wynik w tym względzie. Zaskoczył mnie też (w sumie pozytywnie) duży format (A4+).

Borgia (1-2) – czekałem na ten komiks parę ładnych lat, ale jak wybuchła afera z uciętymi kadrami, to sobie odpuściłem. Szczególnie, że opinie co do scenariusza były takie sobie niespecjalne. Gdzieś w czeluściach olx znalazłem ofertę, to się skusiłem. Żałować, nie żałuję, ale zachwytów nie ma. Nad scenariuszem zachwytów nie ma, bo historia dość monotonna, mimo że dzieje się sporo. Między jedną orgią a drugą. W przerwach między tymi orgiami. Gdyby je usunąć (w sensie orgie), to komiks by znacząco schudł. Oczywiście, to jeden ze znaków rozpoznawczych tego komiksu (jak i samej historii o Borgiach i ich czasach) i bez tego ten komiks podejrzewam byłby mniej znany. Plus jak ma się takiego rysownika, to trzeba mu dać temat, który lubi i umie. Szkoda, że ucierpiały na tym walory fabularne: rozwój postaci, konflikty rodzinne, polityczne, niepokoje społeczne – to wszystko przedstawione jest trochę po łebkach, skrótowo. Kiedyś obejrzałem sezon albo dwa serialu z Jeremy Ironsem i mimo że unikam seriali, to oglądałem z zainteresowaniem. Był po prostu ciekawiej zrobiony niż komiks. Za to rysunkowo, jest przepięknie. Z rozmachem, kolorowo, dynamicznie. I sceny kameralne, i zbiorowe (nie tylko seks), stroje z epoki, architektura. Lepiej się komiks ogląda, niż czyta. Wydanie również piękne, chociaż za 1 zbiorczy tom bym się nie obraził.

IHS – komiks z charakterystyczną kreską i strukturą, na którą składa się bardzo wiele krótkich scenek bez zachowania chronologii wydarzeń. Rzecz dzieje się na przedmieściach jakiegoś holenderskiego miasta (chyba nazwa nie padła?). W okolicy zaczynają się dziać dziwne rzeczy, dochodzi do dramatycznych wypadków, które zupełnie nie pasują do dość sennej okolicy i dotychczasowych problemów mieszkańców w stylu, że żywopłot jest za wysoki. Albo za niski. Kreska podkreśla panujący nastrój niepokoju, jakiejś lekkiej psychozy. Bohater jest raczej zbiorowy, w formie mieszkańców jednej z ulic, przy pewnej przewadze okolicznej młodzieży, która próbuje zorganizować swój zespół rockowy. W teorii pomysł wygląda nieźle, ale trochę mnie to wszystko nużyło, wybijało z rytmu. Jak już sobie jakiś wątek lepiej ułożyłem w głowie, to zaraz przeskok był w zupełnie inny temat. Też takie częste (bo co kilka stron) przeskakiwanie między tematami kusiło, żeby w tym momencie zrobić pauzę. Korzystałem z tego dość często i lektura mi się rozciągnęła na kilka dni. To też powodowało, że miałem wrażenie, że komiks jest przeciągnięty. Mnogość tych wątków trochę mnie niepokoiła, bo czułem, że to za bardzo nie sklei się w spójną opowieść z pomysłowym zakończeniem.
Spoiler: PokażUkryj
I niestety tak trochę wyszło. Brak zachowania chronologii powodował, że końcówka niewiele dodała, a jakiegoś spektakularnego przytupu nie było.
To bym jeszcze przeżył, gdyby mnie ta cała historia po prostu zainteresowała nieco bardziej.

Nestor Burma (4) – kontynuacja przygód detektywa. Wszystko, co stanowi o sile tej serii to tutaj jest. Nie ma ani zmiany klimatu historii, ani stylu rysunków. To oczywiście traktuję na plus, bo uwielbiam wędrować z Burmą po powojennym Paryżu, przesiadywać w zatłoczonych knajpkach. Ten tom podszedł mi trochę słabiej niż poprzednie ze względu na charakter zagadki kryminalnej. W moim odczuciu mało wciągającej. Gdzieś mniej więcej w połowie zasnąłem, następnego dnia też trochę czytałem znudzony. Końcówka, co prawda z niespodziankami, ale znowu tak trochę nagle się wszystko rozwiązało. Detektywa olśniło, odkrył wszystkie tajemnice i tylko dla mnie nie było jasne, jak nagle wpadł na to wszystko. W poprzednim tomie też miałem podobne odczucia. Tak trochę, jakby historia była wymyślona, tylko w trakcie tworzenia komiksu zabrakło paru stron w końcówce, żeby zgrabniej wszystko przedstawić. Do top10 tego roku się nie załapie (przynajmniej nie za ten tom).

Joe Shuster – komiksowa wersja historii o twórcach Supermana. Historia w sumie dość ciekawa, ale i smutna zarazem. Ci, którzy nakręcili olbrzymi biznes niewiele z tego mieli przez wiele lat. Przeczytane z przyjemnością – bardzo lubię takie historie, które dzieją się na przestrzeni wielu lat i pokazują realia minionych dziesięcioleci (szczególnie w takim kraju jak USA – poprzez wielki kryzys, czasy wojny (taka, jaka ona w USA była), powojenny boom itd.). Na lekki minus zaliczyłbym monotonną fabułę (przez większość komiksu kręcimy się wokół tych samych kwestii) i charakter rysunków, które są z założenia mało wyraźne. Mnie to utrudniało odbiór. Już i tak mam problem z rozpoznawaniem twarzy i przypisywaniem im imion, a tutaj większość twarzy była niemal taka sama, liczne nazwiska korpoważniaków pojawiały się w dialogach i ostatecznie trochę się w tym gubiłem.

Loteria – ukrywam wszystko w spojler, bo najlepiej nic nie wiedzieć o treści przed przeczytaniem. Nawet najmniejsza informacja może zepsuć zabawę.
Spoiler: PokażUkryj
Komiksowa adaptacja opowiadania, którą zilustrował wnuk autorki oryginału. Jest to wszystko fajnie opisane we wstępie. Sam komiks jest prawie niemy, słów pada bardzo mało. Cała historia jest opowiedziana poprzez ilustracje i jest to zrobione znakomicie. Rysunki są wyraźne, ale nie nazbyt ekspresyjne, żeby współgrało to z ogólnym klimatem historii. Akcja rozgrywa się w anonimowym miasteczku, gdzieś w USA. Co roku, pod koniec czerwca jest przeprowadzane losowanie. Czytelnik nie wie, czego dotyczy to losowanie. I jest to świetny patent na historię (zresztą zaczerpnięty z opowiadania o tym samym tytule). Pojawiają się jakieś drobne sygnały, ale trudno jest je powiązać w logiczną całość. Końcówka mnie zaskoczyła i zbiła z tropu zupełnie. Ale zaraz po tym przyszło pytanie – po co to wszystko? I zacząłem kartkować wstecz i nie znalazłem odpowiedzi (poza bardzo skrytymi półsłówkami, ale nic definitywnego). I zostałem z tym niedosytem. Normalnie może i bym to potraktował jako plus, ale charakter tej całej szopki wręcz wymagał uzasadnienia. Pogooglałem o samym pierwowzorze i tam było podane uzasadnienie (powiedzmy sobie, że takie mega naciągane, ale to może kwestia innej epoki, kraju, mentalności itd.). Po premierze miał wybuchnąć nawet skandal, że społeczeństwo opisane w taki bestialski sposób. To wszystko trochę obniżyło ostateczne wrażenia. Wiadomo, że komiks był związany pierwowzorem i nie było tematu zmiany fabuły. Brak uzasadnienia wydarzeń pozostawił zbyt duży niedosyt, już wolałbym to oryginalne, chociaż też bym wtedy marudził  :)


Hombre (1) – pięknie wydany, z widowiskowymi rysunkami (w kolorze i czarnobiały – dla każdego coś fajnego) komiks rozgrywający się w po serii katastrof. Jest mowa o bombach, zarazach i ogólnie upadku cywilizacji (ale nic konkretniejszego nie pada). Ludzie żyją w małych grupkach, walczą o przetrwanie, o żywność i inne zasoby. Dochodzi do aktów kanibalizmu, człowiek człowiekowi wilkiem. No i jest nasz bohater: Cygan Hombre, który co chwila wplątuje się w różne kabały. Jego towarzysze (raczej nie przyjaciele, bo takich związków już raczej nie ma) giną pod koniec każdego z rozdziałów. Czasami to po nim spływa, czasami poszuka jeszcze zemsty, ale po paru(nastu) stronach przeskakujemy w inne miejsce, otoczeni inną zgrają desperatów czy bandytów. To był jeden z aspektów komiksu, który mnie zawiódł – że nie było jakiejś bardziej konkretnej historii, jakiegoś dłuższego wątku. A postapo daje ku temu możliwości. Nawet jak już pojawiła się w drugiej połowie Atylla i jakoś przetrwała parę przygód z Hombre, to charakter komiksu niewiele się zmieniał: pułapka, rozwałka i jedziemy dalej na tle zachodzącego słońca. Miałem nadzieję na bardziej poważne podejście do tematu. Ciągła jatka i cycki na co drugiej stronie nie wpisały się w moje oczekiwania. Sam komiks przypomniał mi Cygana z tym, że bohater z lekkoducha zamienił się w zgorzkniałego twardziela. Rozrywka niezbyt wysokich lotów. Ale rysunkowo znakomite.

Ghost money – thriller szpiegowski z elementami sci-fi. Głównym tematem jest poszukiwanie skarbu Al-kaidy, który miał zostać zdobyty poprzez transakcje giełdowe w okolicach zamachów 11 września. Amerykanie szukają, przesłuchują ale nie idzie to zgodnie z planem. Akcja przenosi się o 20+ lat do przodu, świat jest trochę bardziej rozwinięty technicznie niż nasz obecny (komiks zaczął powstawać chyba w 2008r.), są szybkie samoloty, miniaturowe kamerki w oczach, zdalnie sterowane maszyny czy roboty. Jedną z bohaterek jest bajecznie bogata córka prezydenta jednego z azjatyckich państw. Komiks dalej zaczyna się bardzo komplikować. Są terroryści, są agencje wywiadowcze, są kraje, które muszą określić, czy przynależą do świata demokratycznego (chociaż to często jest brane w cudzysłów), czy jednak sprzyjają terrorystom islamskim. Są przypadkowe osoby, które się zaplątały w całą historię, są zdrajcy. Akcja pędzi, przeskakujemy z bohaterami w różne miejsca świata. Naprawdę trzeba się skupić, żeby nadążyć za tym wszystkim. Po przeczytaniu właściwie nie ma szans, żeby sobie przypomnieć całą fabułę ze wszystkimi wydarzeniami. Przydałoby się jakieś streszczenie  :) Końcówka,
Spoiler: PokażUkryj
niestety, trochę rozczarowująca. Nie lubię takich zagrywek, że przez 300 stron komiksu wszystko jest niby wiadome, a wyjaśnienie źródła pieniędzy jest wzięte całkiem z dupy. To nie jest fajny twist, tylko zrobienie tego na siłę, żeby wyszło niespodziewane zakończenie.
Sam komiks trochę mi się dłużył. Grubas, A4, na każdej stronie dużo małych, często ciemnych kadrów. A na stole leżały 2 tomy Blasta przez cały weekend i nie zdołałem ich ruszyć.

CDN
Rising stars (1-2) **
w0rldtr33 (1-2) **
Astronom ***
The Woods (2) *
Locke & Key (Keyhouse compendium) ***

Offline perek82

Odp: Bo chodzi o to, żeby plusy nie przesłaniały nam minusów - sezon drugi
« Odpowiedź #574 dnia: Wt, 26 Wrzesień 2023, 09:07:15 »
Musiałem podzielić na 2 części, bo jest ograniczenie 40 tys. znaków. Nie wiedziałem do tej pory.

* Nie podeszło lub wręcz wymęczyło

Celestia – zacznę od plusów: czytelnik jest wrzucony bez słowa wyjaśnienia w jakiś dziwny świat, kręcą się po nim bohaterowie, o których niewiele wiemy, panuje atmosfera apokalipsy / paranoi / niepokoju. Z czasem pojawiają się wskazówki dotyczące tego, co się stało, kto jest kim dla kogo itd. Lubię takie zabawy z czytelnikiem. Natomiast zupełnie nie siadła mi sama fabuła – co chcą osiągnąć główni bohaterowie? Jaki jest motyw przewodni? Uciekają, kręcą się, wracają w to samo miejsce. Końcówka również wydała mi się trochę bez przytupu. Ewidentnie nie jest to komiks dla mnie – nie przykuł mojej uwagi, a nie jestem typem czytelnika, który lubi doszukiwać się (na siłę) ukrytych znaczeń, tworzyć zagmatwanych interpretacji, czy przebywać wewnętrzną wędrówkę z bohaterem, który szuka swojego ja na kilkuset stronach. Aczkolwiek chętnie bym poczytał opinie osób, którym się spodobał. Podskórnie czuję, że ten komiks trzeba bardziej poczuć sercem, niż zrozumieć szkiełkiem i okiem.

Metal hurlant (5) – autentycznie zmęczył mnie ten numer. Zerkałem, co chwila, ile jeszcze stron mi pozostało (bo czytam zawsze wszystko do końca). Głównym problemem była dla mnie tematyka, zupełnie dla mnie nieciekawa: metawersum, awatary, social media, fejsbuki, instagramy, tiktoki, twittery, srajfony, lajki, tindery i to całe tałatajstwo wzbudza u mniej odruch wymiotny. Uważam, że nieumiejętne korzystanie z nowych technologii najzwyczajniej w świecie ludzi ogłupia. Może i po to to wszystko się wymyśla. Sam nigdy (oprócz tego forum i jego poprzednika) nie miałem nigdzie kont, bo nie widziałem potrzeby. No i czasu mi na to szkoda. Czytając więc komiksy i wywiady, w których rozkminia się to bez umiaru, odczuwałem prawdziwe męczarnie. Ok, parę komiksów nawet mi jakoś się spodobało, były ciekawe obserwacje czy komentarze do kondycji ludzi i kierunku, w którym zmierzamy. Ogólnie sci-fi zazwyczaj mnie nie mierzi, ale wolę podróże kosmiczne, zabawy z czasem, postapo. To mnie bawi, a nie męczy.

Incal – spróbowałem po raz drugi po paru latach i znowu mnie to wymęczyło. W komiksach zwracam uwagę przeważnie na fabułę – temat, spójność, logikę kolejnych wydarzeń, zachowania bohaterów itd. Tutaj z tym ciężko. Akcja leci od pierwszej do ostatniej strony, co chwila jakieś niebezpieczeństwo. Wyobraźni twórcom można tylko zazdrościć (albo dobrego dilera). Świat w komiksie jest wypełniony technologią, cywilizacjami. Rysunki oczywiście klasa sama w sobie. Sci-fi nie jest moim ulubionym gatunkiem, a jeśli już to lubię jak wydarzenia są ograniczane jakimiś prawami fizyki, mniej lub bardziej podobnymi do naszych. No ale właśnie – jakimiś. Tutaj tytułowy Incal załatwi niemal wszystko. Tak naprawdę z zainteresowaniem czytałem pierwszy i ostatni album. Środek jest dla mnie nawet po kilku dniach od lektury tak niewyraźny, jak męczący sen. Jeden z tych klasyków, który nie siadł. No cóż, zwolni miejsce na półce.

Bez oceny

Sekret nadludzkiej siły – historia życia autorki komiksu od lat szkolnych po współczesność. Właściwie to nie jestem pewny, czy to jest w 100% komiks. Raczej podciągnąłbym to pod ilustrowaną książkę. Szczególnie na początku, gdzie historia jest bardzo rwana i bardziej przypomina jakiś strumień świadomości, gdzie autorka skacze z tematu na temat (od tych związanych z problemami wieku dziecięcego, dojrzewania itd. po biografie poetów romantycznych), a ilustracje w uproszczony sposób oddają samą treść z ramek. Następnie chronologia się „normuje”, wydarzenia występują w związku przyczynowo-skutkowym (o tyle, o ile życie zachowuje takie związki), przerywniki dotyczące poetów już tak nie wybijają z rytmu.
Czytając byłem wewnętrznie rozdarty – czy mi się to podoba, czy mnie to jednak męczy. Z jednej strony biografia nie jest sama w sobie super ciekawa. Nie jest to osoba z pierwszych stron gazet, dla większości osób zupełnie anonimowa. Nie wpływa na losy świata, jej życie jest dość zwyczajne: popada w nałogi, rozpoczyna i kończy związki, przeprowadza się z miejsca na miejsce, bierze się za różne dyscypliny sportu. No i jest artystką, czyli dużo czasu zajmuje jej odnalezienie swojego ja (i ciągle go szuka i ciągle ma na to czas), szuka mistrzów zen, buddystów, jakieś new age, hipisowskie komuny itd. Nie będę oszukiwał, że rozumiem takich ludzi i że w ogóle mnie takie tematy interesują. Najbardziej mnie interesuje, jak ludzie znajdują na to czas :). Więc sama tematyka była dla mnie dość nieciekawa.
Z drugiej strony trudno nie dostrzec, jak misternie to wszystko jest skonstruowane. Jak wiele wydarzeń z życia pojawia się na tych 200+ stronach, jak wiele refleksji z nimi związanych jest przedstawionych. Wiele z nich wydarzyło się przecież kilkadziesiąt lat temu. Autorka ma mnóstwo dystansu do siebie, w wielu miejscach przedstawia siebie z nienajlepszej strony. To wymaga ogromnej ilości refleksji i odwagi. To podziwiam.
Ostatecznie przysiadłem i nie odłożyłem, póki nie skończyłem. Ale też, co chwila zerkałem, ile jeszcze mi zostało. Nie wiem jeszcze, czy mi spodobało, czy wymęczyło.
Rising stars (1-2) **
w0rldtr33 (1-2) **
Astronom ***
The Woods (2) *
Locke & Key (Keyhouse compendium) ***

Offline Nawimar III

Odp: Bo chodzi o to, żeby plusy nie przesłaniały nam minusów - sezon drugi
« Odpowiedź #575 dnia: Nd, 01 Październik 2023, 22:03:54 »
Wrzesień
 
Martian Manhunter vol.3 nr 8 - zgodnie z fabularnymi prawidłami w finalnej odsłonie tej inicjatywy twórczej nie zabrakło niespodzianek. Przy czym na tyle przekonujących, że aż żal iż ta mini-seria nie przeobraziła się w regularny miesięcznik.
 
W poszukiwaniu Ptaka Czasu: Ziarno szaleństwa - tak się sprawy ułożyły, że cykl uzupełniający wielbioną przez wielu serię rozrósł się już do siedmiu tomów (a przed nami jeszcze co najmniej jeden). Trudno się temu dziwić, bo marchie Akbaru to wdzięczna przestrzeń przedstawiona, oferująca przed zdolnymi twórcami znaczne pole do popisu. ,,Ziarno...” to ciąg dalszy zmagań z sektą znaną jako Zakon Znaku, a przy okazji również dalszy rozwój relacji pomiędzy Marą i Bragonem. Bardzo relaksująca lektura.
 
The Fury of Firestorm nr 36 - jak w swoim czasie miał stwierdzić skądinąd znany Wiktor Żwikiewicz „(…) kobieta w życiu mężczyzny jest jak tajfun”. Tytułowy bohater tej serii nie raz miał okazję się o tym przekonać, a w tej jej odsłonie jego problem ma naturę podwójną. Zmuszony jest bowiem skonfrontować się z Killer Frost i Plastique; przy czym już tylko każda z osobna jest wyzwaniem mocno wymagającym. Jakby przy okazji pogłębieniu ulega relacja Firestorma z Firehawk. Natomiast w wymiarze plastycznym interesujący efekt osiąga nowy nakładacz tuszu w osobie Alana Kupperberga.
 
Storm t.11 - kolejny popis połączonych talentów Martina Lodevijka i Dona Lawrance'a. Niestety w tym składzie już po raz ostatni, jako że dwa lata po zakończeniu zawartych tu prac Don Lawrence zmarł był. Pozostało jednak świadectwo jego kunsztu, którego obie opowieści są dobitnym przykładem. 
 
Conan: Wojna węży – tymczasowy powrót Conana w „barwy” Domu Pomysłów przejawił się także „wmontowaniem” go w niecodzienne sojusze, takie jak chociażby ten przybliżony w serii „Savage Avengers”. Tytułowa „Wojna węży” to kolejny przejaw tej tendencji; do tego z widokami na poszerzenie grona sojuszników mocarnego barbarzyńcy o jego władający prehistoryczną Waluzją pierwowzór. Zarówno fabuła jak i warstwa plastyczna nie ścinają co prawda z nóg; niemniej jest to w stricte rozrywkowej klasie rzecz warta rozpoznania.
 
Ragman vol.2 nr 1 - na początku lat 90. DC Comics zdecydowało się ,,odgruzować” jednego ze swoich trzecioligowych herosów, a zaangażowany w ten proces Keith Giffen całkiem ambitnie obmyślił epizod inicjujący to przedsięwzięcie. Znać tu bowiem inspiracje kanonicznymi ,,Strażnikami”. Biorąc pod uwagę, że akurat wówczas komercyjnymi hitami stawały się zupełnie odmienne propozycje wydawnicze, tego typu podejście należy uznać za akt odwagi. Ogólnie tytuł ten zapowiada się bardzo interesująco.
 
The Fury of Firestorm nr 37 - epizod interesujący już tylko z racji gościnnego wykonania warstwy plastycznej przez Alexa Niño, jeszcze jednego Filipińczyka udzielającego się w amerykańskiej branży komiksowej. Z kolei warstwa fabularna to jeszcze jedno wyzwanie wymagające zdefiniowania przez profesorską głowę Martina Steina. Ciekawy przerywnik miedzy dłuższymi opowieściami.
 
Gwiezdny Zamek t.6 - im dalej tym lepiej i stąd, jak dla mnie, jest to najbardziej udana odsłona tej serii, momentami wręcz porywająca, a na pewno pieczołowicie wykonana od strony formalnej. Ponadto znać perspektywy rozwojowe w wymiarze fabularnym. Zaryzykuję twierdzenie, ze Juliusz Verne nie pogardziłby tą lekturą.
 
Marvel Origins t.18: Daredevil 1
- jeszcze jeden heros Domu Pomysłów, który już na starcie wymagał doszlifowania. Faktycznie tak się sprawy miały, przez co postać ta ewoluowała w tempie ekspresowym. Żałuję tylko, że Bill Everett na dłużej nie zagościł w tej serii, bo DD w jego wykonaniu prezentował się stosownie zadziornie.

Ragman vol.2 nr 2
- brutalna i bezpardonowa opowieść miksująca ,,poziom” ulicy z ,,poziomem” metafizycznym. Tytułowy bohater wielkich szans na uwiedzenie szerokiego grona odbiorców raczej nie miał. Niemniej przynajmniej na tym jej etapie rozwojowym zaistnienie niniejszej inicjatywy mocno cieszy.
The Fury of Firestorm nr 38 - powrotu Hyeny spodziewać się było można już od dawna. Ilustracja zdobiąca okładkę tego epizodu nie pozostawia pod tym względem cienia wątpliwości. Stad Ronnie Raymond i Martin Stein zmuszeni zostają do kolejnej konfrontacji o najwyższej stawce ryzyka. 

Bohaterowie i Złoczyńcy. Stowarzyszenie Sprawiedliwości: Przyjdź Królestwo twoje t. I
– zarówno seria „JSA” jak i „Justice Society of America vol.3” to były znakomite i bardzo równo prowadzone przedsięwzięcia twórcze. Dlatego nie mam zamiaru powstrzymywać się w rozpływaniu nad rozrywkowymi walorami także tej odsłony niniejszej kolekcji. Rozmach, głębia psychologiczna uczestników tej fabuły, przekonująca intryga oraz fabularna łączność z kanonicznym „Przyjdź Królestwo” Marka Waida i Alexa Rossa sprawiają, że wprost nie mogę doczekać się kontynuacji tej opowieści.
 
Nieskończona granica – nowe, kolejne już otwarcie uniwersum DC szczerze pisząc nie przekonuje. Z jednej strony cieszy powrót Amerykańskiego Stowarzyszenia Sprawiedliwości oraz ogólnie wieloświatów w jego nieskończonej „formule”. Zabrakło jednak przekonującego zagrożenia, a przy tym trudno opędzić się od poczucia, że grono scenarzystów, których do tego przedsięwzięcia oddelegowano, nie poradzili sobie z sensownym poukładaniem poszczególnych składników tej opowieści.

Ragman vol.2 nr 3
- nie każdy heros zdolny jest z miejsca podjąć swoje obowiązki. Niektórzy z nich muszą do nich dojrzeć. Tak się sprawy maja w przypadku Rory’ego Regana, który dziedzictwo (a może brzemię...) swojego ojca musi dopiero poznać i zaakceptować. Rozwój tytułowej postaci zatem następuje. Do tego w przekonującej, osnutej żydowską mistyką, aurze.
 
The Fury of Firestorm nr 39 - posługując się schematami fabularnymi użytkowanymi przez Gerry’ego Conwaya podczas rozpisywania przezeń przygód ,,Przyjaciela z Sąsiedztwa” po raz kolejny sprawdziły się także w tej serii. Przed Ronnie’m życiowy przełom, a i prof. Stein ewidentnie ma ochotę na wprowadzenia radykalnych zmian w swoim życiu. Te okoliczności stosownie dynamizują świat kreowany tej serii, a Rafael Kayanan (tj. jej rysownik) stara się podkreślić żywiołowość rozwoju akcji za sprawą dynamicznego układu kadrów w ramach planszy.
 
Fantastyczna Czwórka Jonathana Hickmana t.2
- w tej z rozmachem prowadzonej opowieści nie zabrakło zarówno autentycznego (i tragicznego zarazem) przełomu jak i osobowościowej głębi portretowanych postaci. I co więcej ma się poczucie, że najlepsze dopiero przed nami.
 
Ragman vol.2 nr 4 - tytułowy bohater to oczywiście nie ten rozmiar ,,kapelusza”, co w przypadku Batmana. Niemniej niniejsza odsłona tej mini-serii wykazuje, że także Ragman jest władny zasiać strach w przedstawicielach półświatka Gotham.

Offline laf

Odp: Bo chodzi o to, żeby plusy nie przesłaniały nam minusów - sezon drugi
« Odpowiedź #576 dnia: Pn, 02 Październik 2023, 08:21:41 »
@Nawimar, jak oceniasz całość Gwiezdnego Zamku? Ostatnio na audiobookach przesłuchuję powieści Verne'a, tak więc mam nostalgiczny powrót do przeszłości.  Z miłą chęcią poszerzyłbym świat wykreowany przez Verne'a, ale nie wiem czy ta seria trzyma w miarę dobry poziom.

Offline Nawimar III

Odp: Bo chodzi o to, żeby plusy nie przesłaniały nam minusów - sezon drugi
« Odpowiedź #577 dnia: Pn, 02 Październik 2023, 21:20:23 »
Lafie, jestem zdania, że przynajmniej pierwszej odsłonie tej serii warto dać szansę. Jeśli się spodoba, to dalej jest ona prowadzona na wyrównanym poziomie z okazjonalnymi "przebłyskami". Ujęła mnie także jej warstwa plastyczna (w tym również forma edycji stylizowana na ilustrowane książki z przełomu XIX i XX w.), o malarskim zacięciu. Choć równocześnie spotkałem się z dwiema krytycznymi opiniami w kontekście wizerunku niektórych postaci, ujętych w manierze wzorowanej na rozwiązaniach japońskich. Mnie osobiście ta okoliczność ani trochę nie razi, a miast tego oko moje niezmiennie cieszą w tej serii projekty urządzeń latających wszelkiego typu oraz konstrukcji architektonicznych. Jest w tych konceptach plastycznych mnóstwo rozmachu, a zarazem finezji i wzorniczej pieczołowitości. Do tego przynajmniej jak dla mnie seria ta okazała się udanym, wspominanym przez Ciebie, nostalgicznym powrotem do przeszłości, fantastyki retro zarówno z czasów jej klasyków pokroju właśnie Verne'a (a przy okazji także Wellsa), jak również ich epigonów, takich jako m.in. Stephen Baxter. Jeśli zdecydujesz się spróbować, to trzymam kciuki abyś się nie rozczarował.

Odp: Bo chodzi o to, żeby plusy nie przesłaniały nam minusów - sezon drugi
« Odpowiedź #578 dnia: So, 14 Październik 2023, 16:16:05 »
  Podsumowanie września a wrzesień jak zawsze u mnie miesiącem komiksu polskiego, lub z braku takowego komiksu zagranicznego w którego tworzeniu brał udział jakiś nasz rodak. Uwaga jak (prawie) zawsze mogą pojawić się pewne SPOILERY!!!


1. "Kajko i Kokosz:Woje Mirmiła" - Janusz Christa. Powtórzę sam siebie z zeszłego roku, to dosyć zabawna sprawa, ale o ile takie komiksy jak "Thorgal" czy "Tytus" pamiętałem doskonale praktycznie strona po stronie, tak jakoś "Kajko i Kokosz" nie wrył mi się, aż tak mocno w pamięć. Pamiętam pojedyncze kadry, czasami całe ich sekwencje, niektóre gagi czy nawet teksty, ale całość jako historia bardzo mocno mi się zatarła w pamięci, także na pewien sposób dla mnie była to lektura czegoś nowego. Cała intryga jest osnuta wokół spisku królewskiego kanclerza, który z powodu pewnych niedociągnięć natury raczej urzędowej (a nie oszukujmy się miały one miejsce) wysadzi ze stanowiska kasztelana Mirmiła a wsadzi na nie swojego krewniaka Dajmiecha. Biorąc pod uwagę, że tenże Dajmiech to kompletnie czarny charakter bez choćby odrobiny jakichkolwiek pozytywnych cech charakteru, dwóch najdzielniejszych wojów w całym grodzie będzie musiało przywrócić stan rzeczy do naturalnego porządku. Rysunki - Janusz Christa i to wystarczy. No dobra z ciekawostek może to, że ciotka Zielacha przybiera formę ciotki Jagi. Dobrze więc, dzięki mojej "doskonałej" pamięci mogę od nowa cieszyć się lekturą KiK i przyznam szczerze, że jestem zaskoczony jak wysoki jest poziom tego prawie pięćdziesięcioletniego komiksu. Humoru pod korek powiedzieć, to powiedzieć mało, dowcipy i sytuacyjne i bazujące na nawiązaniach do aktualnych wtedy wydarzeń i problemów, mnóstwo żartów poukrywanych na rysunkach, spora ilość zabawnych bon motów jest tego naprawdę mnóstwo. Lecz nie tylko humor jest tutaj mocną stroną, ten komiks jest po prostu...ciekawy. Fabuła jest autentycznie wciągająca i to pomimo tego, że widać iż komiks był drukowany w króciutkich gazetowych fragmentach z których każdy był osobnym skeczem przez co akcja wydaje się, momentami stoi w miejscu. Nie byłem w tym przypadku znudzony ani chwilę. Nie ma sensu przedłużać, jeżeli żyje ktokolwiek kto nie czytał, to brać nie gadać, może i podróba Asterixa i Obelixa, ale w/g mojej opinii wcale nie gorsza. Ocena 8/10.

2. "Tytus, Romek i A'tomek" - tomy 11-20. Henryk Jerzy Chmielewski. Chociaż Tytus kowbojem i Tytus astronomem to moje ulubione książeczki to tomy drugiej dziesiątki to zdecydowanie najlepsze czasy dla tego tytułu. Ochrona Zabytków, którą kiedyś bardzo lubiłem dalej okazuje się bardzo dobra, scena ze świnią w Operacji Bieszczady znowu doprowadziła mnie do łez ze śmiechu (Papcio potrafił być czasami okrutny), legendarne Wyspy Nonsensu przez wielu uważane za najlepszą część ciągle zmuszają nas aby się zastanowić nad absurdami otaczającej nas rzeczywistości. Co dosyć interesujące jakoś nigdy nie przepadałem za Tytus uczniem i znowu mnie po tylu latach nie wciągnął na dodatek w przypadku wydania w tych zeszytach Pruszyńskiego ten komiks łącznie z okładką jest odtworzony na podstawie bardzo słabych materiałów. Tytus geologiem też jakoś nigdy nie należał do moich ulubionych i również tym razem nie zmieniły się moje zapatrywania na ten tytuł, nie bardzo potrafiłem przełożyć te przygody na nasze codzienne życie. Wizyta w krainie krasnoludków mocno zalatywała "Kingsajzem", tyle że powstała wcześniej, w sumie nie byłbym zdziwiony gdyby Machulski zainspirował się tym komiksem. Tytus dziennikarzem też wtedy mi się bardzo podobał pamiętam, ale co dosyć zabawne kompletnie zapomniałem że taki istniał, teraz na świeżo po lekturze bez problemu awansuje do czołówki, niektóre postacie z redakcji są tak charakterystyczne, że trudno uwierzyć, że Papcio nie pił tutaj do konkretnych osób, a grafik po "kawie" Tytusa wymiata. Tytus muzykiem (DJem) to akurat jest jedna z najbardziej zapamiętanych przeze mnie części, ale mam co do niej nieco mieszane uczucia, druga połowa ta na obcej planecie trochę wybija z rytmu, wygląda jakby wyciągnięto ją z innej książeczki, na dodatek razi nieco kompletnie beznadziejny "design" kosmitów, za to i tak warto chociażby dla Tomasza Kołodziejczaka w roli punkowego wokalisty, sceny z dyskoteki i dosyć złożonych jak na tę serię rysunków. Tytus plastykiem pełen ciekawostek na temat malarstwa ciągle fajny i nareszcie dochodzimy do pierwszej książeczki powstałej już nie w czasach PRL-u czyli Tytus aktorem i z zadowoleniem stwierdzam, że dalej jest interesująco, chociaż no właśnie bardziej interesująco niż zabawnie, dla dzieciaka sporo wiedzy na temat teatru, dużo kultowych rymowanek. Ze smutkiem natomiast stwierdziłem, że księga XX czyli Druga Wyprawa na Wyspy Nonsensu jest nawet nie przeciętna, tylko po raz pierwszy przy tym tytule po prostu słaba. Strasznie wymuszona, z nietrafionymi pomysłami (wyspa naukowców) i niepotrzebnymi nawiązaniami do aktualnej mody (deskorolki), w całości bardzo odtwórcza. Trochę ratuje ten tomik Wyspa Humorolissimusa będąca strasznie toporną (ale przynajmniej idzie się raz czy dwa uśmiechnąć) krytyką komuny. Za to kompletnie nie zrozumiałem rajskiej wyspy. Miała krytykować katolicyzm? Humoru mało, na dodatek strasznie na "odwal się" wykonane rysunki, dobra wolę o tym już zapomnieć i pamiętać dziewięć poprzednich. Co ja tu będę reklamował skoro wszyscy znają? Zwariowany humor często oparty na surrealistycznych skojarzeniach wyśmiewający w zawoalowany mniej lub bardziej sposób absurdy życia codziennego, kopalnia kultowych tekstów z których kilka naprawdę weszło do potocznego języka. Owszem po tych dwudziestu już częściach widać lekkie zmęczenie materiału, Papcio zaczyna trochę przetwarzać swoje własne pomysły i powiem szczerze jakoś wolałem tę prostszą, nieco bardziej toporną krechę z początków, im więcej ozdobników i szczegółów tym mam wrażenie mniej fajnie to wygląda. Da się również zauważyć, że o ile pierwsze książeczki skierowane były zdecydowanie do dzieci, późniejsze były pisane tak aby i dorośli czerpali z nich przyjemność to tutaj pod koniec odbiorcą docelowym będą już raczej dzieciaki nieco starsze i wszyscy wzwyż. Sam Tytus wydaje się nieco poważniejszy i taki bardziej w wieku już starsza młodzież, zaczyna prowadzić życie zawodowe, tudzież nocne, pojawiają się dziewczyny, żarty z seksu, czy chociażby pada pierwszy trup. Same fabuły nieco bardziej osadzone w codziennym życiu. Czy to dobrze? W/g mnie tak, aczkolwiek traci seria nieco tego swojego bajkowego czaru. Cóż obawiam się patrząc po opiniach (czytałem jeszcze pamiętam ten z mrówkami, nowszych już nawet na oczy nie widziałem zostawię je sobie na przyszły rok), że najlepsze niestety już za mną ale mimo wszystko z wielką przyjemnością stwierdzam jak wielką frajdę sprawiła mi lektura przygód trzech harcerzy z których jeden jest szympansem pragnącym zostać człowiekiem. Papciu Chmiel z ciebie to był Gość przez duże G. Ciekawostka w 10 książeczkach znalazłem dwa błędy ortograficzne i to takie dosyć hardcorowe. Ocena -8/10.


3. "Na Polach Grunwaldu" - Mariusz Moroz. Zdaje się trzecie podejścię autora do tematyki krzyżackiej, miałem do czynienia z "Endorfem" nie zachwycił, ale i nie mogę powiedzieć że to była jakoś szczególnie kiepskie, więc byłem ciekawy jak będzie tym razem. Sam tytuł narzuca tematykę jednego z największych zwycięstw naszego oręża (również pod względem skali) i chyba najbardziej znanego również poza Polską. Kilka pierwszych stron to ogólne wprowadzenie w sytuację polityczną, dajmy na to poselstwo biskupa Kurowskiego do Wielkiego Mistrza (będące najprawdopodobniej prowokacją). Dalej nieco wydarzeń następujących niedługo przed bitwą (budowa mostu na Wiśle, zdobycie Dąbrówna) no i właściwa akcja rozpoczyna się wraz z pobudką dnia 15 lipca a kończy się wieczorem dnia tego samego (nie do końca, ale o tym dalej). Przejdę odrazu do największej wady tego albumu a jest nią szata graficzna. Otwierając album przeniesiemy się prosto w przaśne początki lat 90-tych i ich komiksowy boom, gdy chcieć znaczyło móc a wydawnictw nie dało się zliczyć, zalatuje to artystami typu Roman Pierzgalski (choć nie wiem czy jemu lepiej trochę to nie szło). Widać, że mamy do czynienia raczej z dziełem utalentowanego plastycznie amatora niż kogoś, kto zawodowo żyje z rysunku. Najmocniej uwagę przykuwają bardzo słabe twarze, pełne jakichś dziwnych kresek i kropek, które zapewne w założeniu mają udawać zmarszczki i bruzdy, tyle że zupełnie im się to nie udaje a przypominają raczej ślady po niespecjalnie umiejętnym goleniu (tzn. gdyby człowiek golił całą twarz a nie tylko brodę i policzki). Błędy w perspektywie, błędy anatomiczne, kompletna nieznajomość takiego pojęcia jak "światłocień" to kolejne znaki rozpoznawcze. I szczerze mówiąc odpuściłbym sobie nieco, bo naprawdę widziałem gorzej narysowane komiksy, natomiast mamy tutaj do czynienia z grzechem, którego w komiksie historycznym wybaczyć nie można. Mianowicie naprawdę praktycznie brak tutaj jakiegokolwiek rozmachu. Mamy do czynienia z jedną z największych średniowiecznych bitew i właściwie kompletnie tego nie widać. Na większości kadrów z reguły mamy kilku z rzadka kilkunastu wojowników plus gdzieś tam coś w tle nabazgrane, że niby coś się dzieje (często nie ma nawet tego), "rzuty" na pole walki są "wykonane" z reguły z dosyć bliska a raz czy dwa tam gdzie autor chce uchwycić pole bitwy z dalszej odległości z większą ilością postaci to kompletnie mu to nie wychodzi i wygląda to jakby ktoś porozstawiał takie niegdyś popularne "żołnierzyki" w skali 1/72 i po prostu przerysował taką dioramę, kompletnie brak tam wrażenia ruchu (te żołnierzyki to chyba jednak lepiej oddawały ruch niż te rysunki). Dodatkowo niektóre kadry, aby zostać dopasowane do kompozycji strony oraz formatu kartki są rozciągane wszerz lub wzwyż co dosyć mocno rzuca się w oczy. Natomiast nie jest tak też, że nie ma pana Moroza za co pochwalić. Fajnie oddano wygląd wszelkich wojaków ich barwy, sprzęt itp. wiadomo nie jest to poziom szczegółowości "Armii Zdobywcy", ale pod tym względem jak na moje oko amatora większość wygląda porządnie. Porządnie wyglądają również sceny walk pojedynczych rycerzy, autorowi naprawdę nieźle udało się odwzorować dynamikę i siłę pojedynków. Nie epatuje nadmiernie brutalnością, ale i nie można powiedzieć aby unikał widoków chlapiącej na wszystkie strony juchy, widać że w chaosie pola bitwy niewiele miejsca było dla wirtuozów szermierki a raczej stawia się na brutalną siłę i wytrzymałość przy machaniu wszelkiego rodzaju żelastwem. Nie mam natomiast zastrzeżeń do autora jako scenarzysty ani człowieka odpowiadającego za merytoryczną stronę projektu. Na tych niecałych sześćdziesięciu stronach udało mu się zmieścić wszelkie ważniejsze wydarzenia bitwy o których wiemy a akcja przeskakuje a to do Jagiełły a to do Von Jungingena po równo, dzięki czemu możemy obserwować proces dowodzenia a także akcentowane są newralgiczne momenty całego wydarzenia a więc wszystko zgodnie ze sztuką w przypadku gatunku batalistycznego. Mam tylko jedną uwagę, komiks nie wiedzieć dlaczego kończy się sceną w której Krzyżacy wycofują się do Malborka i tak po prawdzie wygląda to jakby tam strony lub dwóch zabrakło. Poza tym poważnie przy takiej historii ostatnie słowo powinno należeć do komtura? Nie można było jakiegoś przemówienia króla polskiego dać (a chociażby tego z sienkiewiczowskich "Krzyżaków"), albo jakiegoś obrazu dzwonów w Krakowie oznajmiających wiktorię? Mariusz Moroz sam twierdzi, że jest to tylko wizja bitwy o której po tylu latach tak naprawdę możemy się dowiedzieć z niewielu źródeł a i to nie do końca pewnych, ale czuć że pracę tutaj swoją wykonał rzetelnie, na podstawie najaktualniejszych i najbardziej prawdopodobnych teorii, część rzeczy byłem świadom o niektórych dowiedziałem się dopiero podczas lektury więc napewno tutaj plusik. W dodatkach posłowie na temat literatury źródłowej, opisy do poszczególnych kadrów zawierające bardzo dużą ilość różnych ciekawostek oraz galeria przy oglądaniu, której przekonamy się, że jednak w rysowaniu twarzy rysownik wcale nie jest taki ostatni. Szkoda to mógł, być naprawdę dobry komiks bo jest porządnie napisany, ale te rysunki to jednak na nie. Dobra historia może pociągnąć niespecjalnie udaną grafikę w jakimś Spider-Manie a od komiksu historycznego oczekuję, że swoim wyglądem przeniesie mnie w dawne czasy a nie zmusi  do zastanawiania dlaczego ten facet ma dwa łokcie, aczkolwiek wydaje mi się, że wygląda to wszystko jednak nieco lepiej niż w przypadku "Endorfa" więc jakiś progres umiejętności chyba istnieje. Tym niemniej pomimo przeciętnej oceny zainteresowanym tematem raczej polecę, a swój egzemplarz zostawiam na półce w końcu ile największych średniowiecznych bitew wygraliśmy? A ta ocena końcowa to: 5+/10.


4. "Chorągwie pod Grunwaldem" - Mariusz Moroz. Nie komiks, ale raczej suplement do powyższej pozycji, wydany w tym samym czasie, przez to samo wydawnictwo i tego samego autora więc traktuje jak komplet. Rzecz na naszym rynku absolutnie wyjątkowa czyli album-encyklopedia przedstawiający bojowe chorągwie biorące udział w bitwie pod Grunwaldem (no nie tak do końca), czyli taka mniejszego kalibru kopia legendarnego "Banderia Prutenorum" plus znaki Polski i jej sprzymierzeńców. Album zaczyna się od 51 krzyżackich chorągwi zdobytych podczas bitwy grunwaldzkiej dalej jest chorągiew komtura Von Plauena, który nie zdążył na plac boju zdobyta kilka miesięcy później pod Koronowem a dalej cztery brakujące chorągwie inflanckie, które dostały się w nasze ręce jakieś 20 lat później w bitwie pod Dąbkami. Standardem jest, że na jeden znak przypadają dwie strony. Całostronicowa ilustracja oraz opis składający się z łacińskiego cytatu (w odpowiedniej czcionce), jego tłumaczenie oraz autorski przypis z ciekawostkami na temat danego terenu pochodzenia, albo losów oddziału w bitwie oraz przedstawiający osobę dowódcy (o ile udało się ustalić, w większości wypadków się udało). Dalej znajdują się chorągwie polskie czyli 51 bitewnych plus proporzec ochrony Jagiełły. 40 chorągwi litewskich z racji tego, że nie zostały przez nikogo opisane z wyjątkiem kilku pobieżnych zdań, ograniczone tylko do Pogoni oraz Słupów Giedymina, 3 chorągwie smoleńskie także nie opisane przez kronikarza sprowadzone do jednej przypominającej litewską o pozostałych prawdopodobnie siedmiu chorągwiach tatarskich nie wiadomo nic (ciekawostka Długosz ze względu na swego rodzaju polityczną poprawność zaniżył znacznie ich liczbę), więc dano jakąś tam przykładową stosowaną w tamtych czasach. Z przyjemnością stwierdzam, że pod względem wyglądu jest lepiej niż w komiksie. Każda ilustracja przedstawia zazwyczaj od 2 do 4 wojowników, najczęściej konno z których jeden trzyma chorągiew. Twarze bywa, że w kilku przypadkach dalej straszą, natomiast na ogół wyglądają już przyzwoicie. Pomaga w tym zapewne większa ilość czasu, którą można było poświęcić na przygotowanie każdego obrazu oraz nieco dalsza odległość w której artysta umiejscawia postacie. Jednocześnie plansze są na tyle duże, że może sobie pozwolić na całkiem niezłą szczegółowość co sprawia, że niektóre strony naprawdę potrafią cieszyć oko. Dwie uwagi krytyczne. Panu Morozowi ani tu, ani tam powyżej nie udało się narysować basinetu z przyłbicą w kształcie psiego pyska jeżeli znajdował się on pod pewnym kątem w stosunku do patrzącego, to niby jakaś nieważna pierdoła, ale to się natychmiast rzuca w oczy, wygląda po prostu dziwnie i zdarza się często. Dwa, "modele" ustawiane są w różnych pozycjach tak, aby chorągwie były jak najlepiej widoczne i wprowadzić trochę urozmaicenia, w kilku przypadkach jednak są one nieco zwinięte, nie stanowi to niby problemu bo najczęściej są one symetryczne i wiemy co się znajduje na niewidocznych fragmentach, trzeba było jednak zostawić trochę więcej nudnej niezmienności i postawić na pełną widoczność. W dodatkach kalendarium rozpoczynające się od założenia pierwszego szpitala w Akce do klęski na grunwaldzkich polach obejmujące dzieje zarówno Państwa Krzyżackiego jak i Polski oraz Litwy a także krótki opis źródeł z których autor czerpał. Podstawą wiadomo "Banderia Prutenorum" Długosza z ilustracjami Stanisława Durinka a także długoszowe "Roczniki" i "Klejnoty" oraz "Herbarz Złotego Runa" autorstwa co ciekawe angielskiego herolda Jeana Lefevre de Saint Remy. Całość przynajmniej dla mnie czyli laika wydaje się merytorycznie bardzo dobrze przygotowana, wizerunki krzyżackich chorągwi są znane bo zostały namalowane. Wygląd chorągwi polskich znany jest tylko z opisów, ale z racji tego, że są to herby ziemskie i rodowe, które wiele się nie zmieniły a część z nich aktualna dla tamtych czasów została namalowana przez Anglika (lub Francuza mieszkającego w Anglii), więc z dużym prawdopodobieństwem te na papierze wyglądają tak jak te rzeczywiste ponad 600 lat temu. Autor jednocześnie podkreśla miejsca w których według historyków Długosz pomylił się napewno oraz prawdopodobnie (kilka razy mu się zdarzyło - chociaż kto wie, może to historycy się mylą?). Czepię się trochę tych dodatków bo jednak w mojej opinii nieco ich brakuje. Nie ma jakiegokolwiek słowniczka a jest kilka pojęć, których laik może nie do końca rozumieć, naprzykład to, że Większa Chorągiew Zakonu jest gonafonem, podana definicja jest niepełna a to, że inne chorągwie potrafią być gonfalonami jest kompletnie pominięte. Może jakieś podstawy na temat tych znaków rodowych? Jakaś mapka? Historia tych kopii, które wiszą na Wawelu? Jest wcale nie mniej ciekawa niż historia oryginałów. Na dobrą sprawę nie znalazłem nawet informacji skąd pochodzą te łacińskie cytaty. Jasne, że można sobie to wszystko w internecie sprawdzić, ale chyba kilka dodatkowych stron by nie zaszkodziło. Jeszcze z drobnych ciekawostek, autor kilkukrotnie podpowiada, że trzech komturów podarowanych jako jeńcy księciu Witoldowi zostało przez niego zamordowanych, natomiast ani tu ani w komiksie "Na Polach Grunwaldu" gdzie no powiedzmy jest scena ścięcia uciekającego Von Schwelborna, nie wspomina, że prawdopodobnie doszło do zabijania jeńców czy też raczej poddających się zakonników, także ten tego. Czy polecam? Jak najbardziej, tylko właściwie nie wiem komu. Tym co kupili komiks, miłośnikom wojskowości lub historii, Turbo-Polakom czy wszelkim ciekawskim chyba. Fajnie wydane, ładnie wyglądające no i jakby nie patrzeć oryginalne, jasne czytałem jakieś artykuły w pismach mniej lub bardziej branżowych lub internecie i spotykałem się z tematyką w różnych książkach, ale nie przypominam sobie, żebym kiedykolwiek trzymał jakiś herbarz w dłoniach, to raczej dosyć niszowa tematyka. Ocena 7+/10.


5. "Pan Blaki" - Karol Konwerski, Mateusz Skutnik. Króciutkie historyjki o jakimś uszatym człowieczku (?), który chodzi sobie gdzieś tam lub wykonuje czynności jakieś tam ,dokładnie te same, które codziennie wykonuje każdy z nas i rozmyśla przy tym na różnorakie tematy. Komiks podzielony jest na kilka rozdziałów a w każdym tytułowemu bohaterowi przydarza się jakaś inna sytuacja lub dokonuje on jakiejś obserwacji, która stanowi dla niego pretekst do rozmyślania na tematy o których od czasu do czasu rozmyśla każdy z nas i właściwie to te jego wewnętrzne monologi stanowią większość tekstu, dialogów tu niewiele. Ciężko w sumie ocenić pracę rysownika, bo niewiele jest tu do oceniania. Sam Blaki to jakiś konus ubrany w czarny płaszcz z wiecznie zacienioną twarzą, który z tymi swoimi odstającymi uszami kojarzy się nieco z Mistrzem Yodą. Rysownikowi całkiem nieźle udało się odwzorować mimikę czy też emocje targające bohaterem pomimo tego, że rzadko kiedy widać, że posiada on wogóle coś takiego jak usta. W sumie nie bardzo można powiedzieć jak właściwie wygląda Blaki, ale zapewne jest to celowy koncept, mający sprawić aby potencjalny czytelnik mógł podstawić swoją twarz pod takiego everymana. Teł praktycznie brak, najczęściej ograniczają się one do jakichś ważniejszych fragmentów środowiska mających określać miejsce akcji. Ogólnie tylko po jakiś drobnych szczegółach można się zorientować, że pan Skutnik rysować potrafi i to bardzo dobrze a tutaj ograniczył się do eleganckiego minimalizmu z powodu odgórnych założeń. Komiks jest na podobno na podstawie jakiejś książki Leszka Kołakowskiego, postać znam czytałem jeden czy dwa eseje lub artykuły, widziałem kiedyś nagraną rozmowę z Adamem Michnikiem. Nie będę udawał, że się na filozofii znam, dla mnie to raczej terra incognita, temat trochę nie na moją głowę. Z filozofią mi niespecjalnie po drodze a z czerwonymi myślicielami pokroju pana Kołakowskiego jeszcze mniej, natomiast poruszone zostaną tutaj takie dosyć podstawowe zagadnienia i to wydaje się mocną stroną całości. Całość jest jak najbardziej przystępna dla kompletnego laika, bo czy to geniusz matematyczny, czy astronauta, czy murarz-tynkarz raczej każdy na swój własny sposób zastanowił się chociaż raz nad koncepcjami władzy czy przebaczenia. Momentami to trochę naiwne może się wydawać, ale jako taki wstępniaczek, zwłaszcza lekko podlane humorem to może? I tutaj ta mocna strona staje się jednocześnie najsłabszy, punktem tej książeczki, bo w tym momencie zachodzi pytanie, czy naprawdę forma komiksu stanowi jakąś wartość dodaną do przemyśleń Kołakowskiego? No jak, dla mnie niekoniecznie, powiedzmy że zmniejsza ilość tekstu potrzebnego na przedstawienie wybranych zagadnień. No to w takim razie, czy ja powinienem wydawać pieniądze na album, który stara się mnie zmusić do zastanawiania się nad zagadnieniami, nad którymi zastanawiałem się już dziesiątki jak nie więcej razy wcześniej? Chyba nie, przyznam szczerze, że przeczytałem, odłożyłem na półkę i nie poświęciłem pięciu minut na wspomnienie tej lektury do momentu rozpoczęcia pisania tego tekstu. Poruszane tutaj tematy, są taką oczywistością, że doprawdy nie wiem czy to nie powinno być skierowane do jakiegoś pierwszoklasisty, bo to chyba mniej więcej wtedy zaczynamy się zastanawiać nad relatywizacją kłamstwa, chociaż nie znamy takich trudnych słów, więc i tu pudło. Nie wiem, może w jakiejś formie rubryki w czasopiśmie, albo web-komiksu by się to lepiej sprawdziło? Btw. najbardziej do gustu przypadł mi rozdział "O dobroci", który w przeciwieństwie do zdecydowanej większości jest raczej formą przypowieści, mającą być wskazówką dla moralnego kompasu oraz ten o toto-lotku poruszający chyba najbardziej podstawowe pytanie jakie zadaje sobie ludzkość od momentu poczęcia. W sumie przyjemne to w lekturze, więc lekko naciągam. Ocena -6/10.


6. "Jak Schudnąć 30kg - Prawdziwa Historia Miłosna" - Tomasz Pstrągowski, Maciej Pałka. Historia uczucia dorosłego mężczyzny do internetowej 15-letniej lolitki (lektura okazała się mocno na czasie) czyli autobiograficzny komiks, jakiegoś podobno znanego w środowisku człowieka. Sam komiks bardzo mi się skojarzył z "Blankets" Craiga Thompsona, tak bardzo, że aż na granicy pewnego rodzaju koncepcyjnego plagiatu. Tyle, że o ile komiks Kanadyjczyka, zachwycał szczerością jednocześnie sprawiając, że czujemy się nieswojo podglądając dwójkę bohaterów w ich intymnych chwilach, których nie powinien być świadkiem nikt inny a także mieliśmy za złe autorowi ten wręcz obsceniczny ekshibicjonizm dziwaka. O tyle przy lekturze "Jak schudnąć...", ja osobiście ani przez moment nie odniosłem wrażenia, że ta historia jest prawdziwa. Postać "grubasa" skonstruowana jest z samych paradoksów a jedne sceny przeczą tym na kolejnych stronach. Skoro mamy do czynienia nie z autobiografią  a próbą literackiej autokreacji autora to co nam zostaje? Ot toksyczne samobiczowanie się głównego bohatera i próby szokowania scenami w stylu "walenie konia" do nagich zdjęć gimnazjalistki, które szokowałby może ze 40 lat temu i to tylko tych co nigdy nie słyszeli o "Lolicie". Rysunki pana Pałki, najchętniej pominąłbym milczeniem, ale się nie da. Miałem kolegę w podstawówce, który bardzo podobnymi rysunkami zamalowywał książkę od historii, nie był żadnym rysownikiem z zawodu ani nigdy nie poszedł w tym kierunku kształcenia, po prostu wszyscy łącznie z nauczycielką plastyki uważali, że ma talent w ręce. Tyle, że to co robi wrażenie u dzieciaka z podstawówki, niekoniecznie musi powalać w wykonaniu człowieka, który się tym zajmuje zawodowo. Ilustracje są prostackie i niechlujne, tam gdzie artysta (nie jestem pewien czy powinienem tego słowa użyć w tym przypadku) uznał, że urozmaici je nieco przeskakując w bardziej odwzorowujący realia (naprzykład rysując twarze znanych ludzi) lub nieco bardziej staranny (np. podkreślając ważniejsze sceny nie dziejące się w czasie trwania "akcji") to wcale to też nie wygląda za dobrze. Podobała mi się, za to kompozycja kilku kadrów. Ja wiem, że zaraz znajdą się osoby twierdzące, że to specjalnie tak wygląda bo ma pasować do treści, ale to w takim przypadku z treścią jest chyba coś nie w porządku, skoro wymaga tej bazgraniny. No dobrze, jak w takim razie podsumować? Jakieś takie użalanie się nad sobą wiecznie marudzącego nieciekawego typa, który ma udawać alter ego scenarzysty co mu się nie udaje. Do tego próba zagrania na nostalgii czytelnika w odpowiednim wieku (co w moim przypadku też się nie udało) i chyba chęć pochwalenia się, że się słucha fajnej muzy i ogląda fajne filmy. A tak naprawdę to ten komiks zabija przede wszystkim brak jakiejkolwiek oryginalności, ja to wszystko już wcześniej gdzieś widziałem tyle że w o wiele lepszym wykonaniu. Najwidoczniej nie wystarczy znać się na komiksach i je kochać, aby samemu stworzyć dobry. Na plus ostatni rozdział na spotkaniu klasowym i nie wiem jednak chyba całość nie jest tak do końca nieudana skoro jakoś nie mam ochoty dać mniej niż 4/10.


7.  "Rotmistrz Polonia" - Łukasz Kowalczuk, Łukasz Godlewski. Przygody bohatera, jakiego nie mieliśmy a na jakiego zasłużyliśmy. Dosyć cieniutka książeczka podzielona na trzy części. Pierwsza to fikcyjna historia komiksu o pierwszym polskim superbohaterze od czasów wczesnych lat dwudziestych, aż do późnej komuny napisana z Jackiem Frąsiem. Druga to właściwy komiks w którym sam Rotmistrz czyli Stefan Janowski były bohater Pierwszej Wojny Światowej oraz Wojny Polsko-Bolszewickiej zostanie wyciągnięty z odmętów zapomnienia oraz alkoholu, aby służyć jako ochrona pewnego naukowca, który wynalazł miksturę pozwalającą dostrzec Reptilian. Trzecia to ilustrowane opowiadanie, które fabularnie raczej nie łączy się z komiksem z wyjątkiem oczywiście postaci Rotmistrza i obecności gadów z kosmosu. Rysunki Łukasza Godlewskiego jakoś mnie nie zachwyciły, to po raz kolejny w tym miesiącu z tą surową krechą na poły kreskówkową na poły "mroczną" przeniesienie w niekoniecznie aż tak kolorowe lata 90-te. Chociaż też nie jest tak, że kompletnie mnie odrzuciła, sceny akcji są w porządku, tak samo jak projekty postaci, dowcipy zawarte w ilustracjach potrafią bawić, no i w sumie ta graficzna surowizna pasuje do jakby nie patrzeć "undergroundowego" komiksu. Drażni za to naprawdę nierówny poziom tych ilustracji, mocno to widać, że autor do jednych przyłożył się o wiele bardziej niż do innych (do okładki bardzo mocno się przyłożył akurat, jest naprawdę niezła). Przejdę szybko do meritum, no nie jestem specjalnie zachwycony zakupem tego komiksu, rzekłbym więcej jest całkowicie odwrotnie. Początkowy tekst o Janie Marwickim kreatorze Rotmistrza Polonii jest jakoby jakimś viralowym żartem Łukasza Kowalczuka, któremu nigdy w viral nie udało się zamienić. Mnie to kompletnie nie rozśmieszyło, raczej dla każdego będzie oczywiste, że żaden Marwicki ani jego komiksy nigdy nie istnieli więc zostaje nam przebić się przez ścianę monotonnego i nudnego tekstu okraszonego grafikami które średnio udanie naśladują style z odpowiednich epok, przez co odnosimy wrażenie, że mamy do czynienia z wypełniaczem objętości a nie czymkolwiek wartościowym. Jak się pisze fałszywe biosy to pokazał Grant Morrison w swoim "Flex Mentallo" to co tutaj znalazłem to po prostu jest smuta. Sam komiks, szczerze mówiąc całkiem udany, fani kiczu i kampu spod znaku Kowalczuka powinni być bardzo zadowoleni, ale i przygodny komiksiarz nie poruszający się w klimatach Tromy połączonej z WWE może być zaciekawiony. Podobać się może sama postać Rotmistrza, który z tym wąsem, buraczanym zachowaniem i flaszką wiecznie przytkniętą do ust, nader mocno kojarzy się z Bogdanem Bonnerem z kreskówki Bartosza Walaszka. Idzie się przy lekturze naprawdę uśmiechnąć, już pierwsza strona przyprawiła mnie o lekki rechot ("...na całe szczęście był ze mną doświadczony agent - Alfons Figurski"), do tego kilka "branżowych" dowcipów ("Hersz? To chyba nie jest polskie nazwisko?", "Czerwony czy zielony, dla mnie żadna różnica"), kilka fajnych nawiązań (Kołacz Królewski, umierający Gabriel Narutowicz mówiący "Z wielką mocą, łączy się wielka odpowiedzialność), pod koniec klimaty przaśno-hellboyowe, itd. Trzeci element zbioru czyli opowiadanie, zaczyna się nawet fajnie od pojedynku wrestlingowego (jakżeby inaczej), ale dosyć szybko staje się nudne, na dodatek jeszcze szybciej orientujemy się, że to kompletna grafomania, co teoretycznie pasowałoby do profilu całości, tyle że to powinno być tandetne w treści a forma literacka powinna być elegancka i przede wszystkim być ciekawe a to coś przypomina ten mój tekst powyżej i poniżej, czyli dzieło amatora. Przejdźmy do podsumowania, nie jestem fanem przeliczania stron na złotówki, ale w tym przypadku samo to przychodzi na myśl. Za wcale niemałe pieniądze otrzymałem dwadzieścia parę stron komiksu w sumie fajnego, ale urwanego gdzieś chyba nawet nie w połowie i dwa teksty jeden słabszy od drugiego. Jakby jakieś demo, jakiegoś pomysłu który najpewniej nigdy nie zostanie rozwinięty. Ja rozumiem, że to niszowa twórczość ale autor chyba, mógłby nieco poważniej potraktować czytelnika. Zawartość bardzo oszczędna, więc ocena tak samo. 3+/10.


8.  "Wiedźmin tom 6 - Wiedźmi Lament" - Bartosz Sztybor, Vanessa Del Rey. Tom szósty przygód naszego ulubionego, polskiego niczym Jezus ze Świebodzina łowcy potworów. Poprzedni tom, może i nienazbyt wybitny był na powiedzmy zadowalającym poziomie (nie licząc średnich rysunków), toteż sięgając po ten album i widząc klimatyczną okładkę, miałem w miarę pozytywne odczucia. Które to szybko zostały zdmuchnięte po otwarciu na pierwszej stronie i zobaczeniu Geralta z rozbieżnym zezem. Grafiki panny/pani Del Rey są okropne, okropne twarze, okropne tła (a bardzo często ich brak), jedna z najokropniejszych scen seksu jakie w życiu widziałem (jakbym był nastolatkiem, który nigdy wcześniej go nie uprawiał i zobaczył coś takiego, to bym chyba postanowił resztę życia spędzić we wstrzemięźliwości). Niechlujne to, to, nieczytelne i chaotyczne. Zdeformowane postacie, zdeformowane twarze na których artystka ma wyraźne problemy z odwzorowaniem wieku (Geralt momentami wygląda jakby był piastunem Vesemira), zresztą tu momentami płeć jest nawet ciężko rozpoznać. Nie wiem, czy mogę jakiś pozytyw wymyślić, może to że są oryginalne, może się spodobają jakiemuś miłośnikowi turpizmu? Rozumiem w pewien sposób dlaczego wybrano akurat tę rysowniczkę, komuś się pewnie wydawało, że taki styl będzie odpowiedni do formy psychologicznego dreszczowca podszytego horrorem (zbyt dużo powiedziane, ale niech już zostanie), ale one się nie nadają, są zbyt krzykliwe, za bardzo rzucają się w oczy aby nadać odpowiedniego klimatu (chociaż w kilku miejscach prawie im to wychodzi). Ogólnego wyglądu tej makabreski nie poprawia praca kolorystki Jordie Bellaire (która przecież potrafi), nałożone przez nią kolory są zbyt ciemne co w połączeniu z obłąkaną ilością kresek i innych takich dupereli, obecnych tam nie wiadomo po co, jeszcze bardziej komplikuje i tak niespecjalnie wyraźne wizualia. Z reguły w takich przypadkach piszę, że historia nie jest nadmiernie skomplikowana, tylko w tym przypadku akurat jest i na dobrą sprawę nie wiadomo po co. W kolejnym miasteczku na krańcu świata, gdzie oczywiście po ulicach chodzą gorsze potwory niż te czające się na bagnach i bezdrożach, zostaje stracona wiedźma a Geralt dręczony przez to wyrzutami sumienia będzie wynajęty to odbicia porwanej córki miejscowego bogacza co będzie oznaczało, że będzie musiał się udać w głąb lasu wyglądającego niczym okolice Blair. Po drodze zostanie świadkiem jakichś pięciu czy sześciu fabularnych twistów, jak na moje oko ze dwóch zbyt dużo. Graficznie jest słabo, ale zastanawiam się czy scenariuszowo nie jest jeszcze gorzej. Geralt to mrukliwy, bezwolny jak kukiełka kretyn, który odłożył swój cynizm na półkę, zresztą jest chyba zbyt otępiony żeby pamiętać o takiej mało znaczącej cesze charakterystycznej. Na starcie podczas sceny ze stosem, którą bacznie obserwuje i która to przyprawi go o te będące jednym z clou dzisiejszego programu poczucie winy dowiadujemy się, że to on schwytał wiedźmę Laimę oskarżoną o pięć morderstw. Wyobrażacie sobie, że Geralt z Rivii przyjmuje zlecenie na schwytanie jakiejś podobno-wiedźmy i oddanie jej na spalenie żywcem przez bandę jakichś wieśniaków i to na dodatek nie bardzo się orientując w sprawie? No kurde. Dalej jest jeszcze śmieszniej wędrując po lesie, trafia na chatkę dwóch czarownic, które prowadzą sobie prywatną poradnię psychologiczną (chyba nawet nieodpłatną) dla wszystkich chętnych, którzy tam trafią (a trochę ich jest, to jakiś wyjątkowo uczęszczany środek lasu, albo się reklamują). Mało tego jedna z pań tam obecnych pod wpływem udanego leczenia stwierdza, że zaradzić na jej koszmary i wyrzuty sumienia może tylko śmierć w pojedynku z Wiedźminem. Na szczęście nasz tępiciel potworów jest najwyraźniej pod wielkim wrażeniem tej jakże nowatorskiej terapii a na dodatek popiera prawo do eutanazji więc siecze ją jak świnię. Oczywistym jest też, że sprawa porwania Giltine córki bogacza ma drugie dno (a nawet trzecie czy czwarte), Sztybor przez większość czasu skrobie tutaj jakiś feministyczny manifest, pod koniec przeskakuje w tryb "każdy może być zły". Bardzo dyskusyjna będzie tutaj również istota z którą Geralt będzie miał do czynienia w finale, te jej zdolności to działają tak właściwie nie wiadomo jak bo autor opisał to równie niejasno jak i całą resztę, ale tak na zdrowy rozum to są chyba zbyt potężne. Dobra nie chce mi się już nad tym znęcać więcej, słabe to jest, naprawdę słabe zdaje się najsłabsze dotychczas. Ja tam nie wiem, ale na miejscu panny/pani Motyki i pana Sztybora to bym się wstydził gdyby jakiś (mnie) bliżej nieznany Paul Tobin, Amerykanin z pochodzenia i urodzenia lepiej kleił klimat Wiedźmina i pisał o nim lepsze komiksy, to po prostu chyba nie wypada. Ocena 3/10.
« Ostatnia zmiana: So, 14 Październik 2023, 17:37:09 wysłana przez SkandalistaLarryFlynt »

Offline herman

Odp: Bo chodzi o to, żeby plusy nie przesłaniały nam minusów - sezon drugi
« Odpowiedź #579 dnia: Cz, 19 Październik 2023, 15:22:34 »
Małe podsumowanie września.
To był rekordowy miesiąc w tym roku pod względem liczby przeczytanych komiksów - 25.
Jedynak wynik mocno wykręcony przez krótsze zeszyciki.
Wyrównałem wynik ze stycznia, ale jeśli chodzi o strony było to (za prostym narzędzie statystycznym z LC) 3438 w styczniu i tylko 2111 we wrześniu. Ot taka ciekawostka :)

Wysoka liczba była podyktowana jednym faktem. W końcu w swojej okolicy odnalazłem bibliotekę z bardzo fajnym zbiorem, zarówno dla dorosłych i dla dzieci. Wypożyczyłem trochę różności, których nie chciałem kupować, ale z biblioteki chętnie wezmę i sprawdzę. Jako, że znacznie podnieśli limit wypożyczeń, a byłem z synem, to wyszliśmy z ponad 20 albumami.

Wizyta w bibliotece zakończyła się tym, że rozpocząłem swoje trzecie w życiu podejście do Thorgala.
Za pierwszym razem czytałem wyrywkowo za małolata, pożyczając losowe tomy od starszego brata mojego kumpla. Było to jednak kilka albumów i pewnie przez młody wiek (byłem raczej na etapie Asteriksów, Kajka i Kokosza, Hugo etc.), jak i brak możliwości przeczytania tego w sensownym ciągu nie wzbudziła ta lektura u mnie większych emocji. A przynajmniej po latach tak to wspominam.

Drugie podejście miało miejsce 3-4 lata temu kiedy postanowiłem kupić sobie kilka pierwszych albumów na jakiejś promce w Egmoncie. O ile bardzo lubię styl Rosińskiego to fabularnie te pierwsze zeszyty nie zestarzały się jakoś wybitnie (chociaż Van Hamma uważam za jednego z najlepszych scenarzystów). No i po lekturze tych kilku pierwszych części postanowiłem odpuścić dalsze zakupy z myślą, że mogę kiedyś dać jeszcze szansę, ale już tylko w formie wypożyczenia.

Jako, że biblioteka posiada serię główną, jak i poboczne, stwierdziłem, że to ten moment.
We wrześniu przeczytałem zeszyty od 7 (Gwiezdne dziecko) do 14 (Aaricia). Rację muszę przyznać osobom, które twierdzą, że to właśnie środek serii prezentuje najwyższy poziom (dla mnie tomy od 8 do 12). Scenariusze są całkiem interesujące, a ilustracje - świetne.

Komiks miesiąca: Mimo 25 pozycji nie było żadnego albumu, który wybił by się ponad 7/10 (bardzo dobry). Takie oceny otrzymały u mnie Thorgale: Alinoe, Łucznicy, Kraina Qa, Oczy Tanatloca i Miasto zaginionego boga.

Na lekko naciągane 7/10 oceniłem też (swoją drogą również najlepszy album z serii) Julia: Przygody kryminolożki. Wieczny odpoczynek. Nie ukrywam, że na wynik zapracowały ilustracje Toppiego, bo fabuła niczego nie urywa, ale też nie jest to jakaś bieda.
Było sporo 6/10 (dobry). Z nowości chociażby Ciemność czy T'zée. Tragedia afrykańska. Tak samo oceniłem też kilka starszych pozycji - Wędrowca z tundry, kilka Thorgali czy 4 tom Comanche.

Niemniej w tym miesiącu perełek brak, ale ciesze się, że poznałem tak wiele komiksów mimo wszystko.

Wyróżnienie miesiąca:
brak. W miesiącu z perełkami to te wszystkie 7/10 by mogły wyróżnienie dostać ;)

Lipa miesiąca: Niestety kila takich się trafiło.

Uczta u królowej (3/10) - komiks dla dzieci od Rutu Modan o tym, że czasem warto (?) porzucić utarte shematy. W tym przypadku na przykładzie nieeleganckiego zachowania się przy stole. No, ale może doszukuje się drugiego dna i komiks po prostu miał być głupiutki i zabawny (acz nie był, nie licząc kilku detali na ilustracjach). 

Jeremiah: Strike - tom 13 (3/10) - chyba najsłabszy dotychczas zeszyt z tej serii. Mam sentyment do autora, ale nie wiem czy sięgnę po kolejne części.

Metal Hurlant (tom 4) - drugi "retro" album. Wymęczyłem się strasznie w zetknięciu z tą izbą pamięci. Rozumiem i szanuję zamysł przybliżenia dokonań artystów, którzy byli często pionierami gatunku i działali w zupełnie innych niż dzisiejsze realia. Niemniej finalnie sprowadza się to do tego, że przeczytałem kilkanaście shortów, które w większości były po prostu słabiutkie.

« Ostatnia zmiana: Cz, 19 Październik 2023, 15:30:00 wysłana przez herman »

Offline Death

Odp: Bo chodzi o to, żeby plusy nie przesłaniały nam minusów - sezon drugi
« Odpowiedź #580 dnia: So, 21 Październik 2023, 10:38:23 »
@Nawimar, jak oceniasz całość Gwiezdnego Zamku? Ostatnio na audiobookach przesłuchuję powieści Verne'a, tak więc mam nostalgiczny powrót do przeszłości.  Z miłą chęcią poszerzyłbym świat wykreowany przez Verne'a, ale nie wiem czy ta seria trzyma w miarę dobry poziom.
Oprócz świetnego Gwiezdnego Zamku są jeszcze Mroczne Miasta: Droga do Armilii. Zabierałem się za ten album bardzo długo, czytałem inne tomy, ale Droga jest bardziej książką niż komiksem i jakoś nie pasowało mi to do Mrocznych Miast. Ale mocno mi siadła lektura, kiedy w końcu się zabrałem. Duch Verne'a jest tam mocny. W Zamku też. Jeszcze jest ten komiks od Kurca pt. Niezwykła podróż, ale jeszcze nie czytałem. Znacie jeszcze jakieś mocno Vernowe komiksy? :)

Offline tuco

Odp: Bo chodzi o to, żeby plusy nie przesłaniały nam minusów - sezon drugi
« Odpowiedź #581 dnia: So, 21 Październik 2023, 11:18:46 »
Znacie jeszcze jakieś mocno Vernowe komiksy? :)
2 lata wakacji, Piętnastoletni kapitan - Raczkiewicza (ale chyba nie o takie Ci tu chodziło)

Moim zdaniem Droga do Armilii to dotychczas najsłabsze ogniwo (komiksowych) MM właśnie ze względu na podpieranie się Vernem, czuć, że autorom chwilowo skończyły się własne ciekawe pomysły i poszli na skróty po cudze.

Metal Hurlant (tom 4) - drugi "retro" album. Wymęczyłem się strasznie w zetknięciu z tą izbą pamięci. Rozumiem i szanuję zamysł przybliżenia dokonań artystów, którzy byli często pionierami gatunku i działali w zupełnie innych niż dzisiejsze realia. Niemniej finalnie sprowadza się to do tego, że przeczytałem kilkanaście shortów, które w większości były po prostu słabiutkie.
totalnie nie potwierdzam takiej opinii. Uważam, że MH#4 to jedna z najlepszych pozycji komiksowych na naszym rynku w mijającym roku. sformułowanie "izba pamięci" jest mocno krzywdzące, to w olbrzymiej większości komiksy, które albo dobrze się starzeją, albo w ogóle się nie zestarzały.

Offline Death

Odp: Bo chodzi o to, żeby plusy nie przesłaniały nam minusów - sezon drugi
« Odpowiedź #582 dnia: So, 21 Październik 2023, 17:52:32 »
Moim zdaniem Droga do Armilii to dotychczas najsłabsze ogniwo (komiksowych) MM właśnie ze względu na podpieranie się Vernem, czuć, że autorom chwilowo skończyły się własne ciekawe pomysły i poszli na skróty po cudze.
Droga do Armilii jest dużo lepsza niż myślałem. :)
Czekam na więcej podpierania się Vernem, bo już niebawem w Polsce: https://m.bedetheque.com/BD-Cites-obscures-Tome-12-Le-Retour-du-Capitaine-Nemo-482133.html

:)

Offline Nawimar III

Odp: Bo chodzi o to, żeby plusy nie przesłaniały nam minusów - sezon drugi
« Odpowiedź #583 dnia: Cz, 02 Listopad 2023, 20:58:34 »
Październik

The Fury of Firestorm nr 40 – bardzo istotny etap życia Ronnie’go dobiegł końca. Co prawda nie obyło się bez perturbacji na tym tle, ale w sumie o to chodzi w tej konwencji aby dużo się działo. Plus kilka interesujących ujęć Firestorma w trakcie wykonywania przezeń jego, nazwijmy to umownie, zakresu obowiązków.
 
Marvel Origins t.19: Iron Man 3 - seria jest już w pełni ,,nakręcona”, z własną, swoistą poetyką i czeredą charakterystycznych, przekonujących osobowości. Szpiedzy i socjopaci dokazują, a Don Heck (rysownik tego przedsięwzięcia) usiłuje dotrzymać kroku pozostałym, bardziej cenionym rysownikom Marvela. Ponadto całkiem sporo gościnnych występów innych osobowości Domu Pomysłów, widomy znak, że przedsięwzięcie pt. uniwersum Marvela krzepło w szybkim tempie. 
 
Ragman vol.2 nr 5 - nie da się ,,oczyszczać” mrocznych zaułków Gotham bez zwrócenia na siebie uwagi Mrocznego Rycerza. Póki co do bezpośredniej interakcji miedzy nim, a tytułowym protagonistą nie dochodzi, ale zasadnie mniemać można, że to nieuniknione. Tymczasem po mieście krąży jeszcze jeden ,,twór” żydowskiej mistyki, wobec którego Ragman nie może pozostać obojętny. Epizod znacząco dynamizujący rozwój tej opowieści.
 
The Fury of Firestorm nr 41 - gdy równo 30 lat temu, dzięki uprzejmości kolegi z którym wówczas korespondowałem, udało mi się włączyć ten komiks do swojego zbiorku, to po pierwsze byłem zaskoczony, że ten bohater w ogóle doczekał się swojego solowego tytułu, a po drugie wręcz olśniła mnie skrupulatność wykonania warstwy plastycznej. Ponadto rozgrywały się tutaj wydarzenia ściśle powiązane z epokowym Kryzysem na Nieskończonych Ziemiach, którym to wydarzeniem mocno się wówczas ekscytowałem (doceniam zresztą do dziś). Dobrze rozumiany patos i rozmach były zatem w tej opowieści niezbędne. Miło było sobie ja odświeżyć.   

Conan: Pieśń o Bêlit
– mimo że w twórczości pomysłodawcy mocarnego Cymeryjczyka Bêlit pojawiła się tylko w jednym utworze (tj. „Królowej Czarnego Wybrzeża”), to jednak postać okrutnej (acz zarazem ponętnej) piratki okazała się na tyle intrygująca, że wielokrotnie sięgali po nią liczni epigoni Roberta E. Howarda. Dość wspomnieć opublikowany przez wydawnictwo TM-Semic fragment serii „Conan the Barbarian vol.1”, w której towarzyszką życia przyszłego króla Akwilonii była właśnie Bêlit. Toteż zamiar wypełnienia luk w przekazach dotyczących wspólnych perypetii tych dwojga także przez autorów zatrudnionych przez wydawnictwo Dark Horse ani trochę nie zaskakuje. Sporo się w tym obszernym tomie dzieje, aczkolwiek jest to najmniej udana odsłona z dotychczas zaprezentowanych przedsięwzięć związanych z tytułową postacią, a powstałych pod szyldem wspomnianego wydawnictwa.   

Bohaterowie i Złoczyńcy. Rozpęta się piekło - lata 90. ubiegłego wieku to okres w dziejach superbohaterskiej konwencji uznawany obecnie za wyzbyty dobrego gustu. Nie wnikając w zasadność tego przekonania osobiście nie mam nic przeciwko by produkcje wówczas powstałe rozpoznawać. Tym chętniej, gdy za ich rozpisanie odpowiadają autorzy tego sortu co Mark Waid. ,,Rozpęta się piekło” trudno byłoby co prawda uznać za jedną z najbardziej udanych realizacji w dorobku tego twórcy; pomysł wiodący jawi się jednak jako stosownie sensowny oraz interesująco uzupełniający świat przedstawiony uniwersum DC. Warstwa plastyczna to również ciekawy przykład czasów zaistnienia tego tytułu.
 
The Fury of Firestorm nr 42 - tym razem panie przodem i tym samym role gospodyń tej odsłony serii przejmuje Firehawk w towarzystwie Donny Troy w jej prawdopodobnie najbardziej udanej inkarnacji (tj. jako Wonder Girl). A wszystko to na tle narastającego Kryzysu na Nieskończonych Ziemiach. Stąd w wymiarze tempolarnym świat się wprost miksuje i dzieje się tyle, że nawet absencja tytułowego bohatera upływa jakby niezauważalnie.
 
Ragman vol.2 nr 5 - finał brania się za łby z Golemem wypełnił większość tego epizodu. Znać przy tym, że w powierzonej mu roli Rory Reagan czuje się coraz pewniej. Dobrą formę wykazuje również rysownik tego przedsięwzięcia, tj. Pat Broderick. Trudno jednak byłoby spodziewać się, że Ragman przekona do siebie liczna publikę. Choćby z racji archaicznego wizerunku było to wówczas de facto niewykonalne.
 
Marvel Origins t.20: Thor 4 - ten tom to wprost wyżyny osiągnięte przez twórców wczesnego Marvela. Znać że konwencja w tym czasie bujnie ewoluowała, a Jack Kirby wpadał na rozwiązania stylistyczne bezprecedensowe i ścinające z nóg. Nic dziwnego że ówcześni czytelnicy byli wówczas wręcz oszołomieni. Ponadto kontynuowane w tym tomie ,,Opowieści z Asgardu” niezmiennie cieszą i wciągają. Krótko pisząc: fantastyczna podróż w równie fantastyczną przeszłość superbohaterskiej konwencji.

Opowieści Grabarza: O zupie - kolejna wizyta w surrealistycznym uniwersum Grabarza Józefa, tym razem poprzez krótkie formy koncentrujące się właśnie na tytułowej potrawie. Dzieje się sporo i z rozmysłem, a przy tym w znanej z poprzednich epizodów formie stylistycznej. Świetnie, że ta seria się rozwija i jest kontynuowana.
 
Dr Jekyll & Mr Hyde – w moim rankingu niniejsza pozycja to jedna z najbardziej udanych komiksowych realizacji okresu PRL. Po jej kolejnej lekturze, tym razem w reedycji Wydawnictwa Kurc, podtrzymuję to przekonanie. Nieprzypadkowo, bo ta inicjatywa twórcza to kumulacja talentów trzech mistrzów prowadzenia narracji: Stefana Weinfelda, Marka Szyszki i oczywiście Roberta Lousia Stevensona. Żałuję tylko, że w tym wydaniu nie zawarto również krótkiej wersji tej adaptacji, zamieszczonej w swoim czasie w „zbiorówce” „Ogień nad Tajgą”. Ogólnie jednak bardzo dobrze się stało, że doczekaliśmy się wznowienia tego tytułu, który pomimo kilku dekad od jego pierwotnej prezentacji, nadal świetnie się broni.
 
Ixbunieta t. 1 – ten z kolei tytuł śmiało uznać można za jedno z najlepszych komiksowych osiągnięć powstałych na polskim gruncie od zarania prezentacji tego typu utworów. W wymiarze fabularnym każdy składnik tej opowieści znajduje się na właściwym sobie miejscu. Wizualnie rzecz wręcz urzeka, przez co w uznaniu tego aspektu tej pozycji jako wykonanego po mistrzowsku nie ma ani grama przesady. „Ixbunieta” z powodzeniem mogłaby odnaleźć się wśród kanonicznych prac najbardziej cenionych wirtuozów komiksowego medium. Zdecydowanie warto dać tej propozycji wydawniczej szansę, bo takie twórcze wyczyny nie przytrafiają się zbyt często.
 
Ragman vol.2 nr 7 - oczyszczania Gotham z szumowin na które Batmanowi zabrakło mocy przerobowych ciąg dalszy. Do tego skutecznie i przy wprawnym ujmowaniu w kadr tego procesu przez jak zawsze skrupulatnego Pata Brodericka. Niemniej bezpośrednia interakcja z Mrocznym Rycerzem jest rzecz jasna nieunikniona. Ogólnie im dalej tym lepiej i aż szkoda, że już niebawem finał tej opowieści.
 
The Fury of Firestorm nr 43 – Typhoon powraca i nie zamierza brać jeńców? Nie tym razem. Wygląda bowiem na to, że żywiołak wichrów ma nieco odmienne plany niż wpisywać się w dobrze znany schemat złoczyńcy miotającego się w rewanżystowskim amoku. Bedzie okazja przekonać się, co z tego wyniknie przy okazji lektury kolejnego epizodu tej serii.
 
Moon Knight - rzecz tak boleśnie przeciętna, że aż nie sposób uwierzyć iż za scenariusz tej opowieści odpowiadał Brian Michael Bendis, ten sam autor, który w swoim czasie wręcz oszałamiał jakością swoich scenariuszy do takich serii jak ,,Daredevil vol.2” i ,,Alias: Jessica Jones". Można zaryzykować twierdzenie, że właśnie Mark Spector (tj. alter ego tytułowego bohatera) miał być prowadzony w zbliżony sposób jak przy okazji perypetii Jessici Jones. Brak tu jednak polotu charakterystycznego dla wczesnych przygód tej dziewoi, rozbrajających monologów i w równym stopniu intrygujących dialogów. Szkoda, bo autorzy wydanych wcześniej tytułów z udziałem Moon Knighta (w tym zwłaszcza Warren Ellis) wykazali, że to postać ze znacznym potencjałem fabularnym.

Jedną nogą w grobie - przypomnienie tego komiksu, niegdyś opublikowanego w magazynie ,,Templum Novum" to był dobry pomysł. Tym bardziej, że wśród pochłaniaczy historyjek obrazkowych inicjatywa ta pozostawała szerzej nieznana. Ponadto perypetie przedstawicieli Narodowych Sił Zbrojnych to w kulturze popularnej niezbyt częste zjawisko. Tymczasem autorskie Trio zaproponowało żywiołowa i zarazem momentami dowcipną opowieść przybliżającą losy bojowników właśnie tej formacji. A co najważniejsze uczynili to z polotem i warsztatową sprawnością.   

Bohaterowie i Złoczyńcy t.58. Ptaki Nocy: Na skrzydłach - trzecie spotkanie z Barbarą i Dinah nie zawodzi. Trudno się temu dziwić skoro także tym razem za fabuły z ich udziałem odpowiadał znany z lekkości pióra Chuck Dixon. ,,Na skrzydłach” to tzw. rozrywkowiec w każdym calu, toteż śledzenie kolejnych zadań, których podjęły się miłe panie przebiega w błyskawicznym tempie. Dobrze się stało, że władze zwierzchnie DC Comics napierały na Dixona by zajął się tą inicjatywą, pomimo jego początkowego braku w nim ku temu przekonania. Mam nadzieję, że coś jeszcze w kontekście ,,Ptaków Nocy" w tej kolekcji uświadczymy.

Kapitan Zbik: Tajemnicze światło
- jeszcze jedna po tzw. trylogii harcerskiej historia mocno zaangażowanych społecznie PRL-owskich dzieciaków, tym razem na tle nowatorsko poczynających sobie kłusowników. Przy okazji w mało subtelny sposób obsztorcowano tzw. prywaciarzy oraz ujęto w kadr sugerowany wzorzec przestrzeni zamieszkiwanej przez modelowego leśniczego okresu pierwszej komuny. Wykonanie warstwy plastycznej autorstwa Jerzego Wróblewskiego jak zwykle bez zarzutu. Dzięki temu przeładowanie tekstem nie razi aż tak mocno.

Ragman vol.2 nr 8 - Batman ewidentnie wykazuje ambicje do kontrolowania wszystkiego i wszystkich, w tym zwłaszcza w swoim rodzinnym mieście. Nie mógł zatem pozostać obojętnym wobec intensyfikującej się aktywności Ragmana. Stąd konfrontacja między wspomnianymi była nieunikniona i o tym w dużej mierze traktuje niniejsza, finalna odsłona tej inicjatywy twórczej. Szkoda, że nie powstała ona kilka lat wcześniej, bo zapewne byłyby widoki na jej kontynuacje w pełnowymiarowej serii (choć zapewne nie szczególnie żywotnej). Na etapie 1992 r. nie było na to niestety szansy, bo inny już typ bohaterów opanował serca i umysły ówczesnych czytelników.
 
The Fury of Firestorm nr 44 - Rafael Kayanan (tj. etatowy rysownik tej serii) wprost przechodzi samego siebie. Znać co prawda pewne mankamenty warsztatowe rzeczonego np. w sposobie ujmowania fizjonomii portretowanych przezeń postaci. Niemniej odwaga (by nie rzec, że brawura) w komponowaniu zawartości kadrów w pełni je rekompensuje. Tym bardziej szkoda, że wraz z tym epizodem ten zdolny plastyk opuszcza ,,pokład” miesięcznika ,,The Fury...". W wymiarze fabularnym seria nadal rozwija się płynnie i przynajmniej jak dla mnie satysfakcjonująco.

Offline herman

Odp: Bo chodzi o to, żeby plusy nie przesłaniały nam minusów - sezon drugi
« Odpowiedź #584 dnia: So, 04 Listopad 2023, 10:30:19 »
Małe podsumowanie października.
Zdecydowanie najbardziej intensywny miesiąc w tym roku. No cóż, przyszła jesień to i nastąpiło odbicie w statystykach po dość mało pod tym względem urodzajnych miesiącach letnich. W październiku przeczytałem 30 albumów, acz sporo tam było Thorgali, która mają przecież po 48 stron więc trochę zamydlają obraz.

Będąc bardzo dokładnym, to aż 21 pozycji z tych 30 to były Thorgale. Sam aż się zdziwiłem, że tak dużo, ale kilka dni chorobowego i odkrycie biblioteki z pokaźnym zbiorem komiksów zrobiło swoje.
Zanim wyłonię najlepsze i najgorsze komiksy miesiąca to chyba ta "przygoda" z Thorgalem zasługuje na osobny akapit.

Miesiąc zacząłem od albumu, który śmiało mogę wpisać do osobistego "top 3" tej serii. Mowa o "Władcy gór", w którym jest bardzo fajnie użyty paradoks czasowy, mamy ciekawe postaci, a rysunkowo to wciąż dobry okres serii. Podobnie wysoko (7/10) oceniam "Wilczycę" i z lekkim naciągnięciem "Piętno wygnańców". Natomiast w tych okolicach seria zaczyna jak dla mnie zaliczać już wyraźny spadek. Lepsze albumy przeplatane są już przeciętnymi, ale przychodzi też album jak dla mnie fatalny - "Królestwo pod piaskiem" - który jest dla mnie kamieniem milowym. Zwyczajnie po tym albumie jest już bardzo słabo. Jest jeszcze chwilowa zwyżka formy ("Barbarzyńca" i "Kriss de Valnor"), ale wraz z odejściem Van Hamma i przejściem Rosińskiego na malowanie następuje równia pochyła. Dobrnąłem do ostatniego odcinka rysowanego przez Rosińskiego ("Aniel") i te ostatnie kilka albumów to była lekka trauma ("Aniela" i "Szkarłatny ogień" oceniam na 2/10). Rozumiem, że krowę trzeba doić jak daje mleko, ale tej serii ktoś ewidentnie na pewnym etapie zrobił wielką krzywdę.

Thorgal był w komiksowe analizowany setki razy od lewa do prawa.
Ja liznąłem serii za dzieciaka w latach 90tych, ale nie stała się wtedy dla mnie jakąś fascynacją. Lekko odbiłem się też od niej kilka lat temu, kiedy to chciałem przeczytać całość, ale nie przekonałem się do pierwszych albumów, które z dzisiejszej perspektywy wydały mi się lekko naiwne. Ciesze się jednak, że udało mi się wypożyczyć i przeczytać jej kluczową część.
Nie będę oryginalny. Seria zdecydowanie najlepiej broni się dla mnie swoimi "wczesnymi środkowymi" albumami (dla mnie tak od 8 do 16) z pojedynczymi niezłymi w kolejnym rzucie. O ile początek serii ma scenariusze lżejsze, bardziej baśniowe z dzisiejszej perspektywy, to ma to jakiś swój urok i może się podobać. Jednak im dalej w las tym gorzej, a końcówka to niestety jak dla mnie upadek.
Ja na tomie 36 kończę swoją przygodę z Thorgalem. Zwyczajnie nic mnie już nie zachęca do brnięcia w tą historię. Fabularnie od dawna widać, że wydawca nie ma pomysłu jak to zakończyć, kolejne wątki to odgrzewane kotlety, czy lepie wręcz napisać - wykopywanie trupów z grobów. Może kiedyś sięgnę po cykl poboczny "Kriss de Valnor", bo to dla mnie zdecydowanie najciekawsza postać tej sagi.

Komiks miesiąca: "Republika czaszki" (8/10)
Dość klasyczna opowieść o piratach. Nie ma w tym komiksie nic wybitnego, ale... jest bardzo dobry pod każdym względem, a to rzadkość w komiksie o tej tematyce. Opowieść mimo, że momentami przewidywalna potrafi zaskoczyć, czyta się to z dużym zainteresowaniem i chętnie przewraca kolejne kartki, aby poznać dalsze losy bohaterów. Ci są w większości fajnie napisani i budzą nasze emocje. Dialogi są w porządku, komiks nie jest przegadany. Ilustracyjnie pełna profeska - zarówno postaci (ok, czasem jest dziwaczna mimika, ale to chyba celowy zabieg) jak i szersze plany dają radę, szczególnie te z okrętami na pełnym morzu. Jeśli lubicie gatunek - to zdecydowanie warto.

Wyróżnienia miesiąca:
Wspomnianych kilka albumów Thorgala, które należą do topu tej serii - "Władca gór", "Wilczyca", "Piętno wygnańców" czy "Kriss de Valnor" (wszystkie mniej lub bardziej zasłużone 7/10).

Podobał mi się też "Fotograf" (7/10). Czaiłem się długo na ten komiks, ale ceny od kilku lat są zaporowe. Udało się wypożyczyć we wspomnianej bibliotece i w końcu poznać ten nietypowy album. Nietypowy, bo rysunki są tu przeplatane licznymi fotografiami. Tytułowy fotograf bierze udział w misji Lekarzy bez granic podczas wojny ZSRR z Afganistanem. To w pełni dokumentalny komiks, który momentami potrafi mocno wstrząsnąć czytelnikiem za pomocą bardzo mocnych zdjęć czy kilku drastycznych scen. In minus dla mnie momentami lekkie przeładowanie fotografiami i mimo wszystko lekkie dłużyzny w drugiej połowie komiksu. Odchudzenie o te 50 stron na pewno by temu dziełu nie zaszkodziło. Mimo wszystko bardzo polecam, w swojej kategorii bardzo dobra rzecz.

Lipa miesiąca: Wspominane dwie części Thorgala - "Aniel" i "Szkarłatny ogień". Wizualnie wygląda to już niestety bardzo słabo, fabularnie totalnie się rozlatuje łącząc odgrzewane kotlety z niezbyt logicznymi i mocno naciąganymi wydarzeniami.

Czytanie z dziećmi: (nowa kategoria). Z synem weszliśmy w rewelacyjną serią "Ariol". To taki współczesny mix "Mikołajka", "Ptysia i Billa" i jeszcze kilku innych rzeczy. Ariol to tytułowy osiołek, uczeń klasy złożonej z innych zwierzątek. Pojedyncze albumy składają się kilku osobnych historii. Śledzimy tu typowe perypetie dziecka ze wczesnych klas szkoły podstawowej - przygody w szkole, fascynację popkulturą, wakacyjne wyjazdy etc.
Co w tym więc fajnego? Świetny humor, który bawi zarówno dzieci, jak i dorosłych, bo komiks w bardzo umiejętny sposób żartuje sobie z jednych i drugich. Bardzo polecam, 7/10 (pierwsze dwa tomy, a trzeci to 8/10 - oczywiście w swojej kategorii wagowej).

Nie polecam za to "Młodego Ptysia i Billa" - lubimy starszą wersję. ale ta nowość dla młodszych dzieci to dla mnie nieelegancki skok na kasę. Komiks ma 20-kilka stron i jest to jeden rozwleczony short, który przeczytamy w kilka minut.