Strażniczka kluczy to zupa-krem zrobiona z resztek podczas rozmrażania lodówki. Zmiksowano tu bez ładu i składu wszystko co smakowało gdy było świeże (ale już nie jest), przy okazji zamieniając przygodę w slapstickową komedię - jest Strażniczka Kluczy (która z dostojnej boginki zaledwie lekko zaintrygowanej ludźmi przeobraziła się w smarkulę po nastoletniemu zadurzoną w największym nudziarzu Północy), Volsunga (ten ze szczwanego lisa zmienił się w tępaka, który z subtelnością niedżwiedzia zawala plan, którego zawalić się nie da), bezradnych i bezrozumnych Wikingów (wcześniej na zjawiska niezrozumiałe reagowali przynajmniej naturalną agresją, teraz próbują je przespać i rozchodzić), bierną Aaricię (której nie zastanawia radykalna zmiana w zachowaniu męża), Nidhogga (który z dostojnego bossa staje się podrzędnym złolem), skrzaty itd. W szale samokopiowania przemielono stare pomysły, motywy i kadry (wspinaczka z dna dołu po lodowej ścianie, ściana pochłaniająca człowieka itp.). Fabuła jest pretekstowa, wzorzec reakcji bohaterów nierealistyczny, a zakończenie idiotyczne. Rzeczy dzieją się bo dziać się muszą np. Volsung jest pilnowany (to zapewne najbardziej niebezpieczny wróg z jakim się ta zafajdana wiocha zetknęła), ale i tak bez niczyjej pomocy ucieka. Jak? Nieważne, musi uciec, bo jest nam potrzebny do śmisznego zakończenia.
I tak. Ja też dostrzegam pewne uproszczenie graficzne w stosunku do poprzednich albumów.