Ale co w tym dziwnego? W co drugiej albo i częściej (im nowsze rzecz) komiksowej serii masz na końcu cliffhanger czy coś podobnego. Jeśli tutaj powstają kolejne albumy po latach to ten moment był w miarę dobry, żeby zakończyć tą część.
No, cliffhanger ma sens, jeśli jest (albo ma być) następna część. Właśnie dlatego, że sam zakończeniem nie jest. Jeśli tutaj zakończenie jest dopisane po latach, to spoko. Ale nadal czytając ten tom, który składa się z zamkniętych historii, gdzie w środku tomu jest tylko połowa jakiejś opowieści, kompozycyjnie mi nie pasuje.
Wg mnie jeśli ropatrywać, że głównym wątkiem albumu był rozwój charakteru tej bohaterki to album jest domknięty
Można kontynuować najwyżej wątek poboczny czyli właśnie to starcie i jego konsekwencje dla świata przedstawionego.
Ale to są wątki na różnych poziomach, których według mnie nie powinno się traktować na zasadzie główny-poboczny. Na pierwszym poziomie jest po prostu fabuła, która się urywa. Równolegle ta fabuła mówi nam o zmianie podejścia bohaterki i to jest, powiedzmy, druga warstwa, drugie dno. W takim wypadku te dwa poziom po prostu by do siebie nie pasowały, zakładając, że ta historia jest kompletna. Albo inaczej - mogłyby pasować, gdyby właśnie zmiana nastawienia bohaterki była tym głównym poziomem i byłby to komiks skupiony na jej rozkminach i jakichś tam wewnętrznych przeżyciach. Ale tak nie jest, to jest komiks przygodowy, gdzie przygoda urywa się w połowie (bo, jak już się okazało we wcześniejszych wpisach to faktycznie nie jest zakończenie).