Kiedyś Pablo Hidalgo z Lucasfilm Story Group wrzucił coś takiego:
If you want, one way to square this circle is the history textbook version of events “persons X and Y where on planet B when A occurred” is the canon; a fictional expression of it is potentially dramatized and embellished for its medium. Your space mileage may vary.
Tak na prawdę dla większości historii to nie ma żadnego znaczenia - komiksy o Kananie, czy książka o Ahsoce to dalej niezła lektura.
Ja właśnie mam trochę inaczej, bo fajne przygody można znaleźć w wielu różnych uniwersach, ale to, co wyróżniało dawny wszechświat Star Wars i za co go tak lubiłem, to drobiazgowe starania oddanych twórców-fanów, żeby to wszystko do siebie logicznie pasowało, żeby opanować rozjeżdżające się wątki, żeby to jakoś grało.
Naprawdę doceniałem pisanie historii tego uniwersum na przestrzeni wielu tysięcy lat czy starania takich ludzi jak Abel G. Peña, który starannie dopinał niedopinalne fakty, wygładzał nierówności, ba - nawet znalazł sposób na wciśnięcie do kanonu wielu starych komiksów od Marvela. Albo tacy Ostrander i Duursema, którzy w 71. numerze serii
Republic wydanym w 2004 r. wyjaśnili nieścisłość z "Mrocznego Imperium" z 1992 r., mimo że nie musieli. Po prostu lubię takie drobiazgowe oddanie detalom w tworzeniu fikcyjnego świata - jak u Tolkiena czy u Dona Rosy.
I paradoksalnie kiedy SW wyszły na pierwszy plan po zakupie przez Disneya, jak dla mnie zaszkodziło to takiemu podejściu, bo nie było już czasu ani chęci, żeby tak drobiazgowo to doklepywać - nowe kierownictwo chciało przede wszystkim naprodukować jak najwięcej contentu, a przeciętny scenarzysta i redaktor już nie byli dłużej fanatycznymi znawcami uniwersum i jego historii. Jasne, Disney ma pełne prawo mówić "Dobra historia jest ważniejsza niż spójność", no ale mnie osobiście po prostu takie podejście mniej się podoba, bo można pisać dobre historie
i zachowywać spójność - trzeba tylko trochę bardziej się przyłożyć i włożyć w to więcej czasu i wysiłku.
Pamiętam, że jedną z nut narracji po przejęciu SW przez nowe szefostwo było: "w starych SW były jakieś poziomy kanonu i inne sprawy, ale my to uporządkujemy, będzie łatwiej i w ogóle". No niestety potem dość szybko się okazało, że to pic na wodę - a w dodatku w przeciwieństwie do starego kanonu nie ma już za dużo chętnych do łatania dziur fabularnych. Z różnych rozbieżności w NK oprócz wymienionej wyżej sprawy w "Kananie" przychodzi mi do głowy:
- W adaptacji książkowej "Przebudzenia Mocy" Poe spotyka Rey i się poznają... po czym w "Ostatnim Jedi" znowu się spotykają po raz pierwszy, więc Disney ogłosił, że cała zawartość adaptacji, której nie ma w filmach, jest niekanoniczna.
- W pierwszym tomie nowych "Łowców nagród" doktor Aphra spotyka Bosska po raz pierwszy, mimo że w dziejącej się wcześniej serii "Darth Vader" Gillena znali się i współpracowali przy skoku.
- Ślub i wesele Snapa Wexleya i Karé Kun z Ruchu Oporu są przedstawione na dwa sposoby w dwóch różnych źródłach - choć może to i dobrze, bo w pierwszej wersji wszyscy goście weselni dostali w środku uroczystości niekontrolowanego ataku pierdzenia wskutek spożycia dziwnego budyniu...
- Story arc "Płonące wody"/"Burning Waters" o pacyfikacji Mon Calamar z komiksu "Darth Vader" Soule'a miał sporo problemów z chronologią - Tarkin nosi w nim tytuł, który w podanym czasie jeszcze nie istniał, jedna z postaci żyje, choć w innej książce zginęła dwa lata wcześniej. Potem poprawili to w nowych edycjach, ale przez zmianę daty wyszło, że rok po upadku Republiki Imperium miało już takie gwiezdne niszczyciele i myśliwce TIE, jak widać w "Nowej nadziei".