"Zawsze myślałeś, że bycie Spider-Manem jakoś naprawi sytuację. Ale nie przywrócisz mu życia, Peter, nieważne jak bardzo będziesz próbował." Było sobie życie, był sobie człowiek, był sobie scenarzysta Paul Jenkins. Na początku lat dwutysięcznych, Jenkins (wraz z pokaźną częścią ekipy Vertigo z DC) zwabiony przez Axela Alonso (na zlecenie Quesady i Jemasa - znanych też jako Quemas) rozpoczął pracę dla Marvela nad serią "Peter Parker: Spider-Man".
Komiksy o Pająku słabowały wówczas mocno, pod rządami trudnoczytalnego Howarda Mackie. Mackie prowadził dwa flagowe tytuły, niczym dwa Titanic'i. Nastało Quemas - Mackie szybko został upłynniony, "Amazing Spider-Man" trafiło pod opiekę J.M. Straczynskiego, a "Peter Parker" do Paula. Słupki sprzedaży poszły w górę, a i jakościowo mocno się poprawiło. Jenkins - jak sam przyznawał - nie lubił pisać pod tradepaperback'i (czyli historii na pięć/sześć zeszytów), wolał one-shoty. I trzeba przyznać, że właśnie w tym zakresie zrobił najlepszą robotę.
Spidey to nie Batman, Punisher, ani nawet Daredevil, który też się rozczula, ale jednak trzyma fason. Spidey lubi sobie popłakać. No i u Jenkinsa łzy roni, ale ma to wszystko jakiś sens. Nie da się ukryć, że poza akcją Paul postawił na sentymentalizm.
"Peter Parker: Spider-Man" # 33 (nie mogę podać tytułu opowieści bo zepsułbym efekt zamierzony przez scenarzystę). Peter wspomina pierwszą wyprawę z wujkiem Benem na mecz baseballa, aby kibicować Metsom. I następne, przez kolejne lata, gdy Metsi mieli wygrać, a kończyło się jak zwykle. Dorastanie chłopca/starzenie się mężczyzny i powolne rozchodzenie się ich dróg. Klimat "Cudownych lat" po całości i przezabawna scena z maskotką Metsów (Jenkins ma wyczucie do odjechanych dowcipów - wiadomo: Angol). Może nie uronicie łzy, ale jeżeli - czytając ten komiks - nie zamyślicie się chwilę nad relacją ojciec-syn, to serce Wasze z kamienia.
"Peter Parker: Spider-Man" # 50 ("And here, my troubles begin..."). Seria rozmów Petera z ciotką May, która ledwo co dowiedziała się, że jej "syn" to Spider-Man. Sentymentalizm dialogów przeplatający się z humorem pierwszej wody, a to wszystko wymieszane z wojną Hammerheada z konkurencją (w tym polską mafią przemycającą wódkę z ziemniaków!

), którą Pająk próbuje zakończyć. Mistrzowski kadr ze Spidey'em przesłuchującym jamajskiego gangstera. I fenomenalny finał - sto procent Pająka w Pająku.
"Spectacular Spider-Man" # 27 ("The Final curtain"). W międzyczasie Marvel zamknął serię "PP: S-M" i otworzył w to miejsce nową odsłonę "Spectaculara" (kilka początkowych zeszytów tej serii dostaliśmy w Polsce od Dobrego Komiksu). Zeszyt 27 zakończył ten run i jest Jenkinsowym listem miłosnym do postaci Petera Parkera/Spider-Mana. Rysownik Mark Buckingham zastosował tu różne style (w tym jeden szczególnie ceniony na forum KOMIKSpec, co pokazało 10/10

) i opowieść ta to emocjonalna petarda, aż do ostatniego kadru. Nie wiem, na ile Jenkins był tu szczery i czy niecnie nie zagrał na sentymentalizmie czytelnika (u dobrego fachury nie rozróżnisz), ale - no cóż - dał radę. Gwarantuję, że nie trzeba być facetem nowego wspaniałego świata, żeby po skończonej lekturze tego zeszytu nie odchrząknąć. Bo coś dziwnie drapie w gardle.