Niestety, można zauważyć, że czasami wydawnictwa komiksowe stają się zakładnikiem tych co "limitki" i "handelek".
Oj tak, pamiętam jak dziś. Gorąca noc zeszłego lata, taka, co to człowiekowi do głowy przychodzą różne dziwne pomysły. Zwłaszcza jak od paru dni nie czytał dobrego komiksu. Pomyślałem, że sobie coś pooglądam. Dostałem cynk od kumpla, też wojerysty, że ma namiar na mieszkanko z plakatem Madonny. Brzmiało dobrze, więc pognałem tam w te pędy jak forumowicze na stronę sklepu z promocją -50%. Niestety, okazało się, że to nie plakat Madonny, a Maradony, a w pokoju siedział facet akurat nie w moim typie (jak zresztą każdy facet). Już myślałem, że noc stracona, ale - nie uwierzycie - facetem okazał się pewien wydawca komiksowy! I akurat wtedy planował strategię biznesową na wydanie komiksu. A że myślał, to znaczy mówił głośno i miał uchylone okno, to słyszałem wszystko prawie tak dobrze jak w polskim filmie. Myślicie pewnie, że to łatwa sprawa wydać komiks, nie? A tu trzeba wziąć pod uwagę sporo zmiennych. Na szczęście facet wydawał nie od dziś i tego autora też, więc opracował tak dobry plan, że gdyby to był (nie)dawny głównodowodzący Egmontu, to za taki plan dostałby pochwały na forum nawet od swojego największego internetowego stalkera. Strategia była tak dobra, że na luzie za komiksy chwyciliby ludzie, którzy historie obrazkowe mają tam, gdzie ja operę, a sprzedaż komiksów poszybowałaby w górę tak, że małe księgarnie nie potrzebowałyby już ustawy o jednolitej cenie książki. Niestety, to nie był komiks dla dzieci z gwarantowanym dobrym zakończeniem, ale raczej Obcy - Labirynt. Nagle nie wiadomo skąd jak post na FB od Sideki pojawiło się kilku dziwnych koleżków. Nic nie mówili, jeden tylko wyjął pakunek z walizki i chyba z pięć minut zdejmował folię bąbelkową. Spod folii zabłyszczała Saria w okładce limitowanej B. W fabrycznej folii! Wszystko było już jasne, zanim jeszcze drugi gość pokazał na laptopie swoje konto na Allegro z tytułem Super Sprzedawcy. Trzeci po prostu uśmiechał się szyderczo, a jego wyraz twarzy mógłby robić za model uśmiechu superzłoczyńcy w Sèvres. Nastrój grozy dopełniało jego brudne i poszarpane ubranie - widać było, że za unikatami przewertował niejedną piwnicę. Zamarłem. Chciałem wiać, ale zamarłem. To byli profesjonaliści. Pewnie o nich słyszeliście. Spekulanci, skalperzy, resellerzy, cwaniacy, kombinatorzy. Właśnie tak na nich mówią, ale tylko ci, którzy nie używają brzydkich wyrazów. Nagle się zaczęło. Wydawca próbował się bronić, mówił, że w młodości czytał Kapitana Żbika. Ale oni byli lepsi. Pilot Śmigłowca, Yans, znali nawet Spider-Mana. A kiedy jeden wspomniał o Domanie, było już prawie po wszystkim. Gdy powiedzieli, że zdradzą w Polsacie, że czyta komiksy, facet się złamał jak róg komiksowej cegły za 250 zł dostarczanej Pocztą Polską w kopercie bez bąbelków. Stało się. Porwali go. Resztę już znacie. Jakaś dodatkowa wersja czarna-biała. Nie specjalna. Limitowana. Do dzisiaj wypuszczają faceta tylko na konwenty albo na komentowanie meczów. Chora akcja, bez kitu.
Możecie mi nie wierzyć, spoko. Ale może pamiętacie jak jeden wydawca miał dodać książeczkę do jakiegoś komiksu czy jakoś tak i nic z tego nie wyszło? Do dziś niewielu zna prawdę. A to byli ci sami goście. Zgarnęli cały nakład. Tam wydawca był jeszcze twardszy. Ale kiedy pokazali mu jakieś zdjęcia, to zaczął bredzić, żeby mu posadzili orchidee. Ponoć mieli fotki, jak na konwencie je torcik plastikowym widelcem. Sami widzicie, że są bezwzględni.
O 444 numerze KŚK już nie napiszę. Lepiej nie wiedzieć. Już i tak napisałem za dużo.