"Hoka Hey"? Co to znaczy?
To znaczy po prostu "naprzód!".
Nie liczy się znaczenie, tylko to, co wywołuje, siła, jaką nam daje!
Hoka Hey!!!Wydawnictwo Lost in Time zaproponowało nam dwie mocne zapowiedzi w obecnym miesiącu. Hoka Hey! oraz Łupieżcy Imperiów. Nie mogłem sobie odmówić okazji i obie pozycje wylądowały dzisiaj na moim biurku. Na pierwszy ogień poszła opowieść o młodym chłopcu wychowanym przez pastora oraz Małym Nożu i jego oryginalnej paczce przyjaciół.
Na początku lojalnie uprzedzę, tytuł spełnił moje oczekiwania. Wiele się po nim spodziewałem, nie zawiodłem się w ani jednym procencie. Jak zawsze zacznę od oceny scenariusza. Historia jest dynamiczna, krwawa i pełna zemsty. Bohaterowie nie mogą pozwolić sobie nawet na chwilę beztroski, ponieważ cały czas gdzieś tam w oddali czyha zagrożenie. Na szczęście, my widzowie i czytelnicy możemy delektować się przy tym obrazami dzikiej natury oraz otwartych na wiele kilometrów przestrzeni. Neyef z gracją i wprawą przedstawia poszczególnych bohaterów, każda jednostka jest na tyle charakterystyczna, iż bardzo szybko zyskuje naszą sympatię. Świat przedstawiony jest mocno uproszczony, albo zostajesz łowcą i decydujesz o swoim losie, albo szybko zostaniesz pożarty przez silniejszego od siebie. W historii nie brakuje udanych i zarazem smutnych (w większości) twistów fabularnych, natomiast muszę przyznać rację @Raveonettes i jego obserwacji z piątku. Pozwolę sobie zacytować.
Aha, i jest jeszcze jeden moment w scenariuszu, który jest tak absurdalny i wyzbyty w jakiegokolwiek sensu, że dla mnie jest nie do przyjęcia (strony 96-99).
Po prostu nie mogę się nie zgodzić. Neyef w tym konkretnym przypadku przeszarżował. Być może chciał ukazać dramaturgię, finalnie jednak scena wypada nieprawdopodobnie i niezwykle naiwnie. To mocny zarzut, ponieważ to jeden z kluczowych momentów dla fabuły. Oczywiście nie będę pisał o szczegółach, ponieważ to absolutna premiera, także nawet delikatny spojler mógłby popsuć Wam odbiór komiksu.
Pomijając ten jeden, niefortunny incydent, Hoka Hey! broni się na każdej płaszczyźnie. Graficznie jest po prostu przepięknie. Chciałbym zwrócić uwagę na dwie kwestie. Po pierwsze to wspomniane krajobrazy. W komiksie jest ich pełno, a paleta barw przy nich to istny majstersztyk. Od błękitu nieba, ciemnych, czarnych burzowych chmur po leniwie opadające czerwone niczym krew promienie słońca. Zakochiwałem się w tych kadrach, czyniąc chwilę wytchnienia podczas lektury. Druga sprawa. Mimika bohaterów. Szczerze? Komiks mógłby być niemy, a potrafilibyśmy odczytać wszystko. Gniew. Zdziwienie. Niedowierzanie. Smutek. Neyef osiągnął na tym polu szczyty.


Zakończenie zostawia czytelnika z uczuciem pustki, można odnieść wrażenie że nikt nie wygrywa, a każdy traci. Bez wyjątku. Czy jest ono spektakularne? Wyjątkowe. Trudno ocenić. Z pewnością szlaki bohaterów były utarte od początku, album spina się klamrą. Sceny z pierwszych kilkudziesięciu stron mają swój wydźwięk na końcu. Lektura była dla mnie przyjemnością, nie spodziewałem się że pochłonę ją na raz. A jednak, trudno było się od niej oderwać. To był dobrze spędzony czas. LiT wydało album, do którego będę powracał. A samo to definiuje komiks jako godny polecenia. Myślę, że zdecydowana większość czytelników będzie usatysfakcjonowana.
9/10