Jaki problem z feminatywami po wojnie, o co chodzi? Dla niezorientowanych: notujemy słownikowo (tu poproszę chętnie o pomoc @Koalara w celu weryfikacji) wybrane („dziwnie” brzmiące dziś) feminatywy przed wojną, np. nasza ulubiona /gościni/, a później już, po wojnie… jakby mniej. I teraz tak: nie, nie mam wiedzy, w jakim zakresie były one stosowane, w jakich grupach społecznych, czy może lokalnie, czy nie; zakładam, że skoro notują je te dawne słowniki, to jednak się pojawiały. Czy tylko w piśmie? Nie umiem odpowiedzieć na to pytanie; jak na razie, nie udało mi się dotrzeć do źródeł pokazujących, że było tak vs. inaczej. Komuś na tyle zależało, aby je wyrugować z języka polskiego, że współcześnie nie jesteśmy chyba nawet w stanie dokładnie odtworzyć, jak było przed wojną w jakich zakresach używania tych słów. Jeśli ktoś ma konkrety w tej kwestii, zapraszam.
To wygląda na jakąś propagandę, że przed wojną jakieś feminatywy były w użyciu, a potem ktoś tego zakazał czy działał w celu nieużywania form żeńskich. Brzmi fajnie - ludzie używali feminatywów, ale źli komuniści tak zadziałali (jak i po co?), że ludzie przestali ich używać, więc powinniśmy do nich wrócić. A tymczasem feminatywy cały czas były w użyciu i pojawiały się nowe. Przykładowo nikt nie wyrzucał z
SJP Doroszewskiego powstającego w latach 1958–1969 kojarzących się z czasami PRL-u wyrazów "
przodownica" czy "
przodowniczka". Ten sam słownik bodaj jako pierwszy SJP zanotował wyraz "
traktorzystka" (bo nie ma go w
Słowniku warszawskim wydanym w latach 1900–1927).
Co do notowania feminatywów w dawnych słownikach, to przy wyrazie "gościni" powoływano się na Słownik warszawski i
pisałem już, że w tym słowniku ten wyraz został oceniony jako gwarowy, a więc według twórcy hasła nie był powszechnie używany. Jeśli więc ktoś pisze w oparciu o zapis z tamtego słownika, że "gościni" była kiedyś w powszechnym użyciu, to albo manipuluje, albo nie rozumie notacji tego słownika. Słownik warszawski jest pod względem liczby notowanych haseł gigantem, ma ich ok. 280 tys. To ponad 2 razy więcej niż SJP Doroszewskiego. Wynika to z tego, że notowano tam bardzo wiele wyrazów gwarowych (regionalnych), rzadkich, przestarzałych czy dawnych. Nie ma w tym nic złego, trzeba jednak odczytywać te hasła w odpowiedni sposób. Zachęcam zresztą do rzucenia okiem na ten słownik, to naprawdę kopalnia dziwnych i ciekawych słów, które gdzieś tam kiedyś były używane w języku polskim. A wracając do tematu - w związku z tak szeroką notacją pojawiają się tam także różnego rodzaju rzadkie, gwarowe czy dawne feminatywy, które niekoniecznie były używane powszechnie w czasach tworzenia tego słownika.
Dawniej słowniki były tworzone w dużej mierze w oparciu o wiedzę i doświadczenie twórców, dziś mamy dużo lepsze narzędzia do badania języka. Można sobie poszukać na Google Books wyrazu "gościni" i w zasadzie jest jedno zdanie z tą formą sprzed 1945 r.:
"Nim ta zawiść dojrzała, nagle z pośrodka uczty zrywa się z największém przerażaniem powabna gościni; [...]"
To jest za mało, żeby mówić, że ten wyraz był kiedyś w powszechnym użyciu. Inne feminatywy można podobnie sprawdzać np. "prorokini" pojawiała się w dawnych książkach (i pojawia się dziś), trafiła do słowników już dawno i nikt jej z nich nie wyrzucał. Mogło się zdarzyć, że jakaś forma żeńska zniknęła na jakiś czas ze słowników z jakichś przyczyn, ale trzeba by znaleźć dużo powszechnie używanych feminatywów, które zostały usunięte, żeby mówić o jakimś rugowaniu tego typu wyrazów. A takie zjawisko nie miało miejsca.
Jest jednak coś takiego, że feminatywy dużo rzadziej pojawiały się w pewnych zawodach czy funkcjach uznawanych za prestiżowe (dawniej zdominowanych przez mężczyzn). Raczej powiemy pani doktor czy pani profesor, choć to oczywiście zależy od kontekstu. Nie wiem, jak można łatwo ocenić, w jakim stopniu to zostało jakoś narzucone przez jakieś środowiska (i w jakim celu?), a w jakim stopniu to naturalne zjawisko językowe, ale to jest rzeczywiście fakt.
Podobnie faktem jest, że słowniki miały duże braki w notacji form żeńskich. Przykładowo słowniki wyrazów obcych notowały tylko główne hasła, np. SWO PWN z 1995 ma hasło "szyici" jako 'odłam muzułmanów'. Dodatkowo na końcu hasła podaje: "w
lp - osoba tego wyznania". Czyli "szyita" (ale to już trzeba sobie samemu wykombinować). Może jednak również "szyitka"? Raczej nie. To znaczy oczywiście tak, ale w słowniku nie ma o tym żadnej wzmianki. W Wielkim SWO, kontynuatorze SWO z 1995, hasła są już lepiej opracowane. Mamy hasło "szyita", w którym "szyici" to znowu 'odłam muzułmanów', a "szyita" to 'członek tego odłamu'. Dodatkowo w tym haśle jest zanotowany przymiotnik "szyicki" (podobnie jak
w sieci). Cały czas jednak nikt nie znalazł miejsca dla biednej "szyitki". Tymczasem już pod hasłem "muzułmanin" ten sam słownik notuje formę żeńską "muzułmanka". Pytanie brzmi, dlaczego nie ma tam "szyitki"? Za mało miejsca, za rzadki wyraz, zorientowany użytkownik języka polskiego naturalnie utworzy formę żeńską "szyitka"? Nie wiadomo. Faktem jest jednak, że z jakichś przyczyn niektórych form żeńskich słowniki nie notowały. Przykładowe wyrazy, których długo nie było w żadnych słownikach: kanibalka, nominatka, sutenerka, psycholka, gwałcicielka, beneficjentka, manipulatorka, edytorka, lobbystka (akurat wyszło sporo negatywnych, ale to przypadek, starałem się wynaleźć takie, które są w miarę popularne). Przyczyny braku notacji mogą być różne - brak miejsca w słownikach papierowych, sposób notacji, nienadążanie za pojawiającymi się feminatywami, niedostrzeganie potrzeby notacji form żeńskich. I to dotyczy słowników w miarę współczesnych, czyli wydawanych po 1990 r., nie za komuny. Daleki więc byłbym od szukania przyczyn w jakichś tajnych siłach czy osobach, które działały przeciwko używaniu feminatywów. Używanie tego argumentu jest według mnie niepoważne i wygląda na manipulację, więc lepiej go unikać.