Ma ktoś z Was Relax Garuli numery 40. i ten nowy 41. i może napisać jaki jest ich poziom? Dużo zapychaczy z szuflad, które powinny w nich zostać? I czy Font dał radę? Jaki poziom prezentują komiksy Frazetty i Kuberta? A może jest tam jeszcze coś fajnego...
odpowiadam na raty, bo dopiero niedawno kupiłem nowego Garulaxa.
Ilość zapychaczy na podobnym poziomie, co wcześniej. ale jest jedna (dosyć) duża zmiana: objętość magazynu spadła (niczym masa lidlowego masła) o 1/10, więc nominalnie zapychaczy jest mniej, ale to nie jest przecież dobra wiadomość. Dlaczego nie jest? bo podejrzewam, że konkurencyjny LaBrumex w dobie wzrostu cen również będzie chciał ciąć koszty podobny sposób.
Pozostając przy odpowiedzi na pytanie, komiks Frazetty to jedna z jego wczesnych prac, zrealizowana w czasie, gdy rysował historyjki humorystyczne i proste jak cep - proto-westerny. Ten komiks w Garelaksie też taki jest, po prostu chyba nie sposób wymyślić jeszcze bardziej siermiężnej intrygi, równocześnie zaludniając ją wszelkiej maści niezbadanymi i krwiożerczymi "bestiami" czarnego lądu. Ale ciekawostka, bo całość, mimo swojej toporności i niewyszukania, wchłania się całkiem nieźle; być może to efekt oddziaływania takiej zgrzebnej fabuły z dawno nieużywanymi przez mój mózg "atawistycznymi" pierwotnymi połączeniami neuronowymi, a może po prostu solidna robota rzemieślnika złotej ery. Ciekawszym niż sam komiks Frazetty wydawać się może artykuł naszego Marszanda o samym autorze komiksu. Wiem, że połączenie słów "ciekawy" i "marszand" brzmi jak lapsus, ale cóż podobno posiłkował się on materiałami rodziny Frazetty, więc prócz jakichś drobnych błędów językowych czy rzeczowych (Romy Schneider w formie męskiej), możemy troszkę wzbogacić swoją wiedzę.
O Kubercie pisałem już kilka postów wcześniej, w #41 się już nie pojawia, za to mamy dokończenie nieznanego w PL komiksu Erno Zorada "Pompeje" i jednoczesne pytanie do czytelników, czy chcemy więcej tego typu oldskulowych węgierskich opowieści. Trudne i podchwytliwe pytanie. Na pewno nie chciałbym powtórek rzeczy już u nas znanych (tzn. nie mam nic przeciwko powtórkom jako takim, ale nie w magazynie, a raczej w tematycznej antologii), a obserwując bardzo słaby poziom "Pompei", jakoś nie bardzo mam chęć na więcej. No i właśnie dlatego powiedziałem, że pytanie podchwytliwe, bo co do zasady od czasu do czasu przeczytałbym jakąś wybraną DOBRĄ klasyczną opowieść, najchętniej wygrzebaną z dawnych magazynów frankofońskich, ale może być i węgierska czy jakakolwiek. Warunek jeden: ma być naprawdę DOBRA i wciągająca również współczesnego czytelnika, a nie tylko wielbiciela ramot.
Natomiast komiksy Fonta, a w szczególności Jon Rohner, są prawdziwą ozdobą wszystkich Grubalexów. To w mojej opinii komiks, który chyba najbardziej koresponduje z zawartością starych relaksów, no i w dodatku robi to w świetnym stylu. To znaczy absolutnie nie jest to dzieło wybitne (bo takowych też nie było w dawnych relaxach), ale te krótkie szorty, będące historiami opowiadanymi RL Stevensonowi przez naszego bohatera, oprócz tego, że całkiem zgrabne i fajniste, to w dodatku jakoś uderzają w nostalgiczne tony (np. Gucka i Rocha). Polecam, szkoda jedynie, że to w zasadzie jedyna pozycja Garulaxów, którą mógłbym z czystm sumieniem polecić.
Na uwagę, oprócz Fonta i artukułu o Frazetcie, bez wątpienia zasługuje również nowy komiks Gedeona "Joe Castellani", który ntym razem jest historią opowiedzianą nieco prościej niż wcześniejsze przeładowane treścią i formą (i w ten sposób chyba mniej czytelne) - "Opowieści z Arki". Tutaj również jest formalnie ciekawie, ale jakoś lżej, choć przecież opisane czasy i tematy wcale nielekkie. Nota bene, fakt że tym razem "opinia publiczna" nie zareagowała ostro na złowrogiego zeppelina ze swastyką na okładce, tuż obok Mućki i wielgachnego napisu "RELAX" powyżej, odczytuję jako swego rodzaju usprawiedliwienie dla mojej zdawałoby się nieco gruboskórnej wrażliwości (vide kontroweryjna niedoszła okładka konkurencyjnego Labrumexa). Tak, wiem, tym razem hakenkrojc malutki, a wiadomo, że rozmiar ma znaczenie itepe......
Mógłbym napisać, że cała reszta zawartości Grubalexów to jeden wielki wypełniacz, ale trochę słabo wrzucać do jednego worka (czasami) śmiesznego Skrzydlewskiego, czy też Mućkę oraz totalną amatorszczyznę w postaci (jednak coraz składniejszego) Łucznika, czy też kolorowanych glinkami Czcicieli żelaza. Nie chcę się pastwić nad słabiznami i mieliznami Garulexów, bo chyba nie ma już zanadto sensu: ten magazyn naprawdę emanuje amatorką (przez małe "a") od doboru komiksów, poprzez "artykuły", na wszelkiej maści błędach kończąc. Nadzieja, że jednak powstanie z niego cokolwiek przyzwoitego dawno obumarła.