Plusy wydań:
- rozpoznanie tematu komiksu przez tłumacza / korektora / wydawcę; czasami akcja komiksu jest osadzona w historycznych, czy kulturowych realiach i jeśli akurat na czymś się trochę znam i widzę, że stosowane jest właściwe słownictwo, czy dodane są jakieś przypisy, to wiem, że została wykonana tutaj praca. W jednym z numerów Zeszytów Komiksowych można poczytać o tym, jak to może wyglądać. Przykład negatywny, chociaż mały, ale rzucił mi się w oczy - we Władcach chmielu pojawia się termin Paris-Roubaix. Gdyby wydawnictwo wygooglało, to by wiedziało, że chodzi o wyścig kolarski, a w komiksie pojawia się (chyba, bo już mi się trochę zatarło), że jest to jakiś rajd.
- dodatki, które nawiązują do "otoczenia" komiksu. Nie mówię, żeby był to podręcznik historyczny, ale jakiś zgrabny artykuł rozszerzający temat, albo dający lepszy kontekst całej historii. Przykłady pozytywne - Świat mitów, Bibliomulica z Kordoby. Przykład negatywny - Indyjska włóczęga, gdzie komiks nawiązuje do pewnego obrazu, ale ja dowiedziałem się tego dopiero od oczytanej koleżanki. Szkoda, bo to byłby fajny bonus.
- tłumaczenie, które jest wierne oryginałowi, oddaje jego ducha, ale nie musi wcale być dosłowne. Tutaj trochę brakuje mi przykładów, bo znam tylko angielski i też względnie niewiele jest komiksów, które czytałem w oryginale i po polsku i jeszcze potrafiłbym wyłapać takie kwestie. Ale czasami w dyskusjach na forum temat się jakoś przewija. Nie mówię, żeby tworzyć eksperymenty na własną rękę, ale jeśli autor jakiś eksperyment zastosował i jest on trudny do przełożenia na polski, to doceniłbym jakąś próbę. Na tym uważam polega profesjonalne robienie przekładów. Taki przykład trochę negatywny - Prosto z piekła w oryginale jest napisany w specyficzny sposób. Okiem laika, to język albo naprawdę oddaje angielski z końca XIX wieku, albo jest na taki stylizowany. Ja to czytałem tak, że traktowałem tekst trochę jak zapis fonetyczny ze słownika, próbowałem wyobrazić sobie akcent brytyjski (no nie ma się co oszukiwać, amerykańska popkultura zastępuje, to co człowiek się nauczył kiedyś) i wtedy stawało się to wszystko jakoś zrozumiałe. W polskim przekładzie tego nie było. Trochę rozumiem, bo nie wiem, jak by to miało wyglądać. A może po prostu nie pamiętam już zbyt dobrze i zostało to trochę oddane stylem, szykiem czy jakimś słownictwem? Wtedy zwracam honor.
- okładki poszczególnych albumów / zeszytów przed tymi albumami / zeszytami
- numerowanie stron - wtedy mniej się boję, że mi się strony sklejają i coś pomijam
Minusy
- błędy, literówki itd. - ja czytam dość szybko, często wręcz przelatuję wzrokiem przez dymki, kadry, czy całe strony. Szczególnie tam, gdzie nie dzieje się nic kluczowego i wystarczy mi wyłapanie paru słów, żeby zrozumieć ogólny sens. W książkach też zdarza mi się tak robić. I jeśli ja znajdę literówki, urwane wyrazy itp. no to kaplica. Wiem, że to partactwo.
- techniczne niedociągnięcia - krzywe grzbiety, kiepskie klejenie, trzeszczące komiksy, za wąskie grzbiety, za szerokie grzbiety, niesymetryczne okładki (tylna innej wielkości niż przednia), niedopasowane do wielkości kartek. Ogólnie, gdy czuję, że z komiksem trzeba się obchodzić jak z jajkiem.
- organizacyjne niedociągnięcia, które przekładają się na różne babole - pomylone dymki, podzielone rozkładówki, niska jakość skanów - to wygląda, jakby nikt nawet nie kartkował komiksu. Żenada.
- przypisy na końcu komiksu - tak jak w ostatnich Pasażerach. Rozumiem, że w takim Prosto z piekła nie da się zrobić przypisów inaczej, ale w standardowych przypadkach to strasznie mnie wkurza. Wolałbym pod kadrem, albo na dole strony.
- kilkadziesiąt stron dodatków w postaci szkiców - dla mnie szkoda papieru, szczególnie gdy mówimy o jakimś amerykańskim czytadle. I ogólnie dodatki mam trochę w poważaniu, chyba że dotyczą elementów wspomnianych powyżej w plusach, albo zrobione z jajem jak w XIII
- wymyślanie większych formatów w komiksach, które na to po prostu nie zasługują. A4 jest wystarczający dla 95% komiksów, tak samo rozmiar deluxe w amerykańskich również jest w moim odczuciu nadużywany.
- stosowanie papieru innego niż w oryginalnym, pierwotnym wydaniu. Jeśli coś było tworzone 30-50 lat temu, to nie było robione na kredzie. I też nie powinno być teraz na kredzie wydawane. Nawet jeśli ingeruje się już w kolory (no czasem trzeba jednak trochę pomóc, jak materiały są już słabej jakości), to nadal można to robić z szacunkiem. Chociaż ostatnio miałem w rękach 2 komiksy, które zostały przeniesione na kredę (Ernie Pike i Drakula Mandioci) i mi się podobało. Oczywiście nie była to oczojebna kreda, a kolory też jakośtam stonowane.
- okładki, które trzeba dotykać w rękawiczkach. I też niektóre, które są wręcz nieprzyjemne w dotyku (NSC??). Ale też nie przepadam za takimi lakierowanymi na wysoki połysk.
- tłumaczenie napisów, które są częścią rysunku - wiem, że to są jakieś różne warstwy w plikach i chyba wolno to robić, ale no trochę zmienia to całą kompozycję i wymaga też umiejętności. Wolałbym zostawienie napisu w oryginale i tłumaczenie w formie przypisu.
- cena z przysłowiowej dupy
- różny wygląd poszczególnych tomów z serii - czasem jeden wyższy od reszty, napisy na grzbiecie w różnych miejscach
I chyba tyle.
Nie mam jakiś wielkich preferencji to miękkich / twardych okładek. Na pewno na twardo chciałem mieć to, co uważam za absolutnie wybitne i czasem wymieniałem takie tytuły. Kiedyś wydawało mi się, że większe formaty i grubsze komiksy wolę na twardo, ale mam Mroczne miasta i w sumie na miękko mi nie przeszkadza specjalnie. W miękkich mam też grubasy od Vertigo i zajmują mało miejsca, więc też jest to plus.
Kilka komiksów, które miałem ostatnio w rękach i które od razu czuć, że są zrobione z klasą:
- Bibliomulica z Kordoby - przyciąga oko i rękę od samego początku. Okładka, kolory, dodatki. Technicznie świetne wydanie, historia zresztą też
- Żeń-szeń - spasowanie okładki, jakość druku!!!, papier
- ogólnie komiksy z Mandioci - papier offsetowy jak w Piekle Dantego czy Don Kichota, ale też inne jak Drakula, Sherlock Holmes, czy Wilk morski. Tak, format czasami mógłby być mniejszy, ale to też nie dyskwalifikuje przecież
- Rusty Brown w oryginalnym wydaniu - mimo że mój egzemplarz ma nie do końca idealnie zrobione klejenie, to sam komiks jest tak solidnie zrobiony, że można by nim gwoździe wbijać (żart). Okładka gruba, papier sztywny, obwoluta z grubego papieru (mnie obwoluty nie przeszkadzają w niczym), świetne kolory, jakość druku, co się przydaje przy małych kadrach i literach