Abstrahując od zastrzeżeń co mojej opinii o „Nocy Świętego Bartłomieja” muszę przyznać, że także byłem zaskoczony stwierdzeniem jakoby zagadnienie sedna i kontekstu zaistnienia protestantyzmu było u nas czymś w rodzaju wiedzy powszechnej. Pomimo że w swojej ogólnej masie nasza nacja jest ponoć bardziej zainteresowana historią niż np. społeczeństwa tzw. zachodu, o tyle nie podzielam tak optymistycznej wizji rzeczywistości. Mało tego, jestem przekonany, że mniej lub bardziej świadomie karmi się nas niedomówieniami lub wręcz dezinformacjami, a to odczucie pogłębia się u mnie wprost proporcjonalnie do lektur opracowań historyków szwedzkich, angielskich i holenderskich, którzy o faktycznej naturze rewolucji protestanckiej piszą niekiedy do bólu szczerze (choć chyba też nie zawsze świadomie). Co do naszych realiów to przypomnę tylko, że przez co najmniej kilka roczników głównym podręcznikiem historii nowożytnej w szkołach średnich była praca Wojciecha Kriegseisena, prywatnie bodajże już post-luteranina. Rzecz ogólnie niezła, ale niestety w zakresie aktywności protestantów np. na ziemiach Rzeczypospolitej (vide kolaboracja z najeźdźcami w dobie potopu szwedzkiego oraz znaczący udział arian w doprowadzeniu do popisania traktatu w Radnot) operująca licznymi niedomówieniami tudzież w najlepszym razie eufemizmami. Stąd ja akurat zdziwiony nie jestem gdy stykam się w tym temacie z niewiedzą niż z wiedzą. A nie ukrywam, że chciałbym by ta sytuacja uległa jak najszybszej zmianie.