Mike Carey, Marcelo Frusin, Leonardo Manco i inni – "Hellblazer – tom 2"Sukcesywna lektura kolejnych odsłon "Hellblazera" stała się już dla mnie pewną oczywistością w mojej komiksowej przygodzie i mam nadzieję, że jeszcze jakiś czas nią pozostanie, bo materiału do wydania nadal jest sporo. Egmont właśnie skończył run Paula Jenkinsa, tymczasem ja jestem dalej na etapie Mike’a Careya, z którego drugim tomem niedawno się zaznajomiłem.
Poprzedni pozostawił mnie z dużymi nadziejami co do dalszego rozwoju wypadków, ponieważ zdawał się jedynie wstępem do większej całości, niestety pod tym względem poczułem lekki zawód. Zapoczątkowane wątki znajdują tu rozwiązanie już w pierwszej historii, co w kontraście do sporej podbudowy, którą stworzył autor, skończyło się poczuciem za szybkiej konkluzji. Sprawiło to, że finał opowieści o Czarnym Psie, na który bardzo liczyłem, wydał mi się rozczarowujący i odhaczony po łebkach, a ogólnemu wrażeniu nie pomógł styl Careya, który zakończył fabułę z nieco superbohaterskim zacięciem, co niekoniecznie podoba mi się w przypadku serii o Constantinie. To nadal solidna robota, ale rozegrana w trochę zbyt blockbusterowy sposób. Sądzę też, że pod kątem narracyjnym lepiej by zagrało, gdyby pierwsze 5 odcinków z tego zbioru trafiło jednak do poprzedniego, który w aktualnej formie zostawia czytelnika z cliffhangerem niepotrzebnie rozbudzającym oczekiwania. Nie podobały mi się także pewne szczegóły, jak bestia z czasów biblijnych opowiadająca o krakersach z serem i posługująca się silnie potocznym, współczesnym językiem – detal, ale czułem lekki zgrzyt. Natomiast jest to sam początek, a poza nim można wyodrębnić jeszcze trzy historie – samodzielne, choć z widocznym kolejnym większym wątkiem rozwijającym się w tle, co tym mocniej utwierdziło mnie w przekonaniu, że wolałbym inny podział zeszytów. Przechodząc jednak do samych komiksów, na szczęście zastrzeżenia zanikają wraz z rozwojem wypadków, a przyjemność z lektury wraca do poziomu z pierwszego tomu. Fabuły są sprawnie prowadzone, a scenariusze podtrzymują zainteresowanie i wzmagają chęć poznania dalszego ciągu.
Carey na pewno tworzy innego "Hellblazera" niż Delano czy Ennis, bo jego styl jest współcześniejszy, bardziej dynamiczny i ze wspomnianym blockbusterowym zacięciem. Zdarza się, że trochę mi to przeszkadza i w pewnych momentach wolałbym spokojniejsze prowadzenie akcji, ale koniec końców wszystkie te trzy runy lubię – Azzarello czy Ellisa stawiam jednak dalej. Mimo, że przygody Johna w wykonaniu Careya są pisane w inny sposób, paradoksalnie to właśnie ten autor mocniej nawiązuje do poprzedników, a w tym tomie będziemy mieli okazję powrócić do kilku bohaterów czy wątków zapoczątkowanych dużo wcześniej. Całość zostaje też ponownie silniej osadzona w świecie DC i choć oczywiście klasycznych superherosów tu nie spotkamy, tak już postacie wywodzące się z klimatów magii czy horroru mają tu swoją reprezentację, ale trzeba zaznaczyć, że to raczej powrót do korzeni "Hellblazera" niż jakaś rewolucja. Seria zalicza tu również następny jubileusz za sprawą zeszytu #200.
Za rysunki odpowiadają głównie dwaj twórcy. Marcelo Frusin to na tym etapie stary wyjadacz w cyklu, który miał okazję ilustrować już u Ellisa i Azzarello. Co do jego kreski mam ambiwalentne uczucia – raz mi się podoba, raz nie. Tutaj nie wypada źle, jednak nie mogłem odpędzić się od wrażenia, że jego plansze wydają się bardziej niedbałe niż w pierwszym tomie. Dosyć nijako prezentuje się również design bestii z początkowych zeszytów. Po sprawdzeniu wychodzi na to, że to ostatnie numery "Hellblazera" w jego wykonaniu, więc być może coś w tym jest – albo to ja szukam potwierdzenia dla swoich obserwacji. Aczkolwiek poprzednim razem na pewno bardziej podobały mi się jego prace. Kompletnym przeciwieństwem jest natomiast debiutujący na łamach serii Leonardo Manco, którego ilustracje wyglądają naprawdę atrakcyjnie. Realistyczny styl stanowi dobrą przeciwwagę dla nieco kreskówkowego Frusina, a kadry są klimatyczne i szczegółowe, lepiej też wychodzi mu obrazowanie wszelakich demonicznych bytów. Jego część prezentuje się zdecydowanie najlepiej i cieszę się, że będzie się jeszcze pojawiać. Gościnnie jeden odcinek rysuje także Chris Brunner – wypada przyzwoicie, ale pojawia się w nim pewien dysonans, bo jedna z postaci, która u Manco była czarnoskóra, tutaj wygląda na białą, co trochę wybiło mnie z immersji. Dziwne, zwłaszcza, że w obu przypadkach kolory nakładała ta sama osoba. Na chwilę pojawia się również Steve Dillon, a jego chyba przedstawiać nie trzeba.
Ogółem drugi tom Careya to takie połączenie starego z nowym, które co prawda można czytać niezależnie, jednak dobrze będzie znać przynajmniej zeszyty Delano. Nie jest to dla mnie żaden przełom w losach Constantine'a, ale na pewno rozrywkowa odsłona tego cyklu, która sprawnie przenosi go w nowe czasy, jednocześnie czerpiąc z dorobku poprzedników i umiejętnie grając na nostalgii. Całość ponownie kończy mocny cliffhanger – na horyzoncie jest jeszcze jeden zbiór tego autora, mam nadzieję, że tym razem rozwiązanie okaże się bardziej satysfakcjonujące, bo potencjał niewątpliwie jest. Póki co oceniam jako solidną część serii.
7/10.