Złota rura (Ottoich, wydane niezależnie) &
Promienie Xi (Zavka, wyd. Timof Comics)
---
Złota rura przeczytana niedługo po MFKiG. I w sumie tak pozytywnie mi weszło, że wracałam kilka razy, głównie dla rysunków (o tym za chwilę), ale też ze względu na edukację muzyczną Młodzieży (musiałam im puścić hiciory zawarte w komiksie – dziś już takiej muzyki się przecież nie robi

). Inna sprawa, że jak jestem zawalona robotą, to takie krótkie komiksy to jest chwila-moment – ewidentna przewaga zinów nad produkcjami po 200+ stron!
Ten komiks to jedna z takich typowych rzeczy
feel-good, które wręcz wchłaniamy „przez skórę”, a które poprawiają nastrój od razu po spożyciu. Prosta, wręcz banalna historyjka, ale z przyjemnym minitwistem, utrzymana w stylistyce uniwersum Dwóch Gwoździ, za to przywołująca z każdą stroną uśmiech na pyszczek

zatem mniej tajemnicza i mroczna, a dużo bardziej kolorowa i humorystyczna. Natomiast to, co wyróżnia tę króciutką spin-offową opowiastkę, to nowy styl rysunkowy Ottoicha. Wiadomo nie od dziś, że Otto rysuje tak brzydko, że aż przepięknie, ale w
Złotej rurze wydobywa z kolorów jakąś autentyczną magię. Dla zorientowanych: w tej samej stylistyce utrzymany jest jego nowy, nieopublikowany jeszcze komiks. I ogląda się to (i czyta) rewelacyjnie. No ale ja jestem pod tym względem skrzywiona – lubię tę technikę rysowania (grube flamastry, które troszku wyglądają miejscami jak akwarele), a poza tym lubię Otta i jego komiksy

co nie przekłada się za bardzo na obiektywność oceny

---
A dosłownie tuż przed GIKiem wchłonęłam na pełnej, na raz (a miałam tylko zobaczyć)
Promienie Xi Zavki. I potwierdzam, co już zapewne słyszeliście o tym komiksie: to jest bardzo dobry towar. Z jednej strony trip, jakich mało, fantastycznie zbilansowany na wielu płaszczyznach, taki „ogarnięty” trip, z drugiej produkcja, która pokazuje, jak przepięknie Zavka czuje nie tylko komiks jako komiks, ale w ogóle operowanie obrazem, kompozycją planszy, kolorami – mistrzostwo! To jest album, który się ogląda oprócz tego, że się go czyta

Ale od początku: mamy świat po jakiejś katastrofie, trochę postapo, trochę dystopia, trochę
near-future, ale specyficzny styl rysunkowy Zavki sprawia, że wchodzimy w tę rzeczywistość bardzo powoli. Wydaje się, jakby zagrożenie nie było aż tak wielkie, jakby ten świat jednak miał swój punkt stabilności, nie był aż taki zły. I to jest ten złudny moment, gdy pozwalamy, aby opowieść nas wciągnęła, a im dalej w las (dosłownie!), tym jest już tylko ciekawiej, bardziej zaskakująco, bardziej angażująco i przede wszystkim… niepokojąco, autentycznie niepokojąco.
Rozmawiałam przez chwilkę na GIKu z Przemkiem Skoczyńskim (który napisał bardzo pochlebną czytelniczą recenzję tego komiksu) i oboje się zgadzamy, że
Promienie Xi mają dość wysoki próg wejścia. Jak dla mnie: jeśli nie umiesz w inny komiks niż realistyczny, jeśli nie przemawiają do Ciebie symbole, jeśli geometria, symetria i podobne to nie Twoja bajka, to potencjalnie NIE JEST komiks dla Ciebie. Natomiast ja łykam ten zavkowy styl jak młody pelikan (nikt nie rysuje jak ta pani!), bo to jest wizualna uczta. A jednocześnie Zavka potrafi wykorzystywać komiksowe narzędzia narracyjne w genialny sposób, żeby budować atmosferę coraz większego niepokoju. I taki jest cały ten komiks. Po prostu niepokojący. Ale to jednocześnie taki destylat niepokoju. W trakcie lektury miałam cały czas wrażenie, że wiem tylko tyle, ile powinnam, żeby czuć się niekomfortowo, że każdy z wątków jest wytłumaczony tylko w takim stopniu, żebym mogła płynąć przez opowieść, nie zastanawiać się nad konstrukcją świata, po prostu chłonąć i nadal trwać w tym optimum niepokoju. To nie jest horror, to nie jest opowieść obyczajowa – to jest coś idealnie pomiędzy. Jest w tym komiksie mnóstwo wątków, które mówią o naszej kondycji jako gatunku, jest mnóstwo zakrzywionej ludzkiej percepcji (czy tamci źli na pewno są źli? a czym są mutacje i zmiany?), jest też zagubienie jednostki. A wszystko podane w sosie zwątpienia i niepewności głównej bohaterki, która po prostu najzwyczajniej… nie pamięta, ale bardzo chce sobie przypomnieć i wracają do niej skrawki, urywki. Jeśli przywołuje Wam to vibe
Memento, to jak najbardziej dobry kierunek (czasami lepiej pewnych rzeczy nie pamiętać). Ale u Zavki nic nie jest tak proste, jakby się wydawało. Wszystko miesza się ze wszystkim, a końcówka tylko dobitnie podkreśla, jak bardzo skrzywiona jest percepcja ludzkiego umysłu.
Miałam może ze dwa momenty w całym komiksie, gdy naszły mnie wątpliwości co do wiarygodności decyzji podejmowanych przez bohaterów. Oczywiście wszystko wyjaśniało się dalej, co uważam za jedną z fajniejszych narracyjnych „sztuczek”. Specyficzny sposób opowiadania u Zavki jest o tyle fajny, że nawet gdy pojawiał się głos z offu, w żaden sposób nie zaburzało to wrażenia, że to jest komiks z tych, gdzie czytelnik sam musi sobie poukładać, co widzi, ale Zavka – mistrzyni – podaje mu obrazy i emocje na tacy, ani razu nie miałam „na co ja patrzę?”, wszystko było wyraźne, konkretne, co przy jej uproszczonym stylu jest niesamowitym osiągnięciem. Ta opowieść jest przede wszystkim rysunkowa, mieści się i rozgrywa w rysunkach, a co ciekawe, kilka razy patrzyłam na te rysunki dłużej, nie mogłam na przykład oderwać oczu od kolorystycznej kompozycji całej planszy, a mimo to nie rwało mi to płynności samej opowieści. To również z rysunków płynie niepokój, z budowli, które tylko pozornie są idealnie geometryczne, z ułożenia kafelków na podłodze, ze wzorów na kanapie, to wszystko w jakiś niesamowity sposób podbudowuje samą historię. Piękne, naprawdę wyjątkowe.
Ale znowu: w dużej mierze pewnie nie jestem obiektywna, bo znam i bardzo cenię Zavkę jako osobę, lubię jej twórczość (to jest coś tak innego od wszystkiego innego

), a dodatkowo rozmawiałam z nią te kilka lat temu o tym konkretnie komiksie – był wówczas na etapie scenariusza; jakieś ciepło na serduszku się zrobiło, że imiona bohaterów się nie zmieniły, główny zarys fabuły jest podobny. Cieszy niezmiernie, że wyszła z tego tak dobra rzecz!
