Trochę się tego nazbierało, więc lecimy z tematem:
Czarna Orchidea - melancholijna opowieść o poszukiwaniu tożsamości. Graficznie piękna reinterpretacja tytułowej postaci, ale też gęsta od pretensjonalnych wynurzeń Gaimana. Dla fanów sandmanowskiej narracji całkiem smaczna, dla pozostałych może się dzisiaj okazać już nieco zakalcowata.
Labirynt - przejmująca, dobrze rozpisana i narysowana inspirująca historia o przyjaźni, z satysfakcjonującym (choć nieco przewidywalnym) twistem. Nie jest wybitna, ale bardzo prawdziwa i osobista, czuje się, że wynikła z odautorskiej potrzeby przekazania czegoś ważnego. Mi się podobało, chyba sobie zostawię.
Fungae - fajny wizualnie eksperyment formalny, który oferuje doświadczenie wręcz filmowe. Treści tu niewiele, ale w tle dość prostej fabuły możemy odszukać odniesienia bardzo uniwersalne, a świadomie kreowana atmosfera beznadziei mocno bije z kart komiksu. Można by się zastanawiać czy nie mamy tu przerostu formy nad treścią, ale generalnie jest bardzo dobrze - to solidny tytuł bez zauważalnych wad.
Wrzaskun 1-2 - no nie podobało mi się, a według wszelkich znaków na niebie i ziemi powinno. Rysunkowo fajnie, bohater ciekawy, ale komiks nie bardzo wie do kogo chce iść - dla starszych nastolatków i dorosłych jest zbyt infantylny, a wzajemnego okaleczania się (w stylu Happy Tree Friends) oraz opowieści o pieszczeniu księżniczek i wpychaniu im języków jest stanowczo za wiele nawet dla starszych dzieciaków. Crindżowe to było dla mnie doświadczenie i raczej poślę tytuł w świat niż zostawię dla potomnych.
Miasto - świetna pozycja, chociaż spodziewałem się solidnego średniaka. Epizodyczna formuła bardzo dobrze komponuje się z głównym założeniem opowieści, czyli wrzuceniem nieświadomego bohatera w obcą, chaotycznie zmieniającą się rzeczywistością, a wszystko to spięte sensowną fabularną klamrą. Do tego znakomite grafiki w czerni i bieli. Podobało mi się nawet bardziej niż Hombre.
Most Heksagon - tu mamy wyjściowy koncept nieco podobny do tytułu powyżej (protagonista eksploruje alternatywny, niestabilny świat), ale akcenty rozłożone są diametralnie inaczej - opowieść jest rozciągnięta w czasie i "rozwodniona", co przekłada się na znacząco niższy ładunek emocji towarzyszących lekturze. Do tak mało skondensowanej fabuły pasuje zastosowana subtelna kreska, lekka i przestrzenna kompozycja oraz pastelowe barwy, ale nie takie chyba było założenie twórców. Bez większej straty można by ten komiks zmieścić na połowie stron. Na plus zaliczam oprawę graficzną - nie wyrywa z butów, ale ma swój lekki styl, szczególnie podobało mi się umiejętne operowanie światłem, urzekła mnie też sekwencja obrazów, w którym postać z jednego rzuca cień na następny. Na pewno nie jest to lektura obowiązkowa, ale można dać jej szansę.
Przesilenie - niepozorna, ale bardzo przemyślana historia. Główna oś fabuły w postaci generycznego questu fantasy szybko okazuje się tylko fasadą do rzeczywistej wymowy komiksu, to jest opowieści o zmaganiach z wewnętrznymi przeciwnikami - obawami, ambicjami, niedopowiedzeniami, niską samooceną. W tym aspekcie lektura przypominała mi trochę "Lightfalla", ale w "Przesileniu" akcent na wewnętrzne przeżycia jest znacznie silniejszy i położony bardziej świadomie. Graficznie jest bardzo solidnie, bohaterów da się lubić, podobały mi się środki wyrazu czysto komiksowe, np. zasłaniające się nawzajem dymki, emocje wyrażane są bardziej obrazem niż gadaniną. Klejnocik - wartościowy i bardzo osobisty tytuł, z potencjałem na wielokrotną lekturę.
Głębia 1-5 - długo się zbierałem, podchodziłem na dwa razy, ale jak już weszło to mocno. Trzeba przywyknąć do specyficznej kreski - miejscami znakomitej, miejscami szkicowej, a kiedy indziej wręcz karykaturalnej (nienaturalnie porozciągane twarze, które wyglądają okropnie). Jest to nienatrętnie feministyczna (praktycznie wszystkie ważne, silne i wartościowe postacie to kobiety) opowieść o nadziei, która jest tutaj odmieniana przez wszystkie przypadki. Konstrukcja fabularna jest rozbudowana i bardzo dynamiczna, ale liniowa i przebiega według schematu: bohaterowie mają problem -> prawie rozwiązują problem -> niespodziewana katastrofa, wszyscy prawie giną, ale nikt naprawdę -> prawie rozwiązują problem -> kolejna katastrofa itd. W czasie tej gonitwy zapadającym się fabularnym korytarzem bez przerwy snują filozoficzne rozważania o nadziei. Ba! Posiadanie nadziei lub jej brak jest tu praktycznie jedynym czynnikiem determinującym działania bohaterów i całych społeczności. Ci wierzący w przyszłość są ok, ci pozbawieni tej wiary to degeneraci. Przez tysiące lat od katastrofy klimatycznej niedobitki ludzkości powinny się jakoś emocjonalnie ogarnąć z bieżącą sytuacją i zbudować szersze spektrum światopoglądów. Męczy też to, że postacie co rusz zmieniają strony i motywacje (choć w przypadku głównych bohaterek po części można tłumaczyć to traumatycznymi doświadczeniami z czasu brutalnej rozłąki). Widać, że autor lubi swoich bohaterów i co rusz w ostatniej chwili rezygnuje z zamiaru ich uśmiercenia, co też daje efekt znużenia efektem cudownych ocaleń. Zbytnie rozciągnięcie historii, powtarzające się schematy, przebodźcowanie czytelnika kalejdoskopem zdarzeń i wrażenie nieustającego punktu kulminacyjnego odbiera część mocy epopei, ale jej nie dyskwalifikuje. To w gruncie rzeczy pozycja bardzo dobra, solidna i prawdziwa, choć miała papiery na coś wybitnego. Wynikła jednak z autentycznej potrzeby opowiedzenia o sile nadziei - dla autora było to ważna i ja to szanuję. "Głębia" zostaje na półce, jeszcze do niej wrócę.
Slaine: Kroniki Brutanii 1-2 - mój powrót do Slaina po wielu latach (wcześniej czytałem tylko Egmontowe wydania). Ta swoista rekonstrukcja serii inaczej rozkłada akcenty, ale to nadal stary dobry Slaine - kwadratowy mięśniak z kwadratowymi tekściorami. Tradycyjnie rąbania jest sporo (ale tylko w znaczeniu okaleczania, bo obyczajowo komiks jest bardzo grzeczny), posoka wręcz wylewa się z kart komiksu, a bohater przez większość czasu paraduje skąpany we krwi na wysokość nosa. Krwi przeciwników, ale i swojej, bo nie raz zbiera w tym cyklu solidny łomot. Nie jednak kondycja fizyczna jest tutaj jego słabością, a wrażliwa konstrukcja psychiczna, o którą byśmy go nie podejrzewali. Ten napompowany testosteronem, podstarzały oprawca załamuje się bowiem za każdym razem gdy oponent zasugeruje mu pochodzenie z nieprawego łoża czy rozwiązły charakter matki (która jest to całkiem ciekawą postacią). Na początku jest to rozczulająco zabawne, z czasem jednak czytelnik rozumie, że to ważna kwestia - Slaine to człowiek-symbol, archetypiczny syn bogini-ziemi, więc i świadomość rodowej ciągłości może być źródłem jego mocy. W sumie za czasem przekonała mnie taka koncepcja. Nie ma Ukko, ale wprowadzone zostają ciekawe postacie Sinead i Gorta, fabuła ma nawet ręce i nogi (czego się nie da powiedzieć o wrogach głównego bohatera po ich konfrontacji). Bałem się mojej reakcji na odejście w warstwie graficznej od "ziemistej" estetyki Bisleya, ale zmianę na malarski styl Davisa przeszedłem bezboleśnie, bo komiks wygląda cudownie od konceptu po realizację. Tu po prostu nie ma słabych ilustracji, oprawę wizualną i stylistykę kupuję bez targów. Tłumaczenie jest kanciaste - nawet na standardy pompatycznych, maxiarskich bonmotów Slaina fraza "Jestem wytrzymały na takie nienawistne czyny!" brzmi co najmniej niezręcznie (podobnie jak lejtmotyw "Jestem wybitnie drastyczny w sztuce przemocy!"). Niefortunne jest konsekwentne stosowanie formy "lenić" zamiast jednoznacznego "linieć", przez co można odnieść wrażenie, że demoniczni przeciwnicy protagonisty marzą głównie o tym by wreszcie poleniuchować ("Nadszedł czas lenienia!"). Razi też współczesne, wręcz techniczne słownictwo ("resetować"). Ale w sumie nie kupiłem Slaine'a żeby rozkoszować się warstwą tekstową, a ilustracyjną. Bawiłem się dobrze i dlatego zostanie na półce.
Slaine: Pogromca smoków - epicki finał wydarzeń zapoczątkowanych w Kronikach Brutanii, gdzie bohater staje do ostatecznej walki z Trojanami Brutusa. Już na pierwszy rzut oka widać, że będzie inaczej - z uwagi na skromną objętość napisy na grzbiecie niezbyt współgrają z dwoma poprzednimi tomami (to źle), zachowano jednak ich nieduży format (to też źle). Również styl rysowania Manco bardzo różni się od Davisa, ale to nie zarzut, bo graficznie mamy tu wręcz obłędną jakość. Z kronikarskiego obowiązku wspomnę, że polskie wydanie bazuje tradycyjnym, a nie tym z podrasowanymi kolorami (i chyba dobrze). A treściowo? No cóż, Slaine zna już swoje pochodzenie, Gorn i Sinead poszli w swoją stronę, a Ukko pojawia się tylko w krótkim wspomnieniu, więc Slaine w zasadzie nie ma z kim pogadać i nie ma pretekstu by zwracać uwagę na jego życie wewnętrzne (jakby nie było ubogie). W dodatku wszystkie pionki już zostały rozstawione na szachownicy w poprzednich tomach. A zatem "Pogromca smoków" to już tylko karuzela przemocy na pełnych obrotach i nieustająca sieczka przyprawiona wybuchami testosteronu i zgrzebnymi bitewnymi obelgami. Tłumaczeniowo komiks zgrzyta - w monumentalnej scenie gdzie Slaine wykrzykuje swój rzeczywisty rodowód zamiast wyliczanki "Jestem synem A, syna B, syna C" dostajemy "Jestem synem A, synem B, synem C", co daje groteskowy efekt (znowu ta puszczalska matka). Ale summa summarum to nie ma znaczenia, w końcu taki jest Slaine, a ilustracje wybaczają wszystko - tutaj każdy kadr nadaje się na plakat. Dwa czarno-białe dopełniające tomu szorciaki (Bogatyr i Władca Łowów) też wizualnie prezentują wysoki poziom i trochę pogłębiają lore Slaine'a. Fajnie, że są, podobnie jak galeria na końcu albumu. Generalnie: pal licho fabułę i teksty, to przepiękny album, który pije się oczami.